iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Ksiądz - Żołnierz Wyklęty! Niezwykły dowódca ROAK

"Ksiądz Stanisław Domański
akceptował działalność
o charakterze samoobrony,
a nigdy nie dopuszczał
do bezsensownego rozlewu krwi.
W wyniku działalności
jego organizacji
po stronie sił represji
nie zginął ani jeden człowiek"


Grzegorz Sado,
"Nasz Dziennik", 28-11-2009
(cyt. za: Interaktywna Polska)


Naturalny lider


Stanisław Domański, późniejszy ksiądz, przyszedł na świat 10 maja 1914 roku. Urodził się w Strzyżowicach, niewielkiej wiosce położonej 7 kilometrów na południowy zachód od Opatowa (Wyżyna Opatowska/Sandomierska nieopodal Gór Świętokrzyskich). Rodzice chłopca, Filip Domański i Anna z domu Ozdoba, zajmowali się uprawą roli. Posiadali skromne gospodarstwo, które przy odpowiednim wysiłku pozwalało na utrzymanie trojga dzieci. Stanisław uczęszczał do szkół powszechnych w Strzyżowicach i Mydłowie, a potem został przyjęty do prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego im. Bartosza Głowackiego w Opatowie. Dyrektorem tej placówki był ksiądz Antoni Prugel - charyzmatyczna postać, która sprawiła, że młody Staszek postanowił zostać duchownym rzymskokatolickim. Głęboka religijność, jaką nosił w sobie Domański, wynikała również z wychowania w atmosferze pobożności i bogobojności. W rodzinie naszego bohatera ważne były także idee patriotyczne, które stały się podstawą jego niepodległościowego światopoglądu. Stanisław Domański już jako gimnazjalista był człowiekiem energicznym, optymistycznym, towarzyskim oraz nastawionym na aktywne kształtowanie rzeczywistości. Działał w Związku Harcerstwa Polskiego, uwielbiał górskie wędrówki i sporty zespołowe (szczególnie interesowały go piłka nożna i siatkówka). Miał wielu przyjaciół, wykazywał cechy naturalnego lidera. W 1934 roku zdał maturę i wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Sandomierzu. Po kilku latach nauki został diakonem (kwiecień 1939), a następnie pełnoprawnym księdzem (czerwiec 1939). Sakrament kapłaństwa otrzymał z rąk biskupa sandomierskiego Jana Kantego Lorka.


Ceniony i lubiany

Msza prymicyjna Stanisława Domańskiego odbyła się w wiosce Sulisławice, 29 kilometrów na południe od Opatowa. Dzień później początkujący duchowny otrzymał swoją pierwszą, a zarazem ostatnią parafię w życiu - został wikariuszem kościoła pw. św. Zygmunta w Siennie. Gdzie leży Sienno? Wieś, o której rozmawiamy, wchodzi dziś w skład powiatu lipskiego województwa mazowieckiego. W czasach księdza Stanisława była ona częścią powiatu iłżeckiego województwa kieleckiego. Co do samego powiatu iłżeckiego, jego stolicą nie była Iłża, tylko Starachowice-Wierzbnik, obecnie znane jako Starachowice (miasto powiatowe na Kielecczyźnie, w województwie świętokrzyskim, ale w diecezji radomskiej. Iłża, leżąca 22 kilometry na północny wschód od Starachowic, podlega aktualnie powiatowi radomskiemu województwa mazowieckiego). Ludność Sienna bardzo szybko pokochała swojego nowego duszpasterza. Ksiądz Domański dał się bowiem poznać jako kapłan życzliwy, sympatyczny i przyjaźnie nastawiony do otoczenia. Miał doskonały kontakt z dziećmi i nastolatkami, dla których - z racji młodego wieku - był kimś w rodzaju starszego brata. Ale to jeszcze nie wszystko. Po przybyciu do Sienna duchowny w pełni rozwinął się jako społecznik, któremu nigdy nie brakowało sił do udziału w akcjach na rzecz lokalnej wspólnoty. Chętnie uczestniczył w przedsięwzięciach o charakterze kulturalnym, słynął ze znakomitych (niejednokrotnie patriotycznych) kazań. Przypisywano mu talenty oratorskie i uzdolnienia wokalne. Prawdopodobnie dysponował donośnym głosem. Gdy śpiewał podczas odprawiania pogrzebów, okazywał się słyszalny w całej okolicy. Trzy letnie miesiące 1939 roku minęły jak oka mgnienie.


Kapelan AK

Wybuch II wojny światowej pozwolił księdzu Stanisławowi wznieść się na wyżyny patriotycznego kaznodziejstwa. Umocnił również jego pozycję jako miejscowego autorytetu. To właśnie wtedy, podczas okupacji niemieckiej, Domański zaczął wygłaszać swoje najbardziej płomienne kazania, które inspirowały wiernych do stawiania oporu najeźdźcy. Wzruszającym przemówieniom często towarzyszyły melodie polskich pieśni narodowych, grane na żywo przez utalentowanego organistę, Janusza Chorosińskiego. Nasz bohater nie tylko wspierał lokalnych niepodległościowców, ale także czynnie uczestniczył w działaniach konspiracyjnych. Od roku 1941 był kapelanem Związku Walki Zbrojnej, czyli późniejszej Armii Krajowej. Do jego najbardziej zaszczytnych obowiązków należało zaprzysięganie nowych członków ZWZ-AK. Ksiądz Stanisław dużo czasu spędzał z polskimi partyzantami. Widziano go nawet na Wykusie, słynnym wzniesieniu pod Starachowicami, które w XIX wieku służyło wojskom Mariana Langiewicza, a w następnym stuleciu - m.in. żołnierzom Henryka Dobrzańskiego "Hubala" i Jana Piwnika "Ponurego". Duchowny zajmował się ponadto kolportażem antynazistowskich ulotek, nasłuchem radiowym, aprowizacją leśnych oddziałów, roznoszeniem tajnej korespondencji, ukrywaniem osób poszukiwanych przez gestapo oraz ewidencjonowaniem aresztowanych, zaginionych i pomordowanych duszpasterzy. W lipcu 1944 roku Domański został mianowany kapelanem wszystkich jednostek AK operujących w obwodzie iłżeckim. Podczas akcji "Burza" towarzyszył 1. Batalionowi 3. Pułku Piechoty Legionów Armii Krajowej (okolice Końskich). Jesienią 1944 roku otrzymał Krzyż Walecznych.


Dowódca ROAK

Ksiądz Stanisław, podobnie jak wielu innych akowców, był krytycznie nastawiony do Armii Czerwonej "wyzwalającej" polskie ziemie spod okupacji niemieckiej. Zdawał sobie sprawę z faktu, że Sowieci, którzy przekroczyli granice naszej Ojczyzny, nie zrezygnują łatwo ze swojej zdobyczy. Rozumiał, że komunistyczny reżim, budowany przez grupę radzieckich kolaborantów, jest systemem totalitarnym, opresyjnym i w pełni dyspozycyjnym względem Moskwy. Złe przeczucia, jakie dręczyły Domańskiego już od 1944 roku, znalazły swoje odzwierciedlenie w dramatycznych kazaniach kierowanych do sienneńskich parafian. Kapłan nie miał wątpliwości, że w Polsce zaczyna się właśnie nowa okupacja, tym razem grożąca wynarodowieniem społeczeństwa. Podczas sylwestrowej Mszy świętej 1944/1945 pozwolił sobie nawet stwierdzić, że nad naszą Ojczyzną wisi "czerwona płachta" pochodząca ze Wschodu. Duchowny otwarcie mówił o swoich obawach związanych z doktryną marksistowsko-leninowską, niezwykle wrogą wobec rzymskiego katolicyzmu. Na początku 1945 roku ksiądz Stanisław zdecydował się aktywnie przeciwstawić bolszewickim porządkom. Wstąpił do organizacji "NIE" ("Niepodległość") - antykomunistycznej struktury zarządzanej przez generała Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Kilka miesięcy później, prawdopodobnie w maju, założył własne ugrupowanie, którego szeregi zasilili ludzie doświadczeni w walce z Niemcami. Organizacja liczyła około czterdziestu osób. Historycy uznają ją za element szerszego zjawiska, jakim był ROAK - Ruch Oporu Armii Krajowej. Domański, major używający swojego starego pseudonimu "Cezary", utrzymywał też luźny kontakt ze Zrzeszeniem "WiN".


Podwójny żywot

Grupa księdza Stanisława nie była oddziałem leśnym, co odróżniało ją od naszego stereotypowego wyobrażenia o Żołnierzach Wyklętych jako antykomunistycznych partyzantach. Członkowie tej organizacji wiedli podwójny żywot. Mieli stałe miejsca zamieszkania i udawali zwyczajnych obywateli, a jednocześnie prowadzili systematyczne działania przeciwko bierutowskiej dyktaturze. Sam Domański godził rolę dysydenta z rolą duszpasterza i katechety. Ugrupowanie, którym kierował, uciekało się do akcji propagandowych i militarnych. Rodziło to pewien paradoks. Ksiądz Stanisław, jako dowódca ROAK, był odpowiedzialny za wszelkie poczynania swoich podwładnych. Uważał wszakże, iż kapłanowi nie wypada walczyć z bronią w ręku, dlatego osobiście posługiwał się jedynie słowem. Szefem do spraw działań zbrojnych był kapral Jan Wiśniewski "Sęp" i to właśnie on realizował te mniej pacyfistyczne przedsięwzięcia organizacji. Należy tutaj podkreślić, że wszystkie akcje militarne podejmowane w imieniu Domańskiego były przeprowadzane w duchu chrześcijańskiego miłosierdzia, czyli z poszanowaniem życia i zdrowia atakowanych przeciwników. Żołnierze dbali o to, aby ich napady były jak najmniej krwawe. Rozbroili kilka posterunków milicji, urządzili niefortunny "skok" na wytwórnię spirytusu w Rudzie Kościelnej, próbowali powstrzymać czerwonoarmistów wywożących do ZSRR polską rogaciznę. Nie stosowali jednak takich metod, jak likwidowanie pepeerowców czy wydawanie surowych wyroków na funkcjonariuszy bezpieki. Organizacja księdza Stanisława nadrabiała tę łagodność radykalną propagandą, w której padało m.in. hasło "Śmierć komunie!". Czcza pogróżka czy metafora?


"Daj nam, Boże..."

W kolejny sylwestrowy wieczór (1945/1946) Domański znów wzruszył parafian mocnym, antykomunistycznym kazaniem odnoszącym się do bieżących wydarzeń społeczno-politycznych. Namawiał słuchaczy, żeby zawsze pamiętali, iż czerwony sztandar i czerwona gwiazda nie są prawowitymi symbolami polskości. Zwrócił uwagę na niesprawiedliwy los wielu akowców, którzy podczas II wojny światowej dzielnie walczyli z hitlerowcami, a obecnie doświadczają szykan ze strony "polskich" władz państwowych. Ksiądz Stanisław zakończył swoją przemowę patetyczną apostrofą, która stanowiła idealne podsumowanie jego poglądów: "Daj nam, Boże, Polskę nie białą, nie czerwoną, tylko biało-czerwoną, a nad nią Orzeł Biały w koronie i Krzyż!". To pewnie te słowa sprawiły, że komuniści postanowili przystąpić do ostatecznego rozwiązania kwestii niepokornego duchownego. Rozbijanie ROAK zaczęło się wprawdzie już kilka tygodni wcześniej, ale teraz akcje podejmowane przez PUBP w Starachowicach miały zostać sfinalizowane. W pierwszej połowie stycznia 1946 roku Domański wraz z częścią swoich podkomendnych wyjechał do Wólki Trzemeckiej, żeby tam przeczekać spodziewany najazd ubeków na Sienno. Następnie kapłan (i kilku innych Niezłomnych) przeniósł się na Dolny Śląsk. Droga do Bielawy, miejsca docelowego, była dość nietypowa, gdyż prowadziła przez Kraków i Katowice. Przebywając w Mieście Kraka, nasz bohater odbył rozmowę z kardynałem Adamem Stefanem Sapiehą, cichym zwolennikiem podziemia niepodległościowego. Ksiądz Stanisław wrócił do Sienna na początku marca 1946 roku. Wcześniej, ze względu na zły stan zdrowia, "zaliczył" jeszcze pobyt w będzińskim szpitalu.


Męczeńska śmierć

W nocy z 9 na 10 marca 1946 roku Domański i jego dwaj żołnierze, Józef Cielecki i Stanisław Dmuchalski, zebrali się w domu Franciszka Stefańskiego, żeby omówić plan swojej rychłej ucieczki do Krakowa. Duchowny miał bowiem szansę objąć jedną z podkrakowskich parafii. Spokojną debatę przerwała nieoczekiwana obława. Do Eugeniowa, wioski Stefańskiego, przybyło 25-30 funkcjonariuszy UB i MO, z którymi Cielecki i Dmuchalski musieli stoczyć walkę. Strzelanina, podczas której Dmuchalski zginął, a Domański został ranny w plecy, trwała około trzech godzin. Kiedy ubecy zagrozili spaleniem szturmowanego obejścia, Cielecki podjął decyzję o kapitulacji. Wkrótce on, ranny Domański i martwy Dmuchalski wylądowali na przygotowanym przez bezpieczniaków wozie (czterej oprawcy usiedli na obolałym duszpasterzu). Aresztanci zostali przewiezieni do budynku spółdzielni gminnej w Siennie. Rannego kapłana wciągnięto za nogi na piętro i tam bito przez jakieś pół godziny. Następnie znowu chwycono go za nogi i ściągnięto na dół po schodach. Skatowanego duchownego przetransportowano ciężarówką do starachowickiego szpitala. Ciekawe, że do samochodu wsiadł też ksiądz Włodzimierz Sedlak, późniejszy bioelektronik, profesor KUL. Sedlak był proreżimowym kaznodzieją, a w styczniu 1945 roku radośnie witał Armię Czerwoną. Domański zmarł jeszcze 10 marca. W tym samym czasie do domu Kazimiery Bednarek, propagandystki ROAK, przyszedł jeden z uczestników zakończonej obławy. Milicjant poprosił o możliwość umycia skrwawionych rąk. Majora "Cezarego" pochowano w rodzinnych Strzyżowicach. Józefa Cieleckiego skazano zaś na cztery lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat.


Jan Trojnar

Kilka dni po śmierci Stanisława Domańskiego w powiecie iłżeckim został zamęczony kolejny ksiądz: Jan Trojnar, proboszcz pętkowicki. Morderstwo, do którego doszło 14 marca 1946 roku, nie zostało jeszcze do końca wyjaśnione. Wiele wskazuje na to, że tym razem sprawa nie miała charakteru politycznego. Najprawdopodobniej była to zbrodnia na tle religijnym, popełniona za wiedzą i zgodą Urzędu Bezpieczeństwa. Trojnar pochodził z Rzeszowszczyzny, a konkretnie - ze wsi Smolarzyny niedaleko Łańcuta. Urodził się 17 sierpnia 1907 roku jako syn dwojga prostych rolników. Oprócz niego było w domu jeszcze czworo innych dzieci. Rodzicom Jana (Józefowi Trojnarowi i Marii z Kloców) wiodło się wręcz fatalnie. Małe, ubogie gospodarstwo nie przynosiło zysków adekwatnych do potrzeb siedmioosobowej rodziny. Sytuację pogarszał Wisłok, dopływ Sanu, który często wylewał swoje wody na pole Trojnarów. Smolarzyny były miejscowością bez perspektyw, dlatego Jan, ukończywszy szkołę powszechną, zdecydował się wyemigrować do Sandomierza. Tam też zaliczył gimnazjum i Wyższe Seminarium Duchowne. Po otrzymaniu święceń kapłańskich z rąk biskupa Pawła Kubickiego (2 czerwca 1935 roku) pełnił funkcję wikariusza w sześciu prowincjonalnych parafiach. Sierpień 1945 roku to moment, gdy opisywany duchowny zadebiutował w roli proboszcza. Kiedy wyjeżdżał do Pętkowic - bo właśnie tam miał administrować wspólnotą parafialną - zapewne nie spodziewał się, że jego posługa będzie trwała zaledwie siedem miesięcy. Nie mógł przewidzieć swojej tragedii, chociaż biskup Jan Kanty Lorek uprzedził go o możliwych trudnościach. Kto by pomyślał, że neutralny, apolityczny kapłan zostanie okrutnie zabity?


Rewolucja hodurowska

Pętkowice i okolice były terenem pogrążonym w ostrym konflikcie religijnym pamiętającym jeszcze czasy II Rzeczypospolitej. Wszystko zaczęło się w roku 1929, kiedy to część miejscowej ludności popadła w spór z łacińską hierarchią kościelną i na znak protestu zmieniła wyznanie. Buntownicy założyli w Okole parafię polskokatolicką, tzn. kościół pw. św. Franciszka z Asyżu. Nazywano ich "narodowcami" i "hodurowcami" (oryginalna nazwa Kościoła polskokatolickiego, zaliczanego do rodziny Kościołów starokatolickich, to Polski Narodowy Kościół Katolicki. Pierwszym zwierzchnikiem tej instytucji był biskup Franciszek Hodur). W 1934 roku w sąsiednich Pętkowicach powstał kościół pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus: parafia rzymskokatolicka, która na swoją siedzibę wybrała zabytkowy zbór poariański. Pasterzom KrK chodziło o odzyskanie "zagubionych" owieczek. Stosunki między ludnością polskokatolicką a rzymskokatolicką układały się bardzo źle. II wojna światowa częściowo złagodziła lokalne animozje, ale po wyzwoleniu Kielecczyzny spod okupacji niemieckiej wzajemna niechęć wróciła ze zdwojoną siłą. Duży wpływ na rozdrapanie starych ran miała władza komunistyczna, która świadomie realizowała zasadę "dziel i rządź". Jak wiadomo, stalinowcy gardzili wszelkimi religiami, jednak czasem wspierali wyznania mniejszościowe w celu osłabienia wyznania większościowego. Tak też było i tym razem. Partia rządząca chętnie udzielała poparcia Kościołowi polskokatolickiemu, dzięki czemu zdobyła uznanie wielu jego wiernych. Cały powiat iłżecki był zresztą daleki od antybolszewickiej kontrrewolucji, chyba ze względu na pepeerowskie inwestycje w Starachowicach (odbudowę tutejszego przemysłu).


Zbrodnia z nienawiści

Gdy latem 1945 roku przybył do Pętkowic nowy łaciński proboszcz, ksiądz Jan Trojnar, polskokatoliccy ekstremiści postanowili zamienić jego życie w piekło. Rzymskokatolicki kapłan wielokrotnie był obrzucany kamieniami, a jego plebania - plądrowana przez nieznanych sprawców. Hodurowcy absolutnie nie mieli powodu, żeby go tak traktować. Trojnar należał bowiem do ludzi prostodusznych. Nie interesował się polityką, nie komentował aktualnych wydarzeń, nie zabierał głosu w kwestii PNKK. Był szczery i bezpośredni, często używał wyrażeń gwarowych, w wolnych chwilach oddawał się pracy fizycznej. Pewnego wieczoru, gdy załatwiał jakąś sprawę z grupą parafian, na plebanię wtargnęło czterech mężczyzn w wojskowych mundurach. Wierni zostali skierowani do sąsiedniego pomieszczenia, a ksiądz Trojnar usłyszał wiele pytań o pieniądze i ewentualną afiliację partyjną. Potem intruzi zaczęli się nad nim znęcać, bić go nogami od stołu i krzeseł. Podczas dwugodzinnych tortur połamali mu żebra i wybili większość zębów. Ostatecznie zamordowali go dwoma strzałami w głowę (czaszka ofiary rozpadła się na cztery kawałki). Krew zbryzgała ściany, mózg zabrudził podłogę. Zwłoki duszpasterza przez tydzień straszyły na miejscu zbrodni, gdyż milicja zabroniła ich dotykać aż do przyjazdu śledczych. Chociaż starachowiccy i ostrowieccy ubecy podjęli się zbadania tej sprawy, szybko uznali ją za pospolity napad rabunkowy. Zdaniem świadków, Trojnara zabili sami funkcjonariusze UB, ekspartyzanci GL/AL wyznania polskokatolickiego. Pogrzeb denata odbył się w Ostrowcu Świętokrzyskim. Na pochówek w Pętkowicach nie pozwolili domniemani mordercy, którzy zagrozili, że wysadzą mogiłę duchownego w powietrze.


