iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Stanisława Michalik. Połączenie Różańskiego z Wolińską

"Przesłuchiwanie zatrzymanych
odbywało się już po zebraniu
materiałów obciążających,
którym trzeba było nadać oprawę"


Stanisława Michalik-Kowalska
(cyt. za: Tomasz Kurpierz, IPN)



Wyjątkowa hybryda


Pewien mężczyzna, który miał nieprzyjemność obserwować jej wybryki, zeznawał później: "Byłem świadkiem, jak kiedyś doprowadzono do sekretariatu, w obecności innych oficerów, grupę AK-owców, którzy w klapach cywilnych ubrań mieli miniaturki wysokich odznaczeń bojowych, m.in. Virtuti Militari. Tych ludzi pani naczelnik wybiła po twarzy i ordynarnie wyzywała" (źródło: "Twarze katowickiej bezpieki", Instytut Pamięci Narodowej, Katowice 2007. Scenariusz i opracowanie tekstów: dr Wacław Dubiański, Marcin Niedurny, Robert Ciupa. Współpraca: Ryszard Mozgol. Konsultanci merytoryczni: dr Adam Dziuba, dr Adam Dziurok, dr Krzysztof Szwagrzyk). Stanisława Michalik, bo o niej mowa, była jedną z niewielu kobiet w Polsce, które pracowały na stanowisku oficera śledczego w stalinowskim Urzędzie Bezpieczeństwa. Nasza antybohaterka, znana również jako "Stanisława Michalik-Kowalska" i "Stanisława Kowalska", nie tylko została oficerem śledczym, ale także dochrapała się funkcji naczelnika Wydziału Śledczego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Katowicach. Lecz to tylko część jej przewinień. Gdy zakończyła pracę w ubecji, znalazła zatrudnienie w olsztyńskiej Prokuraturze Wojewódzkiej, gdzie nie zależało jej na rzetelnym prowadzeniu spraw, tylko na imputowaniu winy podejrzanym. Później, jakby nigdy nic, robiła karierę jako radca prawny i adwokat. Oto wyjątkowa hybryda, indywiduum łączące w sobie najgorsze cechy Józefa Różańskiego i Heleny Wolińskiej! Stanisława Michalik - osoba bezwzględna, impulsywna i antyspołeczna - jest postacią mało znaną. Uważam wszakże, iż jej przypadek zasługuje na szczególne nagłośnienie.


SPLAMIONY ŻYCIORYS

Jedynym, jak dotąd, biogramem obejmującym całe życie Stanisławy Michalik-Kowalskiej jest artykuł Tomasza Kurpierza zatytułowany "Stanisława Kowalska z d. Michalik (1919-1998), naczelnik Wydziału Śledczego WUBP w Katowicach, prokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Olsztynie, adwokat". Materiał wchodzi w skład periodyku "Aparat represji w Polsce Ludowej 1944-1989" (1/2/2005, Rzeszów) wydawanego przez Instytut Pamięci Narodowej - Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Pisząc o Michalik, będę więc się opierać na tym jednym źródle. Funkcjonariuszka UB, o której rozmawiamy, nie posiada notki biograficznej w Wikipedii, nie pamiętają o niej również popularni publicyści historyczni. Dlatego tak cenny jest rocznik naukowy "Aparat represji...", który można pobrać ze strony internetowej IPN-u (Ipn.gov.pl). Miejmy nadzieję, że to dopiero początek badań nad tym wątkiem peerelowskiej historii.


~*~*~*~*~*~

Zgodnie z ustaleniami Tomasza Kurpierza, Stanisława Michalik wywodziła się ze środowisk socjalistycznych. Urodziła się 19 czerwca 1919 roku w Drohobyczu, a największy wpływ na jej etatystyczny światopogląd wywarł ojczym - Piotr Michalik, członek PPS, z zawodu górnik. Matka Stanisławy, Wiktoria z domu Zając, trudniła się krawiectwem i posiadała, przynajmniej w latach 30. XX wieku, własny zakład krawiecki. W roku 1935 rodzina Michalików przeprowadziła się do Sierszy koło Trzebini. Dwa lata później nasza antybohaterka, ukończywszy siedem klas gimnazjum, przerwała edukację i podjęła pracę w warsztacie swojej matki. Ubóstwo, w jakim żyli Michalikowie, spowodowało, że Stanisława, wzorem swojego ojczyma, przystała do socjalistów. W latach 1935-1936 należała do Organizacji Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, działała na terenie Sierszy i Gór Luszowskich. Z ruchem socjalistycznym związali się także jej bracia - Jan i Mieczysław. Gdy armia niemiecka wkroczyła do Polski, przyszła ubeczka kontynuowała działalność polityczną, przez co od końca 1939 roku musiała się ukrywać przed gestapo. Okupanci dopadli Stanisławę jesienią 1941 roku w pobliżu Wielunia, ale aresztantka szybko im uciekła i wyjechała do odległego Sosnowca. Tam przez niecałe dwa lata mieszkała u córki jakiegoś PPS-owca. W lipcu 1943 roku Michalik przeniosła się do Radzionkowa, lecz już miesiąc później wróciła do Sosnowca w obawie przed spodziewaną denuncjacją. W styczniu 1944 roku kobieta ponownie została zatrzymana przez Niemców. Więziono ją w Tarnowskich Górach, Bytomiu i Wadowicach, aż w końcu uwolniono 25 stycznia 1945 roku.

Nie wiadomo, kiedy Stanisława Michalik przeobraziła się z socjalistki w komunistkę. Jest pewne, że wstąpiła do PPR niedługo po wyjściu z hitlerowskiej niewoli. W szeregach peerelowskiej partii rządzącej pozostawała aż do końca jej istnienia. Jednakże czas na aktywną działalność partyjną znalazła dopiero po zakończeniu pracy w bezpiece. Tomasz Kurpierz pisze, że Michalik "była m.in. członkiem Wojewódzkiej Komisji Kontroli Partyjnej PZPR w Olsztynie, Wojewódzkiej Komisji Kontrolno-Rewizyjnej KW PZPR w Olsztynie, Komitetu Miejskiego PZPR w Olsztynie, egzekutywy POP przy Wojewódzkiej Radzie Adwokackiej. Pełniła również różne funkcje (m.in. członka Zarządu Powiatowego) w Lidze Kobiet (od 1981 r. w Lidze Kobiet Polskich), była członkiem Zarządu Powiatowego ZBoWiD, w 1980 r. wybrano ją na członka władz wojewódzkich Zrzeszenia Prawników Polskich w Suwałkach". Za swoją lojalność dostała wiele państwowych odznaczeń. Wróćmy jednak do końcówki II wojny światowej. Już dwa dni po opuszczeniu więzienia Stanisława znalazła zatrudnienie w Powiatowej Komendzie MO w Będzinie. Raczej nie czuła się dobrze w roli tamtejszej sekretarki, albowiem wkrótce złożyła podanie o pracę w będzińskim MUBP. Z bardzo ciekawym uzasadnieniem: "Praca na tym polu zawsze mię pociągała (...). Co jest dziś nam zadaniem, to wiem, gdyż tak partia, TUR, jak i dzieła znanych komunistycznych poetów przygotowały mię do tego, na co czekałam aż tyle lat". 10 lutego 1945 roku, cztery dni po rozpoczęciu pracy w UB, otrzymała stanowisko oficera śledczego. W Warszawie na takim stanowisku pracowali Jerzy Kędziora, Edmund Kwasek, Eugeniusz Chimczak i inni bandyci.

Nasza antybohaterka "zawodowo" zajmowała się zwalczaniem polskiego podziemia niepodległościowego. Prowadziła śledztwa m.in. przeciwko eneszetowcom z oddziału Antoniego Sękowskiego "Metysa". Uczestniczyła także w różnych działaniach operacyjnych. Józef Wargin-Słomiński, ówczesny kierownik katowickiego WUBP, chwalił Michalik w oficjalnym piśmie skierowanym do MBP: "Jest jedną z nielicznych kobiet znających pracę operacyjną. (...) Jest jednym z najlepszych oficerów śledczych". Nic więc dziwnego, że w lutym 1946 roku przeniesiono ją z Będzina do Katowic i uczyniono zastępcą naczelnika Wydziału Śledczego, wówczas jeszcze funkcjonującego pod nazwą Wydziału IV A. Możliwe, że do szybkiego awansu Stanisławy przyczynił się kapitan Józef Kowalski, szef będzińskiego PUBP (nie mylić z MUBP), który w styczniu 1946 roku został wiceszefem katowickiego WUBP[1]. Tak się bowiem składa, że Michalik i Kowalski byli zakochaną parą. W 1957 roku wzięli nawet ślub i doczekali się dwojga dzieci - syna i córki (dla Stanisławy była to już druga rodzina. Według Kurpierza, nasza antybohaterka poślubiła w latach 30. niejakiego Leona Ociepkę i urodziła mu syna. Ciekawe, kiedy i w jaki sposób owo małżeństwo dobiegło końca). Po wyjeździe do Katowic opisywana ubeczka kontynuowała działalność wymierzoną w Żołnierzy Wyklętych. Wśród osób, które znalazły się na jej celowniku, był słynny Henryk Flame "Bartek" - pilot WP, jeniec stalagu, partyzant NSZ. Michalik osobiście wizytowała Podbeskidzie, żeby kontrolować dochodzenie w sprawie tego narodowca. Pod koniec grudnia 1946 roku stalinowska oprawczyni została mianowana porucznikiem.

1 marca 1947 roku powierzono Stanisławie Michalik funkcję naczelnika Wydziału Śledczego WUBP w Katowicach. Wcześniej jednak zasypano ją nagrodami pieniężnymi oraz państwowymi odznaczeniami: Brązowym Krzyżem Zasługi (1945), Srebrnym Krzyżem Zasługi (1946) i Srebrnym Medalem Zasłużonych na Polu Chwały (1946). Objęcie przez Stanisławę stanowiska kierowniczego było tylko formalnością, gdyż już od pewnego czasu pełniła ona obowiązki naczelnika WŚ. Podobnie, jak na poprzednim etapie, praca Michalik była wysoko oceniana przez przełożonych. Tymczasem podwładni mieli o naszej antybohaterce wyjątkowo złe zdanie. W ich opinii Stanisława była jednostką porywczą i kłótliwą, często popadała w konflikty z innymi ludźmi, a tych, których mogła, spontanicznie wyrzucała z pracy. Przypisywano jej arogancję, antysemityzm, dyktatorskie zapędy oraz manipulowanie własnym kochankiem - majorem Józefem Kowalskim, wiceszefem katowickiego WUBP. Michalik była osobą powszechnie nielubianą, a jeśli początkowo cieszyła się jakimś autorytetem, to bardzo szybko go straciła. W końcu nad kobietą zawisły czarne chmury. Okazało się, że jej brat, Mieczysław, działa w podziemiu poakowskim i wciąż pozostaje w lesie. Fakt ten wyszedł na jaw podczas weryfikacji drugiego brata Stanisławy, Jana, który na początku 1947 roku rozpoczął pracę w krakowskim WUBP. Nasza antybohaterka nie miała pojęcia o antykomunistycznych zmaganiach Mieczysława, dlatego nie można było wszcząć postępowania dyscyplinarnego w jej sprawie. Mimo to, jak pisze Kurpierz, "1 stycznia 1948 r. odwołano Stanisławę Michalik ze stanowiska naczelnika i oddano do dyspozycji szefa".

Trzy miesiące później uczyniono ją inspektorem przy kierownictwie katowickiego WUBP, a w lutym 1949 roku podjęto decyzję o zwolnieniu jej z pracy w bezpiece. Michalik zakończyła swoją ubecką karierę 1 maja tegoż roku. Wkrótce wyjechała do Olsztyna, gdzie przez kilka lat pracowała w Dyrekcji Okręgowej Poczty i Telekomunikacji (stanowisko: szef działu Ruchu Pocztowego). W 1952 roku wysłano ją do Szwecji na czterotygodniowe szkolenie zawodowe. Stanisława, która w 1948 roku zdała maturę i podjęła studia w Wyższej Szkole Administracyjnej w Katowicach, dokończyła edukację na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu. Uzyskawszy tytuł magistra praw, rozpoczęła służbę w Wydziale II Śledczym Prokuratury Wojewódzkiej w Olsztynie. Pierwszą funkcją, którą tam pełniła, był podprokurator, a drugą - wiceprokurator wojewódzki. Oto, jak Tomasz Kurpierz opisuje te pięć lat (21 października 1952 roku - 31 października 1957 roku) z życia naszej antybohaterki: "Przełożeni w opiniach podkreślali zarówno jej dobre przygotowanie zawodowe, znajomość przepisów oraz chęć podnoszenia kwalifikacji, jak i bardzo konfliktowy charakter oraz niedostateczny obiektywizm, który przejawiał się - jak to sformułowano w opinii - m.in. 'skłonnościami do przeceniania wartości poszczególnych dowodów w kierunku oskarżycielskim'. Na początku 1957 r. Komisja Okręgowa Zrzeszenia Prawników Polskich w Olsztynie zarzuciła jej naruszenie 'zasad praworządności ludowej', m.in. poprzez zastraszanie i wprowadzanie w błąd oskarżonych oraz ich rodzin. Na tej podstawie decyzją Generalnego Prokuratora PRL z 31 października 1957 r. została zwolniona z prokuratury".

W styczniu 1958 roku Stanisława znalazła zatrudnienie jako radca prawny w Wojewódzkim Zarządzie PGR w Olsztynie, a jedenaście miesięcy później została zaliczona w poczet gołdapskich adwokatów. Od lutego 1959 roku praktykowała przy Sądzie Powiatowym w Gołdapi. Z bliżej nieznanych powodów, określonych przez Kurpierza mianem "względów osobistych", poprosiła o przeniesienie służbowe do Zespołu Adwokackiego nr 1 w Suwałkach. Było to we wrześniu 1960 roku. Michalik pracowała w Suwałkach aż jedenaście lat, od 1967 roku sprawowała funkcję kierownika Zespołu Adwokackiego nr 1. Jak nietrudno odgadnąć, również tam, na Suwalszczyźnie, dała się poznać jako osoba apodyktyczna i niekoleżeńska. W 1971 roku Wojewódzka Rada Adwokacka w Białymstoku zwolniła naszą antybohaterkę ze stanowiska kierownika Zespołu Adwokackiego nr 1, skierowała ją z powrotem do Gołdapi, a przeciwko niej samej wszczęła "postępowanie w sprawie nieprawidłowości dotyczących kwestii finansowych zespołu oraz złego stosunku do innych adwokatów". Stanisława przez krótki czas kontynuowała karierę w Olecku, po czym 1 stycznia 1974 roku wróciła do Zespołu Adwokackiego nr 1 w Suwałkach. Tam praktykowała aż do emerytury, a nawet dłużej. W 1989 roku Michalik bezskutecznie próbowała uzyskać zgodę na "otworzenie prywatnej kancelarii adwokackiej". Na początku lat 90. musiała się tłumaczyć - przed Okręgową Radą Adwokacką - ze swojej zbrodniczej działalności w komunistycznym UB. W 1991 roku została skreślona z listy adwokatów. Zmarła siedem lat później, nie poniósłszy żadnej (oprócz wykluczenia z zawodu prawniczego) kary za swoje liczne niegodziwości.


Oprawca "Inki"

Wszystko wskazuje na to, że zastępcą i następcą Stanisławy Michalik był Józef Bik/Bukar/Gawerski - niegdysiejszy oprawca Danuty Siedzikówny "Inki"! Dojdziemy do takiego wniosku, analizując profil Bika w "Biuletynie Informacji Publicznej IPN" (Katalog.bip.ipn.gov.pl). Rzeczone źródło podaje, że Bik rozpoczął swoją ubecką karierę w Gdańsku, a potem pracował w Warszawie i Katowicach. Do górnośląskiego WUBP trafił 1 marca 1947 roku, obejmując stanowisko zastępcy naczelnika Wydziału Śledczego. Jak wiemy, tego samego dnia Michalik stanęła na czele owej komórki. 1 stycznia 1951 roku Bik został szefem Wydziału Śledczego, chociaż de facto zarządzał nim już od momentu odwołania Stanisławy. Świadczy o tym uwaga opatrzona nagłówkiem "Inne informacje o funkcjonariuszu i służbie" ("We wniosku o przeniesienie na stanowisko naczelnika Wydziału Śledczego WUBP w Katowicach z 10.08.1950 szef urzędu płk E. Dowkan stwierdził m.in., że: 'od dwóch lat jest faktycznym kierownikiem Wydziału'"). Kim był Bik? Zagadkę tego człowieka próbował rozwikłać Piotr Szubarczyk w artykule "Nieznane oblicza Józefa Gawerskiego". Kopia tekstu, opublikowanego pierwotnie w "Naszym Dzienniku", znajduje się w serwisie Interaktywna Polska (Iap.pl). Według Szubarczyka, oprawca "Inki" wielokrotnie fałszował własny życiorys. Posługiwał się nawet różnymi datami urodzenia. W 1968 roku, jako Żyd, wyjechał z Polski i zamieszkał w chłodnej Szwecji. 35 lat później skontaktował się z IPN-em, gdyż liczył na podwyższenie emerytury za pracę w UB[2]. Czy nie wiedział, że od dawna jest poszukiwany jako zbrodniarz stalinowski? A może po prostu grzeszył cynizmem?


Brat Borejszy

W tytule niniejszego artykułu porównałam Stanisławę Michalik do Józefa Różańskiego i Heleny Wolińskiej. Przypomnę więc, kim były te dwie demoniczne postacie. Doskonałymi źródłami wiedzy o Józefie/Jacku Różańskim (właśc. Goldbergu) są książki: "Borejsza i Różański. Przyczynek do dziejów stalinizmu w Polsce" Barbary Fijałkowskiej (Olsztyn 1995) i "Tortury. W Polsce 1945-1955 i współcześnie" Ryszarda Walickiego (Warszawa 2013). Józef Różański, rocznik 1907, urodził się w rodzinie warszawskich Żydów. Był synem syjonistycznego dziennikarza, Abrahama Goldberga, i zbuntowanej artystki Anny Różańskiej. Jako dwulatek trafił pod wyłączną opiekę swojej matki, która porzuciła męża pod pretekstem walki o własną niezależność. Pięć lat później powrócił pod skrzydła ojca i wychowywał się w atmosferze inteligenckiej. Józef już w gimnazjum związał się z ruchem komunistycznym. Jako absolwent prawa UW wstąpił do zakazanej KPP. Gdy został adwokatem - bo nie udało mu się "zrobić" aplikacji sędziowskiej - bynajmniej nie zaprzestał nielegalnej działalności. Po wybuchu II wojny światowej uciekł wraz z żoną do ZSRR i rozpoczął zbrodniczy żywot oficera NKWD. Od 1944 roku służył w Resorcie Bezpieczeństwa Publicznego PKWN, a trzy lata później objął stanowisko dyrektora Departamentu Śledczego MBP. Słynął z okrutnych tortur, jakie stosował nagminnie wobec więźniów politycznych (lubił osobiście bić aresztowanych). Posługiwał się fałszywymi oskarżeniami i spreparowanymi dowodami, zakulisowo decydował o wyrokach sądowych. W 1957 roku został skazany na 14 lat więzienia za używanie niedozwolonych metod śledczych. Zmarł 24 lata później[3].


Ciotka Idy

Żywotowi Heleny Wolińskiej - Fajgi Mindli Danielak, Felicji Danielak - przyjrzeli się publicyści Mateusz Zimmerman ("Oskarżycielka nie przyznaje się do winy", Onet.pl) i Tadeusz M. Płużański ("'Ida', czyli zakłamana Wolińska", Nczas.com). Czerwona bestia, znana również jako "Lena" i "Warszawska Dolores", przyszła na świat w roku 1919. W dwudziestoleciu międzywojennym zafascynowała się komunizmem, co popchnęło ją prosto do wywrotowego KZMP. Po ataku III Rzeszy na II RP Wolińska, będąca Żydówką, znalazła się w getcie warszawskim, skąd w 1942 roku uwolnili ją bojownicy GL/AL. Helena ochoczo wstąpiła do tej formacji zbrojnej, a potem od samego początku uczestniczyła w "budowaniu" nowego ustroju Polski. Wysoką pozycję w stalinowskim aparacie terroru zawdzięczała swojemu kochankowi, Franciszkowi Jóźwiakowi, który był m.in. zwierzchnikiem MO. Nie spędziła z nim jednak całego życia. W latach 50. powróciła do swojego cudownie odnalezionego męża Beniamina Zylberberga vel Włodzimierza Brusa. Wolińska przeszła do historii jako prokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Miała na sumieniu aresztowanie wielu niewinnych przeciwników politycznych. Często działała z pogwałceniem prawa, rutynowo składała podpisy na pustych formularzach. Po Marcu '68 wyemigrowała wraz z Brusem do Wielkiej Brytanii. Władze III RP przez wiele lat bezskutecznie starały się o jej ekstradycję. Wolińska zmarła w 2008 roku w Oksfordzie. Zapamiętano ją jako osobę niezwykle agresywną, wybuchową i wulgarną, skłonną do urządzania bliźnim dzikich awantur. Nigdy nie okazała skruchy, a w wywiadach prasowych szydziła z polskiego wymiaru sprawiedliwości.


Natalia Julia Nowak,
31.12. - 31.01. 2016/17 r.



PS 1. Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Katowicach mieścił się przy ulicy Powstańców 31 (nie wiem, czy w okresie powojennym nazwa ulicy brzmiała tak samo jak dzisiaj). Obecnie do budynku byłego WUBP przytwierdzona jest tablica pamiątkowa o następującej treści: "SPÓJRZCIE-/ OTO MURY PRZESIĄKNIĘTE ZBRODNIĄ/ W TYM GMACHU W LATACH 1939-1945/ MIAŁO SWĄ SIEDZIBĘ GESTAPO,/ A W LATACH 1945-1954/ WOJEWÓDZKI URZĄD/ BEZPIECZEŃSTWA PUBLICZNEGO/ TU JEDNI I DRUDZY/ WIĘZILI, TORTUROWALI I MORDOWALI/ NAJLEPSZYCH SYNÓW NARODU POLSKIEGO./ ZWIĄZEK WIĘŹNIÓW POLITYCZNYCH/ OKRESU STALINOWSKIEGO/ ODDZIAŁ KATOWICE/ WRZESIEŃ 1996". Źródło cytatu: "Katowice - tablica upamiętniająca ofiary Gestapo i WUBP", witryna Miejsca Pamięci Narodowej (Miejscapamiecinarodowej.pl). Ponurą budowlę przy ulicy Powstańców 31 można zobaczyć w programie Google Street View.

PS 2. Stanisława Michalik figuruje w co najmniej trzech elektronicznych bazach danych. Dwie z nich to katalogi Instytutu Pamięci Narodowej: "Biuletyn Informacji Publicznej" (Katalog.bip.ipn.gov.pl) i "Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Katowicach [1945] 1983-1990" (Inwentarz.ipn.gov.pl). Trzecia baza danych to tabela "Funkcjonariusze" na stronie NSZ Beskidy (Nsz.beskidy.pl/funkcjonariusze). Pierwsze źródło definiuje naszą antybohaterkę jako "Stanisławę Michalik", drugie jako "Stanisławę Michalik-Kowalską", a trzecie jako "Stanisławę Kowalską z domu Michalik". Warto o tym pamiętać podczas przeglądania rzeczonych zasobów. IPN-owska sygnatura Stanisławy: IPN Ka 0173/358 (810/V).


PRZYPISY

[1] Odrobinę informacji dotyczących Józefa Kowalskiego zaczerpniemy z kolorowej broszury "Twarze katowickiej bezpieki" (Instytut Pamięci Narodowej 2007). Publikacja nie zawiera wprawdzie pełnego kalendarium życia i działalności tego ubeka, ale pozwala się zorientować, "kto zacz". Otóż Kowalski urodził się 6 stycznia 1908 roku w Siennicy Różanej koło Krasnegostawu. W latach 1944-1945 sprawował funkcję kierownika PUBP w Zamościu, a w latach 1946-1949 był zastępcą szefa WUBP w Katowicach. Zanim trafił na Górny Śląsk, stał na czele PUBP w Będzinie, jednak o tym autorzy broszury nie napomykają... W latach 1949-1955 Józef Kowalski pracował w WUBP w Olsztynie, piastując tam stanowisko analogiczne do katowickiego. W 1955 roku powrócił do Katowic (Stalinogrodu) i rozpoczął pracę jako zastępca kierownika Delegatury Centralnego Zarządu Więziennictwa. Jego dalsze losy pozostają nieznane, a przynajmniej nieopisane przez twórców "Twarzy katowickiej bezpieki". Jakim funkcjonariuszem był Kowalski? W omawianej broszurze znajdujemy dość niepochlebny cytat charakteryzujący jego zachowanie: "W swojej pracy miał objawy biurokratyczno-dygnitarskich nawyków, nie układał właściwie stosunków z podwładnymi, u których nie posiadał autorytetu. Za dużo czasu poświęcał na polowanie i mniej uwagi zwracał na sprawy służbowe". Niestety, nie wiadomo, do którego etapu działalności Kowalskiego nawiązują te słowa. Podejrzewam, że chodzi w nich o lata 1946-1949, ale to tylko moja swobodna hipoteza. Okres 1946-1949 jest w "Twarzach..." zaznaczony na czerwono, ponieważ odnosi się do tytułowej katowickiej bezpieki. Możliwe, że przywołany cytat też dotyczy pracy Kowalskiego w tej górnośląskiej placówce.

[2] "W roku 2003 wpadł na szalony pomysł. Doszedł do wniosku, że gdyby jakiś urząd w Polsce potwierdził mu lata pracy w UB (1945-1953), to dostałby wyższą emeryturę. Postanowił napisać do... IPN! W ten sposób prokuratorzy dowiedzieli się, gdzie mieszka ich 'bohater'. Bik poszedł na całość. Poza pismem do IPN złożył też pozew do Sądu Okręgowego w Katowicach o 'rewaloryzację' renty!" - opowiada Piotr Szubarczyk. Takich roszczeń nie powstydziłby się sam Anders Behring Breivik, norweski terrorysta, któremu ciągle czegoś brakuje w luksusowym więzieniu. Józef Bik nie dożył wymarzonej "podwyżki". Otrzymał jednak od losu nagrodę pocieszenia, tzn. zmarł spokojnie na emigracji, nieosądzony i nieukarany za swoje bestialstwo. O jakim bestialstwie mowa? Szubarczyk wyjaśnia: "Kiedy przed paroma laty były zastępca naczelnika gdańskiego więzienia Alojzy Nowicki (...) zgodził się rozmawiać z pracownikami gdańskiego IPN, dowiedzieliśmy się, że w roku 1946 panami życia i śmierci więźniów politycznych w Gdańsku były dwie kreatury: Jan Wołkow syn Arona (...) oraz naczelnik wydziału śledczego Józef Bik. Obaj większą część czasu 'pracy' spędzali na terenie więzienia, gdzie znęcali się nad więźniami, zatwierdzali wyniki 'śledztwa', a przede wszystkim (...) praktycznie decydowali o wyrokach, szczególnie gdy chodziło o śmierć. (...) Przesłuchiwał m.in. członków antysowieckich organizacji niepodległościowych Polskie Siły Demokratyczne i Polska Tajna Armia Wyzwoleńczo-Demokratyczna. Osobiście znęcał się nad nimi i wymuszał 'zeznania' o treści, którą sam ustalał. Żyjący do dziś członkowie PSD mówią, że w czasie przesłuchań byli wielokrotnie bici nogą od stołka po plecach, gumą po gołych piętach, kopani w jądra i bose stopy. Za takie wyczyny awansowali Bika na kapitana". Można przypuszczać, że Józef Bik/Bukar/Gawerski zabrał swoje "nawyki" do Warszawy, a następnie do Katowic. Z pewnością kontynuował niehumanitarną działalność jako bliski współpracownik Stanisławy Michalik.

[3] O Józefie/Jacku Różańskim (właśc. Goldbergu) pisałam szerzej w artykule "Józef Różański - podręcznikowy przykład sadysty!". Materiał jest ogólnodostępny online.

 

Komentarze (0)
Józef Różański - podręcznikowy przykład sadysty! (cz. 2)

(...)

 

JÓZEF/JACEK GOLDBERG/RÓŻAŃSKI
13 LIPCA 1907 R. - 21 SIERPNIA 1981 R.
URODZONY I ZMARŁY W WARSZAWIE
(PRZYCZYNA ŚMIERCI: RAK ŻOŁĄDKA)
SPOCZYWA NA CMENTARZU ŻYDOWSKIM
PRZY ULICY OKOPOWEJ W WARSZAWIE


Zboczeniec i sadysta


W broszurze "Zbrodnie komunistów - pamiętajmy", przygotowanej przez Instytut Pamięci Narodowej i dołączonej do gazety "Nasz Dziennik", znajdujemy krótką notkę biograficzną poświęconą Józefowi/Jackowi Goldbergowi/Różańskiemu. Autor tekstu, Tomasz Łabuszewski, zawarł w niej następujące słowa: "W opinii więźniów był wyrafinowanym sadystą, czerpiącym satysfakcję z fizycznego i psychicznego udręczania ludzi. Mimo wysokiego stopnia służbowego i stanowiska w MBP wielokrotnie sam bił i znęcał się nad więźniami". Stalinowiec, o którym rozmawiamy, przyznawał się wprawdzie do stosowania wymyślnych tortur, ale nie postrzegał siebie jako jednostki sadystycznej: "Robiliśmy otwarcie szereg skandalicznych rzeczy, robiłem ja sam, biłem po twarzy i nie tylko po twarzy. (...) Doszło do pewnej degeneracji, do pewnego sadyzmu u niektórych pracowników, u mnie sadyzmu nie było". Inny pogląd głosił Józef Światło, wicedyrektor Departamentu X MBP, który znał Różańskiego jak własną kieszeń. Ten prominentny ubek, który w 1954 roku został współpracownikiem Radia Wolna Europa, co najmniej dwukrotnie nazwał Goldberga "sadystą" i co najmniej trzykrotnie "zboczeńcem" (sprawdź: Zbigniew Błażyński, "Mówi Józef Światło. Za kulisami bezpieki i partii", Łomianki 2012. Wydanie oryginalne: Londyn 1985). Oto kilka stwierdzeń Światły: "Cały skład personalny centrali bezpieczeństwa to przede wszystkim (...) zboczeńcy, jak Różański", "Po zwolnieniu zarówno Piwińska, jak i Halina Siedlik (...) oskarżyły go, że jest zboczeńcem i sadystą", "Bo łatwiej wam przy pomocy zboczeńca i sadysty wymuszać zeznania, których potrzebujecie". Takie zarzuty nie biorą się znikąd.


Rozbita rodzina

O młodości Józefa Różańskiego informuje nas książka "Borejsza i Różański. Przyczynek do dziejów stalinizmu w Polsce" Barbary Fijałkowskiej (Olsztyn 1995). Rzeczone źródło podaje, że ojcem naszego antybohatera był żydowski dziennikarz Abraham Goldberg, a matką - tajemnicza Anna/Chana Różańska, również narodowości żydowskiej. Abraham zdobył uznanie jako redaktor naczelny syjonistycznego dziennika "Hajnt", Anna imała się różnych zajęć i przejawiała wiele talentów artystycznych. Państwo Goldbergowie mieli troje dzieci. Jako pierwszy urodził się Beniamin (Nioma), późniejszy Jerzy Borejsza, komunistyczny działacz kulturalny. Drugim dzieckiem była Judyta (Jula), która pewnego dnia wpadła pod tramwaj i straciła obie nogi. Podczas II wojny światowej znalazła się ona w getcie warszawskim. Trzecie dziecko to, oczywiście, Józef Goldberg. W 1944 roku mężczyzna zmienił nazwisko na "Jacek Różański", ale imię "Jacek" jakoś się nie przyjęło i nawet w oficjalnych dokumentach nazywano go "Józefem Różańskim". Józef, Jacek... Dla znajomych Żydów tylko "Josek". Fijałkowska opisuje jego dzieciństwo jako dość traumatyczne: "W 1909 r. Goldbergowie rozeszli się, gdyż Anna chciała niezależności. Abraham zgodził się na separację pod warunkiem, że dzieci pozostaną przy nim. Tak więc dwoje starszych dzieci zamieszkało od razu z ojcem, a najmłodszy, Józef, dołączył do nich w siódmym roku życia". Dziennikarz zabraniał synom i córce widywania się z matką. Ilekroć Beniamin postępował nieroztropnie, Abraham porównywał go do Anny. Józef, który wizualnie przypominał Różańską, "denerwował ojca swym wyglądem zewnętrznym". Trudno tu mówić o normalności.


Prawie jak 8. Mila

Dom Abrahama Goldberga był domem wybitnie inteligenckim. Półki uginały się tam pod ciężarem książek, wśród których nie brakowało "białych kruków". Redaktor naczelny "Hajntu" zdołał przekazać swoim dzieciom pasję bibliofilską. Sam pozostawał w bliskim kontakcie z elitą warszawskiego teatru żydowskiego, przyjaźnił się z Ester Rachel Kamińską. Po rozwodzie z Anną Różańską dziennikarz poślubił niejaką Ewę Glass, która z powodzeniem zastępowała Niomie, Juli i Joskowi matkę. Mieszkanie Goldbergów stanowiło istną "zieloną wyspę" na oceanie chaosu, jakim był przedwojenny Muranów (Murdziel), żydowska dzielnica Warszawy. Barbara Fijałkowska pisze, że w granicach ówczesnego Muranowa toczyły się brutalne wojny między wyznawcami skrajnych ideologii. Bójki, zadymy, donosy - oto codzienność tamtejszych radykałów, nie tylko spod znaku sierpa i młota. Badaczka przytacza ciekawy fragment pamiętników Aleksandra Wata: "Całe bestialstwo już się wtedy zaczęło w tych walkach wewnętrznych, szczególnie na Murdzielu. Bestialstwo, które później tak ładnie się rozwinęło u Różańskiego i innych towarzyszy". Należy jednak podkreślić, że młody Różański nigdy w tym mordobiciu nie uczestniczył. Był bowiem skrytym, wyobcowanym chłopakiem. "Od dziecka chorowity, przejawiał daleko idącą powściągliwość, nieufność. Brak rozsadzającej starszego brata witalności kompensował konsekwencją, dyscypliną wewnętrzną, ale też pewną zaciętością, czasem porywczością. (...) Pasjonowała go zawsze psychologia" - podaje Fijałkowska. Ten oczytany introwertyk jawił się światu jako dobry uczeń, a następnie ambitny student prawa. W 1936 roku został adwokatem.