Cudowne ocalenie

Następcą Jana Trojnara mianowano Juliana Banasia, wikariusza bałtowskiego. Ksiądz ten doskonale wiedział, że na terenie spacyfikowanym przez polskokatolickich ekstremistów będzie mu grozić śmiertelne niebezpieczeństwo. Początkowo tak bardzo się bał, że nie chciał nawet zamieszkać na plebanii w Pętkowicach. Wolał dojeżdżać do swojego nowego "miejsca pracy" z odległego o 5,5 kilometra Bałtowa. Gdy trwoga nieco zelżała, ośmielił się wreszcie przeprowadzić w okolice pętkowickiego kościoła. Zaczął tam żyć, odprawiać nabożeństwa, służyć łacińskiej wspólnocie. Później zajął się także nauczaniem religii w placówce szkolnej w Okole. Polskokatoliccy ekstremiści stracili wówczas cierpliwość. Pewnego dnia, podczas jednej z katechez prowadzonych przez Banasia, do sali dydaktycznej wkroczył proboszcz hodurowski. Nieproszony gość poinformował katechetę, że może go spotkać taki sam los jak Trojnara. Niedługo potem ksiądz Julian Banaś faktycznie znalazł się w sytuacji zagrożenia życia. Którejś nocy (w 1947 roku) obudziła go grupa podejrzanych osobników strzelających w okna i ściany rzymskokatolickiej plebanii. Interesujące, że tym ciemnym typom towarzyszył... pies hodurowskiego proboszcza! Jeden z mężczyzn wszedł do budynku, w którym przebywał struchlały Banaś, reszta zdecydowała się pozostać na zewnątrz. Nagle na podwórzu zapanowała dziwna cisza. To napastnicy niespodziewanie wzięli nogi za pas. Gdy ostatni z agresorów - ten, który przekroczył próg domu księży - uświadomił sobie, że jego koledzy go opuścili, również dał drapaka. Miejscowa legenda głosi, że terrorystom objawił się duch zadręczonego Jana Trojnara. Umarły kapłan spytał: "Czy jeden wam nie wystarczy?".


Pro memoria

W 1994 roku odsłonięto w Siennie tablicę pamiątkową ku czci lokalnych bohaterów wojennych. Płyta, ufundowana przez Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej i Związek Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego, zawiera nazwiska różnych osób, w tym księdza Stanisława Domańskiego. Inna tablica z lat 90. XX wieku (wyłącznie w hołdzie Domańskiemu) zdobi kościół pw. Matki Bożej Miłosierdzia w Radomiu. Pojawiła się tam wiosną 1999 roku dzięki uprzejmości radomskiego oddziału ZWPOS. Człowiekiem, który uczynił najwięcej dla rozsławienia postaci kapłana, jest Grzegorz Sado, autor książki "O Polskę biało-czerwoną. Ksiądz Stanisław Domański ps. 'Cezary' (1914-1946)" (wydawnictwo "Jedność", Kielce 2009). Świętokrzyski badacz promuje biografię duszpasterza poprzez artykuły, wykłady, prelekcje i występy telewizyjne. Możemy go zobaczyć np. w filmie dokumentalnym "Ksiądz Stanisław Domański" (cykl "Z archiwum IPN") i w jednym z epizodów programu "Było... nie minęło. Kronika zwiadowców historii" (odcinek "Niespodzianka. Czerwona płachta ze wschodu. Benedyktyńska robota").

Za instytucję, która w szczególny sposób kultywuje pamięć o niezłomnym duchownym, należy uznać Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych im. ks. mjr. Stanisława Domańskiego w Siennie. Placówka nosi tę zaszczytną nazwę od 2010 roku. W roku 2012 otwarto tam Izbę Pamięci dowódcy ROAK, a w 2014 odsłonięto stosowną tablicę pamiątkową. Płyta upamiętniająca Domańskiego wisi również na terenie Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski w Kałkowie-Godowie. Zawieszono ją na ścianie tzw. Golgoty jesienią 2012 roku. Trzy lata wcześniej ksiądz Stanisław Domański został pośmiertnie uhonorowany Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W uroczystości nadania odznaczenia uczestniczył, jako wysłannik prezydenta Lecha Kaczyńskiego, poseł Przemysław Gosiewski (Ostrowiec Świętokrzyski 2009). Od roku 1967 odprawiane są oficjalne Msze święte za duszę poległego bohatera. Zainicjował je duszpasterz sienneński Władysław Rączkiewicz.

Popularyzacją postaci księdza Jana Trojnara, a także badaniem jego zagadkowej śmierci, zajmuje się duchowny rzymskokatolicki Janusz Bachurski. Drugą osobą, która poświęca dużo uwagi temu problemowi, jest wspomniany wcześniej historyk Grzegorz Sado. Obaj poszukiwacze prawdy wystąpili w filmie dokumentalnym "Ksiądz Jan Trojnar" (seria "Z archiwum IPN"). Jakby tego było mało, dziennikarskie śledztwo w tej sprawie przeprowadził Janusz Kędracki, reporter świętokrzyskiej mutacji "Gazety Wyborczej". W miejscu, gdzie zginął Trojnar, stoi od 2005 roku pomnik w formie nieociosanego głazu z tablicą pamiątkową. Znajduje się on na świeżym powietrzu, gdyż oryginalny budynek osławionej plebanii już nie istnieje. Chociaż ksiądz Jan Trojnar nie miał nic wspólnego z powojennym ani nawet wojennym ruchem oporu, bywa czasem zaliczany do Żołnierzy Wyklętych i czczony jako jeden z męczenników za wolną, suwerenną Polskę. Jest to nadużycie, albowiem pętkowicki proboszcz - jak słusznie głosi napis wyryty na jego grobie - "oddał życie za Kościół", a nie za niepodległość Ojczyzny. Nie wiadomo, czy zamordowany kapłan popierał działalność zbrojnego podziemia antykomunistycznego.


Natalia Julia Nowak,
luty-marzec 2017 r.



PS 1. Poległy Dmuchalski miał na imię Stanisław lub Władysław. Ojciec księdza Trojnara to Józef lub Jan Trojnar, a siostra księdza Domańskiego - Stefania lub Teresa Szemraj. Propagandystka ROAK, Kazimiera pseudonim "Jaśmin", nazywała się Bednarek lub Niedziela. Któreś z tych nazwisk może być nazwiskiem panieńskim. Na nagrobku księdza Trojnara miano rodowe duchownego jest zapisane w formie "Troinar". Tablica pamiątkowa w kościele pw. Matki Bożej Miłosierdzia w Radomiu sugeruje, że ksiądz Stanisław Domański nosił pseudonim "Cezar", a nie "Cezary". Jak widać, trudno jest odtworzyć biografie tych dwóch kapłanów na podstawie materiałów dostępnych w Internecie. Myślę wszakże, iż udało mi się tego dokonać.

PS 2. Heroiczne zmagania księdza Stanisława Domańskiego zakończyły się w nocy z 9 na 10 marca 1946 roku. Kościół rzymskokatolicki wspomina wówczas tzw. czterdziestu męczenników z Sebasty (w Polsce ich święto przypada 10 marca, na świecie - 9 marca). Nic więc dziwnego, że major "Cezary" bywa nazywany "czterdziestym pierwszym męczennikiem". Przykładowo, określiła go tak Leokadia Dygas, nauczycielka sienneńska, która przemawiała na jego uroczystym, patriotycznym, antysystemowym pogrzebie. W 1952 roku kobieta została śmiertelnie potrącona przez samochód. Najprawdopodobniej było to ubeckie skrytobójstwo, gdyż popełniono je w dniu imienin dowódcy ROAK. Święci z Sebasty żyli w IV wieku naszej ery. Zginęli za rządów Licyniusza, antychrześcijańskiego współwładcy wschodnich kresów Cesarstwa Rzymskiego. Odebrano im życie poprzez celowe wyziębienie, wcześniej bezskutecznie próbowano ich ukamienować. Wszyscy ci męczennicy byli żołnierzami XII legionu rzymskiego (kryptonim "Błyskawica"). Obecnie są czczeni nie tylko w Kościele rzymskokatolickim, ale również w Koptyjskim Kościele Ortodoksyjnym, Apostolskim Kościele Ormiańskim, Cerkwi prawosławnej i wielu innych związkach wyznaniowych, nawet protestanckich. Nie zaszkodzi dodać, że 10 marca część Polaków obchodzi laicki Dzień Mężczyzn. Zastępuje on Międzynarodowy Dzień Mężczyzn celebrowany 19 listopada.

PS 3. Stalinowcy za wszelką cenę usiłowali oczernić księdza Stanisława Domańskiego. Jeszcze przed jego śmiercią, a dokładnie 9 marca 1946 roku, bezpieka sformowała bandę pozorowaną, która napadła, pobiła i obrabowała niejakiego Karola Łepeckiego. Poszkodowany został wkrótce zabrany na komisariat MO i zmuszony do potwierdzenia informacji, że ataku dokonali podwładni młodego duchownego z Sienna. Była to kompletna bzdura, co zresztą ujawnił (kilkanaście lat po fakcie) sam Łepecki w prywatnej rozmowie z księdzem Władysławem Rączkiewiczem. Reżimowe media bezwstydnie ukazywały ROAK jako pospolitą grupę przestępczą. Co więcej, fałszywie przypisywały Domańskiemu powiązania z NSZ i PSL. W akcji zniesławiania duszpasterza wziął też udział wojewoda kielecki, Eugeniusz Wiślicz-Iwańczyk (Eugeniusz Iwańczyk "Wiślicz"), który podczas czerwonego wiecu w sienneńskiej remizie strażackiej nieoczekiwanie wyjął pistolet, rzekomy dowód na zbrodniczą działalność "Cezarego". Iwańczyk twierdził - naturalnie, wbrew faktom - że kapłan osobiście likwidował ubeków i milicjantów. A jak wyglądała prawda? Otóż Domański i jego podkomendni nigdy nie uśmiercili żadnego komunisty! Poakowska organizacja z Sienna była chyba najbardziej pacyfistyczną drużyną Żołnierzy Wyklętych w całej Polsce Ludowej. Partyzanci solidnie dokuczali przedstawicielom władzy, ale ich nie zabijali, zupełnie jak John Rambo w filmie "Pierwsza krew" Teda Kotcheffa. Znamienne, że główny cel ich ataków stanowili funkcjonariusze MO.


WYKAZ ŹRÓDEŁ

1. Grzegorz Sado - "Dramatyczne losy księdza Stanisława Domańskiego ps. 'Cezary' (1914-1946)" [artykuł zawarty w IPN-owskiej publikacji "Szkoła letnia historii najnowszej 2007". Zbiór referatów, wydany w 2008 roku, powstał pod redakcją Moniki Bielak i Łukasza Kamińskiego. Elektroniczną edycję tomu można pobrać ze strony Pamiec.pl]
2. Grzegorz Sado - "Czterdziesty pierwszy męczennik" [artykuł wydrukowany na łamach "Naszego Dziennika". Kopię materiału udostępnia portal Interaktywna Polska, Iap.pl]
3. Grzegorz Sado - "Nieznany męczennik PRL. Ks. Jan Trojnar (1907-1946)" [kolejny artykuł z "Naszego Dziennika", tym razem udostępniony w serwisie niejakiego Mariusza Trojnara, Mtrojnar.rzeszow.opoka.org.pl]
4. Magdalena Lang - "Domański Stanisław ps. 'Cezary' (1914-1946)" [artykuł opublikowany na stronie Ośrodka Myśli Patriotycznej i Obywatelskiej w Kielcach, Ompio.pl]
5. Magdalena Kątnik-Kowalska, Piotr Mroziak - "Ks. Jan Trojnar (1907-1946)" ["Fakty i Realia. Gazeta Żołyńska", wersja PDF w zbiorach Podkarpackiej Biblioteki Cyfrowej, Pbc.rzeszow.pl]
6. Marek Jedynak - "Ks. prof. Włodzimierz Sedlak w świetle dokumentów SB" ["Z Dziejów Regionu i Miasta: Rocznik Oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego w Skarżysku-Kamiennej", wersja PDF w zbiorach Muzeum Historii Polski, Bazhum.muzhp.pl]
7. Monika Karcz, Mirosława Zaremba (opiekun naukowy) - "Ty wspomnisz wnuku" [Ogólnopolski Konkurs "Losy Bliskich i losy Dalekich - życie Polaków w latach 1914-1989", wersja PDF w zbiorach Kuratorium Oświaty w Krakowie, Biuletyn.kuratorium.krakow.pl]
8. Grzegorz Kuczyński, Tomasz Bieszczad - "W intencji śp. ks. Stefana Niedzielaka i śp. ks. Stanisława Suchowolca" [wirtualny dziennik "43bis", 43bis.media.pl]
9. Paweł Wełpa - "Muzealne projekcje filmowe ku pamięci Żołnierzy Wyklętych" [skarżyski portal informacyjny Skarzysko.info]
10. Joanna Wójcik - "Ks. Stanisław Domański" [blog poświęcony grze miejskiej "Żołnierze Wyklęci, Żołnierze Niezłomni" organizowanej przez Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Dzieci i Młodzieży Niesłyszącej i Słabo Słyszącej im. Jana Pawła II w Lublinie, Gra-miejska.blogspot.com]
11. Krzysztof Gędłek - "'Czy mogę umyć ręce z krwi księdza?'" [internetowe wydanie czasopisma "Polonia Christiana", Pch24.pl]
12. Klaudia Fałdrowicz - "Walczył o Polskę biało-czerwoną. Żołnierzom księdza Domańskiego" [internetowe wydanie periodyku "Wiadomości Świętokrzyskie. Gazeta dla Wszystkich", Wiadomosci.o-c.pl]
13. Tobiasz Przybysz - "Kapelani Niezłomni - Księża Wyklęci" [internetowe wydanie kwartalnika "Myśl.pl", Mysl24.pl]
14. Piotr Bączek - "Duchowni Niezłomni" [internetowe wydanie "Biuletynu Informacyjnego. Miesięcznika Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej", Biuletyn-ak.pl]
15. Tomasz Siennicki - "Rok księdza Sedlaka w Radomiu" [internetowe wydanie "Opcji na Prawo", Opcjanaprawo.pl]
16. Marta Deka - "Pragnął Polski biało-czerwonej" [internetowe wydanie radomskiego "Gościa Niedzielnego", Radom.gosc.pl]
17. Janusz Kędracki - "Przyszli wieczorem i zamęczyli księdza" [internetowe wydanie kieleckiej "Gazety Wyborczej", Kielce.wyborcza.pl]
18. Tomasz Trepka - "Stanisław Domański - ksiądz bardzo niepokorny. Niezwykła historia walki z dwoma okupantami" [internetowe wydanie kieleckiego "Echa Dnia", Echodnia.eu]
19. "Setna rocznica urodzin księdza majora Stanisława Domańskiego. Młodzież z Sienna pamiętała" [internetowe wydanie radomskiego "Echa Dnia", Echodnia.eu]
20. "W Siennie uczcili pamięć patrona Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych" [internetowe wydanie radomskiego "Echa Dnia", Echodnia.eu]
21. "O Polskę biało-czerwoną. Ksiądz Stanisław Domański" [opis książki Grzegorza Sado zamieszczony w serwisie Wirtualna Polska, Ksiazki.wp.pl]
22. "O Polskę biało-czerwoną. Ksiądz Stanisław Domański ps. 'Cezary' (1914-1946)" [opis książki Grzegorza Sado zamieszczony na stronie Instytutu Pamięci Narodowej, Ipn.gov.pl]
23. "Z archiwum IPN: Ksiądz Stanisław Domański" [opis filmu dokumentalnego "Ksiądz Stanisław Domański" zamieszczony w serwisie Teleman.pl]
24. "Programy/Historia/Z archiwum IPN/Ks. Jan Trojnar" [opis filmu dokumentalnego "Ksiądz Jan Trojnar" zamieszczony na stronie Telewizji Polskiej S.A., Vod.tvp.pl]
25. "Programy/Historia/Było... nie minęło/Niespodzianka" [opis programu historycznego "Niespodzianka. Czerwona płachta ze wschodu. Benedyktyńska robota" zamieszczony na stronie Telewizji Polskiej S.A., Vod.tvp.pl]
26. "Ksiądz - ofiara UB pośmiertnie odznaczony" [dział "Info" portalu Wiara.pl]
27. "Krzyż Kawalerski dla księdza zamęczonego przez UB" [wiadomość opublikowana na stronie Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego, Ordynariat.wp.mil.pl]
28. "'Z archiwum IPN' - spotkanie 35" [wiadomość opublikowana na stronie Krasnostawskiego Domu Kultury, Kultura.krasnystaw.pl]
29. "Projekcja filmu 'Ksiądz Jan Trojnar'" [wiadomość opublikowana na stronie Śródmiejskiego Ośrodka Kultury w Krakowie, Lamelli.com.pl]
30. "Pokaz filmu 'Ksiądz Stanisław Domański'" [wiadomość opublikowana na stronie Muzeum Armii Krajowej im. gen. Emila Fieldorfa "Nila" w Krakowie, Muzeum-ak.pl]
31. "Edukacja - Lublin. Filmy" [wiadomość opublikowana na stronie lubelskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, Lublin.ipn.gov.pl]
32. "Wierni Bogu i Ojczyźnie" [wiadomość opublikowana na stronie Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych im. ks. mjr. Stanisława Domańskiego w Siennie, Zspsienno.witrynaszkolna.pl]
33. "Dzień Żołnierzy Wyklętych" [wiadomość opublikowana na stronie Zespołu Szkół Ogólnokształcących i Policealnych w Siennie, Edusienno.pl]
34. "Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych" [wiadomość opublikowana na stronie Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Lipskiej "Powiśle", Zyciepowisla.pl]
35. "Obchody Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych w Ostrowcu Św." [wiadomość opublikowana na stronie posła Jarosława Rusieckiego, Rusieckijaroslaw.pl]
36. "Ostrowiec Św.: Wyzwolenie czy okupacja?" [wiadomość opublikowana na stronie ostrowieckiego Klubu "Gazety Polskiej", Klubygp.pl]
37. "'Kapłan niezłomny - ks. Stanisław Domański'" [Klub "Polonia Christiana" w Radomiu, Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej i Instytut im. ks. Piotra Skargi, Piotrskarga.pl]
38. "09-03-1946 r. ks. Stanisław Domański ps. Cezary zostaje ciężko ranny podczas starcia z oddziałami" [kartka z kalendarza w serwisie Bocheńscy Żołnierze Wyklęci, Bochenscywykleci.pl]
39. "Tablice w kościele pw. Matki Bożej Miłosierdzia" [galeria zdjęć w serwisie Radom na Fotografii, Radom.city]
40. "Zapytanie: Bachurski" [wynik wyszukiwania w katalogu Bibliografii Historii Polskiej, Bibliografia.ipn.gov.pl]
41. "Przegląd mediów - 27 października 2009" [prasówka Instytutu Pamięci Narodowej, Ipn.gov.pl]
42. "10 marca. Świętych Czterdziestu Męczenników z Sebasty" [czytelnia portalu Brewiarz.pl]
43. Film dokumentalny "Ksiądz Stanisław Domański" [cykl "Z archiwum IPN", TVP 2008]
44. Film dokumentalny "Ksiądz Jan Trojnar" [cykl "Z archiwum IPN", TVP 2009]
45. Część druga programu historycznego "Niespodzianka. Czerwona płachta ze wschodu. Benedyktyńska robota" [cykl "Było... nie minęło. Kronika zwiadowców historii", TVP 2014]
46. Polskojęzyczna Wikipedia [Pl.wikipedia.org]
47. Mapy Google (Google Maps) [Google.pl/maps]
48. Natalia Julia Nowak - "Służył w BCh, trafił do MO, wspierał Żołnierzy Wyklętych" [mój artykuł poświęcony dziejom Jana Sońty "Ośki", iłżeckiego bohatera Batalionów Chłopskich, powojennego milicjanta-sabotażysty współpracującego z podziemiem niepodległościowym. W jednym z przypisów wspominam o księdzu Stanisławie Domańskim i jego wpływowym oszczercy, Eugeniuszu Wiśliczu-Iwańczyku (Eugeniuszu Iwańczyku "Wiśliczu"). Tekst jest dostępny na mojej oficjalnej stronie internetowej Njnowak.tnb.pl]

 

Komentarze (0)
Miasto 39. Narodziny i obrona Starachowic-Wierzbnika

Miasto patchworkowe

Starachowice, leżące w połowie drogi między Radomiem a Kielcami, są dzisiaj trzecim pod względem wielkości miastem w województwie świętokrzyskim. Jednakże historia tego, co dziś rozumiemy pod pojęciem Starachowic, jest stosunkowo krótka. Aby się o tym przekonać, wystarczy zajrzeć do książki "Starachowicki Wrzesień 1939" Adama Brzezińskiego (udostępnionej w kilkunastu kawałkach na stronie internetowej UM Starachowice). Autor podaje, że miasto, o którym rozmawiamy, powstało 1 kwietnia 1939 roku. Geneza miejscowości jest dość prosta: władze II Rzeczypospolitej podjęły decyzję o połączeniu w jedną całość osady fabrycznej Starachowice (tzw. Starachowic Fabrycznych), wsi Starachowice Górne (tzw. Starachowic Górniczych) oraz miasteczka Wierzbnik (istniejącego od XVII wieku i mającego charakter sztetla, gdyż znaczną część jego ludności stanowili Żydzi. Według polskojęzycznej Wikipedii, w 1935 roku aż 31% mieszkańców Wierzbnika było narodowości żydowskiej[1]). Nowo powstały twór otrzymał nazwę Starachowice-Wierzbnik, chociaż początkowo miał się nazywać po prostu Wierzbnik. W świetle prawa miejscowość była spadkobierczynią Wierzbnika, a Starachowice nie zostały połączone z Wierzbnikiem, tylko włączone w jego struktury. Prawda jest jednak taka, że nowoczesna osada przemysłowa od samego początku dominowała nad zacofaną barokową mieściną. Potwierdzeniem teorii, że to Starachowice podbiły Wierzbnik, a nie odwrotnie, może być fakt, iż w 1949 roku zmieniono nazwę "Starachowice-Wierzbnik" na "Starachowice". Było to uproszczenie nomenklatury, a zarazem zmierzch kilkusetletniego miasteczka.


Dwa światy

Przedwojenny okres Starachowic-Wierzbnika trwał zaledwie pięć miesięcy. Trudno wymagać od jakichkolwiek władz, żeby w tak krótkim czasie zdołały zintegrować dwie (a właściwie trzy, bo Starachowice były "dwuczęściowe") różne miejscowości. Adam Brzeziński pisze, że "granica pomiędzy Wierzbnikiem a Starachowicami biegła mniej więcej wzdłuż obecnej ulicy Na Szlakowisku". Życie Wierzbnika toczyło się staroświeckim rytmem. Najważniejszą częścią tej dzielnicy był Rynek, który pełnił funkcję miejscowego centrum handlu. Znajdowały się tutaj piętrowe kamienice, w których działały różnorakie sklepiki, a także nieduży plac wcielający się regularnie w rolę targowiska. Choć w sercu Wierzbnika dominowali Żydzi, silny był tu również żywioł katolicki skupiony wokół kościoła Świętej Trójcy. Codzienność Starachowic wyglądała bardziej modernistycznie. "Syreny fabryczne regulowały rozkład dnia mieszkańców. Na pierwszy buczek, o 6.30, ludzie wychodzili z domów i spiesznym krokiem podążali do pracy. Drugi, o 7.00, był sygnałem do zamykania fabrycznych bram. W południe 'buczki' informowały o przerwie obiadowej. Po południu sygnalizowały zakończenie pracy" - opowiada Brzeziński. W Starachowicach istniało sześć osiedli mieszkaniowych. Tutejsi ludzie poruszali się samochodami, a nie, jak mieszkańcy Wierzbnika, dorożkami. Podział miasta na dwie części przetrwał do dzisiaj. Przyczyniła się do tego epoka PRL, albowiem FSC "Star" funkcjonowała w tradycyjnej dzielnicy industrialnej. Obecnie w St-cach znajduje się Specjalna Strefa Ekonomiczna, a Wierzbnik wciąż wydaje się senny (chociaż w latach 2010-2014 ożywiły go trzy galerie handlowe).


Zakłady Starachowickie

Zgodnie z tym, co podaje Brzeziński, początków starachowickiej potęgi należy upatrywać w roku 1875, kiedy to baron Antoni Edward Fraenkel założył Towarzystwo Starachowickich Zakładów Górniczych SA. Firma sprawowała pieczę nad licznymi kopalniami i hutami działającymi nie tylko w samych Starachowicach, ale również w okolicznych wioskach. Gdy Polska odzyskała niepodległość, rząd II RP niemal natychmiast przystąpił do budowy rodzimego przemysłu obronnego. Ponieważ po I wojnie światowej największym zagrożeniem dla naszej Ojczyzny była Rosja Sowiecka, uznano, że fabryki zbrojeniowe należy zlokalizować na lewym brzegu Wisły. W 1920 roku doszło do podpisania historycznej umowy między Ministerstwem Spraw Wojskowych a zarządem TSZG. Na mocy tego porozumienia w Starachowicach otwarto zakład produkujący sprzęt na potrzeby wojska[2]. Nowa fabryka specjalizowała się w wytwarzaniu armat, haubic oraz pocisków do tych dział. Konstruowała też pewne przedmioty na potrzeby rynku cywilnego, np. ramy samochodowe i młoty pneumatyczne. Pakt zawarty między Ministerstwem a Towarzystwem zaowocował licznymi korzyściami: uczynił Polskę trudnym przeciwnikiem dla potencjalnych wrogów, stworzył wiele nowych miejsc pracy, przyśpieszył rozwój regionu świętokrzyskiego, a samemu TSZG przyniósł niebagatelne zyski. Wypada wspomnieć, że Zakłady Starachowickie były także właścicielem 23.000 hektarów lasów. Produkowały więc drzwi, skrzynki, kopalniaki, deski podłogowe etc. Nie ulega wątpliwości, że Gród Starzecha był ważnym punktem na mapie Centralnego Okręgu Przemysłowego, wspaniałego następcy Zagłębia Staropolskiego.


Intrygi wywiadu

W latach 30. XX wieku głównym nieprzyjacielem Polski i Europy stała się III Rzesza. Według Adama Brzezińskiego, potężna fabryka zbrojeniowa działająca w Starachowicach wzbudzała niezdrowe zainteresowanie Niemców. Hitlerowcy zaczęli nawet do niej wysyłać zaufanych szpicli i podejmować próby nawiązania współpracy z jej pracownikami. Brzeziński, powołujący się na pamiętniki Mieczysława Frycza, przedstawia historię odważnego starachowiczanina, który w obliczu germańskich pokus "zachował się jak trzeba". Tym starachowiczaninem był niejaki Szymański, który pełnił funkcję rzeczoznawcy Grupy Odbiorczej COMU (Centrali Odbioru Materiałów Uzbrojenia). Mężczyzna wydał się nazistom dobrym materiałem na szpiega, ponieważ miał matkę narodowości niemieckiej. Pewnego dnia Szymański otrzymał podejrzaną przesyłkę, w której znajdowało się 20.000 marek i górnolotny list. Hitlerowski wywiad, piszący w imieniu wszystkich Niemców, odwoływał się w nim do patriotycznych uczuć adresata. Przekonywał, że Szymański jest Niemcem, więc powinien lojalnie służyć swojemu narodowi. "Dalej list polecał, aby w oznaczonym dniu w Warszawie w podanej kawiarni podszedł do stolika, przy którym będzie siedział osobnik czytający niemiecką gazetę" - pisze Frycz cytowany przez Brzezińskiego. Szymański nie dał się nabrać na te gierki. Zamiast do kawiarni, pojechał do Ministerstwa Spraw Wojskowych, gdzie pokazał niechcianą przesyłkę przedstawicielom kontrwywiadu. Rozmówcy byli pod wrażeniem jego postawy. Niestety, starachowiczanin nie przeżył II wojny światowej. Naziści dopadli go w Stalowej Woli i wykonali na nim wyrok śmierci.


Obrona przeciwlotnicza

Sytuacja na arenie międzynarodowej skłoniła polskie władze do zorganizowania w całym Kraju ośrodków i punktów obrony przeciwlotniczej. "Starachowice zaliczono do ośrodków biernej obrony przeciwlotniczej II kategorii, czyli takich, których bombardowanie lotnicze było bardzo prawdopodobne" - informuje Adam Brzeziński. Specyficzny rodzaj obrony, o którym rozprawia autor "Starachowickiego Września 1939", miał polegać na radzeniu sobie ludności cywilnej ze skutkami ataków powietrznych. Społeczeństwo miało być przygotowane do podejmowania takich akcji, jak udzielanie rannym pierwszej pomocy, ratowanie osób leżących pod gruzami czy zapobieganie pożarom w przypadku użycia bomb zapalających. Obrona przeciwlotnicza była zorganizowana w sposób hierarchiczny, żeby w razie nalotu działania defensywne przebiegały szybko i sprawnie. Jeśli chodzi o starachowickie fabryki, przewidziano dla nich bardziej agresywną formę obrony. "Zakłady przemysłowe miały być bronione artylerią przeciwlotniczą przez bezpośrednią obronę zakładów, zorganizowaną przez plutony podchorążych rezerwy artylerii przeciwlotniczej ze Szkoły Podchorążych Artylerii Przeciwlotniczej w Trauguttowie" - wyjaśnia Brzeziński. W dniu napaści Niemiec na Polskę fabryki dysponowały sześcioma cekaemami, armatą przeciwlotniczą kalibru 75 mm oraz szesnastoma armatami przeciwlotniczymi kalibru 40 mm (działami "Bofors"). Warto wiedzieć, że wiosną 1939 roku niektórzy pracownicy TSZG zostali przeszkoleni z obsługi tego typu sprzętu. Powołano nawet do życia dwa plutony fabryczne, na czele których stanęli inżynierowie Leszek Kistelski i Stanisław Walenczak.


Początek Apokalipsy

Konflikt zbrojny, rozpętany przez Adolfa Hitlera, wybuchł wczesnym rankiem 1 września 1939 roku. Adam Brzeziński cytuje słowa, jakie polskie społeczeństwo usłyszało tamtego dnia w publicznym radiu o godzinie 6.30: "A więc wojna! (...) Wszyscy jesteśmy żołnierzami". W Starachowicach-Wierzbniku II wojna światowa zaczęła się oficjalnie o godzinie 10, kiedy to miejscowe elity zwołały nadzwyczajny wiec na terenie Towarzystwa Starachowickich Zakładów Górniczych. Prezes lokalnego oddziału Związku Legionistów Polskich zadeklarował wówczas gotowość zakupu cekaemu dla Wojska Polskiego. Złożono również kilka innych szlachetnych obietnic, a zgromadzony tłum popadł w optymistyczny nastrój. Wielu starachowiczan, których jeszcze dwa dni wcześniej ominęła mobilizacja wojskowa, dobrowolnie zgłaszało się do walczącej armii. Tymczasem na Pomorzu aż jedenastu mężczyzn ze Starachowic-Wierzbnika i ziem dzisiejszego powiatu starachowickiego uczestniczyło w obronie Westerplatte. Byli to żołnierze 4. Pułku Piechoty Legionów, którzy w ramach kontyngentu wymiennego trafili z Kielc do Gdańska. Wśród nich był niejaki Eugeniusz Aniołek, który cieszył się szczególnym zaufaniem Stefana Sucharskiego, a po wojnie został uwieczniony w filmie "Westerplatte" Stanisława Różewicza (1967). W roku 1941 dzielny westerplatczyk pojechał na roboty przymusowe do Bartoszyc. Niestety, później słuch o nim zaginął. Zauważmy, że po 17 września 1939 roku starachowiczanie ginęli nie tylko z rąk Niemców, ale także z rąk Sowietów. Przykładowo, jedenastu tutejszych oficerów padło ofiarą zbrodni katyńskiej. W okresie stalinizmu dręczycielką całej okolicy została zaś powiatowa ubecja.


Pięć dni

Pierwsze dni II wojny światowej miały w Starachowicach-Wierzbniku dość łagodny przebieg. Sielankowa codzienność była jednak przerywana nieustannymi alarmami lotniczymi. Adam Brzeziński cytuje wspomnienia trzech osób, które w tamtych dniach przebywały na terenie miasta. Według Haliny Donimirskiej, niemieckie samoloty pojawiły się nad Starachowicami już 1 września 1939 roku, ale odleciały "w nieznanym kierunku". Mieczysław Frycz potwierdza przelot wrogich aeroplanów oraz odnotowuje, że polskie baterie przeciwlotnicze otworzyły do nich ogień. Tadeusz Rek twierdzi, że 1 września nie było ani niemieckich samolotów, ani polskich strzałów. Powściągliwość nazistowskich pilotów mogła wynikać z faktu, że - jak pisze Frycz - otrzymali oni "zakaz bombardowania Zakładów". Hitlerowcy zrzucali ładunki wybuchowe głównie na tory kolejowe w Wierzbniku, ale wywoływali raczej umiarkowane szkody, które szybko udawało się robotnikom naprawić. To również był efekt zamierzony. "Rozkazy nakazywały unikania powodowania większych zniszczeń w infrastrukturze kolejowej" - wyjaśnia Brzeziński. Na początku września przez Wierzbnik i Starachowice wielokrotnie przejeżdżały polskie pociągi wiozące żołnierzy na front. Chodzi tutaj o transporty 12. Dywizji Piechoty, w której służył także August Emil Fieldorf "Nil". Mundurowi, zatrzymujący się na stacji w Wierzbniku, byli bezpłatnie dożywiani przez lokalne wolontariuszki i harcerki (m.in. przez 11-letnią Jadwigę Jasiewicz, późniejszą matkę Braci Kaczyńskich). 5 września, w związku z upadkiem Kielc, miał miejsce wielki exodus starachowiczan na Kresy Wschodnie. Tego samego dnia odbyła się też ewakuacja TSZG do Kowla.


Chrzest krwi

Względny spokój, jakim los obdarzył Starachowice-Wierzbnik, skończył się 6 września, gdy do miasta dotarły lądowe oddziały niemieckie. Pojawienie się Wehrmachtu w okolicach Grodu Starzecha było konsekwencją potyczki pod Świętą Katarzyną, w wyniku której polska kompania została rozbita, a Niemcy otworzyli sobie drogę do dalszej ekspansji. "Wieść o klęsce Polaków pod Świętą Katarzyną i niemieckiej kolumnie poruszającej się w kierunku Wierzbnika dotarła zapewne drogą telefoniczną do komendy OPL w Starachowicach. Prawdopodobnie w celu zlokalizowania niemieckiej kolumny wyjechał w kierunku Michałowa samochód osobowy z dwoma oficerami" - spekuluje Brzeziński. Dwaj żołnierze, którzy wyruszyli wówczas w teren, przekonali się o obecności hitlerowców niemal natychmiast. Gdy przejeżdżali przez część Michałowa zwaną Cyganowem, zza zakrętu wychynęli nazistowscy motocykliści, którzy bez ostrzeżenia zaczęli do nich strzelać. Auto stanęło w płomieniach, a Polacy wyskoczyli na zewnątrz i schronili się w lesie. Zabłąkane kule trafiły dwóch przypadkowych cywilów, którzy znaleźli się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Był to swoisty chrzest krwi: tak właśnie wojna otworzyła nowy rozdział w życiu starachowiczan. Kapitan i podporucznik, do których celowali Niemcy, przeżyli incydent, a nawet otrzymali pomoc ze strony lokalnej ludności (pierwszemu z oficerów należało bowiem opatrzyć zranioną nogę). Tymczasem najeźdźcy pojechali dalej. Po drodze zostali ostrzelani przez polskich żołnierzy, którzy znajdowali się w zatrzymanym nieopodal pociągu wojskowym. Strzały, najprawdopodobniej chybione, nie zdołały powstrzymać zajadłych agresorów.


Rzeź Wanacji

Następnym "przystankiem" hitlerowców okazała się Wanacja. Według Adama Brzezińskiego, w międzywojniu Wanacja była wsią, która na skutek "zmiany granic Wierzbnika" częściowo weszła w skład nowopowstałego miasta. Lecz to właśnie tam, na zacisznych przedmieściach Starachowic-Wierzbnika, rozegrały się dantejskie sceny[3]. Brzeziński twierdzi, że mieszkańcy Wanacji byli zaskoczeni niemieckim atakiem, chociaż już pod koniec sierpnia 1939 roku na pobliskim wzniesieniu ustawiono broń artyleryjską. W okolicy stała też druga armata, umieszczona niedaleko cmentarza żydowskiego. Hitlerowcy dotarli na Wanację około godziny 14. Jak sami zauważyli, przyszło im się zmierzyć z trudnym przeciwnikiem. "W przekonaniu Niemców, Wanacji bronił pododdział piechoty wsparty bronią maszynową, dwoma działkami przeciwpancernymi i dwiema armatami przeciwlotniczymi" - odnotowuje autor "Starachowickiego Września 1939". Obrońcom Wanacji dzielnie pomagał pluton przeciwlotniczy z osiedla Majówka. Ludność cywilna rozpaczliwie szukała sobie jakiegoś schronienia, ale - jak zaznacza Piotr Kromer cytowany przez Adama Brzezińskiego - trafiali się również desperaci, którzy w przypływie emocji rzucali się na Niemców. Z nazistami walczyły także pośpiesznie sformowane "grupy robotników, żołnierzy, harcerzy" (jedną z nich zasilił Antoni Heda "Szary"). Wściekli najeźdźcy strzelali do uciekających cywilów oraz wyciągali ludzi z domów, żeby ich zamordować. "Po kilkudziesięciu minutach, około godziny 15, oddział niemiecki dość nagle wycofał się w kierunku wschodnim" - kontynuuje opowieść Brzeziński. Bilans zbrodniczego szału hitlerowców? Ponad 20 przypadkowych ofiar.