Syjonizm i anarchizm

Józef Różański był absolwentem dwujęzycznego (polsko-hebrajskiego) gimnazjum męskiego "Chinuch". Zadaniem tej placówki było wychowywanie młodych Żydów na syjonistów gotowych do emigracji z Polski, gdy tylko w Palestynie powstanie niepodległe państwo Izrael. "Ogólną orientację szkoły można by określić jako zaszczepianie żydowskiego nacjonalizmu w sposób socjalistyczny. Wśród nauczycieli byli zdeklarowani syjoniści, ale i piłsudczycy, anarchiści, komuniści, brak było natomiast członków Bundu [socjalistów starających się pogodzić żydowskość z polskością - przypis NJN]. W procesie nauczania lansowano przede wszystkim tezę o wyzwoleniu narodu żydowskiego przez utworzenie żydowskiego państwa, z gospodarką opartą na kibucach, z językiem hebrajskim i religią mojżeszową jako bazą kulturową. (...) Zgodnie z tradycją w szkole tej Talmud postrzegany był jako system prawny i księga wszelkiej mądrości życiowej. Jego studiowanie i komentowanie uważano za najwyższe powołanie Żyda, formę służenia przez niego Bogu" - wyjaśnia Fijałkowska. Nauczycielem, który wywarł szczególny wpływ na obu braci Goldbergów, był romanista Gross głoszący idee anarchokomunistyczne. Zarówno Różański, jak i Borejsza zaczynali swoją przygodę z polityką od anarchizmu. Josek opowiadał się po stronie kropotkinowców, Nioma po stronie bakuninistów. Zwolennicy Bakunina dużo mówili o krwawej rewolucji, entuzjaści Kropotkina snuli zaś plany dotyczące organizacji życia społecznego już po udanym przewrocie. Ironią losu jest fakt, że to Różański został bezlitosnym ubekiem, a Borejsza - dyrektorem wydawnictwa dopuszczającego pluralizm światopoglądowy.


Czerwona papuga

Jak to się stało, że Józef i Beniamin ostatecznie zostali komunistami? Niewykluczone, że przyczyniły się do tego dwie osoby: starszy kolega Mojżesz/Moniek Nowogródzki i stryj Lejb Goldberg (fanatyczny komunista działający w ZSRR). Po "nawróceniu" na komunizm Josek założył w szkole marksistowskie kółko samokształceniowe, za co chwilowo został relegowany z "Chinucha". Później, na studiach (Wydział Prawa UW), zaangażował się w prace OMS "Życie" i ZMK. Kolejnym "stopniem wtajemniczenia" była już KPP. Różański ukończył studia w 1929 roku, lecz dopiero w 1936 udało mu się zdobyć konkretny zawód prawniczy. Adwokatem był raczej miernym. Prowadził kancelarię razem ze swoją uczelnianą przyjaciółką Anką, która podczas studiów wielokrotnie mu pomagała, także finansowo. "Anka była zdolniejsza, brała na siebie najtrudniejsze, a zarazem najbardziej dochodowe sprawy, jemu pozostawiając te 'polityczne'" - odnotowuje Fijałkowska. Działalność komunistyczna Różańskiego polegała m.in. na redagowaniu lewicowych czasopism. Interesujące, że wspólnikami naszego antybohatera często zostawały kobiety, np. Gina, Maryla i jakaś trzecia, "której nazwiska ani pseudonimu nie zapamiętał". Skoro jesteśmy już przy tym temacie, zauważmy, że Josek był niezwykle przywiązany do matki i siostry, a potem - do żony i córki. Jego największym wrogiem również okazała się kobieta, Julia Brystygierowa. Stalinowiec dużo zawdzięczał swojej przyjaciółce Ance, a przed śmiercią opowiedział całe swoje życie Barbarze Fijałkowskiej. Czy nie był on odrobinę... zniewieściały? Pamiętajmy, że sadysta seksualny to zupełnie inny typ brutala niż zdrowy osiłek z ulicy.


Kierunek: Wschód

Żona Józefa Różańskiego (Izabela/Izabella Różańska, Bela Frenkiel) przyszła na świat 31 maja 1907 roku. Chociaż pochodziła z rodziny żydowskiej, nie wyglądała na Żydówkę. Wyróżniała się bowiem jasnymi włosami i zielonymi oczami. Para była właściwie konkubinatem, gdyż - jak powiedział Różański cytowany przez Fijałkowską - "zgodę KC partii na żydowski ślub 'pod baldachimem' dostał tylko Jakub Berman". Mimo to, po wojnie Józef i Izabela posługiwali się tym samym nazwiskiem i byli powszechnie postrzegani jako małżeństwo. Różańscy poznali się na przełomie 1935 i 1936 roku w śródborowskim pensjonacie, gdzie Josek dochodził do zdrowia po zapaleniu opon mózgowych, a Bela - po wyniszczającym pobycie w więzieniu w Fordonie. Niemiecki atak na Polskę zastał ich w Warszawie, skąd oboje uciekli na Wschód 6 września 1939 roku. O tym, co się z nimi działo w ZSRR, wiadomo niewiele. Jest pewne, że przez ponad rok przebywali w Kostopolu, a potem znaleźli się we Lwowie (Izabela w październiku 1940 roku, jej mąż - kilka miesięcy później). Obydwoje służyli w NKWD. Josek był oficerem tej formacji, natomiast Bela pełniła jakieś podrzędne funkcje. Żona naszego antybohatera witała ponoć kwiatami Armię Czerwoną wkraczającą do Kostopola. Różańscy znajdowali się w posiadaniu archiwów II Oddziału Sztabu Głównego WP, których polski kontrwywiad nie zdążył zniszczyć. Działali też w jakiejś komisji ewidencjonującej radzieckich Niemców. Józef uczestniczył w leśnych potyczkach, Izabela pracowała w Domu Kultury w Kostopolu. Zdaniem Fijałkowskiej, Różański mógł być agentem NKWD już przed wojną (w latach 1937-1938 wysyłano go do Francji i Palestyny).


Stefa Goldberżanka

Gdy ciężarna Bela została wezwana do Lwowa, mogła liczyć wyłącznie na wsparcie Jerzego Borejszy. To właśnie w takich okolicznościach 15 listopada 1940 roku urodziła się Stefa, podobno jedyne dziecko Józefa Różańskiego. Młoda matka czuła się w szpitalu dyskryminowana ze względu na swoją żydowskość. Kręciła nosem nawet pomimo faktu, że jako enkawudzistka miała zagwarantowane wszelkie przywileje! Wiosną 1941 roku do Lwowa przybył Josek. Wojna niemiecko-sowiecka (czerwiec-grudzień 1941) to najbardziej tajemniczy okres w jego życiu. Istnieje hipoteza, według której Józef uczestniczył w rozstrzeliwaniu polskich jeńców wojennych, ale brakuje na to niezbitych dowodów. Zaraz po ataku Niemiec na ZSRR Izabela otrzymała wezwanie do Moskwy. Jej mąż bywał tu i ówdzie, ponoć także w Starobielsku. "Faktem jest, że jesienią 1941 r. znaleźli się oboje z dzieckiem w Samarkandzie jako cywile. (...) Oboje Goldbergowie pracowali w kołchozie" - podaje Barbara Fijałkowska. Warunki, w jakich przyszło im egzystować, pozostawiały wiele do życzenia. Miało to destrukcyjny wpływ na ich córkę, która ciężko zachorowała i była zagrożona śmiercią głodową. Zrozpaczeni Różańscy zdecydowali się wówczas na zdradę: przyjęli pomoc materialną od delegatury rządu Władysława Sikorskiego. Bela wzięła "2 kg ryżu i trochę mąki", a Josek "jedną czy dwie puszki skondensowanego mleka". Troskliwi rodzice musieli się potem słono tłumaczyć przed MOPR-owską komisją, w której szczególnie prześladowała ich Julia Brystygierowa. Kto wie, może późniejsza nadgorliwość Różańskiego wynikała z chęci odzyskania "dobrego imienia"? Ostatecznie, wciąż miał on na karku Krwawą Lunę[2].


Różańszczyzna - metodyka UB

Dalsze losy naszego antybohatera doskonale nakreśla Tadeusz M. Płużański w książce "Bestie" (Warszawa 2011) i artykule "Jacek Różański, kat rotmistrza Witolda Pileckiego i generała Augusta Emila Fieldorfa 'Nila'" (Historia.wp.pl). Otóż w 1944 roku Różański wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego, gdzie pełnił funkcję politruka oraz uczestniczył w walkach na Wołyniu i przyczółku warecko-magnuszewskim. Wkrótce przeniesiono go do raczkującego Resortu Bezpieczeństwa Publicznego PKWN. 1 lipca 1947 roku Josek został dyrektorem Departamentu Śledczego MBP. To, co brat Jerzego Borejszy wyczyniał aż do roku 1954, czyli do końca swojej kariery w peerelowskiej bezpiece, uczyniło go symbolem terroru stalinowskiego w Polsce. Nieludzkie tortury, jakie stosował na szeroką skalę wobec więźniów politycznych, to tylko wierzchołek góry lodowej. Przede wszystkim, był on człowiekiem, który decydował o wyrokach wydawanych w procesach pokazowych. Wiele z tych procesów stanowiło zresztą jego autorską twórczość. Różański wysysał sobie z palca najróżniejsze historie, na podstawie których formułował fałszywe oskarżenia wzmocnione spreparowanymi dowodami. Zmuszał ludzi, żeby przyznawali się do czynów niepopełnionych. Reżyserował rozprawy, podczas których wszystko było z góry ustalone. Gdy sądowe "przedstawienia" szły niezgodnie z planem, osobiście przywracał "aktorów" do pionu. Znany jest incydent z procesu biskupa Czesława Kaczmarka, kiedy to Różański niespodziewanie wyszedł zza kulis. "Ja już skułem mordy obrońcom i przestrzegam księdza biskupa, aby nie poważył się więcej na podobne postępowanie" - warknął zirytowany Josek do duchownego.


Sprawa "Marcysi"

Goldberg potrafił składać bliźnim obietnice bez pokrycia, niekiedy okraszone "oficerskim słowem honoru". W jego ustach "honor" był jedynie wytrychem umożliwiającym włamanie się do psychiki rozmówcy. To właśnie tego wytrychu użył nasz antybohater w 1945 roku, gdy zależało mu na konkretnych zeznaniach Emilii Malessy "Marcysi", wdowy po Janie Piwniku "Ponurym". Historię, do której nawiązuję, opisał Tadeusz M. Płużański w tekście "Po pierwsze honor. Opowieść o Emilii Malessie i Janie Rzepeckim" ("Oprawcy. Zbrodnie bez kary", Warszawa 2012). Podczas okupacji niemieckiej Malessa należała do AK, gdzie pełniła funkcję łączniczki "między podziemiem w kraju a władzami RP i Naczelnym Wodzem na obczyźnie". Po wojnie konspirowała przeciwko komunistom, za co trafiła do więzienia na warszawskim Mokotowie. Tam, przy ulicy Rakowieckiej, zdradziła nazwiska przywódców WiN-u. "Pułkownik Józef Goldberg-Różański (...) ręczył jej 'oficerskim słowem honoru', że żadna z ujawnionych osób nie zostanie aresztowana i osądzona. Odwoływał się do jej patriotycznych uczuć. (...) Jeśli nie pójdzie na ugodę (...) 'będzie odpowiedzialna za mordownię'. (...) Różański słowa nie dotrzymał, rozpoczynając aresztowania WiN-owców. (...) Jednak (...) to nie ona wpadła na pomysł ujawnienia WiN. Działała na wyraźne polecenie swojego dowódcy, płk. Jana Rzepeckiego" - pisze Płużański. Malessa robiła wszystko, co w jej mocy, żeby nakłonić Joska do realizacji danego przyrzeczenia. Dwukrotnie podejmowała głodówkę. Latem 1949 roku popełniła samobójstwo. Tymczasem Rzepecki dożył odwilży październikowej (1956). Szybko został zrehabilitowany i poparł Władysława Gomułkę.


Łamacz umysłów

Ryszard Walicki, autor książki "Tortury. W Polsce 1945-1955 i współcześnie" (Warszawa 2013), odmalowuje dosyć wnikliwy portret Goldberga: "Różański (...) rozumiał znaczenie szoku emocjonalnego. Toteż jego ofiary pamiętały go dobrze. Gdy jedna z byłych więźniarek, będąc już na wolności, zobaczyła Różańskiego w sklepie przy ulicy Nowy Świat w Warszawie, to zemdlała. (...) Różański osobiście bił rzadko. Niejednokrotnie na początku przesłuchania uderzał więźnia lub więźniarkę w twarz, ale mocno. Czasem zdzielił pasem oficerskim lub kopnął. Długie torturowanie fizyczne zlecał oficerom śledczym. Groził więźniom i pragnął wytworzyć w nich poczucie beznadziejności i wywołać strach. Sam zaś co pewien czas występował w roli życzliwego, współczującego więźniom i oficerom śledczym, mądrego człowieka, zdumionego nieracjonalnym zachowaniem się osób torturowanych. (...) To przypomina opinię o Różańskim byłego więźnia, Wiktora Leśniewskiego, który powiedział mi kiedyś, że Różański potrafił być uroczym człowiekiem. Jednego tylko nie potrafił: uśmiechać się. Płk Różański starał się dotrzeć do umysłu ofiary po to, aby ją złamać". Walicki ilustruje maniery Joska licznymi cytatami. Oto dwa z nich: "Pewnego dnia w czasie przesłuchania w 1950 r. wszedł w mundurze pułkownika, z reguły chodził w cywilnym ubraniu (...) i powiedział: no, Dobrowolski - już odpiął pasa i palnął mnie 3-4 razy po plecach, karku i uchu (...) i mówi (...): muszę sobie zrobić przyjemność, żeby takiego łobuza bić" (Szczęsny Dobrowolski), "Mnie Różański nigdy nie uderzył palcem. (...) Jak meldowałem Różańskiemu, że mnie biją, powiedział - u nas się nie bije, proszę pana, imaginacja jakaś nadzwyczajna" (Stanisław Szopiński).


Krwawy Jacek

Ryszard Walicki przywołuje również zeznania dotyczące przeżyć Andrzeja Skrzesińskiego: "W obecności Różańskiego włożono mu do ust palącego papierosa, gdy go wypluł, Różański uderzył go z całej siły w twarz i wybił mu dwa zęby, dał mu własną chustkę, rozkazując na klęczkach lizać krew z podłogi". Leon Wudzki, członek CKKP PZPR, powiedział w 1956 roku: "Całe miasto wiedziało, że Różański zdziera ludziom paznokcie osobiście z rąk" (cyt. za: Władysław Gauza, "Elity III RP. Rodowód", Oslo 2011). Anglojęzyczna publikacja "Night Voices: Heard in the Shadow of Hitler and Stalin" Heather Laskey (McGill-Queen's University Press 2003) zawiera wzmiankę o tym, że Goldberg wbijał pewnej kobiecie igły pod paznokcie. Piotr Lipiński, autor książki "Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa" (Wołowiec 2016), opisuje przypadek nieludzkiego katowania Marii Hattowskiej: "Zaprowadzono ją na przesłuchanie; w pokoju czekało ośmiu mężczyzn. Byli wśród nich Józef Różański i Adam Humer. - Różański zaczął pierwszy - opowiadała mi Maria Hattowska. - Kopnął mnie, aż spadłam z krzesła. Humer bił nahajką. Miała na końcu kulkę, która przy uderzeniach przecinała skórę. (...) Bili mnie w krocze. Po tym już nie mogłam mieć dzieci". Stefan Bałuk, jeden z bohaterów filmu dokumentalnego "Bezpieka 1944-1956" (reż. Iwona Bartólewska, TVP 1997), twierdził, że Josek wykazywał pewne "objawy neurasteniczne", tzn. wychodził z pokoju przesłuchań jako człowiek kompletnie wyczerpany i nieobecny, a wracał - jako okaz siły i witalności. Zdaniem ekswięźnia, oprawca mógł czerpać energię z jakichś "dodatkowych bodźców". Czyżby leki lub narkotyki[3]?


49 rodzajów tortur

Kazimierz Moczarski, męczony przez kilku ubeków na rozkaz Józefa Różańskiego, wspomina o biciu "ręką", "policyjną pałką gumową", "drążkiem mosiężnym", "drutem", "drewnianą linijką okutą metalem", "kijem", "batem" oraz "suszką i podstawą do kałamarza". Było to uderzanie m.in. "nasady nosa", "wystających części łopatek", "podbródka", "stawów barkowych", "wierzchniej części nagich stóp", "czubków palców rąk", "czubków palców nagich stóp" i "obnażonych pięt". Pokrzywdzony zapamiętał też wyrywanie włosów ("z wierzchniej części czaszki", "ze skroni, znad uszu i z karku", "z brody i wąsów", "z piersi", "z krocza i z moszny"), przypalanie ("rozżarzonym papierosem - okolic ust i oczu", "płomieniem - palców obu dłoni") i wiele innych udręk, np. "miażdżenie palców obu rąk", "miażdżenie palców stóp", "siedzenie na kancie stołka", "siedzenie na śrubie, która rani odbytnicę". Pełną listę niedozwolonych metod śledczych można znaleźć w artykule "Opis 49 rodzajów tortur stosowanych przez UB wobec Kazimierza Moczarskiego z AK" Jarosława Wróblewskiego (portal Fronda.pl). Kobiety, które trafiały do więzienia na Rakowieckiej, często padały ofiarą przemocy seksualnej. Tadeusz M. Płużański przytacza w "Bestiach" słowa swojego ojca, byłego więźnia stalinowskiego: "Ówczesny kierownik Wydziału Śledczego MBP płk J. Różański oświadczył mi, że oficerowie śledczy nie będą się ze mną 'szarpali', gdy mogą wybić z kogo innego to, co im jest potrzebne. (...) W stosunku do żony mojej zastosowano system (...) deptania jej godności kobiecej". Goldberg był osobnikiem niesłychanie perwersyjnym. Świadczy o tym jego agresja seksualna, wścibstwo i rozwiązły styl życia.


Moralność alfonsa

Któregoś dnia Anatol Fejgin, dyrektor Departamentu X MBP, zastał go w takiej sytuacji: "Na olbrzymim biurku (...) siedzi Jacek, przed nim ustawieni w krąg stoją jego najbliżsi współpracownicy, a w środku jak piłka odbija się nieznany mi mężczyzna. Był puszczony na krąg, każdy z funkcjonariuszy Jacka przykładał mu kuksańca, a Różański, każdorazowo, gdy tamten przelatywał obok biurka, kopał go w miejsca szczególnie uczulone. 'Jacek! Jak możesz!' - powiedziałem z oburzeniem. 'To jest właśnie zabójca Ściborka' - wyjaśnił Różański, mitygując się. Zaczerwienił się chyba nawet. Krępował się przy mnie swojej brutalności" (Henryk Piecuch, "Spotkania z Fejginem", Warszawa 1990). Skrępowanie oznacza, że ktoś się wstydzi przyjemności, którą odczuwa. Rozprawiała o tym bodajże Michelle Larivey w książce "Siła emocji" (Warszawa 2006). Zestawmy upiorną anegdotę Fejgina z fragmentem przemówienia Bolesława Drobnera z 1955 roku: "Chciałbym, żeby (...) można było usłyszeć od świadków, iż nie przeszedł ten drab koło więźnia bezbronnego, żeby go nie kopnąć w krocze" (Stanisław Marat i Jacek Snopkiewicz, "Ludzie bezpieki", Warszawa 1990). Jedna z byłych więźniarek MBP wspominała, że Różański zapoznawał ją z zeznaniami jej męża na temat "Moje życie erotyczne". Chciał jej również odczytać inny elaborat tego samego człowieka: "Pożycie płciowe z moją żoną" (tamże). Henryk Piecuch wzmiankował o jakichś "orgiach" z udziałem Różańskiego. Józef Światło mówił na antenie RWE: "Różański to bardzo energiczny i czynny kobieciarz. (...) Urządza sobie intymne i wymyślne orgie w swoim gabinecie". Tadeusz M. Płużański pisał w "Bestiach", że Josek miał w ZSRR "swoje PPŻ".


Na smyczy Moczara

Barbara Fijałkowska podaje, że Józef Różański dostał wypowiedzenie z pracy już w marcu 1954 roku. Kilka miesięcy później nastąpiło zaś jego aresztowanie. W roku 1955 Goldberg został skazany na 5 lat więzienia, ale złagodzono mu karę do 3 lat i 4 miesięcy. W roku 1957 usłyszał wyrok 15 lat pozbawienia wolności, zamieniony potem na 14 lat. Ryszard Walicki cytuje słowa Marka Jabłonowskiego, z których wynika, że Josek "korzystał [w zakładzie karnym - przypis NJN] z nieprzewidzianych regulaminem ulg". Ostatecznie skazaniec został ułaskawiony w październiku 1964 roku. Dalsze losy naszego antybohatera omawia Radosław Kurek w artykule "Kaci bezpieki na tle Marca'68: Roman Romkowski, Anatol Fejgin i Józef Różański w oczach SB (1964-1968)". Tekst ukazał się w czasopiśmie "Aparat Represji w Polsce Ludowej 1944-1989", którego elektroniczną wersję można pobrać ze strony internetowej IPN-u (Ipn.gov.pl). Według badacza, w czasach moczarowskich Goldberg pracował m.in. w Mennicy Państwowej i był pilnie śledzony przez esbeków. Uczyniono go nawet figurantem sprawy o kryptonimie "Wąsik". Różański roztaczał wokół siebie "atmosferę człowieka miłego, uprzejmego, a jednocześnie dającego do zrozumienia, że posiada poważną pozycję dzięki swym uprzednim i obecnym znajomościom" (to fragment notatki H. Szyszkowskiego z lutego 1967 roku). Lubił spacerować ulicą Rakowiecką. Tęsknił za epoką bierutowską. Kibicował Izraelowi w zmaganiach z Arabami. W marcu 1968 roku był spokojny, ale jego żona rozpowszechniała jakieś plotki o rzekomym mordowaniu Żydów przez Polaków podczas okupacji niemieckiej. W 1967 roku został "wyrzucony z jadącego trolejbusu" przez swoje dawne ofiary.


Historia i sztuka

A co się stało ze Stefą Goldberżanką? Barbara Fijałkowska zdradza tylko tyle, że czerwona księżniczka posługiwała się nazwiskiem "Stefania Żebrowska". Na początku 2016 roku znalazłam w Internecie blog artystki plastyczki Justyny Czerniak (Justynaczerniak.blogspot.com). W dziale "Tekst" autorka wyjaśnia, jak jej losy splotły się - pośrednio, acz intensywnie - z losami rodziny Józefa Różańskiego. Otóż Justyna przyjaźni się z niejaką Agnieszką, młodą kobietą, która pracowała jako opiekunka Stefy i towarzyszyła jej aż do końca ziemskiej wędrówki. Starsza pani dopiero pod koniec życia ujawniła swoją prawdziwą tożsamość. Była osobą niezwykle samotną, toteż przed śmiercią zapisała cały swój majątek, łącznie z pamiątkami po ojcu, opiekunce Agnieszce. Wiele z tych staroci - fotografii, listów, pocztówek - trafiło później w ręce Justyny Czerniak, która zrobiła z nich jakieś kompozycje artystyczne w ramach przygotowywanej pracy dyplomowej. Ech, mam nadzieję, że magistrantka wykorzystała wyłącznie kopie tych przedmiotów, a nie oryginały! Przeraża mnie myśl, że ktoś mógłby zniszczyć cenne źródła historyczne w imię "sztuki współczesnej"! Justyna opublikowała w Internecie skany swoich dzieł. Nie znam się na sztuce, ale uważam, że zdjęcia z rodzinnego archiwum Różańskich wyglądałyby znacznie lepiej bez tych wszystkich "artystycznych udziwnień", takich jak stylizowany kwiatek zasłaniający buzię Stefy. Tak czy owak, nie mam wątpliwości, że na niektórych fotografiach znajduje się Józef Różański. Ta gęba jest niepodrabialna. Również adres widoczny na jednej z pocztówek (ulica Narbutta w Warszawie) zgadza się z tym podanym przez Fijałkowską. Pamiątki są więc autentyczne.


PODSUMOWANIE

Dlaczego uważam, że Józef/Jacek Różański (właśc. Goldberg) to podręcznikowy przykład sadysty? Dlatego, że posiadał on wiele cech, o których wspominali Robert R. Hazelwood, Park Elliott Dietz i Janet Warren w artykule "The Sexually Sadistic Criminal and His Offenses". Opisywany stalinowiec przeżył w dzieciństwie rozwód swoich rodziców. Po zdaniu matury w prywatnym gimnazjum "Chinuch" kontynuował naukę na Uniwersytecie Warszawskim. Aż do wybuchu II wojny światowej uchodził za statecznego obywatela: prowadził kancelarię adwokacką, nigdy nie był karany przez sądy II Rzeczypospolitej. Gdy wstępował do NKWD i MBP, był już żonaty (no dobrze, żył z Belą w konkubinacie, ale tylko dlatego, że nie zdołał uzyskać zgody na tradycyjny ślub żydowski). Miał doświadczenie militarne, tzn. uczestniczył w leśnych potyczkach, walczył w szeregach LWP. Fascynował się czynnościami i sprzętami policyjnymi, wszak stał na czele Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Brał udział w makabrycznych zabawach o charakterze homoerotycznym, doznawał widocznej przyjemności podczas kopania męskich genitaliów. Ewidentnie dzielił się partner(k)ami z innymi mężczyznami, poza tym korzystał z usług PPŻ - Przechodnich Polowych Żon. Mógł sięgać po jakieś substancje psychoaktywne, gdyż jeden z byłych więźniów posądził go o czerpanie energii z zewnętrznego źródła. Bywał obsceniczny, bezpruderyjny i niepotrzebnie zainteresowany życiem intymnym swoich ofiar. Jak większość sadystycznych bandytów, reprezentował płeć silną. Powyższe ustalenia sugerują, że osławiony Różański to sadysta sensu stricto. Tacy ludzie rządzili kiedyś Polską.


Natalia Julia Nowak,
21.10. - 01.12. 2016 r.


PS.
W polskojęzycznej Wikipedii, pod hasłem "Seryjny morderca", widnieje intrygujące zdanie: "W rodzinach połowy z nich matka wychowywała syna samotnie od jego drugiego roku życia". Józef Różański urodził się w roku 1907, a od 1909 pozostawał pod wyłączną opieką swojej rodzicielki. Gdy miał siedem lat, trafił pod skrzydła ojca, macochy i starszego rodzeństwa (to już druga trauma we wczesnym dzieciństwie). Ciekawe, w sumie, dlaczego... Może matka źle go traktowała? Albo nie potrafiła należycie o niego zadbać? Anders Behring Breivik, sprawca krwawych zamachów terrorystycznych w Oslo i na wyspie Utoya, również był synem samotnej matki. Jego rodzice rozstali się, kiedy miał zaledwie roczek.

PS 2. Postać Różańskiego pojawia się w filmie fabularnym "Generał Nil" oraz telespektaklach "Śmierć Rotmistrza Pileckiego", "Słowo honoru", "Kontrym" i "Rozmowy z katem". Josek jest też bohaterem powieści "Niesamowici bracia Goldberg" Wojtka Biedronia. Podejrzewam, że utwór prędzej czy później zostanie zekranizowany, bo jego autor jest zawodowym filmowcem. Nigdy nie miałam w rękach tego czytadła, ale poświęciłam trochę czasu na lekturę jego recenzji. I czego się dowiedziałam? Otóż książka Biedronia zawiera (jak by to określił towarzysz Gomułka) "pornograficzne obrzydliwości". Obaj bracia Goldbergowie, a zwłaszcza Józef, są tam ukazani jako totalni erotomani. Coś mi się zdaje, że czeka nas produkcja, przy której "Zaćma" i "Ida" to niewinne dobranocki.


PRZYPISY

[1] Tym, którzy nie mogą tego zrozumieć, polecam fragment powieści "Lot nad kukułczym gniazdem" Kena Keseya w przekładzie Tomasza Mirkowicza (1962/1981). Jest to urywek dialogu, w którym główny bohater, Randle Patrick McMurphy, i jego kolega ze szpitala psychiatrycznego, Dale Harding, dyskutują o demonicznej pielęgniarce Mildred Ratched zwanej Wielką Oddziałową. McMurphy przekonuje Hardinga, że siostra Ratched, pozująca na wrażliwą istotę, to w rzeczywistości sadystka i despotka. Harding, który odpycha od siebie ponurą prawdę o Oddziałowej, wygłasza komiczny pean na jej cześć: "Siostra Ratched to prawdziwy anioł miłosierdzia; spytaj, kogo chcesz! Bezinteresowna jak wiatr, dzień po dniu, przez pięć długich dni w tygodniu pełni dla dobra ogółu swoje niewdzięczne obowiązki. To wymaga poświęcenia, przyjacielu, prawdziwego poświęcenia. Wiem też od godnych zaufania osób, choć nic więcej nie mogę ci o nich wyjawić ponad to, że Martini pozostaje z nimi w bliskich stosunkach, iż również w dni wolne od pracy siostra Ratched służy ludzkości, oddając się działalności charytatywnej. Przygotowuje kosze z takimi delicjami, jak konserwy i mydło, a dla urozmaicenia dorzuca kawałek sera, po czym obdarowuje nimi młode małżeństwa w tarapatach finansowych. (...) Spójrz: oto nadchodzi nasza oddziałowa. Stuka lekko do drzwi. W ręce trzyma kosz ozdobiony wstążkami. Młodemu małżeństwu szczęście zapiera dech. Mąż stoi z otwartymi ustami, żona płacze, nie kryjąc łez. Oddziałowa lustruje ich domostwo. Obiecuje przysłać im pieniądze na... proszek do czyszczenia, a jakże. Stawia kosz na środku podłogi. A kiedy stamtąd wychodzi - posyłając obojgu pocałunki i zwiewne uśmiechy - jest tak upojona słodkim mlekiem miłosierdzia, którym własny czyn wypełnił jej obfite piersi, że nie potrafi powściągnąć swojej szczodrości. Szczodrości, rozumiesz?". Wkrótce okazuje się, że to McMurphy prawidłowo ocenił siostrę Ratched, oprawczynię torturującą pacjentów elektrowstrząsami i lobotomią. Ktoś może stwierdzić, że zacytowany przeze mnie fragment "Lotu..." niczego nie wnosi, bo pochodzi z utworu beletrystycznego, w dodatku uznawanego za manifest antypsychiatryczny. Ja jednak upieram się przy stanowisku, że objawem sadyzmu może być zarówno czerpanie przyjemności z zadawania komuś udręk, jak i obdarzanie czułością osób cierpiących. Zwróćmy uwagę na sposób, w jaki Józef Różański scharakteryzował swojego przełożonego, Romana Romkowskiego (wiceministra bezpieczeństwa publicznego, który po roku 1956 został skazany na 15 lat pozbawienia wolności). Słowa, które zaraz przytoczę, są nieco podobne do wypowiedzi Hardinga na temat Wielkiej Oddziałowej. Różański powiedział o Romkowskim: "Dla nas Romkowski to był i jest dowódca z prawdziwego zdarzenia. To był i jest człowiek, których nie jest tak wielu. On umiał postawić zagadnienie. On umiał postawić sprawę. I on był wymagający. Miał coś, co w całym bezpieczeństwie czyniło go najbardziej lubianym. On przede wszystkim okazywał niebywale dużo serca wszystkim ludziom w bezpieczeństwie, wszystkim pracownikom. On każdego przyjął, z każdym pomówił. Ileż pomocy on okazywał ludziom w ciężkich warunkach, kobietom i dzieciom, ratował inwalidów, kiedy nie było ustawy, kiedy nie było możliwości. I dlatego go lubiano. I dlatego do niego był stosunek osobisty". Źródło cytatu: Stanisław Marat i Jacek Snopkiewicz, "Ludzie bezpieki", Warszawa 1990. Sadysta wciela się w rolę anioła lub diabła, opiekuna lub gnębiciela, wolontariusza lub inkwizytora. Bo, jak słusznie zauważyła Dita, kojarzy ból/bezradność/upokorzenie z miłością/sympatią/erotyką. Dobro i zło mogą być dwiema stronami tego samego medalu. Mogą się uzupełniać jak taoistyczne siły Yin i Yang.

[2] Pytanie do amatorów japońskiej popkultury: pamiętacie doktora Kuramę z serialu animowanego "Elfen Lied" (2004)? Dyrektora badawczego w tajnym laboratorium, bezpośrednio odpowiedzialnego za okrutne eksperymenty na dzieciach z syndromem Dicloniusa? W jednym z ostatnich odcinków okazuje się, że Kurama przyjął stanowisko dyrektora badawczego, żeby uratować swoją nowonarodzoną córeczkę Mariko, która również przyszła na świat z syndromem Dicloniusa i miała zostać poddana eutanazji. Kurama jest ważnym trybikiem w zbrodniczej machinie, zaszantażowanym przez dyrektora generalnego Kakuzawę, który w każdej chwili może zamordować Mariko (uwięzioną w ciemnej izolatce). Gdy Kakuzawa postanawia wykorzystać Mariko do złapania Lucy i zabicia Nany, nadzorczynią dziewczynki zostaje doktor Shirakawa - elegancka, inteligentna, wysoko postawiona kobieta przypominająca Julię Brystygierową. Kurama odnajduje swoją córkę dopiero w ostatnim odcinku.

[3] W filmie dokumentalnym "Bezpieka 1944-1956" zostaje także przytoczona wypowiedź samego Różańskiego: "Wpadliśmy w pewien stan nienormalny. Tłumaczy się to tym, że sypialiśmy po 2-3 godziny na dobę. Po dwa tygodnie nie zmienialiśmy bielizny. Cały czas toczyła się u mnie walka, żeby nie bić, ale sam biłem". Jakże to zbieżne ze współczesną definicją sadyzmu, a dokładniej - z jej drugim zdaniem ("Fantazje, popędy seksualne lub zachowania wywołują klinicznie znaczącą dolegliwość lub upośledzenie w społecznych, zawodowych lub innych ważnych obszarach funkcjonowania")! Według Anny Salter, twórczyni filmu edukacyjnego "Listening to Sex Offenders: Part Two. Sadistic vs. Non-Sadistic Sex Offenders. How They Think, What They Do" (Eastern Kentucky University Television 1998), akty okrucieństwa działają na sadystę jak narkotyk. Stąd ekscytacja i ekstaza, a potem uzależnienie i konieczność dostarczania organizmowi coraz większych dawek używki. Dwóch sadystycznych rozmówców Salter określiło swoje doznania wyrazem "haj". Szkoda, że Goldberg, żyjący w innym miejscu i czasie, nie znał tego przydatnego kolokwializmu. Czerwony zwyrodnialec posługiwał się za to rzeczownikiem "euforia" (sprawdź: Ryszard Walicki - "Tortury. W Polsce 1945-1955 i współcześnie").

 

Komentarze (0)
Józef Różański - podręcznikowy przykład sadysty! (cz. 1)

UWAGA! PONIŻSZY ARTYKUŁ ZAWIERA
TREŚCI NIEODPOWIEDNIE DLA DZIECI!


Józef/Jacek Różański (właśc. Goldberg) - polski działacz komunistyczny żydowskiego pochodzenia, dyrektor Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, zbrodniarz stalinowski. Odpowiedzialny za aresztowanie, torturowanie i mordowanie tysięcy bohaterów Polskiego Państwa Podziemnego. Czy był sadystą... sensu stricto? Wszystko na to wskazuje. Najpierw sprawdźmy, czym jest sadyzm i kim są ludzie dotknięci tą przypadłością. Później przejdźmy do biografii jednego z największych katów Polaków lat 40. i 50. XX wieku, którego związki z NKWD sięgają jeszcze czasów międzywojennych. Ostrzegam: w niniejszym wywodzie nie ma miejsca na sentymenty rodem z "Zaćmy" Ryszarda Bugajskiego (absurdalnego filmu fabularnego o rzekomym nawróceniu Krwawej Luny - Julii Brystygierowej, dyrektorki Departamentu V MBP)! To nie jest lektura dla przewrażliwionych pensjonarek!