Wędrówka ludu

Zgodnie z ustaleniami Adama Brzezińskiego, spontaniczne ucieczki z miasta zaczęły się już 2 września ("Ludność w trwodze opuszczała domy, koczowała w lasach lub wyjeżdżała na wieś, jako w miejsca rzekomo bezpieczne" - to fragment wspomnień Mieczysława Frycza). Zjawisko masowego wychodźstwa pojawiło się jednak trzy dni później. "Oprócz ludności cywilnej ewakuowały się urzędy, administracja gospodarcza, a nawet służby publiczne, jak straż pożarna. (...) Ten exodus był prawdziwym problemem dla wojska, hamował jego ruchy i możliwości manewru" - ubolewa Brzeziński. Równolegle z falą uchodźców przemieszczały się na wschód pojazdy wypełnione największymi skarbami Zakładów Starachowickich. Żywiono bowiem nadzieję, że przedsiębiorstwo zdoła wznowić swoją działalność w województwie wołyńskim. Wielu pracowników TSZG otrzymało "polecenie służbowe stawienia się w kresowym Kowlu". Ci, którzy chcieli wykonać rozkaz, zabierali ze sobą współmałżonków, dzieci i sąsiadów[4]. Na wieść o napadnięciu Wanacji przez hitlerowców "ulotnił się" z Grodu Starzecha starosta powiatowy oraz personel Komendy Rejonu Uzupełnień. Po 6 września miała zaś miejsce gorączkowa rejterada służb porządkowych. Policjanci postępowali zgodnie z wytycznymi, gdyż nieco wcześniej pułkownik dyplomowany Włodzimierz Ludwig zarządził "obronę przeciwlotniczą mostów na Wiśle". 10 września, kiedy Niemcy zajęli Starachowice-Wierzbnik, miasto było już w dużej mierze opustoszałe[5]. "Nigdzie nie było widać ludzi" - relacjonował medyk Rudolf Kaden. W Szpitalu Miejskim pozostała tylko jedna polska lekarka, Zofia Czerniewska. Mogła ona liczyć wyłącznie na pomoc PCK.


Żółty Tygrys

Może nie wszyscy starachowiczanie o tym pamiętają, ale wypadki, które nawiedziły Gród Starzecha na początku II wojny światowej, stały się tematem jednej z mikropowieści opublikowanych w ramach cyklu Biblioteka Żółtego Tygrysa. Seria wydawnicza, o której mowa, wychodziła w latach 1957-1989 i stanowiła beletrystyczne uzupełnienie ówczesnych podręczników szkolnych. Książka poświęcona Starachowicom-Wierzbnikowi ukazała się jako numer 6 z 1986 roku. Nosi ona tytuł "Starachowicki wrzesień" (twórca: Leszek Zioło). Mikropowieść nie jest żadnym arcydziełem, ale czy którykolwiek z Żółtych Tygrysów może uchodzić za wartościowy wytwór kultury? "Starachowicki wrzesień" to typowa literatura wagonowa. Ot, wojenny Harlequin, który wydaje się krzyczeć: "Kup, przeczytaj, wyrzuć!". Czytadło zaczyna się dość nudną wizją organizacji obrony przeciwlotniczej w Centralnym Okręgu Przemysłowym. Cały rozdział trzeci przybiera formę artykułu popularnonaukowego, w którym Leszek Zioło przybliża odbiorcom "kalkulacje, przymiarki i wyliczenia" związane z raczkującą OPL. Autor mikropowieści streszcza również historię Zakładów Starachowickich, podkreślając ich znaczenie dla całego Kraju. Utwór "rozkręca się" dopiero w rozdziale piątym, kiedy Zioło przechodzi do meritum, czyli do ataku Niemiec na Polskę. Obraz pierwszego dnia wojny, nakreślony w omawianej książce, jest zbieżny z tym, który zaserwował nam Adam Brzeziński. Mamy więc optymizm, podniosłe słowa notabli oraz względny spokój umożliwiający obywatelom kontynuację przedwojennego życia. Śledzimy też alarm lotniczy i walkę z niemieckimi samolotami, w której ginie odlewnik-artylerzysta Bolesław Kłoczkowski.


Drobne potknięcia

Wizja kolejnych dni kampanii wrześniowej nie jest do końca zbieżna z tą zaprezentowaną przez Brzezińskiego. Leszkowi Ziole wyraźnie miesza się kolejność rekonstruowanych wydarzeń. Można nawet odnieść wrażenie, że autor łączy w jedną całość dwa dni (5-6 września) oraz dwa miejsca (Michałów i Wanację). Zasadnicza treść Żółtego Tygrysa nie odbiega jednak drastycznie od prawdy historycznej. Błędy, jakie występują w powieścidle, dają się usprawiedliwić wymogami fabularnymi, choćby dążeniem do zachowania "jedności czasu, miejsca i akcji". Niewykluczone zresztą, że Zioło, tworzący swoją szmirę w roku 1986, nie dysponował tak szczegółową wiedzą, jak Brzeziński w 2010. Przewrażliwieni antykomuniści zasugerują pewnie, że nieścisłości zawarte w "Starachowickim wrześniu" mogą wynikać z ingerencji cenzury PRL. Ta wersja wydaje mi się wszakże mało prawdopodobna. Nie widzę powodu, dla którego GUKPiW miałby cenzurować obraz zmagań starachowiczan z Niemcami w pierwszym tygodniu września 1939 roku. Bardziej podejrzewałabym urzędników o dodanie kilku linijek tekstu odnoszących się do pochodów pierwszomajowych, biografii Józefa Krzosa[6] oraz zakończenia okupacji niemieckiej 17 stycznia 1945 roku (data wkroczenia Sowietów do Starachowic-Wierzbnika). Ale kto wie, może Zioło sam dopisał te zdania, bo po prostu "tak wypadało"? Książkę zamyka patetyczna puenta, która wygląda mi na próbę schlebienia starachowickiej publiczności: "Przez cały okres hitlerowskiej okupacji (...) Starachowice były miejscem dramatycznej i bohaterskiej walki z wrogiem. Tu zapisano jedne z najpiękniejszych kart w dziejach polskiego ruchu oporu". Dziękuję ślicznie, miło mi to czytać!


Natalia Julia Nowak,
30.08. - 05.10. 2016 r.


PRZYPISY


[1] Co ciekawe, osadnictwo żydowskie w Wierzbniku zaczęło się dopiero w XIX wieku. Jeszcze w roku 1827 żyło tutaj zaledwie ośmioro Żydów. Trzy dekady później, czyli w 1857 roku, liczba Izraelitów wzrosła do 225. Po trzech latach (1860 rok) wierzbnickich Żydów było już 545. Nie da się tego wytłumaczyć jedynie wyżem demograficznym. Widać gołym okiem, że potomkowie Izaaka ochoczo zjeżdżali do Wierzbnika z innych części Polski i/lub Europy. Podobna sytuacja miała miejsce po II wojnie światowej, kiedy do Starachowic zaczęły przybywać tysiące polskich robotników. Miało to, oczywiście, związek z powstaniem i rozwojem Fabryki Samochodów Ciężarowych "Star". Zgodnie z tym, co podają Wikipedyści, w 1946 roku mieszkało w Starachowicach zaledwie 18.569 osób. W 1955 roku było 31.228 starachowiczan, a w 1965 - 39.204. W roku 1975 liczba ludności miasta zwiększyła się do 45.924. Dekadę później Starachowice mogły się już pochwalić 54.986 obywatelami. Szczytowym momentem w lokalnej historii był rok 1994: właśnie wtedy doliczono się 57.615 mieszkańców Grodu Starzecha. Aktualnie miejscowość wyludnia się równie szybko, jak wcześniej się zaludniała. W 2014 roku liczba starachowiczan spadła do 50.679. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest niż demograficzny oraz masowa ucieczka przed bezrobociem, które po upadku FSC okazało się głównym problemem tutejszej ludności. W 2004 roku aż 27% mieszkańców Starachowic pozostawało bez pracy. Innymi słowy, co czwarty obywatel w wieku produkcyjnym był pozbawiony stałego źródła dochodu. Chyba nie muszę przypominać, że bezrobocie generuje nie tylko biedę, ale również przestępczość i demoralizację*. Nic więc dziwnego, że w XXI wieku wydarzyło się tutaj wiele bulwersujących afer. Kogo należy za to winić? Antypolaków, którzy nienawidzą wszystkiego, co polskie, a w szczególności polskiego przemysłu. Nie pojmuję, komu mógł przeszkadzać "Star" - producent znakomitych ciężarówek i pracodawca ponad 20.000 osób! Obecnie fabryka już nie istnieje, a jej miejsce zajmuje niemiecka firma produkująca autobusy. Dramat Starachowic to soczewka, w której skupia się martyrologia znacznej części Narodu Polskiego (poniżonej, wywłaszczonej, zubożałej, pozbawionej perspektyw i wypędzonej za granicę). Udowadnia on, że III RP to system zbrodniczy, który prędzej czy później musi zostać rozliczony. Samochody ciężarowe "Star", produkty czysto polskie, znajdowały kiedyś nabywców w Europie, Afryce i Azji. Dziś to już tylko wspomnienie, podobnie jak wiele innych rodzimych przedsiębiorstw. Nienawidzę reżimu trzecioerpowskiego, ponieważ zrujnował on moje Miasto i mój Kraj. Kolorowe reklamy, neony i elewacje nie zastąpią dumy z polskiej motoryzacji.

* Nie wiem, jak jest dzisiaj, ale jeszcze kilka-kilkanaście lat temu degeneracja części młodzieży była w Starachowicach ogromnym kłopotem. Pamiętam, jak w liceum ksiądz-katecheta postanowił opowiedzieć mojej klasie o Danucie Siedzikównie "Ince" (bohaterskiej sanitariuszce Armii Krajowej, archetypowej przedstawicielce Żołnierzy Wyklętych). Jaka była reakcja? Przytłaczająca większość uczniów pozostała obojętna. Część klasy zaczęła się śmiać ("Inka? Ta kawa Inka?"). Tylko kilka osób, które można by policzyć na palcach jednej ręki, słuchała owej historii z należytym szacunkiem. Ksiądz zasmucił się i powiedział: "Myślałem, że was to zainteresuje. Ona miała tyle lat, co wy". Było to około roku 2008, czyli jakieś osiem lat temu. Dlatego jestem zdumiona, kiedy czytam, że obecnie w niektórych polskich szkołach uczniowie z wielkim zaangażowaniem uczestniczą w patriotycznych apelach ku czci Siedzikówny. Za moich czasów coś takiego było marzeniem ściętej głowy. Pozdrawiam serdecznie. Rocznik 1991 (ten sam, w którym dorośli starachowiczanie strajkowali przeciwko likwidacji "Stara". Proszę, obejrzyjcie film dokumentalny "To nie ten sierpień..." Sławomira Koehlera i Ewy Sochackiej. Zobaczcie, do czego doprowadzili trzecioerpowscy polakożercy!). Aha, byłabym zapomniała. Jak na ironię, aktorka, która zagrała "Inkę" w telespektaklu Natalii Korynckiej-Gruz, pochodzi właśnie ze Starachowic. Warto dodać, że starachowiczanką jest też odtwórczyni głównej roli w filmie "Przesłuchanie" Ryszarda Bugajskiego. No, ale zarówno Karolina Kominek-Skuratowicz, jak i Krystyna Janda wyemigrowały z Grodu Starzecha. Karolina zamieszkała w Krakowie, a Krystyna w Warszawie.

[2] Z Zakładami Starachowickimi związana jest pewna gawęda. Przekona się o tym każdy, kto sięgnie po książeczkę "Legendy z powiatu starachowickiego" Bogusława Kułagi (wydanie autorskie, 2002 rok, ISBN-83-911631-3-X). Twórca tomiku - przewodnik świętokrzyski PTTK, były pracownik FSC "Star" - pozwolił sobie przytoczyć opowieść pochodzącą z dwudziestolecia międzywojennego. Historyjka zatytułowana "Wiatrak" zaczyna się następującymi słowami: "W Tychowie, niedaleko od drogi do Mirca, na niewielkim wzgórku stał kiedyś wiatrak drewniany, wystawiony przez Floriana Osycha, który po wojnie bolszewickiej do kraju ojczystego z dalekiej Syberii powrócił. Zawołanym cieślą i stolarzem był pan Florian, przeto budowa dużo czasu mu nie zajęła. W wiatraku zainstalował maszyny młyńskie i tak to wiatr do mielenia zboża zmusił. Z czasem właściciel wiatraka jako zdolny cieśla przy budowie Fabryki Broni w Starachowicach na stanowisku majstra został zatrudniony. Praca na budowie dużo czasu mu zajmowała, dlatego zdecydował się sprzedać wiatrak i przeprowadzić się do Starachowic. Wiatrak nabył Żyd, który w Tychowie miał gospodę i sklep. Okoliczni chłopi z usług wiatraka często korzystali i zboże w nim mełli". Tradycyjny młyn, skonstruowany przez późniejszego budowniczego fabryki zbrojeniowej, okazał się dla nowego właściciela dochodowym interesem. Nieznany z nazwiska Żyd nigdy nie narzekał na brak klientów. Wiatrak cieszył się tak olbrzymią popularnością, że rolnicy, pragnący zmielić w nim zboże, musieli się ustawiać w kolejce. Jak wiadomo, w przypadku młyna wiatrowego wiele zależy od pogody. Jeśli w danej chwili nie ma wiatru, to zainstalowane maszyny nie pracują, a człowiek musi czekać na zmianę aury. Wszystkie opisane czynniki powodowały, że niecierpliwi wieśniacy decydowali się wybrać którąś z innych dostępnych opcji. Niektórzy rezygnowali ze zmielenia zboża, a w ramach rekompensaty kupowali od Żyda "mąkę, kaszę i ospę". Inni dokonywali z młynarzem wymiany: oddawali mu płody rolne, a zabierali któryś z oferowanych przezeń towarów. Jeszcze inni wstępowali do prowadzonej przez Izraelitę gospody. Tym ostatnim właściciel chętnie sprzedawał alkohol, co niejednokrotnie prowadziło do karczemnych awantur i bijatyk. Podobno w wywoływaniu takich burd niebagatelną rolę odgrywał miejscowy diabeł. Jednym z chłopów, których zaskoczył całkowity brak wiatru, był ubogi mieszkaniec Mokrych Niw (dziś Osiny-Mokra Niwa w gminie Mirzec). Lecz zanim do tego doszło, poczciwemu rolnikowi przydarzyła się niecodzienna sytuacja. "Jedzie więc chłop polnymi drogami i myśli sobie, jak dzieci się będą cieszyły, gdy kobieta z nowej mąki upragniony chleb upiecze. Gdy ujechał może ze dwa kilometry, napotkał dziada wędrownego, co to po proszonym ze wsi do wsi wędrował. Zabrał więc utrudzonego żebraka na wóz i podzielił się z biednym przygotowanym przez kobietę posiłkiem" - pisze Kułaga. Wysiadając z furmanki, włóczęga stwierdził, że tego dnia wieśniak nie doczeka się zmielenia zboża. Poradził zatem swojemu dobrodziejowi, żeby nie ulegał diabelskim pokusom i nie wstępował do gospody. Przepowiednia okazała się trafna, chociaż wcześniej nic nie wskazywało na to, iż powietrze nagle się zatrzyma. Rolnik posłuchał rady nieznajomego starca. Zamiast czekać na zmianę aury, wymienił zboże na inne produkty i wrócił do domu. Tak się szczęśliwie złożyło, że dotarł do celu na moment przed oberwaniem chmury. "Burza do nocy się przeciągnęła. Gdy chłop po nawałnicy przed obejście wyszedł i w kierunku wiatraka spojrzał, zauważył, że tam, gdzie wiatrak powinien stać, łuna czerwona jaśniała. Na drugi dzień dotarła do wsi wiadomość, że wiatrak i gospoda od uderzenia pioruna spłonęły. (...) Jak się później okazało, w pożarze wiatraka zginął właściciel i dwóch pijanych chłopów, którzy przy gorzałce na wiatr czekali" - czytamy dalej w książeczce. Według Kułagi, okoliczna ludność utożsamiła tajemniczego wędrowca z Jezusem Chrystusem, a zagładę młyna zinterpretowała jako karę Boską dla nieuczciwego Żyda. A co się stało z miejscowym diabłem? Ponoć "musiał sobie innej siedziby poszukać".

[3] Do tamtych wydarzeń nawiązuje monument "Obrońcom Starachowic" usytuowany w południowej części miasta. Oto opis obiektu, jaki znalazłam na stronie Starachowice.travel: "Pomnik w formie betonowej, nieregularnej, uskokowej ścianki, z widoczną 'na przestrzał' datą 6.IX.1939 oraz tablicą z brązu (64 x 98 cm) z napisem: 6 WRZEŚNIA 1939 R.| BATERIA | PRZECIWLOTNICZA | CYWILNEJ OBRONY | STARACHOWIC | ZMUSIŁA DO ODWROTU | CZOŁÓWKĘ PANCERNĄ | WOJSK NIEMIECKICH | W ODWECIE | NIEMCY ZAMORDOWALI | 23 OSOBY NA TERENIE | WANACJI I MICHAŁOWA | CZEŚĆ PAMIĘCI | PIERWSZYM OFIAROM | TERRORU | SPOŁECZEŃSTWO | STARACHOWICE 6.IX.1984. Przed pomnikiem znajduje się działko przeciwlotnicze oraz alejka, przy której umieszczono napis z betonowych liter: OBROŃCOM STARACHOWIC". Lokalne Centrum Informacji Turystycznej, będące właścicielem cytowanego serwisu, powołuje się na książkę "Miejsca pamięci narodowej 1939-1945 w województwie kieleckim" Longina Kaczanowskiego i Bogusława Paprockiego (Biuro Dokumentacji Zabytków, Kielce 1989). Aktualnych zdjęć pomnika, do którego w III RP dodano krzyż, kapliczkę i polskie flagi, należy szukać za pośrednictwem wyszukiwarki Google. Ciekawostka: jeśli wierzyć autorowi bloga StarachowiceFoto.blox.pl, opisywana atrakcja turystyczna jest niegroźnym oszustwem. Zgrabna armata, umocowana w centralnym punkcie kompozycji, nie zalicza się bowiem do eksponatów autentycznych. Ba, nie ma ona nic wspólnego z kampanią wrześniową! W rolę historycznego działa wciela się bezwstydnie "poradziecka armata przeciwlotnicza kal. 37 mm wz. 1939 (61-K)". Tak czy owak, mam nadzieję, że nikt nie spróbuje jej usunąć w ramach źle pojętej dekomunizacji.

[4] "O godzinie siedemnastej [5 września - przypis NJN] wyjechał ze Starachowic do Kowla pociąg specjalny złożony z 20 wagonów załadowanych maszynami i 150 pracownikami. Kierownictwo fabryki wyjechało chwilę później w niewielkiej kolumnie samochodów osobowych i ciężarowych. (...) 'Rajza' lub 'uciekinierka' to popularne wówczas określenia exodusu, jaki dotknął część ludności Starachowic. Starachowiczanie kierowali się przede wszystkim do Kowla w województwie wołyńskim, gdzie miała zostać uruchomiona starachowicka fabryka. (...) Wielu mieszkańców wypędził z domu jednak strach przed okrucieństwem Niemców, o którym krążyło mnóstwo opowieści, a szczególnie po wydarzeniach na Wanacji. Trudy wojny, a szczególnie bombardowania dróg i linii kolejowych przez niemieckie lotnictwo, sprawiły, że część starachowiczan już nigdy nie wróciła z powrotem. (...) Zakłady Starachowickie zamierzały w Kowlu uruchomić warsztaty reparacyjne sprzętu wojennego, sądząc, że teren jest bezpieczny i z dala od teatru wojny. (...) Rodziny pracowników rozlokowane zostały w okolicznych wioskach. Pracowników przybywało z każdym dniem. (...) Do 10 września zarejestrowano około 300 osób" (Adam Brzeziński, "Starachowicki Wrzesień 1939", rozdziały VI i VII). Powiem krótko, żeby nie przeciągać sprawy: zamienił stryjek siekierkę na kijek. Nie ma to jak ucieczka w szpony banderowców, no i Sowietów, bo przecież 17 września Armia Czerwona "odwiedziła" Kresy Wschodnie. Jeśli komuś zależało wyłącznie na przechytrzeniu Niemców, to i tak rozkoszował się spokojem tylko przez dwa lata (w 1941 roku hitlerowcy opanowali cały region wołyński). Nasuwa się więc pytanie: po co było wyjeżdżać w daleką podróż? Może trzeba było pozostać na "starych śmieciach"? Zachować szaloną bierność jak w piosence "A my nie chcemy uciekać stąd" Jacka Kaczmarskiego? Nie od dziś wiadomo, że czasem można trafić z deszczu pod rynnę. Tragifarsowy wybór Wołynia jako Ziemi Obiecanej zasługuje na ironiczny mem/demotywator.

[5] To jest, w sumie, przykre. Pokazuje wszak, że znalazło się mnóstwo ludzi, którzy nie mieli zamiaru ginąć za Starachowice-Wierzbnik (chodzi tutaj o osoby, które dały drapaka dobrowolnie, a nie o jednostki wypełniające swoje obowiązki zawodowe). Czy nie chcieli oni nadstawiać karku? A może chcieli, tylko uważali, że akurat to miasto nie jest tego warte? I tak źle, i tak niedobrze. Poważne zaniepokojenie powinien budzić fakt, że 40 lat później tutejsza mentalność wcale nie uległa poprawie. Ośmielę się przytoczyć fragment bloga StarachowiceFoto.blox.pl: "Były one [lokalne kina - przypis NJN] czynne od 3 do 6 dni w tygodniu. Szczególną popularnością wśród społeczności starachowicko-wierzbnickiej cieszyły się filmy sensacyjne. Natomiast filmy produkcji polskiej o głębokiej wymowie patriotycznej, często ambitne pod względem treści, np. 'Polonia restituta' lub 'Mogiła nieznanego żołnierza' nie zdobyły tu popularności. Z tego względu, mimo nacisku administracji, ich właściciele wzbraniali się przed sprowadzaniem filmów krajowych. W większości wypadków przynosiły one deficyt". Zdania te pochodzą z książki "Starachowice: zarys dziejów" Mieczysława Adamczyka i Stefana Pastuszki (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984). Cóż, tak było kiedyś, ale jutro może być lepiej. W 2015 roku pojawiły się w Starachowicach murale patriotyczne, a to już krok w dobrym kierunku. Kolejna sprawa: każdego roku władze Grodu Starzecha organizują wiele patriotycznych uroczystości związanych z polską historią. Niestety, na razie uczestniczą w nich głównie osoby dojrzałe i starsze, co widać w filmiku "72. rocznica rozbicia więzienia" (YouTube, Telewizja Ratusz Starachowice, umstarachowice). Padają tam znamienne słowa: "Witam młodzież zebraną niezbyt licznie, niestety, pewnie ze względu na wakacje" oraz "Wtedy na tę uroczystość przybyły tłumy starachowiczan. Dzisiaj jest trochę inaczej. I jest pytanie, które pozostawiam bez odpowiedzi: dlaczego tak jest?". Z drugiej strony, w St-cach widuje się czasem patriotyczne/nacjonalistyczne vlepki i bazgroły. Świadczą one o propolskiej aktywności części młodego pokolenia. W mieście działają także, stosunkowo od niedawna, skromne komórki ONR i MW. Tym, co może przerażać jednostki głęboko patriotyczne, jest fakt, że obecnie na czele Starachowic stoi 27-letni młodzieniec, który zaczynał swoją karierę polityczną jako asystent Róży Thun. Pani Thun jest radykalną euroentuzjastką, zwolenniczką przymusowej relokacji imigrantów, członkinią Platformy Obywatelskiej oraz sojuszniczką George'a Sorosa. Tymczasem Marek Materek, czyli Prezydent Miasta, bije rekordy popularności, gdyż dał się poznać jako świetny społecznik rozumiejący potrzeby starachowiczan. Ostatnio Starachowice znacznie wypiękniały, albowiem pomyślnie zakończyły się rewitalizacje takich reprezentacyjnych miejsc, jak Rynek czy aleja Armii Krajowej. Szkopuł w tym, że sponsorem remontów jest Unia Europejska, a to może przekonywać i przywiązywać obywateli do tej Wieży Babel. Perfidia eurokratów wynika z wiedzy o istnieniu reguły wzajemności (jeśli dajesz coś ludziom, to możesz być pewien, iż przynajmniej niektórzy z nich zapragną się odwdzięczyć). Oby ten mechanizm NIE zadziałał w Grodzie Starzecha! Dobrze, porozmawialiśmy już o obecnym Prezydencie Miasta, ale jaki był poprzedni? Wcale nie lepszy. Jeszcze 17 stycznia 2014 roku, pełniąc swój zaszczytny urząd, składał kwiaty przed pomnikiem Armii Czerwonej. Poprzednik Sylwestra Kwietnia, Wojciech Bernatowicz, należał do syjonistycznego PiS-u, a za swoją przekupność został skazany na 3,5 roku więzienia i 100.000 złotych grzywny. W Starachowicach zorganizowano nawet referendum w sprawie odwołania tego pana, lecz okazało się ono niewiążące z powodu zbyt niskiej frekwencji. Przed Bernatowiczem rządził znany nam już Kwiecień, a wcześniejszych Prezydentów spowija mrok zapomnienia.

[6] "Starszy policjant stojący na podeście schodów starał się przekrzyczeć tłum. - Ludzie, to nie ucieczka. Mamy rozkaz, żeby jechać w ślad za ewakuowaną fabryką. - Do Kowla, do Kowla się zachciewa - nie ustępowała kobieta. - A po co tam policja? Tu zostać, pomagać naszym chłopom, ludzi bronić... - Nie jazgocz, babo, boś za głupia, żeby nam dyktować, co mamy robić! - wtrącił się inny policjant. Te słowa jeszcze bardziej rozsierdziły ludzi. - Głodnych pałować, wyciągać ostatni grosz z chałupy, to te psie syny potrafią - dolatywało z tłumu. - A co było pierwszego maja, kto rozbijał nasze pochody? Ktoś inny przypomniał los robotnika Józefa Krzosa, zamordowanego bestialsko przez wierzbnickich policjantów. Już tylko krok dzielił ludzi od zaatakowania komisariatu" (Leszek Zioło, "Starachowicki wrzesień", Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1986, rozdział VII). Nazwiskiem Józefa Krzosa ochrzczono jedną z ulic w Starachowicach. Leży ona, właściwie, w centrum miasta. Zaczyna się za aleją Armii Krajowej i rondem Antoniego Hedy "Szarego", krzyżuje z ulicą ubeka Tadeusza Krywki, mija skwer Ofiar Zbrodni Katyńskiej, dociera do ronda Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i przechodzi w ulicę 1 Maja. Przy ulicy Krzosa stoi (od października 2014 roku) wojskowa ciężarówka Star 266, sprowadzona przez Sylwestra Kwietnia i upamiętniająca Fabrykę Samochodów Ciężarowych "Star". Aleja Armii Krajowej biegnie prostopadle do ulicy komunisty Jana Mrozowskiego, a także do ulicy Wojska Polskiego, której odnogami są ulice Janka Krasickiego i Hanki Sawickiej. Na bocznej ścianie pawilonu handlowego przy alei Armii Krajowej przez wiele lat widniało graffiti o treści: "Precz z kapitalizmem! Precz z nazizmem! Precz z faszyzmem! KPP". Do skrótowca Komunistycznej Partii Polski był dołączony symbol sierpa i młota (można to jeszcze zobaczyć w programie Google Street View, na zdjęciu z czerwca 2013 roku). Heh, różnorodności mamy pod dostatkiem. Ale ta różnorodność wkrótce się skończy ze względu na ustawę dekomunizacyjną. Jednym z postulatów, jakie wysunięto w związku z nieuchronnymi zmianami przestrzeni publicznej, jest przemianowanie ulicy Józefa Krzosa na ulicę FSC "Star". A wiecie, co się kiedyś znajdowało przy ulicy Tadeusza Krywki? Tak, zgadliście: Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Aktualnie w dawnym budynku bezpieki mieści się trzygwiazdkowy hotel "Senator".

 

Komentarze (0)
Służył w BCh, trafił do MO, wspierał Żołnierzy Wyklętych

Wydarzenia, które opisuję w poniższym artykule, są mało znane, zwłaszcza poza terenem byłego powiatu iłżeckiego. Wydają się jednak na tyle interesujące, iż warto o nich opowiedzieć ludziom z całej Polski. Pretekstem do ich przywołania może być fakt, że wiążą się one z największym (nie tylko w Regionie, ale i w Kraju) zgrupowaniem partyzanckim Batalionów Chłopskich. Główny bohater opowieści, Jan Sońta "Ośka", to niezwykle barwna postać, którą trudno jednoznacznie ocenić. W czasie wojny wybitny partyzant, charyzmatyczny dowódca chłopskiej armii. Po wojnie milicjant-sabotażysta, potajemnie wspierający Żołnierzy Wyklętych. Sońta, za swoją nielojalność względem stalinowskiego reżimu, został skazany na karę śmierci. Czy udało mu się uniknąć egzekucji?


Brakujące ogniwo


Przedwojenny powiat iłżecki[1] obejmował tereny dzisiejszych powiatów starachowickiego, skarżyskiego, radomskiego, zwoleńskiego i lipskiego. Wszystkie wymienione ziemie wchodziły w skład województwa kieleckiego. Dziś powiaty starachowicki i skarżyski należą do województwa świętokrzyskiego, a radomski, zwoleński i lipski do województwa mazowieckiego. Gdy wybuchła wojna, niemieccy okupanci włączyli interesujący nas obszar do dystryktu radomskiego. Ruch oporu nie zaakceptował jednak nowego podziału administracyjnego, toteż każda z liczących się formacji konspiracyjnych wprowadziła własne jednostki organizacyjne. Dawny powiat iłżecki stał się częścią Okręgu Samodzielnego Radom-Kielce AK, Obwodu III Radomsko-Kieleckiego GL/AL, Okręgu V Kieleckiego NSZ i Okręgu III Kieleckiego BCh. Przez cały okres okupacji hitlerowskiej Kielecczyzna i Ziemia Radomska były terenami intensywnych zmagań partyzanckich. To tutaj walczył legendarny major Henryk Dobrzański "Hubal". To tutaj działali znani partyzanci Armii Krajowej (Jan Piwnik "Ponury", Antoni Heda "Szary"), Armii Ludowej (Mieczysław Moczar "Mietek", Tadeusz Maj "Łokietek") oraz Narodowych Sił Zbrojnych (Brygada Świętokrzyska z Antonim Szackim "Bohunem" na czele). O tym wszystkim wie cała Polska. Nazwiska czołowych akowców, alowców i eneszetowców z Kieleckiego/Radomskiego są powszechnie rozpoznawalne. Brakującym ogniwem pozostają Bataliony Chłopskie. Jacy bechowcy "wymiatali" w krainie Baby Jagi?


Zgrupowanie "Ośki"

Gwiazdami wiejskiej partyzantki na Kielecczyźnie i Ziemi Radomskiej byli żołnierze Jana Sońty "Ośki". Pochodzili oni ze wspomnianego wcześniej powiatu iłżeckiego, tam też prowadzili większość działań zbrojnych. Mieczysław Kaca (autor newsa "U leśników w Marculach świętowali ludowcy i samorządowcy" zamieszczonego w periodyku "Tygodnik Radomski w Gminach i Powiatach") podaje, że ludzie "Ośki" byli największym zgrupowaniem partyzanckim BCh nie tylko w okolicy, ale i w całej Polsce. Warto dodać, że ośkowcy cieszyli się sympatią i uznaniem miejscowej ludności, a w trudnych chwilach zawsze mogli liczyć na pomoc swoich kolegów z Armii Krajowej i Armii Ludowej. Kielecko-radomskie oddziały AK, AL i BCh tworzyły niekiedy coś w rodzaju jednego, solidarnego, wewnętrznie zróżnicowanego, ale całkiem zgranego bloku przeciwko hitlerowcom[2]. Wśród tutejszych akowców, alowców i bechowców spotykane było przekonanie, że podczas wojny nie liczy się to, co dzieli Polaków, tylko to, co ich łączy. Każda z trzech wymienionych armii reprezentowała inną opcję polityczną. Wszystkie trzy dążyły jednak do odbicia Ojczyzny z rąk Niemców. Stąd mentalność, zgodnie z którą w drugim Polaku trzeba widzieć przede wszystkim Polaka, a dopiero potem piłsudczyka, komunistę, ludowca itd. Dwadzieścia lat później ta filozofia (koncepcja braterstwa broni) stała się nieoficjalną ideologią ZBoWiD-u. Zaszczepił ją tam Mieczysław Moczar, prominentny pezetpeerowiec z odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym.


Urodzony ludowiec

Kim był Jan Sońta "Ośka", jeden z najwybitniejszych partyzantów w historii Batalionów Chłopskich? Sporo informacji na jego temat zaczerpniemy z filmu dokumentalnego "Ośka" (cykl "Z archiwum IPN", TVP 2009) i siódmego odcinka fabularyzowanego serialu dokumentalnego "Rozkaz sumienia" (TVP 2013). Dodatkowym źródłem wiedzy o Sońcie może być artykuł "'Ośka' i jego żołnierze - zbrojne ramię ruchu ludowego w byłym powiecie iłżeckim" Anny Szczykutowicz (serwis Histmag.org). "Ośce" poświęcono także krótką notkę biograficzną w polskojęzycznej Wikipedii. Jan Sońta (ur. 1919, zm. 1990) przyszedł na świat w Świesielicach niedaleko Ciepielowa. Pochodził z oświeconej rodziny chłopskiej, która ceniła takie wartości, jak wiedza, wykształcenie czy aktywny udział obywateli w życiu publicznym. Jego bliscy angażowali się w działalność ruchu ludowego, sam również był aktywnym i ideowym ludowcem. Uczył się w szkole technicznej w Radomiu. Należał do Związku Młodzieży Wiejskiej RP "Wici" oraz do 7. Radomskiej Drużyny Harcerskiej (podczas II wojny światowej stała się ona kolebką lokalnych Grup Szturmowych Szarych Szeregów!). Gdy Niemcy zaatakowali naszą Ojczyznę, Jan Sońta został wezwany do Rejonowej Komendy Uzupełnień w Starachowicach. Walczył w obronie tamtejszych zakładów zbrojeniowych, pomagał w wywożeniu cennych maszyn na wschód Polski. Niestety, w okolicach Lublina konwój został rozbity przez nazistów. Sońta musiał więc wrócić na ziemie kielecko-radomskie.


Ojciec założyciel

Nasz bohater, który w 1940 roku wciąż pozostawał uczniem i harcerzem, czynnie uczestniczył w antyhitlerowskim ruchu oporu. Początkowo zajmował się zwykłą działalnością konspiracyjną: drukował ulotki, redagował prasę podziemną, słuchał wiadomości zagranicznych stacji radiowych. Jednocześnie pozostawał w kontakcie ze swoimi wiejskimi rówieśnikami, którzy - podobnie jak chłopi w innych częściach Polski - zbierali broń i amunicję z miejscowych pobojowisk. Wieś się zbroiła, a osoby chętne do walki z okupantem sprawdzały, którzy gospodarze będą w przyszłości gotowi wspierać partyzantów. Ojcem założycielem chłopskiego ruchu partyzanckiego w powiecie iłżeckim został właśnie Jan Sońta wraz z garstką przyjaciół, przede wszystkim Władysławem Gołąbkiem "Boryną" urodzonym w Kroczowie Mniejszym. Przez pewien czas nasz bohater posługiwał się pseudonimem "Jasio". Później, gdy rozbroił pocztowca i żandarma za pomocą atrapy pistoletu wykonanej z wypolerowanej ośki rowerowej, zmienił pseudonim na "Ośka" (wypada wspomnieć, że w tej zabawnej akcji uczestniczył także Antoni Majewski "Trojan"). Konspiracja tworzona przez Jana Sońtę i jego kompanów szybko się rozrastała. Do oddziału partyzanckiego dołączali nowi żołnierze, zwiększała się też liczba cywilów współpracujących z bechowcami. Cały powiat iłżecki stał murem za "Ośką". Zgrupowanie Sońty prowadziło akcje na coraz większą skalę: nękało antypolskich folksdojczów, uwalniało jeńców wojennych, rozbijało niemieckie posterunki.


Dwie twarze

Powojenny "Ośka" to postać wykraczająca poza binarną wizję świata. W pewnym sensie, udowodnił on, że posiada wszystkie zalety i wszystkie wady stereotypowego ludowca. Poszedł w tym kierunku, z którego dochodził zapach pełnego koryta. Stanął jednak w rozkroku: jedną nogą w nowym systemie, a drugą w środowisku antysystemowców. Jan Sońta wiedział, że oficjalne zakończenie działań wojennych nie przyniosło Polsce spokoju. Czasy wciąż były niebezpieczne, a liczni żołnierze antyhitlerowskiego podziemia (nie tylko członkowie AK i NSZ, ale również przedstawiciele BCh i niektórzy weterani AL) padali ofiarą Urzędu Bezpieczeństwa. Stalinowskie państwo, które rodziło się na ziemiach polskich, od samego początku dawało się poznać jako twór totalitarny i opresyjny. Z drugiej strony, istniała jeszcze iskierka nadziei: odradzający się ruch ludowy będący jedyną legalną opozycją w Polsce. Wielu Polaków pokładało ufność w Stanisławie Mikołajczyku i Polskim Stronnictwie Ludowym. Działacze obozu chłopskiego, chcąc trzymać rękę na pulsie, starali się obejmować ważne funkcje w aparacie państwowym. Niezliczeni bechowcy, którzy mieli trafić do milicji, sztucznie zawyżali sobie stopnie wojskowe, żeby otrzymać jak najwyższe stanowiska i zwinąć komunistom "stołki" sprzed nosa (hehehe!). Takim milicjantem został również "Ośka". Czy grzeszył koniunkturalizmem? Może częściowo... Ale nieugięcie dochowywał wierności ruchowi ludowemu. Ostentacyjnie manifestował swoje antyrządowe poglądy i poparcie dla Mikołajczyka.


Król sabotażystów

Jan Sońta, rzekomy podpułkownik, bez trudu otrzymał etat w Milicji Obywatelskiej. Został oficerem do zadań specjalnych, i to nie na prowincji, lecz w Komendzie Głównej w Warszawie. Komuniści, wierząc w lojalność "Ośki", kazali mu organizować kadry milicyjne. Sońta założył w powiecie iłżeckim szkołę MO, do której zaczął przyjmować głównie kombatantów Batalionów Chłopskich. Już wtedy było widać, że wokół naszego bohatera dzieją się dziwne rzeczy. Z utworzonej przez niego szkoły wychodzili bowiem liczni sabotażyści. Wielu z nich wyrządzało systemowi takie szkody, że po kilkunastu miesiącach "wylatywało" z pracy. Wiosną 1945 roku Jan Sońta dowiedział się o pojmaniu szesnastu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. Zrozumiał wówczas, że legalna opozycja i mały sabotaż to zabawa dla naiwnych dzieci, a nie sposób na obalenie bierutowskiego reżimu. Dostrzegł konieczność prowadzenia bardziej radykalnych działań. "Ośka" wstąpił do Oddziałów Specjalnych BCh, czyli konspiracyjnej organizacji antykomunistycznej. Na co dzień udawał przykładnego milicjanta, lecz "po godzinach" uczestniczył w zbrojnych akcjach Żołnierzy Wyklętych[3]. Stalinowcy - podejrzewając, że Sońta trzyma sztamę z Niezłomnymi - przenieśli go do wojska, gdzie miał się zajmować zwalczaniem podziemia. Nasz bohater, wiedząc o planowanych obławach na partyzantów, ostrzegał "leśnych" przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Tych, którzy zostali zatrzymani, wyciągał z aresztów. Robił wszystko, co mógł, żeby ograniczyć liczbę Polaków zsyłanych na Sybir. I wciąż pobierał "resortową" pensję.