PS. Nie każdy, kto zajmuje się torturowaniem więźniów politycznych, musi być sadystą w znaczeniu medycznym. I nie każdy, kto posiada skłonności sadystyczne, jest skazany na los bezwzględnego dręczyciela. W artykule, który oddaję do rąk Czytelników, koncentruję się na osobie Józefa Różańskiego, czyli na jednej, wybranej postaci historycznej. Chcę pokazać, że życiorys tego oprawcy w dużej mierze pokrywa się z tym, co współczesna nauka wie o jednostkach sadystycznych.


Sadyzm seksualny


W języku potocznym słowem "sadyzm" określa się wszelkie akty okrucieństwa, a także samą skłonność do traktowania innych ludzi (lub zwierząt) w brutalny, niehumanitarny, poniżający sposób. Nowoczesna medycyna kojarzy sadyzm z jedną - bardzo konkretną i coraz lepiej poznaną - jednostką chorobową, jaką jest sadyzm seksualny. Przymiotnik "seksualny" wskazuje, że omawiane schorzenie wiąże się z erotyczną stroną człowieka, a zarazem pozwala je odróżnić od sadyzmu w znaczeniu obiegowym. Wyrażenie "sadyzm seksualny" utrzymuje się również dlatego, że przez kilka lat uznawano, iż chorobliwe okrucieństwo może występować w formie erotycznej lub nieerotycznej. Pod koniec lat 80. i na początku lat 90. XX wieku wyróżniano dwa sadystyczne syndromy: "sadyzm seksualny" i "sadystyczne zaburzenie osobowości" (SZO). Podręcznik DSM-IV, oficjalna klasyfikacja chorób psychicznych wydana przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne, nie rozpoznaje już takiego zjawiska, jak SZO. Od tego momentu, czyli od roku 1994, sadyzmem w sensie medycznym jest wyłącznie sadyzm seksualny. Potwierdzają to kolejne edycje podręcznika: DSM-IV-TR (2000) i DSM-5 (2013). W obu tych publikacjach figuruje sadyzm seksualny, lecz nie figuruje sadystyczne zaburzenie osobowości. Więcej o wykreśleniu SZO z listy chorób psychicznych można przeczytać w pracy "Sadistic Personality Disorder and Comorbid Mental Illness in Adolescent Psychiatric Inpatients" Wade'a C. Myersa, Rogera C. Burketa i Davida S. Husteda. Tekst jest dostępny w wirtualnym wydaniu periodyku "Journal of the American Academy of Psychiatry and The Law" (Jaapl.org).


Krocze i głowa

W zrozumieniu sadyzmu może nam pomóc artykuł "Neural Correlates of Pain and Suffering. Observation in Sexual Sadists" zamieszczony na stronie internetowej Value of Suffering Project (Valueofsuffering.co.uk). Autorka materiału, Clare Allely, proponuje następującą definicję zagadnienia: "Sadyzm seksualny to zaburzenie psychiczne, które odnosi się do przyjemności, jaką jednostka czerpie z zadawania bólu, cierpienia i/lub upokarzania innej osoby. Ból i cierpienie ofiary, które mogą być zarówno fizyczne, jak i psychiczne, są dla sadysty istotne do seksualnego pobudzenia i przyjemności". Allely pisze, że geneza i charakter analizowanego problemu nie zostały jeszcze do końca wyjaśnione. Co najmniej od 30 lat pojawiają się głosy, że sadyzm może być kwestią uszkodzonego układu nerwowego. Wielokrotnie prezentowano bowiem badania, z których wynika, że mózgi sadystów reagują inaczej niż mózgi niesadystów. W 2012 roku Jean Decety odkrył, że gdy jednostka dotknięta sadyzmem ogląda zdjęcia przedstawiające ludzkie cierpienie, w jej najważniejszym organie aktywuje się obszar odpowiedzialny za odczuwanie emocji (ciało migdałowate). Uczony dowiódł także, że sadyści oceniają cudzy ból jako silniejszy niż w rzeczywistości. Wniosek? Osoby sadystyczne nie tylko nie są obojętne na gehennę innych, ale wręcz wykazują większą wrażliwość niż przeciętni obywatele. Szkopuł w tym, że ta ich empatia przejawia się w sposób wyjątkowo antyspołeczny (poprzez zadowolenie). Póki co, sadyzm nie jest zaliczany do schorzeń neurologicznych, tylko do parafilii. Pod pojęciem parafilii kryje się pociąg seksualny do "nietypowych obiektów, sytuacji lub jednostek".


Z dziejów medycyny

Rozumienie sadyzmu zmieniało się na przestrzeni lat, o czym dowie się każdy, kto zajrzy do opracowania "The DSM Diagnostic Criteria for Sexual Sadism" Richarda B. Kruegera. Tekst, pierwotnie opublikowany przez wydawnictwo Springer International Publishing AG, znajduje się w zasobach CiteSeerX (Citeseerx.ist.psu.edu). W aneksie nr 1 autor przedstawia interesujące nas fragmenty sześciu pierwszych wydań podręcznika DSM. Dzięki nim możemy się przekonać, że problemem sadyzmu zajęto się "na poważnie" dopiero w latach 70. XX wieku. Wcześniej nie zaprzątano sobie głowy takim cudactwem. Ba, nie ułożono nawet osobnej definicji sadyzmu! W latach 50. zdawano sobie, oczywiście, sprawę z istnienia dewiacji seksualnej. Uważano wszakże, że dewiacja jest tylko jedna, a forma, jaką ona przybiera, to kwestia drugorzędna. Taki sposób myślenia powodował, że jednym tchem wymieniano zjawiska, które dzisiaj uchodzą za zupełnie odrębne zagadnienia. W latach 60., u progu rewolucji obyczajowej, uświadomiono sobie, że istnieje wiele różnych dewiacji seksualnych. Jednakże problemy, które zaliczano wówczas do zboczeń, nadal traktowano jako jeden pęczek nieszczęść. W latach 80. sadyzm nagle zatryumfował. Zjawisko, poddawane drobiazgowej analizie w poprzedniej dekadzie, doczekało się wreszcie osobnej definicji (1980). Była ona niezwykle szczegółowa, uwzględniała różnicę między samowolnym katowaniem ofiary a uzgodnioną zabawą sadomasochistyczną. Cóż, rewolucja obyczajowa posunęła się bardzo daleko. W roku 1987 sadyzm "objawił się" światu w postaci erotycznej i nieerotycznej (pojęcie SZO). Ale o tym już przecież rozprawiałam.

Pozwolę sobie zacytować - za Kruegerem, rzecz jasna - fragmenty podręczników DSM-I, DSM-II i DSM-III zawierające odniesienia do sadyzmu seksualnego. Odpuszczę sobie podręczniki DSM-III-R, DSM-IV i DSM-IV-TR, ponieważ umieszczone w nich definicje chorobliwego okrucieństwa są zbliżone do tej współczesnej. Aktualną definicję sadyzmu, pochodzącą z podręcznika DSM-5, przytoczę w takiej formie, jaką podaje Steve Bressert w serwisie PsychCentral ("Sexual Masochism & Sadism Disorder Symptoms" - PsychCentral.com). Na koniec pokażę, jak sadyzm został opisany w Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10. Może to dziwne, ale tam wciąż nie traktuje się tej parafilii jako osobnego zjawiska, tylko jako jedno z dwóch wcieleń sadomasochizmu. Drugim jest, naturalnie, masochizm. Podręcznik ICD-10 znalazłam na stronie internetowej Głównego Urzędu Statystycznego (Stat.gov.pl). Cieszę się, że GUS upublicznił dokument w polskiej wersji językowej.

DSM-I (1952) | Hasło "dewiacja seksualna"

"Ta diagnoza jest zarezerwowana dla dewiacyjnej seksualności, która nie jest symptomatyczna dla bardziej rozległych syndromów, takich jak schizofrenia czy reakcje obsesyjne. Termin obejmuje większość przypadków klasyfikowanych dawniej jako 'psychopatyczna osobowość z patologiczną seksualnością'. Diagnoza sprecyzuje typ patologicznego zachowania, taki jak homoseksualność, transwestytyzm, pedofilia, fetyszyzm czy sadyzm seksualny (włączając gwałt, napaść seksualną, okaleczenie)" [Z angielskiego przełożyła N.J. Nowak]

DSM-II (1968) | Hasło "dewiacje seksualne"

"Jest to kategoria dla jednostek, których zainteresowania seksualne są nakierowane głównie na obiekty inne niż ludzie płci przeciwnej, na akty seksualne niekoniecznie związane z zapłodnieniem lub na zapłodnienie dokonywane w dziwacznych okolicznościach, takich jak nekrofilia, pedofilia, sadyzm seksualny czy fetyszyzm. Nawet, jeśli wielu postrzega swoje praktyki jako niesmaczne, pozostają oni niezdolni do zastąpienia ich normalnym zachowaniem seksualnym. Ta diagnoza nie jest właściwa dla jednostek, które dokonują aktów dewiacyjnych, ponieważ normalne obiekty seksualne nie są dla nich dostępne" [Z angielskiego przełożyła N.J. Nowak]

DSM-III (1980) | Pierwsza poważna definicja sadyzmu

"(1) wobec niedobrowolnego partnera, jednostka wielokrotnie umyślnie zadawała psychiczne lub fizyczne cierpienie w celu wywołania [u siebie - przypis NJN] podniecenia seksualnego
(2) z dobrowolnym partnerem, wielokrotnie preferowany lub wyłączny tryb osiągania podniecenia seksualnego łączy upokorzenie z symulowanym lub łagodnie szkodliwym cierpieniem cielesnym
(3) wobec dobrowolnego partnera, zranienie cielesne, które jest rozległe, trwałe lub potencjalnie śmiertelne, zadawane jest w celu osiągnięcia podniecenia seksualnego" [Z angielskiego przełożyła N.J.Nowak]

DSM-5 (2013) | Współczesna definicja sadyzmu

"Na przestrzeni co najmniej 6 miesięcy, powracające, intensywne, pobudzające seksualnie fantazje, popędy seksualne lub zachowania obejmujące akty (realne, nie symulowane), w których psychiczne lub fizyczne cierpienie (w tym upokorzenie) ofiary jest seksualnie podniecające dla osoby. Fantazje, popędy seksualne lub zachowania wywołują klinicznie znaczącą dolegliwość lub upośledzenie w społecznych, zawodowych lub innych ważnych obszarach funkcjonowania"

[Z angielskiego przełożyła N.J.Nowak. Powyższa definicja jest identyczna jak ta zawarta w DSM-IV (1994). Jeśli chodzi o definicję z DSM-III-R (1987), to w pierwszym zdaniu można dostrzec jedynie drobne różnice gramatyczne. Drugie zdanie, które cytuję za Kruegerem, brzmi zaś tak: "Osoba działała pod wpływem tych popędów lub znacznie jej one dolegają". W definicji z DSM-IV-TR (2000) pierwsze zdanie jest zbieżne ze swoim odpowiednikiem z DSM-5. Inaczej brzmi tylko zdanie drugie, w którym, podobnie jak w DSM-III, podkreśla się odmienność autentycznej przemocy od obopólnej przyjemności BDSM (Bondage, Discipline, Sadism, Masochism). Przytaczam je w wersji podanej przez Kruegera: "Osoba działała pod wpływem tych popędów seksualnych z niezgadzającą się na to osobą, lub popędy seksualne lub fantazje wywołują znaczną dolegliwość lub trudności interpersonalne". W roku 1980 (tj. w czasach DSM-III) symulowane akty sadomasochistyczne uchodziły jeszcze za dewiację. Od roku 1987, czyli od momentu ogłoszenia DSM-III-R, patologizuje się wyłącznie akty realne. Im dalej w las, tym głębiej zakorzeniona zasada "chcącemu nie dzieje się krzywda". Jak za chwilę zobaczymy, podręcznik ICD-10 jest dużo bardziej konserwatywny. Tam wrzuca się do jednego worka egoistyczne maltretowanie ofiary i uzgodnione igraszki BDSM. Przypuszczam, że podręcznik ICD-11, który ukaże się w roku 2018, będzie bardziej "postępowy"]

ICD-10 (wydanie 2008) | Hasło "sadomasochizm"

"Kontakty seksualne, związane z zadawaniem bólu, upokarzaniem, czy zniewalaniem. Jeśli partner woli być odbiorcą takiej stymulacji seksualnej - określa się to masochizmem, jeśli zaś woli wywoływać - sadyzmem. Do pobudzenia seksualnego dochodzi często przy zastosowaniu sadystycznych i masochistycznych metod" [Opracowanie wersji polskiej: Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia]


Zbrodnia sadystyczna

Gdy sadyzm wymyka się spod kontroli, prowadzi do czynów niezgodnych z prawem. Problemowi zbrodni popełnionej z pobudek sadystycznych przyjrzeli się Robert R. Hazelwood, Park Elliott Dietz i Janet Warren w artykule "The Criminal Sexual Sadist" dostępnym na blogu Crime & Clues (Crimeandclues.com). Tekst, pochodzący z czasopisma "FBI Law Enforcement Bulletin", jest adresowany głównie do pracowników organów ścigania. Autorzy udzielają czytelnikom cennych porad dotyczących odróżniania zbrodni sadystycznych od niesadystycznych. No, więc na co należy zwrócić uwagę podczas badania poważnych przestępstw? Po pierwsze, trzeba znaleźć odpowiedź na pytanie, czy czyn zabroniony przynosił ofierze cierpienie. Żadna zbrodnia nie może zostać uznana za sadystyczną, jeśli nie wiązała się z bólem, strachem, poniżeniem itd. Po drugie, konieczne jest ustalenie, czy katusze były komuś zadawane umyślnie. Wiele przestępstw, takich jak choćby gwałt, stanowi dla ofiary prawdziwą gehennę. Sęk w tym, że zazwyczaj udręczenie to tylko efekt uboczny bezprawnego działania. W przypadku zbrodni sadystycznej męczenie człowieka jest celem samym w sobie. Po trzecie, należy rozważyć, czy okrutne przestępstwo mogło podniecać oprawcę seksualnie. Może kryminalista podchodził do ataku jak do radosnego święta, starannie przygotowując miejsce, narzędzia i scenariusz zbrodni? Może prowadził dziennik, w którym opisywał swoje chore pragnienia? Może zatrzymał sobie jakąś pamiątkę i/lub nieustannie wracał myślami do ataku (np. oglądając zdjęcia zrobione podczas napaści)? Warto też sprawdzić, czy delikwent interesował się pornografią i praktykami BDSM.


Portret sadysty

Hazelwood, Dietz i Warren są również twórcami pracy "The Sexually Sadistic Criminal and His Offenses". Doczekała się ona publikacji w wirtualnym wydaniu periodyku "Bulletin of the American Academy of Psychiatry and the Law" (Jaapl.org). Zdaniem autorów, większość sadystów nigdy nie wprowadza w życie swoich szalonych wizji. Ale są też tacy, którzy nie chcą lub nie potrafią kontrolować swojego zachowania, i to oni stanowią zagrożenie dla otoczenia. Tym, co naprawdę ekscytuje sadystów, jest nie tyle ból i jego zadawanie, ile poczucie absolutnej władzy nad osobą zdeptaną i sterroryzowaną. Katowanie i poniżanie ofiary to tylko środek do celu: sposób na wcielenie się w rolę boga decydującego o życiu i śmierci ujarzmionego człowieka. Z badań, jakie autorzy przeprowadzili na grupie 30 sadystycznych bandytów, wynika, że wielu sadystów to ludzie szukający intensywnych doznań. 50% badanych sięgało po substancje psychoaktywne. 43,3% skosztowało kiedyś homoseksualizmu. 40% lubiło szybką jazdę samochodem. 30% uprawiało kazirodztwo z własnym dzieckiem (43,3% było żonatych w trakcie dokonywania zbrodni). 20% próbowało swoich sił w transwestytyzmie. 20% miało na sumieniu podglądactwo, ekshibicjonizm i/lub obsceniczne rozmowy telefoniczne. 20% dzieliło się partner(k)ami z innymi mężczyznami. 30% uchodziło w społeczeństwie za statecznego obywatela. 30% fascynowało się czynnościami i sprzętami policyjnymi. 33,3% posiadało doświadczenie militarne. 43,3% kontynuowało edukację po ukończeniu szkoły średniej. 46,7% pochodziło z rodzin, w których zdarzył się rozwód bądź małżeńska niewierność któregoś z rodziców.


Sexual Sadism Scale

Dwaj kanadyjscy naukowcy, William L. Marshall i Steven J. Hucker, opracowali bardzo przydatne narzędzie, które ma pomagać specjalistom w diagnozowaniu sadyzmu seksualnego. Jest to Sexual Sadism Scale, czyli Skala Sadyzmu Seksualnego przedstawiona w rozprawie "Issues in the diagnosis of sexual sadism" (materiał zamieszczono w elektronicznej edycji dziennika "Sexual Offender Treatment": Sexual-offender-treatment.org). Pozwolę sobie przetłumaczyć wszystkie 17 wierszy tabeli: "1. Przestępca jest seksualnie podniecony sadystycznymi aktami. 2. Przestępca ćwiczy na ofierze władzę/kontrolę/dominację. 3. Przestępca upokarza lub poniża ofiarę. 4. Przestępca torturuje ofiarę lub angażuje się w akty okrucieństwa wobec ofiary. 5. Przestępca okalecza seksualne części ciała ofiary. 6. Przestępca ma historię duszenia konsensualnych partnerów podczas seksu. 7. Przestępca angażuje się w nieuzasadnioną przemoc wobec ofiary. 8. Przestępca ma historię okrucieństwa wobec innych osób lub zwierząt. 9. Przestępca niepotrzebnie rani ofiarę. 10. Przestępca próbuje, lub udaje mu się, udusić, zadusić lub w inny sposób pozbawić ofiarę powietrza. 11. Przestępca zatrzymuje trofea (np. włosy, bieliznę, dowód osobisty) po ofierze. 12. Przestępca zatrzymuje nagrania (inne niż trofea) przestępstwa. 13. Przestępca skrupulatnie planuje przestępstwo. 14. Przestępca okalecza nieseksualne części ciała ofiary. 15. Przestępca angażuje się w zniewalanie konsensualnych partnerów podczas seksu. 16. Ofiara zostaje uprowadzona lub ograniczona. 17. Dowody rytualizmu w przestępstwie". Punkt 5 pasuje jak ulał do Adama Humera, krwawego zastępcy Józefa Różańskiego.