Solidarni z "Ośką"

Jan Sońta "Ośka" sprawiał wrażenie, jakby kierował się w życiu logiką kwantową. Był jednocześnie budowniczym i burzycielem Polski Ludowej. Konformistą i nonkonformistą. Wybrańcem z Matrixa, który siłą własnego umysłu naginał zerojedynkową rzeczywistość. Nie mieścił się w strukturze opartej na opozycjach biel-czerń, dobro-zło, światło-ciemność, ład-chaos. Pozostawał ponad wszelkim binaryzmem. "Ośka" prowadził swój sabotaż przez pół roku, po czym został aresztowany przez UB. Nasz bohater - a wraz z nim czternastu innych bechowców - stanął przed komunistycznym sądem. Usłyszał wyrok śmierci. O jego życie natychmiast zaczęła walczyć rodzina (dowiadujemy się o tym z prezentacji multimedialnej "Jan Sońta ps. 'Ośka' - Partyzant Ziemi Radomskiej" Konrada Gałki. YouTube, eliksir11). Później uaktywnili się jego koledzy z czasów okupacji niemieckiej. Kombatanci napisali do Bieruta petycję o ułaskawienie skazańca i zebrali pod nią kilkadziesiąt tysięcy podpisów z całej Kielecczyzny. Za Sońtą zaczęli się również wstawiać milicjanci o bechowskim rodowodzie, weterani Armii Ludowej oraz dawni partyzanci radzieccy pamiętający go jako sojusznika w walce z hitleryzmem. "Ośka", mając takie poparcie, po prostu musiał przeżyć. Początkowo zmniejszono mu wyrok na dożywocie, potem na dwanaście lat, aż w końcu na osiem. Jan Sońta wyszedł z tiurmy w 1954 roku. Na wolności, mimo socjalizmu, założył firmę budowlaną. Zatrudniał w niej byłych więźniów stalinowskich: akowców i bechowców. Niemal do końca życia był śledzony przez bezpiekę.


Pod lupą

O tym, co się działo z "Ośką" po roku 1954 (a raczej po 1956), możemy przeczytać w artykule "Działania Służby Bezpieczeństwa wobec Jana Sońty 'Ośki'" Marcina Sołtysiaka. Tekst ukazał się na łamach portalu "Iłża - Regionalny Serwis Informacyjny" (Ilza.com.pl). Autor publikacji przeanalizował liczne donosy, notatki i meldunki, jakie "wyprodukowali" pracownicy i współpracownicy SB w związku z inwigilacją naszego bohatera. Z tych dokumentów, znajdujących się obecnie w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej, wyłania się ciekawy obraz Jana Sońty doby poststalinowskiej. Można przypuszczać, że zasłużony partyzant Batalionów Chłopskich był szpiegowany od momentu opuszczenia więzienia aż do upadku Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (warto odnotować, że "Ośka" zmarł w roku 1990, czyli w tym samym czasie, w którym zlikwidowano Służbę Bezpieczeństwa). Kontrola, jakiej go poddawano, była prowadzona z różną intensywnością i z krótkimi przerwami, które wynikały z chwilowego obniżenia aktywności ofiary. Niewiele wiadomo na temat działań podejmowanych względem "Ośki" w latach 1956-1957. Istnieje jednak podejrzenie, że czerwona agentura doprowadziła do odsunięcia go od stanowiska prezesa kieleckiego ZBoWiD-u. Człowiekiem, który - zarówno wtedy, jak i później - odznaczał się wyjątkową gorliwością w donoszeniu na Sońtę, był niejaki TW "Pewny". Konfident ten wywodził się ze środowiska bechowskiego. Podczas okupacji walczył w powiecie kozienickim i w zgrupowaniu "Ośki". Cieszył się więc dużym zaufaniem swojego dawnego dowódcy.


Rozterki moralne

Pierwsza przerwa w inwigilacji naszego bohatera nastąpiła w roku 1966 (czasy późnego Gomułki). Esbecy stwierdzili wówczas, że dalsze szpiegowanie Jana Sońty nie ma sensu, gdyż ofiara nie prowadzi działalności antypaństwowej i nie stanowi zagrożenia dla władzy ludowej. Spokój trwał przez kilka lat. Ale już w pierwszej połowie lat 70. (w czasach wczesnego Gierka) TW "Pewny" ponownie zwrócił uwagę na "Ośkę". Nie omieszkał się powiadomić przełożonych, że Sońta zaczął się krytycznie wypowiadać na temat bieżących wydarzeń politycznych. Obserwacja byłego bechowca ruszyła pełną parą. Kapuś "Pewny" dokładnie opisywał poglądy naszego bohatera, opierając się na jego prywatnych komentarzach. Z meldunków konfidenta wynika, że Jan Sońta miał negatywny stosunek do ówczesnej ekipy rządzącej. Dość nieufnie podchodził również do przedstawiciela poprzedniej ekipy, Mieczysława Moczara, a także do jego kolegi, Wojciecha Jaruzelskiego, którego czas miał dopiero nadejść. "Ośka" nie potrafił jednoznacznie ustosunkować się do działalności Moczara i Jaruzelskiego (chociaż tego pierwszego znał jeszcze z czasów wojny). Zastanawiał się, kim oni tak naprawdę są. Interesujący jest fragment jednego z donosów, który charakteryzuje postawę naszego bohatera wobec Sowietów: "Sońta stwierdził, że wolałby, żeby w Kielcach czy Radomiu byli komisarze rosyjscy, bo tak nie wiadomo, co to jest. Wiadomo byłoby wtedy, jakby to uważać. Często stwierdza, że jest to druga okupacja Polski" (słowa TW "Pewnego" cytowane przez Marcina Sołtysiaka). Jak widać, "Ośka" był rozdarty wewnętrznie.


Sekretne kontakty

Zgodnie z tym, co głoszą esbeckie raporty, nasz bohater oburzał się sposobem, w jaki milicja potraktowała uczestników radomskiego strajku w czerwcu 1976 roku. Przekonywał, że tamtejsi mundurowi okazali się bardziej okrutni od gestapowców. Wydarzenia czerwca '76 spowodowały, że Sońta zaczął trochę sympatyzować z ROPCiO i KOR-em. Nie wstąpił do żadnej z tych organizacji, ale nawiązał kontakt z ich działaczami. W jego mieszkaniu zaczęła się pojawiać nielegalna prasa opozycyjna. "Ośka" otrzymał nawet propozycję redagowania jednego z takich pism, ale odmówił, gdyż obawiał się o przyszłość swojej rodziny. Nie wahał się jednak posiadać ani kolportować zakazanej literatury, choćby "Archipelagu GUŁag" Aleksandra Sołżenicyna. Nasz bohater utrzymywał kontakt z Antonim Hedą "Szarym": weteranem Armii Krajowej, Żołnierzem Wyklętym, człowiekiem odpowiedzialnym za rozbicie więzienia UB w Kielcach (1945). "Szary", podobnie jak "Ośka", dostał kiedyś karę śmierci, ale został ułaskawiony dzięki wstawiennictwu dawnych partyzantów AL (należał do nich również Moczar; tak twierdzi Łażący Łazarz w artykule "Rok 1976 - ostatnia akcja Komendanta 'Szarego'" dostępnym w serwisie WolnaPolska.pl). Sońta dwukrotnie był wzywany przed oblicze kapitana SB, Romana Stępnia, który początkowo nie ujawniał swojej prawdziwej tożsamości. Za drugim razem oficer zaprosił "Ośkę" do współpracy. Naturalnie, nic z tego nie wyszło. Bezpieka oficjalnie zakończyła śledzenie Sońty w listopadzie 1980 roku. Później interesowała się nim tylko podczas uroczystości kombatanckich.


Kapliczka na Wykusie

Jak już ustaliliśmy, okres powojenny był wyjątkowo trudny dla żołnierzy Armii Krajowej. W czasach bierutowskich nie wolno było życzliwie o nich mówić. Akowców, którzy zdołali przeżyć okupację niemiecką, spotykały ubeckie szykany i represje. Po odwilży gomułkowskiej sytuacja uległa diametralnej zmianie. Najsłynniejsza armia Polskiego Państwa Podziemnego zaczęła odzyskiwać należne jej miejsce w historii. Pisze o tym Marek Jedynak, twórca publikacji "Kapliczka na Wykusie. Wokół powstania Środowiska Świętokrzyskich Zgrupowań Partyzanckich Armii Krajowej 'Ponury' - 'Nurt'" (IPN, Kielce 2009). Według tego autora, w 1957 roku grupa byłych podkomendnych Jana Piwnika "Ponurego" wysunęła postulat utworzenia miejsca pamięci narodowej na Wykusie (dla niewtajemniczonych: Wykus to wzniesienie leżące w odległości 5 kilometrów od Starachowic. W XIX i XX wieku stanowiło ono bazę dla wielu polskich zgrupowań partyzanckich, w tym dla oddziałów Mariana Langiewicza, Henryka Dobrzańskiego "Hubala" i Jana Piwnika "Ponurego"). Starachowicki ZBoWiD, którego zarząd był zdominowany przez weteranów AK, poparł tę inicjatywę. Wkrótce powstał Komitet Budowy Płyty Pamiątkowej na Wykusie, który poczynił niezbędne kroki w kierunku realizacji obranego celu. Działania, jakie podejmowano, wiązały się z aktywizacją byłych akowców, co nie uszło uwadze esbecji. Po wielu perypetiach udało się wybudować i poświęcić pamiątkową kapliczkę. Doszło do tego we wrześniu 1957 roku[4]. Na uroczystości odsłonięcia obiektu przemawiał (lub miał przemawiać) Jan Sońta "Ośka".


Trudne początki

Akcje zbrojne, jakie podejmowali partyzanci ze zgrupowania "Ośki", zostały opisane w trylogii publicystycznej "Wrócą chłopcy z wojny" Michała Ślusarczyka (wszystkie trzy części ukazały się w serwisie GlosMazowsza.pl. Kopie artykułów można zobaczyć w witrynie internetowej mazowieckiego samorządowca Zbigniewa Gołąbka). Wiele przydatnych informacji znajdziemy także w tekście "Działania zbrojne Batalionów Chłopskich na Ziemi Radomskiej" Henryka Szopy (jest to opracowanie naukowe z 1983 roku. Elektroniczną wersję artykułu zamieścił Andrzej Bartczak na stronie OM PSL w Radomiu). Jan Sońta i jego kompani rozpoczęli swoją działalność już na przełomie lat 1939/1940. Początkowo miała ona charakter spontanicznej inicjatywy niepowiązanej z żadnymi ogólnopolskimi strukturami. Ludowcy zaczęli działać "na poważnie" w roku 1942, kiedy to ich organizacja weszła w skład ponadregionalnych Batalionów Chłopskich. Wtedy właśnie miały miejsce pierwsze spektakularne zwycięstwa ośkowców, np. rozbicie nazistowskiego obozu pracy w Solcu nad Wisłą. W roku 1943 partyzanci BCh dokonali dwóch udanych napadów na niemieckie posterunki w Kroczowie i Grabowie. Później, razem z AK, stoczyli walkę z załogą posterunku Luftwaffe. W sierpniu 1943 roku bechowcy przyjęli pod swoje skrzydła kilku Gruzinów, którzy nie chcieli dłużej służyć Trzeciej Rzeszy. We wrześniu pomścili śmierć 900 Polaków zamordowanych przez SS w Ciepielowie. W grudniu planowali rozbić KL Majdanek. Armia Krajowa wybiła im jednak z głowy ten niewykonalny pomysł.


Zgniły kompromis

Liczne sukcesy militarne sprawiły, że Jan Sońta "Ośka" zdecydował się rozszerzyć działalność swojego zgrupowania na powiaty kozienicki i puławski. Postąpił tak latem 1944 roku. W tamtym okresie armię "Ośki" zasiliła kolejna grupa Gruzinów, która tym razem składała się z dwustu dezerterów z armii Hitlera. Pod koniec lipca 1944 roku (czasy akcji "Burza") bechowcy podzielili się na dwie drużyny. Pierwsza, pod dowództwem "Ośki", pozostała na lewym brzegu Wisły, a druga, dowodzona przez Władysława Gołąbka "Borynę", wyruszyła na prawy brzeg. Partyzanci maszerujący na wschód obronili wsie Janiszów i Wojciechów przed pacyfikacją ze strony Niemców. Na Lubelszczyźnie oddział "Boryny" ujawnił się przed nową, komunistyczną władzą. Doszło wówczas do tragedii. Żołnierze BCh, którzy tak grzecznie współpracowali z Armią Ludową, zostali aresztowani przez NKWD-UB. Zaczęły się tortury i wywózki na Syberię. Ostatecznie bechowcy zgodzili się na zgniły kompromis: wolność w zamian za pracę w Milicji Obywatelskiej. Doszli do wniosku, że w obecnej sytuacji należy zadbać o to, aby ważne stanowiska w Polsce Ludowej zajmowali aktywiści wywodzący się z przedwojennych środowisk niekomunistycznych. Bez wątpienia był to wybór mniejszego zła. Z drugiej strony, ujawniły się tutaj wady stereotypowo przypisywane ludowcom: elastyczność koalicyjna, oportunizm, pogoń za "stołkami", faworyzacja "swoich ludzi" w przestrzeni publicznej. Władysław Gołąbek zrobił ogromną karierę w PRL (choć uchodził za niepewnego politycznie). W III RP stracił przez nią uprawnienia kombatanckie.


Starachowickie i małomierzyckie

Na początku sierpnia 1944 roku grupa ośkowców, dowodzona przez Tadeusza Wojtyniaka "Bacę", przygotowała na Niemców zasadzkę wzdłuż drogi Starachowice-Tychów. Udało się wówczas rozbroić 20 hitlerowców i przejąć 7 wojskowych ciężarówek. Wkrótce naziści urządzili na bechowców obławę, która zaowocowała wielką bitwą w lasach starachowickich. Wygrali jednak Polacy. Do kolejnego starcia z Niemcami doszło pod koniec sierpnia. To właśnie tam, pod Starachowicami, niedaleko leśniczówki Kutery, poniósł śmiertelną ranę Tadeusz Wojtyniak. Kolejna potyczka z najeźdźcą miała miejsce pod Gadką (znów okolice Starachowic). Zwycięstwo przypadło Batalionom Chłopskim. Jesienią 1944 roku doszło do istotnej narady partyzantów BCh z partyzantami AL w lasach małomierzyckich. Jej konsekwencją była masakra, którą dość różnie przedstawiają Henryk Szopa i Przemysław Bednarczyk (historyk wypowiadający się w IPN-owskim filmie dokumentalnym "Ośka"). Jan Sońta i Mieczysław Moczar zdecydowali się przerzucić część żołnierzy (głównie Gruzinów z BCh) na przyczółek chotecki. Sowieci mieli być uprzedzeni o całej operacji. Według Szopy, partyzanci mieli skandować hasło "Granit". Zdaniem Bednarczyka, droga na przyczółek miała być rozminowana. Jedno jest pewne: bechowcy (i alowcy - wersja Szopy) maszerujący w stronę Chotczy zostali ostrzelani przez Armię Czerwoną, a pod ich stopami zaczęły wybuchać miny. Zginęło prawie 300 osób. Szopa twierdzi, że tamtej nocy zawinił wiatr zagłuszający wykrzykiwane hasło oraz brak komunikacji między sowieckim dowództwem a pierwszą linią frontu.


Zwoleń 1942

Jednym z najsłynniejszych dokonań zgrupowania "Ośki" było rozbicie niemieckiego aresztu w Zwoleniu we wrześniu 1942 roku. Piszą o tym Piotr Kutkowski ("Nieznane fakty akcji partyzantów", internetowe wydanie radomskiego "Echa Dnia") i Mieczysław Kaca ("Płk. Władysław Owczarek odszedł na wieczną wartę", serwis Radom24.pl). Żołnierzem, który dowodził całą akcją, był Władysław Owczarek "Bula", "Bula Matari". Należał on do lewicujących ludowców. Jako nastolatek marzył o tym, żeby wziąć udział w hiszpańskiej wojnie domowej po stronie republikanów. Próbował nawet zrealizować ten plan, ale został powstrzymany przez polskiego kolejarza spotkanego przy granicy ze Związkiem Radzieckim. Owczarek trafił do ZSRR dopiero w 1939 roku. Problem w tym, że jako jeniec wojenny, którego Sowieci oddali wkrótce w ręce Niemców. Młodzieniec uratował się dzięki temu, że wyskoczył z pociągu pędzącego do Trzeciej Rzeszy. W oddziale "Ośki" odpowiadał za sprawy wychowawcze, opracował nawet surowy kodeks etyczny. Decyzję o rozbiciu więzienia w Zwoleniu podjął na wieść o zatrzymaniu ważnego konspiratora Antoniego Knecia "Doktorka". Gdy Owczarek i inni ośkowcy dojechali do miasteczka, przebrali się w niemieckie mundury i rozkazali lokalnej straży cywilnej udać się na cmentarz. Strażnicy wykonali polecenie. Partyzanci, korzystając ze sposobności, przecięli druty telefoniczne i ruszyli w stronę nazistowskiego aresztu. Tam kazali dozorcy otworzyć drzwi. Mężczyzna spełnił ich żądanie i natychmiast został rozbrojony. Bechowcy zdołali uwolnić około 50 osób. Wśród nich był również "Doktorek".


Co pisał Moczar?

Mieczysław Moczar to "trudny przypadek" w historii PRL. Niewątpliwie sowiecki kolaborant i zbrodniarz stalinowski (w latach 1945-1948 stał na czele łódzkiego WUBP). Po roku 1956 okazał się jednak najbardziej obiecującym politykiem w Polsce. To właśnie on, jako przywódca ZBoWiD-u, zrehabilitował Armię Krajową i próbował zrehabilitować Narodowe Siły Zbrojne. Sam nie lubił eneszetowców, ale uważał, że przynajmniej niektórzy z nich powinni mieć uprawnienia kombatanckie. Moczar budował w PZPR frakcję nacjonalistyczną. Sprzeciwiał się pomawianiu Narodu Polskiego o współudział w Holocauście. Współpracował z Bolesławem Piaseckim, byłym szefem ONR-Falanga. W czasach "Mietka" powstał wybitnie zbowidowski film dokumentalny "Sprawiedliwi", który opowiada o tym, jak Polacy (np. Jan Mosdorf, lider przedwojennego ONR-ABC) pomagali Żydom podczas okupacji niemieckiej[5]. Przejdźmy jednak do rzeczy. Otóż Moczar wspomniał o zgrupowaniu "Ośki" w swojej książce zatytułowanej "Barwy walki" (1962). Nazwał ośkowców "nowymi sojusznikami, nowymi przyjaciółmi". Pozytywnie opisał Władysława Owczarka, z którym podobno szybko się zaprzyjaźnił. "Bardzo sympatyczny, rozumny, a jednocześnie romantyczny chłopski działacz młodzieżowy", "szczery, uczciwy działacz chłopski, prawy żołnierz, patriota", "szukał wciąż słusznej drogi", "wychowywał innych" - czytamy w rozdziale "U świtowców". Moczarowi podobał się egzotyczny pseudonim Owczarka, "Bula Matari". Alowcy woleli jednak nazywać bechowca "Misjonarzem" (sami mieli "Chrystusa", Stanisława Szota).


Co pisał Iwańczyk?