Kochająca inaczej

Na forum psychologicznym PsychForums.com znajduje się arcyciekawy wątek "Sexual Sadists: Why do we associate pain with love?" ("Sadyści seksualni: dlaczego kojarzymy ból z miłością?"). Myślę, że rzuca on nowe światło na działalność wielu szemranych filantropów. Założycielka tematu, Dita, pisze: "Jestem skrajnie wrażliwą, troskliwą osobą. Chlubię się zdolnością kochania innych tak, jak nikt nie potrafi. Dlatego wiem, że jestem sadystką seksualną, która posiada zdolność do tego, żeby kochać głęboko. (...) Jest chłopak, w którym jestem szalenie zakochana. Nigdy wcześniej nikogo tak nie kochałam ani nie troszczyłam się o nikogo tak, jak o niego. Ale fantazjuję o tym, żeby go zranić. (...) Poczucie winy, które mam z tego powodu, jest nieznośne". Kilkanaście postów dalej TheHumanBeing odpowiada: "To wyjaśnia dużo na mój temat. (...) Ja też zawsze staram się być osobą dobrą dla innych. (...) Szczerze zaczynam sądzić, że bycie naprawdę dobrą osobą idzie ręka w rękę z sadyzmem seksualnym". Dita podchwytuje te słowa i wyznaje: "Wszyscy sadyści seksualni, z którymi rozmawiałam, wydawali się dobrymi ludźmi. Moim zdaniem, wszyscy sadyści seksualni są skrajnie wrażliwymi, kochającymi ludźmi, i to jest ich/nasz problem". Później Internautka zwierza się: "Gdy wyobrażam sobie, że kogoś torturuję, zawsze zastanawiam się, czy rzeczywiście mogłabym to robić. Czy gdybym znalazła się w takiej sytuacji, nie wygrałaby troskliwa strona mnie. Chciałabym, żeby tak było, lecz ta druga strona mnie jest tak potężna i ma tyle kontroli". Sadyści miłują swoich bliźnich, zwłaszcza tych udręczonych. Ciągnie ich tam, gdzie można kontemplować człowieczą niedolę[1].


Leczenie i rokowania

Skoro sadyzm jest chorobą, to czy da się go leczyć? I czy może on człowiekowi przejść? Pewne rozeznanie w tej problematyce daje nam długa odpowiedź, jakiej udzielił meksykański psychoterapeuta Robert Saltzman nowozelandzkiej 17-latce Brittany, która zwróciła się do niego o pomoc (Askdrrobert.dr-robert.com/sadist.html). Wypowiedź eksperta brzmi raczej pesymistycznie: "Sadyzm ma tendencję do bycia chronicznym z natury i zazwyczaj nasila się wraz z upływem czasu. (...) Leczenie sadyzmu zazwyczaj jest trudne i kończy się niepomyślnie, z sadystą - nawet, jeśli on lub ona powstrzymywał(a) się przez chwilę podczas terapii - powracającym prędzej czy później do dalszej sadystycznej aktywności. (...) Generalnie, sadyzm seksualny jest trudny do zmodyfikowania za pomocą różnego rodzaju technik kognitywno-behawioralnych, które radzą sobie dobrze z tyloma innymi problemami. Chemiczna (farmakologiczna) interwencja może przynieść pewne korzyści, w zależności od jednostki. Wypróbowywano niektóre z antydepresantów, ale tylko z ograniczonym efektem. Niestety, z leczeniem czy bez leczenia akty sadyzmu seksualnego mają tendencję do stawania się wraz z upływem czasu coraz bardziej brutalnymi lub dziwacznymi, więc perspektywy nie są dobre". Witryna Right Diagnosis (Rightdiagnosis.com) wymienia jeszcze inne formy kuracji: hipnozę, terapię grupową, edukację seksualną, trening umiejętności społecznych, antyandrogeny, normotymiki i fenotiazynę. Nie wspomina zaś o rachunku sumienia, żalu za grzechy, postanowieniu poprawy, szczerej spowiedzi ani zadośćuczynieniu Bogu i bliźniemu. Widocznie te metody nie zdają egzaminu.


Mordercza weganka

List 17-letniej Brittany do Roberta Saltzmana jest naprawdę wstrząsający. Nadawczyni opisuje w nim całe swoje krótkie, sadystyczne życie, chociaż unika jak ognia sfery erotycznej. Dziewczyna opowiada, że już w wieku 5-8 lat dręczyła swoje rówieśnice, uniemożliwiając im wychodzenie do toalety. Później z satysfakcją rozmyślała o tym, jak bardzo musiały się męczyć. Gdy miała 13 lat, próbowała udusić swoją przyrodnią siostrę (ważna uwaga: nastolatka prawdopodobnie pochodzi z rozbitej rodziny, gdyż w jej liście pojawiają się sformułowania "siostra przyrodnia" i "były chłopak matki"!). Gdy miała 14 lat, zaatakowała swoją mamę żelazkiem w celu zrobienia jej blizny. Obecnie jest totalnie owładnięta fantazjami o ranieniu innych osób. W jednym z ostatnich zdań Brittany deklaruje: "Zdaję sobie sprawę z tego, że zabijanie ludzi jest złe, i de facto jestem weganką". Co na to doktor Saltzman? "Sądząc po tym, co napisałaś, nie ma żadnych wątpliwości, że jesteś sadystką i że cierpisz na tę parafilię od wczesnego dzieciństwa. Jednak w przeciwieństwie do niektórych sadystów zupełnie nie masz współczucia dla swoich ofiar i mogłabyś zacząć zabijać ludzi, choć oświadczyłaś wyraźnie, że wiesz, iż 'zabijanie jest złe'. To oświadczenie brzmi dla mnie nie tylko jak sadyzm, ale także w dużej mierze jak kwintesencja psychopatii, albo socjopatii, jak to również jest nazywane. (...) Chociaż czujesz i rozumiesz, czym jest współczucie - odczuwasz je wobec zwierząt - absolutnie nie masz go dla ludzi, nad którymi zamierzasz się pastwić. (...) Twój zakup noża i Twoje kryteria przy wyborze tej konkretnej broni wskazują, że planujesz popełnić morderstwo". Heh, ostra jazda bez trzymanki!


Sadyści są poczytalni

Czy sadystę, który uległ swoim mrocznym instynktom, można śmiało postawić przed sądem? Artykuł 31 (paragraf 1) polskiego kodeksu karnego stanowi: "Nie popełnia przestępstwa, kto, z powodu choroby psychicznej, upośledzenia umysłowego lub innego zakłócenia czynności psychicznych, nie mógł w czasie czynu rozpoznać jego znaczenia lub pokierować swoim postępowaniem". Według Roberta R. Hazelwooda, Parka Elliotta Dietza i Janet Warren, większość sadystów potrafi kontrolować (i kontroluje) swoje niebezpieczne popędy. Wielu chorych realizuje swoje pragnienia wyłącznie w marzeniach. Niektórzy zadają bliźnim ból, ale tylko w ramach uzgodnionych zabaw sadomasochistycznych. Trafiają się wreszcie tacy, którzy próbują zaspokajać swoje żądze poprzez "torturowanie" obiektów nieożywionych. Wynika z tego, że typowy sadysta jest człowiekiem zdolnym odróżniać dobro od zła. Współczesna medycyna uznaje sadyzm za parafilię, czyli za zjawisko związane z nietypowymi zainteresowaniami seksualnymi, a nie za chorobę ograniczającą ludzką świadomość. Omawiana dewiacja nie jest więc przesłanką do stwierdzenia niepoczytalności. Sadysta, który decyduje się urzeczywistnić swoje makabryczne fantazje, najprawdopodobniej jest jednostką głęboko zdemoralizowaną. Albo - jak sugerują Hazelwood, Dietz i Warren - posiada jeszcze jakieś inne zaburzenia psychiczne. To pierwsze stanowi argument za umieszczeniem takiego osobnika w więziennej celi. To drugie kwalifikuje delikwenta do leczenia w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Sadysta, tak jak pedofil, jest człowiekiem wykolejonym. Pozostaje jednak kowalem swojego losu.

 

(...)

CIĄG DALSZY NASTĄPI

 

 

Komentarze (0)
Ho Chi Minh. Wietnamski Gomułka i jego nacjonalkomunizm

"Jeśli jutro Wietnamczycy
staną się komunistami,
będą wietnamskimi komunistami.
I to jest coś, czego Wy
nigdy nie rozumieliście.
Wy, Amerykanie"

"If tomorrow the Vietnamese
are Communists,
they will be Vietnamese Communists.
And this is something that you
never understood,
you American"


Cytat z filmu
"Czas Apokalipsy"
("Apocalypse Now")
Francisa Forda Coppoli



Mniejszość w mniejszości

W Europie Środkowo-Wschodniej, a więc również w Polsce, pronarodowa odmiana komunizmu była koncepcją słabo znaną i niewiele znaczącą. Komuniści, którzy odrzucali tradycyjny, antynarodowy, globalistyczny marksizm, stanowili mniejszość w mniejszości. Najdobitniej świadczy o tym wyrażenie "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne", które w latach 40. i 50. XX wieku stanowiło rodzaj łatki przypinanej ludziom pokroju Władysława Gomułki. Już samo słowo "odchylenie" sugeruje, że mamy do czynienia z jakąś herezją, ekstrawagancją, innowacją, rozbieżnością z obowiązującą linią ideologiczną. Zgodnie z tym, co powiedział prof. Kazimierz Kik w jednym z odcinków programu "Spór o historię" (TVP 2011), propolski Gomułka "nie pasował do tamtej epoki". Zdaniem historyka, w stalinowskim świecie nie było miejsca dla takich jednostek, zwłaszcza w samym środowisku komunistycznym. Jeśli jakiś "odchyleniec", mimo niesprzyjającego klimatu politycznego, otwarcie wyrażał swoje nieprawomyślne poglądy, najczęściej był po prostu mordowany. "Wiemy, że cała Europa Środkowo-Wschodnia została zrównana z ziemią prawie, jeżeli chodzi o dysydentów, znaczy o ludzi, komunistów myślących kategoriami narodowymi. (...) Los Gomułki był jednak najłagodniejszy, wiemy wszyscy, że Bierut go wyratował, uratował od stryczka czy od więzienia" - stwierdził Kik. Zupełnie inaczej przedstawiała się sytuacja na kontynencie azjatyckim. Tam tendencje prawicowo-nacjonalistyczne nie były odchyleniem, tylko panującym standardem. Dobrym tego przykładem jest kazus Wietnamu. A wszystko przez niejakiego Ho Chi Minha.


Problem z Chińczykami

Wietnam to kraj obdarzony bogatymi tradycjami niepodległościowymi. Naród, który na przestrzeni kilku tysiącleci wielokrotnie stawiał opór potężnym agresorom, okupantom i zaborcom, po prostu nie mógł wyrosnąć na kosmopolityczną masę. Romantyczne dzieje wspólnoty wietnamskiej przedstawiła Małgorzata Ławacz, autorka publikacji "Ważniejsze daty z historii Wietnamu" zamieszczonej w roczniku "Azja-Pacyfik" (tom XII, 2009 rok, Wydawnictwo Adam Marszałek, Towarzystwo Azji i Pacyfiku, SWPS). Przeglądając rzeczone kalendarium, można odnieść wrażenie, że odwiecznymi wrogami Wietnamczyków byli/są Chińczycy, którzy niejednokrotnie podejmowali próby podbicia Wietnamu. Choć w sferze militarnej starania te często kończyły się sukcesem, Państwo Środka nigdy nie zdołało odebrać Wietnamczykom ich tożsamości narodowej. Wietnamczycy pozostali przekonani o swojej odrębności od Chińczyków i nie zmieniła tego nawet polityka sinizacji prowadzona przez chińskich najeźdźców. Owszem, naród wietnamski pozwolił sobie wcisnąć chińską filozofię, ale sprytnie pogodził ją z tradycyjnymi kultami plemiennymi. Twórcy wietnamskiej kultury również postawili na oryginalność. Nawet, jeśli czasem podpatrywali Chińczyków, zawsze traktowali ich wzorce jedynie jako inspirację do rozwoju kultury narodowej. Wietnamczycy chętnie podnosili rękę przeciwko zaborcom. Pierwszy wielki zryw miał miejsce w latach 40-43 naszej ery. Powstanie ostatecznie upadło, a jego dowódczynie, siostry Trung, popełniły honorowe samobójstwo. Mimo to, duch w narodzie nie zginął. Później było jeszcze wiele patriotycznych buntów.


Problem z Francuzami

Z publikacji Ławacz wynika, że w XVI-XVII wieku Wietnamczycy "dorobili się" kolejnego wroga: Europejczyków, zwłaszcza Francuzów. Przybysze ze Starego Kontynentu (który, ze względu na swoją krótką historię, powinien być nazywany Nowym Kontynentem) zaczęli zakładać na ich ziemiach faktorie kupieckie, a potem także osady. Gospodarczej kolonizacji Wietnamu towarzyszyły próby akulturacji tubylców. Biali intruzi budowali bowiem chrześcijańskie świątynie i prowadzili akcję chrystianizacji autochtonów. Zemściło się to na nich w pierwszej połowie XIX wieku, kiedy to cesarzem Wietnamu został Minh Mang. Władca ten postawił sobie za cel wykorzenienie chrześcijaństwa z Wietnamu. Zwalczał nie tylko obcą religię, ale również, niestety, jej wyznawców. Prawdę mówiąc, okrutnie ich prześladował. Jakby tego było mało, Minh Mang prowadził wojnę z buddyzmem i taoizmem, umacniał natomiast konfucjanizm. Od roku 1858 trwał zbrojny podbój Wietnamu przez Francję. Pod koniec lat 60. XIX stulecia całe południe kraju było już w rękach Francuzów. Lata 1883-1884 to czas ostatecznej, francuskiej wasalizacji Wietnamu. Rodacy Napoleona uczynili z niego niesuwerenne terytorium podzielone na trzy części: Tonkin, Annam i Kochinchinę. Tej ostatniej przyznali status kolonii, pozostałe ziemie funkcjonowały zaś jako protektoraty. W następnych latach Francuzi powołali do życia Unię Indochińską, jednocząc pod tym szyldem Wietnam, Kambodżę i Laos. Na początku XX wieku zrodził się wietnamski ruch narodowo-demokratyczny. W latach 20. endecy zaczęli wyraźnie skręcać w lewo i wysuwać postulaty rewolucyjne.


Problem z Japończykami

Uwarunkowania, które opisałam w poprzednich akapitach, to swoista gleba, na której wyrósł narodowy komunista Ho Chi Minh. Według Małgorzaty Ławacz, wspomniany człowiek już w latach 30. XX wieku sympatyzował z radykalną lewicą. To on, a nie kto inny, założył Komunistyczną Partię Indochin, przemianowaną później na Komunistyczną Partię Wietnamu. Zachował jednak w sercu tradycyjny, wietnamski patriotyzm, co dało o sobie znać podczas II wojny światowej. Od roku 1940 Indochiny znajdowały się pod panowaniem rządu Vichy, który w Europie kolaborował z Niemcami, a w Azji z Japonią. Pronazistowscy Francuzi wyrazili zgodę na wkroczenie wojsk japońskich do Indochin. Tego było już za wiele. Honorowi Wietnamczycy, bez względu na poglądy polityczne, doszli do wniosku, że trzeba wreszcie powiedzieć "NIE" obcemu zwierzchnictwu. Na czele buntowników stanął Ho Chi Minh, który powołał do życia "szeroki front porozumienia narodowego Viet Minh". Był to patriotyczny ruch oporu współpracujący z aliantami, a dokładniej - ze Stanami Zjednoczonymi. Celem Viet Minhu było wyzwolenie Indochin spod japońskiej okupacji, obalenie francuskich władz kolonialnych i wskrzeszenie niepodległego państwa wietnamskiego. Wszystko byłoby OK, gdyby nie poglądy samego Ho Chi Minha, który liczył na to, że odrodzony Wietnam będzie państwem komunistycznym. W sierpniu 1945 roku wybuchło ogólnonarodowe powstanie, które zakończyło się zwycięstwem Viet Minhu. Proklamowano Demokratyczną Republikę Wietnamu, na razie jeszcze liberalną i pluralistyczną. Nasuwało się pytanie: co dalej, zwłaszcza z Francuzami?


Problem z Amerykanami

Zgodnie z tym, co podaje Ławacz, w drugiej połowie 1945 roku zaczęło się wielkie rozbrajanie wojsk japońskich stacjonujących w Wietnamie. W południowej części kraju zajmowali się tym Brytyjczycy, a w północnej - nacjonalistyczni Chińczycy (Kuomintang). Wszystko wskazywało na to, że Wietnam wróci kiedyś w ręce Francuzów. Ho Chi Minh znajdował się w trudnym położeniu. Marzył o tym, żeby jego ojczyzna była suwerenna i urządzona według zasad komunizmu. Wiedział jednak, że stoi w obliczu czterech nieprzyjaciół: Francuzów (znienawidzonych kolonizatorów), Japończyków (okupantów z czasów II wojny światowej), Chińczyków (odwiecznych wrogów) i Amerykanów (kapitalistycznych imperialistów). Naród wietnamski także dostrzegał, że sytuacja jest skomplikowana. Wszyscy chcieli niepodległości, ale różnie oceniali stopień zagrożenia ze strony poszczególnych graczy. Wietnamczycy bali się powrotu francuskiej władzy, lecz byli i tacy, których jeszcze bardziej przerażała obecność Chińczyków. Mieszkańcy Wietnamu różnili się światopoglądowo, a zatem mieli rozmaite wizje powojennej rzeczywistości. Niektórzy - z Ho Chi Minhem na czele - życzyli sobie ustroju komunistycznego. Inni mówili: "Komunizm? Po moim trupie!". Do tego dochodził problem z Amerykanami. Nikt nie negował faktu, że USA pomogły Wietnamczykom pokonać Japończyków, ale przecież zaczynała się zimna wojna i trzeba było wybrać którąś ze stron barykady. Francuzi nie chcieli rezygnować ze swoich wpływów w Azji Południowo-Wschodniej. Napięcie wciąż rosło. Wszystko zmierzało ku nowemu konfliktowi. A nawet dwóm konfliktom.


I wojna indochińska

Małgorzata Ławacz pisze, że w 1946 roku Francja rozpętała I wojnę indochińską. Powodem tej decyzji była niezgoda na usamodzielnienie się Tonkinu, Annamu i Kochinchiny. Rodacy Napoleona postanowili użyć siły, chociaż Wietnamczycy od dłuższego czasu zabiegali o pokojowe rozwiązanie sporu. Francuzom udało się zdobyć tylko południową część Wietnamu. Zresztą, nie na długo, bo już w 1954 roku ponieśli sromotną klęskę pod Dien Bien Phu. Właśnie wtedy, w połowie lat 50. XX wieku, dawni kolonizatorzy przegrali nie tylko bitwę, ale i wojnę. Porażka pod Dien Bien Phu była smutnym finałem ich szarogęszenia się na Półwyspie Indochińskim. Francuzi zrozumieli wreszcie, że muszą zwinąć manatki i wynieść się z Wietnamu. W lipcu 1954 roku doszło do ratyfikacji układów genewskich. Przewidywały one między innymi "ustalenie linii demarkacyjnej wzdłuż 17. równoleżnika do czasu przeprowadzenia w 1956 r. wyborów w celu zjednoczenia kraju". Elekcja, którą zapowiedziano na rok 1956, nie doszła do skutku, gdyż "demokraci" z Zachodu przestraszyli się jej możliwego wyniku. Zachodniacy woleli odwołać głosowanie niż pozwolić Wietnamczykom na wybranie Ho Chi Minha. Granica między Wietnamem Północnym a Wietnamem Południowym została zachowana. Wkrótce okazało się, że wśród ludzi zmuszonych do życia w Wietnamie Południowym są fanatyczni zwolennicy Ho Chi Minha, którzy zrobią bardzo wiele, aby zjednoczyć kraj i uczynić swojego mistrza wodzem wszystkich Wietnamczyków. Z tej grupy desperatów utworzono narodowo-komunistyczną partyzantkę, czyli Wietkong. Rząd północnowietnamski ewidentnie maczał w tym palce.


II wojna indochińska

Z dalszej części artykułu Ławacz dowiadujemy się, że działalność Wietkongu (na Południu) i polityka nacjonalkomunistów (na Północy) stały się przyczyną wybuchu II wojny indochińskiej, znanej powszechnie jako "wojna w Wietnamie" lub "wojna wietnamska". Tym razem agresorem były Stany Zjednoczone, które w 1964 roku rozpoczęły bombardowanie Wietnamu Północnego. Rok później Amerykanie użyli swoich wojsk w Wietnamie Południowym, żeby wspomóc tamtejszą armię w zmaganiach z szalejącym Wietkongiem. Okazało się jednak, że świetnie wyszkoleni i znakomicie uzbrojeni Jankesi nie mogą sobie poradzić z prymitywną partyzantką z kraju Trzeciego Świata. Po dziewięciu latach syzyfowej pracy (a raczej walki) USA postanowiły dać sobie z nią spokój. W styczniu 1973 roku podpisano układy paryskie, które zakończyły kompromitujący, nieuzasadniony, bezproduktywny i przynoszący same szkody pobyt Amerykanów na Półwyspie Indochińskim. Jankesi uciekli z płaczem do mamusi, tak jak niegdyś Francuzi. Dwa lata później stało się to, co stać się musiało. Doszło do zjednoczenia Wietnamu Północnego z Wietnamem Południowym, ale nie na drodze dyplomatycznej, tylko w wyniku najazdu Północy na Południe. Armia północnowietnamska przekroczyła granicę swojego południowego sąsiada, zdławiła wszelki opór, zlikwidowała demoliberalny aparat władzy i wprowadziła własne, represyjne, autorytarne rządy. Stolica Wietnamu Południowego, Sajgon, została przemianowana na Ho Chi Minh City. Reżim nacjonalkomunistyczny zelżał dopiero w roku 1986, po swoistej pieriestrojce zwanej "doi moi" ("odnowa").


Wypełnione przeznaczenie

Ho Chi Minh był głową Wietnamu Północnego w latach 1954-1969 (okres niemal całkowicie pokrywający się z epoką gomułkowską w Polsce!). Nie dożył scalenia swojej ojczyzny. Zmarł w środku II wojny indochińskiej, gdy przyszłość Wietnamu jawiła się światu jako wielka niewiadoma. Jeśli wierzyć polskojęzycznej Wikipedii, północnowietnamski prezydent nie był entuzjastą Wietkongu. Ho sprzeciwiał się podejmowaniu radykalnych działań zmierzających do szybkiego połączenia Północy z Południem (pod tym względem również przypominał Gomułkę, który protestował przeciwko szowinistycznemu wchłonięciu PPS przez PPR. Towarzysz "Wiesław", broniąc Polskiej Partii Socjalistycznej, mocno podkreślał jej niepodległościowe tradycje). Wojna, prowadzona rękami wietkongistów, musiała być dla niego ogromnym stresem. Podobno przyczyną śmierci starego patrioty okazał się zawał serca. Ho Chi Minh, który umarł w 1969 roku, nie miał nic wspólnego z atakiem Wietnamu Północnego na Wietnam Południowy w połowie lat 70. Trudno go zatem winić za pacyfikację Południa, czyli bezwzględny terror, jaki towarzyszył instalowaniu nowej władzy w anektowanym państwie południowowietnamskim. Czy historia musiała się potoczyć w ten sposób? Czy II wojnie indochińskiej i dalszym tragediom można było zapobiec? Wszystko wskazuje na to, że przeznaczeniem Wietnamu było zjednoczenie Północy z Południem. Ale wypełniłoby się ono mniej dramatycznie, gdyby w roku 1956 odbyły się planowane od dawna wybory. Jak pamiętamy, głosowanie zostało udaremnione przez Zachód, który widocznie uwierzył w możliwość oszukania losu.


Konkwista 1975

Zatrzymajmy się teraz przy problemie terroru, w jakim pogrążyła się część Wietnamu, gdy napastnicza Północ przyłączyła do siebie napadnięte Południe. Temat ten został starannie opisany przez Artura Dmochowskiego w książce "Wietnam 1962-1975" (cykl "Historyczne bitwy", Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2003). Rzeczone źródło podaje, że jedną z form represji wobec podbitej społeczności była dyskryminacja Południowców w życiu publicznym. Kluczowe stanowiska w aparacie państwowym zarezerwowano dla ludzi o północnowietnamskim rodowodzie. Zasada ta dotyczyła także obszarów południowych, na które wysyłano partyjnych aparatczyków z Wietnamu Północnego. Temu rozmyślnemu blokowaniu karier towarzyszyło umniejszanie roli południowych rebeliantów w dziele zjednoczenia kraju. Liczni nacjonalkomuniści z Południa, w tym bojownicy Wietkongu, czuli się więc zdradzeni. W Sajgonie aresztowano demoliberalnych urzędników, a na prowincji organizowano procesy pokazowe, które niejednokrotnie kończyły się wyrokami śmierci i bestialskimi egzekucjami. Morderstwa polityczne nie były jednak zjawiskiem masowym. Reżim narodowo-komunistyczny nie dążył do wybicia swoich przeciwników, wolał ich raczej reedukować, czyli poddawać praniu mózgu ("cai tao" - "reforma myśli"). Nawracaniu opozycjonistów służyła sieć obozów koncentracyjnych, którą badacz Nguyen Van Canh określił epitetem "bambusowy Gułag". Centra indoktrynacji otwierano w miejscach trudnodostępnych: niegościnnych dżunglach. Więźniowie byli okrutnie traktowani i narażeni na choroby tropikalne, takie jak choćby malaria.


"First Blood"

Skoro już jesteśmy przy temacie wietnamskich obozów koncentracyjnych, zajrzyjmy do amerykańskiej powieści sensacyjnej, w której pojawia się motyw bambusowego łagru funkcjonującego na długo przed rokiem 1975. Książka, którą mam na myśli, to bestsellerowa "Pierwsza krew" Davida Morrella. Utwór został opublikowany w 1972 roku. Dziesięć lat później doczekał się swobodnej, złagodzonej adaptacji w postaci filmu Teda Kotcheffa. Polski przekład powieści, do którego udało mi się dotrzeć, jest dziełem Roberta Stillera. Główny bohater "Pierwszej krwi" (Rambo) to bezdomny weteran, który prowadzi żywot włóczęgi wdającego się w nieustanne awantury. Gdy zostaje aresztowany przez pewnego szeryfa, powracają do niego drastyczne wspomnienia z obozu pracy, w którym przebywał podczas wojny wietnamskiej. "Jama była głęboka na trzy metry, a tak wąska, że ledwie mógł usiąść w niej z wyciągniętymi nogami. Wieczorem przychodzili czasem z latarkami, żeby przyjrzeć mu się z góry przez bambusową kratę. (...) Z początku nie rozumiał, po co mu opatrują rany, kiedy jest nieprzytomny: te cięcia na piersi, gdzie oficer wbijał mu raz po raz cienki nóż i ciągnął nim w poprzek, zgrzytając po żebrach; i poszarpane plecy, gdzie oficer czaił się, aby nagle smagnąć. (...) Niebawem zaczęli na niego zwalać coraz więcej robót, coraz to cięższych, jeść mu dawali coraz mniej, pracować kazali dłużej, spać krócej. Połapał się, w czym rzecz. (...) Nie mogąc już wydobyć z niego informacji, opatrzyli mu rany, żeby się z nim jeszcze pobawić i sprawdzić, ile zniesie, zanim go to zabije" - czytamy w utworze. Takie piekło zgotował jankeski rząd swoim obywatelom-żołnierzom.


"Rambo: First Blood Part II"

W 1985 roku wszedł na ekrany film "Rambo II" oparty na oryginalnym scenariuszu przygotowanym przez Jamesa Camerona i Sylvestra Stallone'a. Produkcję wyreżyserował George Pan Cosmatos. David Morrell napisał na jej podstawie powieść, która okazała się zaostrzoną wersją kinowego przeboju. Akcja obu dziełek kręci się wokół bambusowego łagru funkcjonującego już w zjednoczonym Wietnamie. Podobno jest to ten sam łagier, w którym protagonista cierpiał podczas II wojny indochińskiej. Oto kilka zdań z książki, a raczej z polskiego przekładu autorstwa Jana Kraśki: "Nigdy nie oglądał obozu z tej perspektywy, mimo to natychmiast to miejsce rozpoznał. (...) Szambo, kozły, liny i krzyże, na których go torturowano, bambusowe klatki tak ciasne i małe, że nie można było w nich ani usiąść, ani stać, bolące, bo wiecznie zgięte kolana, broda wiecznie przyciśnięta do piersi, koszmarny ból wiecznie zgiętego karku (...). Po obu stronach, w najbardziej newralgicznych punktach, rozmieszczono wieże strażnicze. Ich projektanci wykorzystali fakt, że u podnóża stoków rosły dwa wysokie drzewa - pnie posłużyły za podstawę wież, a na rozłożystych konarach ulokowano strażnicze budki. (...) Kolczasty drut rozciągnięty między drewnianymi słupami otaczał cały obóz, tworząc koślawy kwadrat. (...) Wejście do obozu - wielka drewniana brama z budką strażnika po prawej stronie - znajdowało się bezpośrednio pod nimi; i w tym wypadku wykorzystano miejscowy budulec - za tylną ścianę budki służył szeroki pień drzewa". Utwór Morrella to czysta fikcja, ale tajne łagry w azjatyckich dżunglach istniały naprawdę. Potwierdza to historyk Dmochowski[1].


"Rambo III"

Po porażce wietnamskiej, która ośmieszyła amerykańskich decydentów, przyszła zupełnie nieśmieszna porażka afgańska. Jankesi, chcąc zrobić na złość Sowietom, zaczęli bowiem finansować mudżahedinów. Najpierw ucierpiał na tym sam Afganistan, w którym przejęli władzę talibowie. Następnie "dostało się" niewinnym mieszkańcom Nowego Jorku, którzy zginęli w zamachu na World Trade Center. Kolejne lata to liczne, amerykańskie wojny w krajach MENA. Przyniosły one śmierć, zniszczenie, destabilizację regionu oraz kryzys imigracyjny, z którym wiążą się coraz częstsze ataki terrorystyczne w Europie. W filmie "Rambo III" z 1988 roku (reżyseria: Peter MacDonald. Scenariusz: Sheldon Lettich, Sylvester Stallone) tytułowy bohater jest namawiany do udziału w jankeskiej misji na terenie Afganistanu. Mimo gorących próśb ze strony pułkownika Trautmana, Rambo nie wykazuje żadnego zainteresowania wspieraniem mudżahedinów. Trautman postanawia, że pojedzie bez swojego ulubieńca. Po dotarciu na miejsce pułkownik zostaje pojmany przez Sowietów. Rambo, na wieść o uprowadzeniu Trautmana, wyjeżdża do Afganistanu. Nie po to, żeby wspierać dżihadystów, tylko po to, żeby odbić swojego przyjaciela. Gdy oficer zostaje uratowany, główny bohater grzecznie, lecz stanowczo odmawia Afgańczykom pozostania w ich kraju. Filmowi mudżahedini wydają się dość sympatyczni. Ale już w powieści Davida Morrella, przetłumaczonej na polszczyznę przez Macieja Pertyńskiego, islamiści są nieżyczliwi i niebezpieczni. Zmuszają nawet Rambo, żeby zdjął swój wisiorek z Buddą. Cytat: "Jeśli go nie zdejmie, może spowodować własną śmierć".


"Mój przyjaciel słoń"

Wróćmy jednak do problematyki wietnamskiej. Ciekawym opowiadaniem, które odkryłam zupełnie przypadkowo, jest "Mój przyjaciel słoń" Wojciecha Żukrowskiego (1957). Utwór, adresowany do starszych dzieci, ukazuje Wietnam w przededniu wybuchu II wojny światowej, a później także podczas brutalnej okupacji japońskiej. Autor tekstu wiedział bardzo dużo zarówno o wojnie, jak i o realiach życia na Półwyspie Indochińskim. Umiał też zrozumieć wietnamski nacjonalkomunizm. Podczas okupacji niemieckiej - na terenie Polski - Żukrowski służył w AK i AL. W latach 50. pracował jako korespondent wojenny w Wietnamie, a w latach 60. obracał się w środowisku moczarowców. To właśnie on napisał scenariusz do filmu "Barwy walki" Jerzego Passendorfera. Podobno to również on był prawdziwym autorem książki "Barwy walki" przypisywanej Mieczysławowi Moczarowi. Głównym bohaterem "Mojego przyjaciela słonia" jest ubogi wietnamski chłopiec, Hoang Kao Wan, w którym rozwija się bunt przeciwko niesprawiedliwości społecznej. Dzieciak zaczyna jednak dostrzegać, że bogaty Wietnamczyk, który wyzyskuje okolicznych chłopów, jest takim samym niewolnikiem jak oni. Pan Bao zmusza swoich pracowników, żeby oddawali coraz większe ilości ryżu, gdyż właśnie tego wymagają od niego Francuzi. Hoang rośnie na małego marksistę. Ale już wkrótce przyjdzie mu się przekonać, że istnieje coś jeszcze ważniejszego od dobrobytu: wolność. Gdy nadejdą okrutne rządy Japończyków, chłopiec wstąpi do patriotycznego ruchu oporu. Wraz z dzielnymi partyzantami i mądrym słoniem-robotnikiem weźmie udział w akcji odbicia męczonego więźnia.


Nguyen Sinh Cung

Dzieje Ho Chi Minha zostały opisane w artykule "Ho Chi Minh - życie i działalność (w 120. rocznicę urodzin)" Mariusza Karwowskiego. Tekst doczekał się publikacji na łamach periodyku "Azja-Pacyfik". Zamieszczono go w tym samym numerze, w którym przedstawiono materiał Małgorzaty Ławacz. Wartościowym źródłem, z którego można zaczerpnąć odrobinę informacji dotyczących słynnego Wietnamczyka, jest także film dokumentalny "Ho Chi Minh" (cykl "Biography", A&E Television Networks, 2009 rok, Planete Polska, Studio Publishing). Ho urodził się jeszcze w XIX wieku, w pierwszej połowie lat 90. tego stulecia. Pochodził z patriotycznej rodziny, która nie wahała się prowadzić działalności antykolonialnej. Region, w którym przyszedł na świat, słynął z bohaterskiego oporu przeciwko Chińczykom w starożytności i średniowieczu. To właśnie tutaj, w prowincji Nghe An, powstała także wietnamska endecja. Ho Chi Minh nazywał się naprawdę Nguyen Sinh Cung. Obrana droga życiowa zmuszała go jednak do nieustannego zmieniania nazwisk. Jeden z pierwszych pseudonimów, jakimi posługiwał się przyszły prezydent, brzmiał "Nguyen Ai Quoc" - "Nguyen Patriota". Nacjonalkomunista został "Ho Chi Minhem" stosunkowo późno, bo dopiero podczas II wojny światowej. Imię, pod którym przeszedł do historii, oznacza w języku wietnamskim "Niosący Światło". Ho nagminnie zmieniał nie tylko tożsamości, ale i sojusze polityczne. Jedynym stałym elementem w jego życiu był cel nadrzędny: niepodległość Wietnamu. Azjata złożył na ołtarzu ojczyzny swoją własną reputację. Wykorzystywał bliźnich w imię wyższego dobra (cel uświęca środki?).