Znacznie liczniejsze, choć równie życzliwe wzmianki o zgrupowaniu "Ośki" znajdujemy we wspomnieniach innego wpływowego alowca, Eugeniusza Wiślicza-Iwańczyka (Eugeniusza Iwańczyka "Wiślicza")[6]. Mowa tutaj o książce "Echa puszczy jodłowej" z 1969 roku. Jednym z jej głównych wątków są stosunki, jakie panowały między różnymi ugrupowaniami partyzanckimi działającymi w powiecie iłżeckim. Autor twierdzi, że Armia Ludowa, Armia Krajowa i Bataliony Chłopskie były formacjami bardzo zróżnicowanymi. Mimo to, starały się szukać rozwiązań kompromisowych. W jednym z pierwszych rozdziałów Iwańczyk pisze o pewnym domu: "Tutaj odbywały się spotkania pomiędzy nami a dowódcami BCh: 'Ośką' - Janem Sońtą i 'Bulą Matarim' - Władysławem Owczarkiem. Tutaj też spotkałem się z dowódcą AK Antonim Hedą - 'Szarym'". Jak autor zapamiętał Owczarka? "Przystojny i dobrze zbudowany mężczyzna w wieku około 30 lat (...). Wesoły, uśmiechnięty, o odważnym spojrzeniu, jednym słowem - typowy partyzant". Z książki "Wiślicza" dowiadujemy się, że zgrupowanie "Ośki" nie było ani prolondyńskie, ani promoskiewskie. Odmawiało scalenia z AK. Wytrwale realizowało koncepcję "walki dobra ze złem". Bechowcy i alowcy mieli "pomagać sobie w razie potrzeby", "przekazywać sobie wzajemnie doświadczenia z walki" i "utrzymywać ze sobą stały kontakt". A co z AK? Iwańczyk wspomina Hedę jako rozumnego inteligenta i apolitycznego patriotę. Docenia fakt, że "Szary" nigdy nie zapomniał o swoich chłopskich korzeniach. Podobno jego podkomendni bardzo dbali o higienę. No i chętnie dzielili się amunicją.


Krótkie życie "Bacy"

Chciałabym teraz poświęcić kilka zdań Tadeuszowi Wojtyniakowi "Bacy". Sylwetkę tego żołnierza przedstawił Tomasz Skiba w artykule "Tadeusz Wojtyniak ps. Baca" (portal "Iłża - Regionalny Serwis Informacyjny"). Tadeusz Wojtyniak urodził się w 1924 roku w Kroczowie Mniejszym. Pochodził z zamożnej rodziny chłopskiej, która wykazywała wyjątkowe zamiłowanie do wszelkich nowinek technicznych w agronomii. Rodzice Tadeusza odznaczali się głębokim patriotyzmem, popierali rozwój wsi i aspiracje jej mieszkańców. Wojtyniak fascynował się wojskowością, podziwiał uczestników dawnych zrywów niepodległościowych. Marzył o tym, żeby zostać lotnikiem. Spodziewał się rychłego wybuchu wojny, toteż prewencyjnie skonstruował prymitywny samopał. Gdy Trzecia Rzesza napadła na Polskę, 15-letni Tadek dołączył do chłopskiego ruchu oporu. Za swoje osiągnięcia w dziedzinie zbierania broni i amunicji z miejscowych pobojowisk otrzymał pseudonim "Chomik". Kolejny etap działalności Wojtyniaka to służba w zgrupowaniu partyzanckim "Ośki". Nastolatek - teraz już jako bechowiec "Baca" - dowodził tam jednym z plutonów. Był niezwykle odważnym i skutecznym dowódcą. Cechował się też otwartością. To właśnie pod jego skrzydła trafiło kilkuset Gruzinów, uciekinierów z armii niemieckiej[7]. Jak już wiemy, Tadeusz Wojtyniak zmarł od rany postrzałowej. Według Tomasza Skiby, sam zdecydował o swojej śmierci. Odmówił bowiem amputacji ręki, w którą wdarła się gangrena. "Baca" żył zaledwie 20 lat. W 1972 roku został "wskrzeszony" w książce "Nie wiedział co to lęk" Władysława Gołąbka "Boryny".


Nadleśnictwo Chwałowice


Na blogu Chwalilza.blox.pl znajduje się tekst "Rozbicie hitlerowskiego sztabu dywizyjnego w Chwałowicach" zredagowany na podstawie dwóch innych prac Władysława Gołąbka: "W oddziałach Batalionów Chłopskich na Kielecczyźnie" (1958) i "Bez rozkazu" (1966). Artykuł mówi o tym, że w lipcu 1944 roku ośkowcy zapragnęli znaleźć się posiadaniu cennych planów operacyjnych, dużych ilości broni i pokaźnych zapasów amunicji, jakie przechowywał niemiecki sztab dywizyjny stacjonujący w Chwałowicach. Okazja ku temu nadarzyła się w pewną niedzielę, kiedy to Niemcy zorganizowali sobie "garden party" w miejscowym nadleśnictwie. Kilkudziesięciu bechowców, dowodzonych przez "Bacę", przebrało się w niemieckie mundury i ze śpiewem na ustach ruszyło w stronę Chwałowic. Zakamuflowani ośkowcy zostali wpuszczeni na teren nadleśnictwa, początkowo byli nawet witani i pozdrawiani przez balujących nazistów. Gdy Niemcy zorientowali się, że coś jest nie w porządku, muzyka ucichła, a do intruzów podszedł jeden z oficerów. Wówczas partyzanci otworzyli ogień. Uporawszy się z hitlerowcami w ogrodzie, bechowcy przystąpili do szturmu na budynki nadleśnictwa. Po długim, zażartym boju odnieśli zwycięstwo. Niestety, wkrótce oddali zdobyte plany Armii Czerwonej, która "przyszła na gotowe". Jedno trzeba przyznać: żołnierze "Ośki" wykazywali się wyjątkową naiwnością w odniesieniu do Sowietów. Wielokrotnie płacili za to straszliwą cenę. A przecież byli w Polsce partyzanci, którzy tego błędu nie popełniali. Mówię tutaj o Narodowych Siłach Zbrojnych[8] i większości oddziałów Armii Krajowej.


Upamiętnienie ośkowców

W 1998 roku zawieszono w Kościele Garnizonowym w Radomiu tablicę upamiętniającą Jana Sońtę "Ośkę". Jej fotografię można zobaczyć w informatorze turystycznym "Radomskie miejsca pamięci II wojny światowej" (plik PDF jest dostępny online). Płyta pamiątkowa zawiera wizerunek "Ośki" oraz napis odwołujący się do wojennej i powojennej działalności partyzanta. W 2015 roku tablica poświęcona ośkowcom zawisła w Starachowicach. Umieszczono ją przy kościele Wszystkich Świętych (warto wiedzieć, że w tej świątyni znajdują się również relikwie Jana Pawła II i Jerzego Popiełuszki!). Na Placu Zwycięstwa w Ciepielowie stoi pomnik Jana Sońty. We wsi Kowalków uczyniono "Ośkę" patronem miejscowej podstawówki. Skromne pomniki przypominające o bohaterstwie ośkowców wzniesiono w Gadce (miejscu leśnej bitwy) i Pakosławiu (miejscu tymczasowego pochówku "Bacy". Ciało żołnierza, poległego w 1944 roku, zostało pochowane obok pomnika powstańców styczniowych. Dwa lata później nastąpiła ekshumacja zwłok i uroczysty pogrzeb w Kazanowie. Wypada wspomnieć, że w Kazanowie spoczywają także "Ośka" i "Boryna". Natomiast "Bula Matari" został pogrzebany w Ciepielowie). Przy drodze Chotcza-Ciepielów znajduje się pomnik ku czci 900 cywilów zabitych przez Niemców za sprzyjanie Żydom i zgrupowaniu "Ośki". Do tragedii tej nawiązuje też fabularyzowany dokument "Historia Kowalskich" (TVP 2009). Od 1991 roku wisi w Świesielicach tablica upamiętniająca Jana Gierasińskiego "Potęgę". Innymi formami uczczenia ośkowców są książki Przemysława Bednarczyka (2007) i Marcina Dobronia (2011).


Natalia Julia Nowak,
22.05. - 26.06. 2016 r.


PS.
Postanowiłam sprawdzić, jak brzmiały teksty przysiąg poszczególnych organizacji konspiracyjnych. Czy były w nich widoczne różnice wynikające z odmiennej mentalności? Czy dałoby się z nich wypisać sformułowania charakterystyczne dla danego obozu politycznego? W przysiędze Armii Krajowej, zbrojnego ramienia rządu emigracyjnego, mówi się o Rzeczypospolitej Polskiej, Prezydencie RP, Naczelnym Wodzu i Dowódcy AK. W przysiędze Narodowych Sił Zbrojnych występuje termin "Wielka Polska", który odnosi się do ostatecznego celu działalności ruchów endeckich i neoendeckich. W innej przysiędze znajdujemy wyrażenie "Sprawiedliwa Polska Ludowa". Uwaga, psikus: nie jest ono elementem roty Armii Ludowej, tylko Batalionów Chłopskich! W tekście przysięgi AL w ogóle nie wspomina się o państwie (co wynika z faktu, że tradycyjni marksiści żądali likwidacji państwa i podziałów narodowościowych, a tymczasową "ojczyzną proletariatu" chcieli uczynić ZSRR). Przyrzeka się jednak "wyzwolenie" i "stanie na straży praw" Narodu Polskiego. We wszystkich czterech rotach zawarto zdanie dotyczące dochowywania tajemnic wojskowych. W przysiędze NSZ brzmi ono łagodnie, neutralnie i beztrosko. W przysiędze AK jest bardziej sugestywne, ale wciąż subtelne i pozbawione konkretów. W przysiędze AL zrezygnowano z owijania w bawełnę na rzecz walenia prosto z mostu. Natomiast w przysiędze BCh... Cóż, fragment o niezdradzaniu sekretów brzmi kuriozalnie, wręcz humorystycznie, jakby autor urwał się z choinki. Zresztą, zobaczcie sami. Narodowe Siły Zbrojne: "tajemnic organizacyjnych będę wiernie strzegł". Armia Krajowa: "tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało". Armia Ludowa: "dochowam tajemnicy wojskowej i nie zdradzę jej nawet wobec najokrutniejszych tortur". Bataliony Chłopskie: "powierzonych mi tajemnic nie ujawnię przed nikim, nawet przed najbliższymi mi osobami". Leżę i kwiczę. No, jak tu nie wierzyć złośliwcom, którzy twierdzą, że "PSL" to skrótowiec utworzony od nazwy "Partia Swoich Ludzi"?! Zgodnie z tym, co powiedział historyk Janusz Gmitruk w filmie dokumentalnym "Żelazne kompanie" (TVP 2002), wiejskie podziemie było niesamowicie hermetyczne. Do BCh przyjmowano wyłącznie kandydatów znanych, sprawdzonych i zaufanych. Nikt z zewnątrz nie miał tam prawa wstępu. Krótko mówiąc: stawiano na "swoich ludzi". Głównie na członków przedwojennych ugrupowań ludowych.


PRZYPISY

[1] Wbrew pozorom, stolicą powiatu iłżeckiego nie była Iłża, tylko Starachowice, które w dniu wybuchu II wojny światowej nosiły nazwę Starachowice-Wierzbnik. Historia Starachowic to historia małej osady przemysłowej, która w pewnym sensie "podbiła" pobliskie miasteczko Wierzbnik i zajęła jego miejsce na mapie Polski. Ale o tym innym razem. Dziś już nie ma powiatu iłżeckiego, lecz jest powiat starachowicki, który od północy graniczy z powiatem radomskim, a od południa - z powiatem kieleckim. Gmina Iłża wchodzi w skład powiatu radomskiego. Jaka jest odległość ze Starachowic do Radomia? Mniej więcej taka, jak do Kielc. A do Warszawy? Mniej więcej taka, jak do Krakowa. Można zatem powiedzieć, że Starachowice znajdują się w "strefie wpływów" czterech większych miast: Radomia, Kielc, Warszawy i Krakowa. Dotyczy to zresztą całego regionu. Oto ciekawostka, którą znalazłam w artykule zatytułowanym "Stroje ludowe na Kielecczyźnie": "Kielecczyzna to obszar przejściowy pomiędzy Mazowszem i Małopolską, stąd też wynika zróżnicowanie stroju ludowego - na północy noszono ubiory typu mazowieckiego, na południu zaś typu małopolskiego. (...) Na przełomie XIX i XX wieku na Kielecczyźnie występowały liczne odmiany stroju ludowego: strój świętokrzyski, strój kielecki, strój krakowski, strój sandomierski, strój radomski oraz strój opoczyński" (źródło: portal NaLudowo.pl). Starachowicom bliżej do Mazowsza niż do Małopolski. Miejscowość leży bowiem w północnej części województwa świętokrzyskiego.

[2] Z dzisiejszego punktu widzenia koalicja typu AK-AL-BCh wydaje się czymś zdumiewającym, egzotycznym, wręcz kontrowersyjnym. Jednak wtedy, podczas II wojny światowej, takie sojusze po prostu się zdarzały. Dowód: Republika Pińczowska (Kazimiersko-Proszowicka Rzeczpospolita Partyzancka). Załączam dwa cytaty opisujące ten lokalny fenomen. "Rzeczpospolita partyzancka obejmowała terytorium na lewym brzegu Wisły - powiat pińczowski i wschodnią część powiatu miechowskiego (na granicy dzisiejszych województw małopolskiego i świętokrzyskiego). (...) Powstanie Rzeczpospolitej Kazimiersko-Proszowickiej było efektem realizacji akcji 'Burza', przewidującej - w związku z postępującą ofensywą Armii Czerwonej ze Wschodu na Zachód - podjęcie przez polskie podziemie zbrojnych działań lub wzmożonej dywersji przeciwko okupantowi niemieckiemu. (...) W trzeciej dekadzie lipca 1944 r., korzystając z faktu zbliżania się wojsk sowieckich nad Wisłę, polscy partyzanci opanowali niemieckie posterunki policji i żandarmerii w rejonie Pińczowa, a następnie zajęły samo miasto. Niemcy ewakuowali swoje urzędy, ściągnęli także posiłki, jednak nie odzyskali utraconego terytorium. (...) Południowa część partyzanckiej Rzeczpospolitej została opanowana przez AK; władzę pełnił tam komendant obwodu AK i delegat powiatowy rządu emigracyjnego. Na północnym obszarze przejętego przez partyzantów terenu, kontrolowanym przez AL i BCh, utworzono Powiatową Radę Narodową (z siedzibą w Pińczowie) z Józefem Maślanką na czele. (...) W pierwszych dniach sierpnia pod Skalbmierzem i Jaksicami doszło do zaciętych walk, które przesądziły o losie Rzeczpospolitej Kazimiersko-Proszowickiej. Wojska niemieckie ostatecznie zajęły partyzanckie terytorium 10 sierpnia 1944 r" (źródło: "Obchody 70. rocznicy powstania Kazimiersko-Proszowickiej Rzeczpospolitej Partyzanckiej", portal historyczny Dzieje.pl). "Wspólnym wysiłkiem wyzwolony został obszar o powierzchni 1000 km2. Historyk Andrzej Solarz nazywa Republikę Pińczowską - Rzeczpospolitą Partyzancką. - Na tych terenach powstały głównie delegatury rządu londyńskiego. W Pińczowie była też władza bardziej lewicowa, poczta, wydziały oświaty, czyli pełna struktura państwa, już nawet nie podziemnego, ale w pełni jawnego. Flagi wisiały na domach, na urzędach - opowiada gość Jedynki. (...) Radość trwała niespełna trzy tygodnie, ale Teresa Znojek podkreśla, że to jej najwspanialsze wspomnienie wojenne. - Najważniejsze, że nie udałoby się to wszystko, gdyby nie współpraca wszystkich oddziałów partyzanckich, bez względu na ich przekonania i wizję przyszłej Polski - mówi gość Jedynki" (źródło: "Ewenement w historii. Republika Pińczowska", serwis informacyjny PolskieRadio.pl). Efemeryda, o której rozmawiamy, jest tematem audiowizualnego reportażu "Republika" Krzysztofa Kąkolewskiego i Piotra Studzińskiego z 1969 roku. Bohaterowie materiału zaznaczają, że proklamowanie Republiki Pińczowskiej (Kazimiersko-Proszowickiej Rzeczpospolitej Partyzanckiej) było zbiorowym sukcesem Armii Krajowej, Armii Ludowej i Batalionów Chłopskich. Ciekawą próbę wypromowania akowsko-alowsko-bechowskiego "państewka" stanowi też szósty odcinek fabularyzowanego serialu dokumentalnego "Rozkaz sumienia" (TVP 2013). Epizod zatytułowany "Wyspa wolności" uwypukla analogię między losami Republiki Pińczowskiej (Kazimiersko-Proszowickiej Rzeczpospolitej Partyzanckiej) a losami Powstania Warszawskiego. W 2004 roku, czyli w 60. rocznicę świętokrzyskiego zrywu, otwarto Izbę Pamięci Republiki Pińczowskiej. Mieści się ona w Ośrodku Dziedzictwa Kulturowego i Tradycji Rolnej Ponidzia w Chrobrzu.

[3] Oto słowa, które wypowiedział historyk Marcin Sołtysiak w filmie dokumentalnym "Ośka" (cykl "Z archiwum IPN", TVP 2009): "Franciszek Kamiński, komendant główny Batalionów Chłopskich, wydaje polecenie utworzenia nowej organizacji, która miała pokazać, że ludowcy mają siłę zbrojną i mogą skutecznie działać. (...) W ten ruch konspiracyjny włącza się także Jan Sońta 'Ośka', który - będąc w Warszawie wysokim oficerem w Komendzie Głównej - ma olbrzymie możliwości. Jedną z pierwszych akcji, w którą zaangażował się Jan Sońta i jego ludzie w ramach Oddziałów Specjalnych Batalionów Chłopskich funkcjonujących po wojnie, był atak, rozbicie kasy Stołecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego w Warszawie. W dniu 7 maja 1945 roku pięciu żołnierzy BCh, służących wówczas w Komendzie Głównej Milicji Obywatelskiej, podjeżdża samochodem pod budynek, gmach, gdzie mieściła się kasa. Trzech z nich - kapitan Edward Ciesielski 'Kula', Henryk Jakubczyk i porucznik Jan Rogoziński 'Ostry' - wysiadają, wchodzą do budynku, skąd zabierają ponad milion złotych. Pieniądze te poprzez łączniczki przekazują Tadeuszowi Szelągowi 'Łedzie', który przekazuje je dalej na cele organizacyjne". Biorąc pod uwagę fakt, że Jan Sońta "Ośka" partycypował w tak poważnych operacjach, można powiedzieć, iż sam był Żołnierzem Wyklętym. Fascynujące jest to, że potrafił pogodzić tę rolę z rolą człowieka władzy (a nawet więcej niż człowieka władzy: funkcjonariusza aparatu przemocy). To trochę tak, jak z osławionym "kotem Schrodingera", który może być martwy i żywy w tym samym czasie. Czyżbyśmy znaleźli kolejny dowód na istnienie zjawiska superpozycji?