Światowiec-niepodległościowiec

Ho Chi Minh nie wywodził się z klasy robotniczej. Był synem urzędnika, człowieka wykształconego, zamożnego i wpływowego. Przyszły polityk - posłany, z przyczyn prestiżowych, do francuskiej szkoły - wcześnie zetknął się z ideami Wolności, Równości i Braterstwa. Podobały mu się te hasła, ale dostrzegał, że Francuzi kompletnie o nich zapominają na podbitych przez siebie terenach. W orientalnym młodzieńcu kształtowało się jednocześnie kilka postaw: wrażliwość społeczna, reformatorskie zapędy, patriotyzm oraz nacjonalizm niewykluczający otwartości umysłowej. Ojciec Ho Chi Minha, angażujący się w działalność narodowowyzwoleńczą, został ostatecznie zdegradowany, skazany na więzienie i zmuszony do wykonywania prostych prac. Młody Ho również doświadczył francuskich represji. W roku 1908 relegowano go z uczelni za udział w antykolonialnych rozruchach. Konflikt z okupantami, a także osobiste ambicje zadecydowały o jego wyjeździe z Indochin w 1911 roku. Chłopak popłynął do Marsylii, gdzie próbował wstąpić do akademii kształcącej urzędników kolonialnych. Francuzi odrzucili jego podanie. Od tej pory młodzieniec był proletariuszem zmieniającym środowiska i kontynenty jak rękawiczki. Mieszkał w Nowym Jorku, Bostonie, Londynie i Paryżu. W 1919 roku rozpoczął poważną działalność polityczną. Współpracował z czołowymi przedstawicielami wietnamskiej emigracji niepodległościowej oraz pogłębiał swoje marksistowskie zacietrzewienie. Pisał artykuły do czasopism lewicowych i antykolonialnych. Ponadto zamieszczał swoje teksty w prasie sportowej i recenzował filmy dla magazynu "Cinegraph".


Rozczarowanie Zachodem

O tym, że Ho Chi Minh związał się z komunistami, przesądziła lektura jednej z broszur Włodzimierza Lenina, w której autor obłudnie pochylał się nad losem zniewolonych narodów. Faktem jest, że w okresie okołorewolucyjnym bolszewicy udawali ludzi przejętych dolą uciśnionych etnosów. Ale faktem jest też, że bardzo szybko zrzucili z siebie tę maskę, a współczucie i tolerancję zamienili na czystki etniczne i politykę rusyfikacji. Socjalistą, który chwilowo uwierzył w szlachetne intencje bolszewików, był sam Józef Piłsudski. Tym, co pchnęło Ho Chi Minha w ramiona Kominternu, było zlekceważenie kwestii wietnamskiej na Konferencji Wersalskiej. Gdy skończyła się I wojna światowa, Ho i inni wietnamscy aktywiści postanowili zawalczyć o swój kraj. Wystosowali do dyplomatów oficjalne pismo, w którym upomnieli się o autonomię dla Wietnamu. Niestety, Ho Chi Minh i jego przyjaciele nie mieli takiego talentu, jak Roman Dmowski. Ich patriotyczny list został zignorowany. Ho doszedł do wniosku, że skoro Zachód nie chce pomóc Wietnamczykom, to należy poszukać pomocy gdzieś indziej. Wybrał Sowietów i ich popleczników. W 1923 roku Ho Chi Minh "walczył" o niepodległość ojczyzny na forum Trzeciej Międzynarodówki. W późniejszych latach wykonywał wiele zadań zleconych mu przez Komintern, np. organizował partie komunistyczne w Tajlandii, Hongkongu i południowych Chinach. Odważnie łączył postulaty marksistowskie z antykolonialnymi. Wierzył, że czerwona rewolucja przyniesie Wietnamowi suwerenność. Marzył o "socjalizmie w jednym kraju". Wiedział jednak, że aby zbudować taki socjalizm, najpierw trzeba mieć ów kraj.


Chorągiewka na wietrze

Ho Chi Minh zawsze stosował taktykę, którą śmiało można nazwać polityczną prostytucją. Azjata podlizywał się każdemu, od kogo mógł coś uzyskać. Jako komunista w kuomintangowskich Chinach korzystał z gościnności tamtejszych narodowców. Później, gdy przyszło co do czego, gratulował Mao Tse-tungowi zwycięstwa nad Czang Kaj-szekiem. Wietnamczyk zapewne nie lubił Chińczyków, ale bił im pokłony, kiedy zależało mu na uznaniu Demokratycznej Republiki Wietnamu przez Chińską Republikę Ludową. Ho, który około roku 1920 sprzymierzył się z Sowietami, często odwiedzał ZSRR. W latach 30. przestał być tam mile widziany. Stalinowcy traktowali go coraz gorzej. Dawali mu odczuć, że jest człowiekiem z innej bajki, ma niewłaściwe poglądy i burżuazyjne pochodzenie. Mimo to, Ho Chi Minh do samego końca lizał buty Stalinowi, szczególnie wtedy, gdy sowiecki dyktator był mu do czegoś potrzebny. Na początku zimnej wojny Ho zaczął również łasić się do USA. Tak nachalnie, że w wydawanych przez siebie dokumentach stosował sformułowania rodem z amerykańskiej deklaracji niepodległości. Pertraktując z Amerykanami, porównywał wietnamską walkę o suwerenność do wydarzeń, które miały miejsce w Ameryce Północnej w drugiej połowie XVIII wieku. Dwadzieścia lat później prowadził z Jankesami krwawą wojnę. Ho Chi Minh przez większość swojego życia zwalczał francuski kolonializm. Lecz gdy zbliżała się I wojna indochińska, pojechał do Europy, żeby umizgiwać się do Francuzów. Zaproponował im "niepodległy Wietnam we francuskiej strefie wpływów"[2]. Mężczyzna cenił byt swojego kraju bardziej niż własną godność.


Hierarchia wartości

"Wujek Ho" (jak go pieszczotliwie nazywano) był postacią szalenie skomplikowaną. Należał do jednostek, które można kochać lub nienawidzić. Bez wątpienia był zdolnym politykiem: sprytnym, zręcznym i skutecznym. Dyskusyjną kwestią pozostaje to, czy obrana przez niego strategia mieściła się w granicach etyki życia publicznego. W poprzednim akapicie zawyrokowałam, że zachowanie Azjaty w dużej mierze przypominało prostytucję. Ale chyba właśnie na tym polega prawdziwa polityka. Ho Chi Minh nie działał zresztą w imię osobistych korzyści, tylko w imię sprawy narodowej, która była dla niego priorytetem. Wietnamczyk przyjął wybitnie nacjonalistyczną hierarchię wartości, tzn. najpierw ojczyzna, a dopiero potem inne dobra (w jego przypadku: rewolucja społeczno-gospodarcza). Kiedy osiągnął główny cel, czyli obalił francuski kolonializm, mógł już przystąpić do realizacji celów drugorzędnych. I wówczas zaczął się problem. Okazało się bowiem, że Ho Chi Minh kocha swoich rodaków, ale nie wszystkich. Gdy powstało suwerenne państwo północnowietnamskie, "wujek Ho" zajął się maoistowską reformą rolną. Jej przebieg przypominał wylewanie dziecka z kąpielą. Nagle wyszło na jaw, że część Wietnamczyków, która zapewne marzyła o wolności tak samo jak reszta, jest w Wietnamie Północnym niechciana i niepotrzebna. Mowa tutaj o bogatych przedstawicielach klasy posiadającej, których po prostu wymordowano. Umiłowany Ho, architekt wietnamskiej niepodległości, stał się katem własnego narodu. Ludobójstwo popełnione na "zawadzających" Wietnamczykach (dziedzicach, obszarnikach) kładzie się cieniem na jego życiorysie.


Upiory dżungli

Wróćmy teraz do pojęcia, które w niniejszym artykule pojawiło się kilkakrotnie. Wietkong. Na dźwięk tego słowa amerykańscy komandosi "robili" w portki ze strachu. Czym była organizacja, która dała Jankesom wycisk, jakiego nigdy wcześniej nie zasmakowali? Fenomenowi Wietkongu przyjrzał się Artur Dmochowski w przywoływanej już książce "Wietnam 1962-1975". Autor pisze, że oficjalna nazwa nacjonalkomunistycznej partyzantki brzmiała Narodowy Front Wyzwolenia Wietnamu Południowego. Określenie "Wietkong" - "Wietnamscy Komuniści" stworzył południowowietnamski dyktator Ngo Dinh Diem. Liczył on na to, że brzydkie miano, a raczej negatywna konotacja związana z wyrazem "komuniści" skutecznie odstraszy Południowców od groźnej bojówki. Przeliczył się. Dmochowski konstatuje: "Diem wymyślił nie tylko nazwę Viet Congu, ale wspólnie z Nhu stał się jego współzałożycielem, bowiem do zorganizowanego przez komunistów Narodowego Frontu Wyzwolenia pchnął wiele grup, które inaczej nigdy by się tam nie znalazły". Co to ma znaczyć? Otóż Ngo prowadził niezwykle represyjną politykę wobec swoich przeciwników. Ograniczał wolność słowa, więził niepokornych i poddawał ich wymyślnym torturom. Jego ofiarą padali komuniści, jak również ludzie, którzy nie sympatyzowali z ruchem robotniczym (np. narodowcy). Znaczną część wietkongistów stanowiły zatem osoby, które nie miały nic wspólnego z komunizmem, ale szły do lasu - azjatyckiej dżungli - gdyż zmuszała je do tego sytuacja polityczna. Byli to patrioci pragnący jedności, suwerenności i obalenia Diema. Warto o tym pamiętać podczas dyskusji o historii.


Public Relations

Według Dmochowskiego, Wietkong ("zdalnie sterowany" przez przywódców Wietnamu Północnego, ale pozujący na spontaniczną inicjatywę Południowców) w dużej mierze żerował na legendzie Viet Minhu. Narodowo-komunistyczna propaganda ukazywała go jako kolejne wcielenie pluralistycznego, ogólnowietnamskiego ruchu niepodległościowego, tym razem wymierzonego w okupanta amerykańskiego. Na kongres założycielski partyzantki zaproszono członków różnych partii i stowarzyszeń. Sprowadzono też przedstawicieli środowisk młodzieżowych, inteligenckich, robotniczych, buddyjskich i kobiecych. W oficjalnych materiałach, skierowanych do społeczeństwa południowowietnamskiego, odwoływano się do ideałów patriotycznych i demokratycznych. Obiecywano postęp cywilizacyjny: mądre reformy, wzrost gospodarczy, sprawiedliwość społeczną oraz rozwój kultury i oświaty. Przyszłe, zjednoczone państwo wietnamskie miało być neutralne, a więc bezpieczne i wolne od wyniszczających wojen. Te wszystkie populistyczne zabiegi służyły jednemu celowi. Chodziło w nich o to, żeby zwerbować do Wietkongu jak najwięcej ochotników. Tam, gdzie wietkongiści zdołali przejąć władzę, stosowano także metodę "dobrowolnego przymusu". Każdy, kto żył na tych terenach, musiał należeć do którejś z oficjalnych organizacji. Sęk w tym, że wszystkie te organizacje były kontrolowane przez rebeliantów. Wietkong cieszył się sympatią zachodniej lewicy, która nie miała pojęcia, co tak naprawdę się dzieje na Półwyspie Indochińskim. Partyzantka nacjonalkomunistyczna skrzętnie ukrywała swoje prawdziwe oblicze. A było ono totalitarne.


Król partyzantów

Jeśli uważnie przyjrzymy się zdjęciom dokumentującym późną działalność Ho Chi Minha, spostrzeżemy, że słynnemu politykowi często towarzyszy pewien czarnowłosy dżentelmen. Młodszy o jedno pokolenie i obdarzony przeszywającym spojrzeniem. To generał Vo Nguyen Giap, były partyzant Viet Minhu, minister obrony. Człowiek, który pobił Francuzów pod Dien Bien Phu i doprowadził do wypędzenia Amerykanów z Wietnamu. Według polskojęzycznej Wikipedii, ustalenie dokładnej daty urodzenia generała jest bardzo trudne. Różne źródła podają, że przyszedł on na świat w roku 1910, 1911 lub 1912. Kiedy umarł, a było to w roku 2013, prawdopodobnie miał już ponad 100 lat. Artur Dmochowski twierdzi, że Vo Nguyen Giap był najbliższym współpracownikiem Ho Chi Minha. Gdy Ho był nieobecny, zastępował go właśnie Vo. Pogromca zachodnich najeźdźców dał się poznać jako wybitny strateg, ale również osobnik despotyczny, który bez mrugnięcia okiem dławił opozycję polityczną. Radykalizm Giapa wynikał zapewne z jego głębokiego nacjonalizmu. "Historia Wietnamu budziła w nim dumę, uczucie wyższości i wiarę w możliwości narodu, a także nienawiść do tych, którzy poniżali i krzywdzili jego kraj" - wyjaśnia Dmochowski. Generał mógł też się zmagać ze zwykłym, ludzkim resentymentem. "Jego żona, również działaczka antyfrancuskiego ruchu oporu, zmarła wskutek tortur zadanych w więzieniu" - podaje Bogusław Brodecki, autor książki "Dien Bien Phu 1954" ("Historyczne bitwy", Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 1998). Rola, jaką Giap odegrał w Wietnamie Północnym, jest nie do przecenienia. Ho bez Vo to jak Gomułka bez Moczara.


Natalia Julia Nowak,
10.07. - 02.08. 2016 r.


PS.
Co o "wujku Ho" sądził prof. Władysław Góralski, znany orientalista związany z Uniwersytetem Warszawskim i Polską Akademią Nauk? "- Był nie tylko wybitną, ale również ciekawą postacią. Cieszył się olbrzymim autorytetem we własnym kraju i szacunkiem przeciwników. Symbolem uznania był fakt, że kiedy zmarł, Stany Zjednoczone ogłosiły zawieszenie broni na czas żałoby - mówił na antenie PR dyplomata i historyk Władysław Góralski. (...) - To był działacz ruchu rewolucyjnego, którego marzeniem była niepodległość Wietnamu. Na tej drodze gotów był współpracować ze wszystkimi, którzy chcieli i mogli tą walkę poprzeć - podsumował ekspert". Źródło: mjm, "Ho Chi Minh stworzył Wietnam", serwis PolskieRadio.pl.


PRZYPISY

[1] "Zatrzymani przechodzili w obozach intensywny kurs indoktrynacji politycznej. Polegał on na słuchaniu wykładów i obowiązkowej lekturze pism partyjnych. (...) Więźniowie musieli szczegółowo opisywać swe 'zbrodnie przeciwko ludowi', prosić Rewolucję o łaskę i składać przyrzeczenia lojalności wobec władz. (...) Bicie i tortury były na porządku dziennym. Więźniów zmuszano do niewolniczej pracy. Za niewykonanie normy lub 'brak entuzjazmu do pracy' mogli zostać rozstrzelani. A nawet bez tych wszystkich szykan przeżycie pobytu w obozie, położonym zwykle w bagnistej, malarycznej dżungli, nie należało do łatwych. Pracujący ponad siły więźniowie otrzymywali zaledwie 500 gramów żywności dziennie, a spali na ziemi lub w błocie. (...) Dla tych, którym udało się przeżyć obóz i zakończyć 'reedukację', wyjście na wolność nie oznaczało końca cierpień. Byli naznaczeni piętnem 'wrogów ludu', szykanowani, inwigilowani, pozbawieni pracy. (...) A społeczeństwo, do którego powracali w miarę upływu czasu, coraz mniej przypominało to, które znali sprzed 1975 r. O tych, którzy opuszczali obozy w roku 1976 czy 1977, trudno już było powiedzieć, że wychodzą 'na wolność'" [A. Dmochowski, "Wietnam 1962-1975", Warszawa 2003, s. 305-308]

[2] Informacja z filmu dokumentalnego "Ho Chi Minh" (A&E Television Networks 2009). Mariusz Karwowski, twórca tekstu zamieszczonego w roczniku "Azja-Pacyfik", wyłuszczył sprawę następująco: "Przeszkodą w pełnym urzeczywistnieniu deklarowanej niepodległości stały się postanowienia mocarstw podjęte podczas konferencji w Poczdamie. Na ich mocy czasową administrację w Indochinach miały pełnić wojska chińskie i brytyjskie. Ho dostrzegał szczególne zagrożenie związane z obecnością wojsk północnego sąsiada. W obawie przed przekształceniem tej tymczasowej sytuacji w trwałą okupację zdecydował się na podjęcie rozmów ze stroną francuską. Ceną za wycofanie chińskich oddziałów i uznanie podmiotowości było znaczne ograniczenie suwerenności i włączenie DRW w struktury Federacji Indochińskiej i Unii Francuskiej. Podpisane porozumienie zostało w Wietnamie przyjęte z rozczarowaniem. Ho zdawał sobie jednak sprawę, że układ nie będzie trwały, zaś dążenie każdej ze stron do przejęcia pełni władzy doprowadzi wkrótce do konfliktu". Wojna, która wybuchła kilka/kilkanaście miesięcy po negocjacjach z Francuzami, przyniosła Wietnamczykom całkowite wyzwolenie spod kolonialnego jarzma. Pełna niepodległość i zjednoczenie kraju nadeszły dopiero w latach 70. XX wieku.

 

Komentarze (0)
O mnie
Natalia Julia Nowak

Studiowałam na Uniwersytecie Warszawskim (Socjologia Stosowana i Antropologia Społeczna, studia magisterskie) i Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach (Dziennikarstwo i Komunikacja Społeczna, studia licencjackie).

Mój profil w iWoman.pl