[4] Druga fala zainteresowania Janem Piwnikiem "Ponurym" i możliwościami jego upamiętnienia miała miejsce w latach 80. XX wieku. W 1984 roku postawiono żołnierzowi pomnik w Wąchocku, maleńkim miasteczku (wówczas wsi) położonym 6 kilometrów na północny zachód od Starachowic. Posąg przedstawiający słynnego cichociemnego znajduje się w centrum miasta. Przejeżdżając przez Wąchock, po prostu nie można go nie zauważyć. "Ponury" został pochowany w białoruskiej wiosce Wawiórka, jednak w roku 1987 jego szczątki sprowadzono do Polski, a następnie pochowano z honorami w klasztorze cystersów w Wąchocku. Uroczystości pogrzebowe, które trwały trzy dni, odbyły się w 1988 roku. Nie da się ukryć, że była to jedna z największych manifestacji patriotycznych w historii powiatu starachowickiego/iłżeckiego. Zainteresowanym polecam film dokumentalny "Major Ponury (Jan Piwnik) - Ostatnia droga komendanta - Wąchock 1988" (YouTube, STARforever37). Inny wartościowy materiał, z którym wypada się zapoznać: "IPN TV pogrzeb Jana Piwnika ps. Ponury" (YouTube, IPNtvPL). W samych Starachowicach również pamięta się o Armii Krajowej, i to od dziesięcioleci. Weźmy na przykład tablicę pamiątkową, którą odsłonięto w 1976 roku w kruchcie kościoła Świętej Trójcy. Jej treść brzmi podniośle: "ŚP TYM, KTÓRZY W POTRZEBIE POSZLI W ŚWIĘTY BÓJ I ODDALI ŻYCIE ZA WIARĘ I OJCZYZNĘ, POLEGŁYM W WALKACH Z OKUPANTEM HITLEROWSKIM NA ZIEMI KIELECKIEJ ŻOŁNIERZOM: z Oddziału Wydzielonego 'Hubala', ze Zgrupowań AK 'Ponurego' i 'Nurta', z Oddziału AK 'Szarego' i 'Potoka', z ochrony radiostacji AK insp. 'Jacka', z Oddziału AK 'Jędrusie', z Oddziału AK 'Barabasza', z Oddziału BCh 'Ośki', z Oddziałów 'GL' i 'AL' zamordowanym w Starachowicach. Synom ziemi kieleckiej, którym nie danym było do niej wrócić, poległym w drugiej wojnie światowej na wszystkich frontach świata. Zamordowanym w więzieniach oraz obozach koncentracyjnych. TOWARZYSZE BRONI I SPOŁECZEŃSTWO STARACHOWIC 1976 R" (źródło: publikacja "Tablice pamiątkowe" dostępna na stronie internetowej UM Starachowice). W 1983 roku zawieszono na ścianie kościoła Wszystkich Świętych tablicę upamiętniającą poległych partyzantów Antoniego Hedy "Szarego". Najstarszą tablicą "akowską" jest ta, która przypomina o zamachu na gestapowca Erika Schutza, jaki przeprowadzili żołnierze podobwodu "Wola" Armii Krajowej (wydarzenie z 1944 roku). Została ona przytwierdzona do ściany jednego z budynków przy ulicy Rynek. Kiedy się tam pojawiła? 27 stycznia 1957 roku, czyli trzy miesiące po odwilży październikowej. Sam napis jest przyzwoity, jednak wygrawerowany Orzeł Biały powinien wreszcie odzyskać koronę. [Wiadomość z ostatniej chwili! 18 czerwca 2016 roku odsłonięto w Starachowicach ławeczkę Zdzisława Rachtana "Halnego", sławnego podkomendnego Jana Piwnika "Ponurego". To właśnie "Halny" przyczynił się do budowy kapliczki na Wykusie i pomnika "Ponurego" w Wąchocku. Odpowiadał też za sprowadzenie zwłok Piwnika do Ojczyzny. Autorem rzeźby Rachtana jest Karol Badyna, profesor Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie. Więcej na ten temat przeczytacie w newsach: "Piękna ławeczka Halnego stanęła w Starachowicach" (Kazimierz Cuch, elektroniczna edycja kieleckiego "Echa Dnia") i "W Starachowicach upamiętnią Zdzisława Rachtana 'Halnego'" (portal Onet.pl)]

[5] O nieznanych, pozytywnych aspektach działalności Mieczysława Moczara "Mietka" (Mykoły Demki, Mikołaja Diomki) pisałam w artykule "Zastać Polskę ludową, a zostawić narodową". Poruszałam tę tematykę również w tekstach "Nie mów fałszywego świadectwa przeciw Narodowi Polskiemu!" i "Stanisław Skalski. Lotnik, bohater, nacjonalista". Upieram się przy stanowisku, że dla Polski byłoby lepiej, gdyby następcą Władysława Gomułki został właśnie Moczar, a nie kosmopolita Edward Gierek. Pod rządami "Mietka" rozwijałby się w Polsce nacjonalizm, antysyjonizm, antybanderyzm, antygermanizm, militaryzm i ruch przeciwko polonofobii. Możliwe byłyby także pierwsze próby upamiętnienia bohaterów NSZ (gwoli jasności: Mieczysław Moczar utrzymywał, że niektórzy eneszetowcy kolaborowali z Niemcami, ale pozostali byli OK i dlatego należy im się szacunek. Nie słyszałam, żeby jakikolwiek inny komunista wysuwał podobne postulaty. Zdaje się, że "Mietek" był pierwszy i ostatni). Pozwolę sobie przytoczyć intrygujące słowa prof. Pawła Wieczorkiewicza: "Człowiek, który strzelał się z żołnierzami Narodowych Sił Zbrojnych i występował, co się nie udało tym razem, za uznaniem eneszetowców za kombatantów" (wypowiedź z 15 stycznia 2007 roku. Link do podcastu znajduje się w artykule "Dlaczego kat AK nie został I sekretarzem?" zamieszczonym w serwisie PolskieRadio.pl). Dorzucę jeszcze zdanie z pewnej publikacji dziennikarskiej: "Gdy kilka lat później zasiadł na fotelu ministra spraw wewnętrznych, walczył o uznanie bojowników AK i NSZ za kombatantów" (Rafał Natorski, "Odpowiadał za torturowanie i mordowanie żołnierzy podziemia", Facet.wp.pl). To tyle o Moczarze. Teraz trochę o jego rywalu. Otóż Gierek był prototypem Tuska. Miłośnikiem cudzoziemszczyzny, postępackim jewropejczykiem, osobnikiem lekkomyślnym i krótkowzrocznym. Nie miał w sobie nic z narodowca. Poza tym, zrujnował polską gospodarkę, a jego długi trzeba było spłacać do roku 2012.

[6] Iwańczyk to kolejne zbowidowsko-moczarowskie dziwadło rzucające wyzwanie logice klasycznej. Człowiek ten (urodzony i zmarły w Jasieńcu Iłżeckim Górnym) rozpoczął działalność konspiracyjną w ZWZ-AK, ale potem zorganizował lewicową bojówkę "Świt", która następnie przyrzekła wierność GL/AL. Wyraźnie rozczarował się Armią Krajową, lecz zachował do niej pewien sentyment, co widać w książce "Echa puszczy jodłowej". Do tego kociołka dosypywał jeszcze trwałe, szczere, nieskrywane uznanie dla Batalionów Chłopskich. Był skomplikowaną, dwuznaczną postacią. Przypominał Mieczysława Moczara, który - jakkolwiek szokująco to zabrzmi - w czasie wojny miał pewne związki z AK i BCh. Bo Moczar, moi drodzy Czytelnicy, dowodził kiedyś koalicją AL-AK-BCh-Sowieci, która starła się z Niemcami pod Rąblowem (Lubelszczyzna, okolice Puław, 14 maja 1944 roku). Bitwa oficjalnie uchodzi za nierozstrzygniętą, jednak historycy potwierdzają, że żołnierze Armii Ludowej, Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich i ZSRR zadali wówczas Niemcom ogromne straty. Później, jak wiemy, "Mietek" stał się prześladowcą akowców. Jako szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi splamił swoje ręce krwią wielu patriotów (o tych mrocznych, ubeckich czasach opowiada audycja RWE i drugoobiegowa książka "Byłem więźniem Moczara"). Po roku 1956 Mieczysław Moczar z powrotem został przyjacielem Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich. Niestrudzenie promował te organizacje w życiu publicznym. Wiadomo, że szukał sobie poparcia, bo chciał zostać I sekretarzem KC PZPR, ale dzięki swoim staraniom popchnął peerelowską politykę historyczną na właściwe tory. Życiorysy takich osób, jak Mieczysław Moczar czy Eugeniusz Wiślicz-Iwańczyk (Eugeniusz Iwańczyk "Wiślicz") są niesłychanie trudne do ocenienia. Trzeba je rozbijać na drobne kawałeczki i dokładnie wskazywać, co jest chwalebne, a co karygodne. Ilekroć o tym myślę, przypomina mi się piosenka "Karma Chameleon" brytyjskiego zespołu Culture Club: "Kameleon karmy. Przychodzisz i odchodzisz. Przychodzisz i odchodzisz. Miłość byłaby łatwa, gdyby Twoje kolory były jak w moich snach. Czerwony, złoty i zielony. Czerwony, złoty i zielony" (czerwony - AL, złoty - AK, zielony - BCh). Skoncentrujmy się jednak na Iwańczyku. Niestety, lewicowy partyzant z Jasieńca Iłżeckiego Górnego również był "kameleonem karmy". On też potrafił być podły wobec akowców. Zdarzało się, że nie oszczędzał nawet zmarłych, którzy nie mogą się już bronić*.

* Aby się o tym przekonać, należy zajrzeć do artykułu "Czterdziesty pierwszy męczennik" (autor: Grzegorz Sado. Tekst ukazał się pierwotnie w "Naszym Dzienniku" z 28 listopada 2009 roku. Kopię materiału zamieszczono w prawicowym serwisie IAP - Interaktywna Polska). Publikacja traktuje o losach księdza Stanisława Domańskiego "Cezarego", wikariusza kościoła Świętego Zygmunta w Siennie (powiat iłżecki). Przed wojną Domański, świeżo wyświęcony duchowny, był lokalnym społecznikiem, przyjacielem młodzieży, autorytetem miejscowej ludności. Podczas okupacji niemieckiej służył jako kapelan ZWZ-AK, współpracował z oddziałem Antoniego Hedy "Szarego". W roku 1945 kapłan zdecydował się kontynuować działalność konspiracyjną, tym razem wymierzoną w reżim stalinowski. Założył antykomunistyczną organizację podziemną, która dzisiaj uchodzi za jedno z wcieleń ROAK - Ruchu Oporu Armii Krajowej. Pod tym pojęciem rozumie się lokalne ugrupowania poakowskie, które "nie miały (...) scentralizowanego kierownictwa politycznego i organizacyjnego". Oddział "Cezarego" był fenomenem w skali Kraju. Sam dowódca, jako ksiądz, nigdy nie uczestniczył w akcjach zbrojnych, ograniczając się wyłącznie do walki propagandowej. Natomiast jego podwładni, świeccy żołnierze, prowadzili coś w rodzaju "dorywczej" działalności partyzanckiej. Nie mieszkali w lasach, tylko w normalnych domach, zupełnie jak cywilni konspiratorzy. Wszystko wskazuje na to, że byli także najbardziej pacyfistyczną grupą Żołnierzy Wyklętych w Polsce Ludowej. Grzegorz Sado pisze wprost: "Ksiądz Stanisław Domański akceptował działalność o charakterze samoobrony, a nigdy nie dopuszczał do bezsensownego rozlewu krwi. W wyniku działalności jego organizacji po stronie sił represji nie zginął ani jeden człowiek". Partyzanci "Cezarego" dokonywali ataków na posterunki milicji, obezwładniali wrogów, wykradali im broń, czasem nawet strzelali w nogi, ale zawsze postępowali w taki sposób, żeby nikogo nie zabić. Śmiertelnie poważnie traktowali etykę chrześcijańską i zalecenia samego Domańskiego (proszę o wybaczenie, ale ich styl przywodzi mi na myśl dramat sensacyjny "Rambo: Pierwsza Krew" Teda Kotcheffa. Zauważmy, że w całym filmie - pełnym wybuchów, strzelanin i pościgów - nie dochodzi do żadnego zabójstwa. Jedyny zgon, jaki widzimy na ekranie, to nieszczęśliwy wypadek z udziałem policjanta, który po prostu wypada z helikoptera). Historia dzielnego duchownego kończy się w roku 1946. Właśnie wtedy ksiądz Domański został postrzelony, a następnie dotkliwie pobity przez starachowickich ubeków. Czy bezpieka chciała go zgładzić? Nie wiadomo. Pewne jest tylko to, że po skończonej "robocie" funkcjonariusze UB przetransportowali kapłana z Sienna do Starachowic. Zawieźli go do szpitala miejskiego. Niby próbowali pomóc rannemu, ale niezbyt gorliwie, gdyż brutalnie ciągnęli go za nogi po ziemi. "Cezary" zmarł w starachowickim szpitalu, dokładnie w święto Czterdziestu Męczenników. Kilka tygodni po jego śmierci przybył do Sienna wojewoda kielecki. Podczas przemówienia w remizie strażackiej "wyciągnął pistolet, pokazał go zebranym i oświadczył, że broń ta należała do ks. Domańskiego, który przy jej pomocy dokonywał napadów oraz mordował funkcjonariuszy UB i MO". Było to rażące oszczerstwo, i to wyjątkowo krzywdzące, gdyż dzielny duchowny nigdy nikogo nie drasnął. Zgadnijcie jednak, kim był ów wojewoda kielecki. Tak, macie rację. Był to Eugeniusz Wiślicz-Iwańczyk (Eugeniusz Iwańczyk "Wiślicz"). Człowiek, który sam miał za sobą akowską przeszłość. Tym, którzy pragną dokładniej poznać dzieje "Cezarego", polecam film dokumentalny "Ksiądz Stanisław Domański". Produkcja wchodzi w skład cyklu "Z archiwum IPN" (TVP 2008).

[7] Dziś już wiadomo, jaki los spotkał po wojnie przynajmniej jednego z tych cudzoziemców. Przypadek został opisany w pracy naukowej "Utracone dzieciństwo w świetle wspomnień i dokumentów świadków historii z czasów II wojny światowej" Katarzyny Dąbrowskiej, Martyny Kieruzel i Krystyny Pęksyk (Radom 2011. Publikacja, przygotowana pod kierunkiem dr Elżbiety Orzechowskiej, wzięła udział w XV edycji konkursu "Historia Bliska" 2010/2011). Otóż Szaława Gogiebaszwili "Polityk" powrócił do ZSRR. W ojczyźnie doświadczył bolesnej niesprawiedliwości: został uznany za zdrajcę narodu i zesłany do obozu pracy. Gdy wyszedł z łagru, postanowił odnaleźć swoich polskich kolegów, dawno niewidzianych partyzantów Batalionów Chłopskich. W październiku 1963 roku wysłał do Polski list adresowany do Tadeusza Wojtyniaka "Bacy". Nie zdawał sobie sprawy z faktu, że "Baca" zginął prawie 20 lat wcześniej. Usłyszał o tym dopiero w roku 1965, kiedy przyjechał do PRL i spotkał się ze starymi znajomymi w redakcji radomskiego "Słowa Ludu". Gogiebaszwili wykorzystał swój pobyt w Polsce najpełniej, jak potrafił. Odwiedził miejsca polskiej martyrologii oraz gospodarstwa Wojtyniaków i Gołąbków. Nie zabrakło go również na wieczornym ognisku, podczas którego były śpiewane partyzanckie pieśni i omawiane wydarzenia z czasów okupacji hitlerowskiej. W wielkim spotkaniu z "Politykiem" uczestniczyła m.in. Bogusława Wojczakowska. To właśnie ta kombatantka, była działaczka LZK (Ludowych Zespołów Kobiecych, Ludowego Związku Kobiet) opowiedziała całą historię autorkom opracowania "Utracone dzieciństwo...". Nie zaszkodzi wspomnieć, że ojciec Wojczakowskiej był jednym z najbliższych współpracowników "Bacy". Rodzina Bogusławy często udzielała gościny żołnierzom "Ośki". Niejednokrotnie dawała także schronienie Żydom ukrywającym się przed nazistami.

[8] Chociaż Brygada Świętokrzyska NSZ popełniła inny błąd. Chłopcy, którzy przez tyle lat dzielnie walczyli z Niemcami, ostatecznie wyszli z Polski wraz z wycofującą się armią niemiecką (potwierdza to nawet oficjalna witryna internetowa Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. Gdzie? W notce reklamującej album "Brygada Świętokrzyska NSZ w fotografiach i dokumentach" Leszka Żebrowskiego. Wersję tę podtrzymuje również Elżbieta Cherezińska, autorka powieści "Legion", w rozmowie z Tadeuszem M. Płużańskim. Wywiad opublikowano w wirtualnym wydaniu "Super Expressu"). To było bardzo nieromantyczne. Ja na ich miejscu pozostałabym w Polsce, kontynuowałabym antystalinowskie zmagania. Gdybym doszła do wniosku, że nie mam żadnych szans w konfrontacji z NKWD-UB, popełniłabym honorowe samobójstwo. Owszem, poniosłabym klęskę. Ale umarłabym przekonana, że "zachowałam się jak trzeba". W mojej hierarchii wartości Honor stoi wyżej niż Życie. Idealizm jest mi bliższy niż pragmatyzm (jestem taka nienowoczesna, niepraktyczna, nieeuropejska! Co gorsza, cenię Józefa Becka, wbrew modnym ostatnio tezom Piotra Zychowicza! I nie, nie potępiam wybuchu Powstania Warszawskiego! Oto ja, reinkarnacja Wandy, co nie chciała Niemca!). Wiem, że wielu akowców, obawiających się schwytania przez gestapo, nosiło przy sobie ampułkę z cyjankiem potasu. Józef Kuraś "Ogień" (Żołnierz Wyklęty, były bechowiec, kontrowersyjna postać) odebrał sobie życie, kiedy został otoczony przez UB i KBW. Emilia Malessa "Marcysia", wdowa po Janie Piwniku "Ponurym", popełniła samobójstwo, gdy uświadomiła sobie, że została oszukana przez Józefa Różańskiego (to było tak: naiwna Malessa, uwierzywszy w zapewnienia ubeka, "wsypała" członków I Komendy Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość". Antykomuniści zostali aresztowani, chociaż mieli uniknąć jakichkolwiek represji). Decyzja "Marcysi" przypominała - pod względem ideowym, symbolicznym - japońskie harakiri/seppuku. Chodziło w niej przecież o to, aby poświadczyć własną krwią, iż miało się czyste intencje. Wracając do Brygady Świętokrzyskiej: doceniam fakt, że eneszetowcy wyzwolili żeński obóz koncentracyjny w czeskim Holiszowie. Podobno uratowane kobiety "w dowód wdzięczności podarowały im serduszka uszyte z pasiaków" (Marta Brzezińska-Waleszczyk, "Pięć lektur na długi weekend", portal Fronda.pl). To akurat było romantyczne. Oby więcej takich happy endów!


ZASKAKUJĄCA CIEKAWOSTKA

Na Kielecczyźnie był możliwy układ AK-AL-BCh, ale bez udziału NSZ. Tymczasem na Porytowym Wzgórzu, gdzieś na Równinie Biłgorajskiej, walczyły pod jednym sztandarem: AK, AL, BCh, NOW-AK i partyzantka radziecka. NOW (Narodowa Organizacja Wojskowa) to prekursorka NSZ. W 1974 roku stanął na Porytowym Wzgórzu okazały pomnik autorstwa Bronisława Chromego. Przedstawia on m.in. pięciu żołnierzy wyglądających jak superbohaterowie. Cała ta historia jest tak osobliwa, że można ją uznać za błąd w Matriksie. Przywodzi mi ona na myśl pewną powtarzalną sekwencję z dziecięco-młodzieżowego serialu "Mighty Morphin Power Rangers". Sekwencję, w której pięć potężnych robotów bojowych (Mastodont, Pterodaktyl, Triceratops, Tygrys Szablozębny i Tyranozaur) łączy się w superpotężnego Megazorda, żeby zadać wrogowi ostateczny cios. Każda z tych maszyn ma inny kształt i kolor. Razem są jednak niepokonane. [Fotografia pomnika wzniesionego na Porytowym Wzgórzu: Garnek.pl/olalli/14523383/porytowe-wzgorze-lasy-janowskie]

Komentarze (0)
Bohaterka na miarę Pileckiego i Moczarskiego

Muzyczne motto

"A jeśli oni zechcą czegoś spróbować,
my będziemy próbować mocniej.
A jeśli oni zechcą pokonać dystans,
my zajdziemy dalej.
A jeśli oni zechcą
trzymać się tego do końca czasu,
wówczas my będziemy walczyć dłużej.
Bo co nas nie zabije, to nas wzmocni.

Tchórze zawsze chcą rządzić resztą,
uciskając nas swoimi poglądami
i mówiąc, że wiedzą lepiej.
Oni się nas boją,
bo wiedzą, że jesteśmy niezależni
i nie troszczymy się o ich zasady,
nie troszczymy się o to, co myślą"


Jenny Woo - "Stronger",
tłum. Natalia J. Nowak




Patriotka godna pomnika

Stanisława Rachwał (Stanisława Rachwałowa z domu Surówka) to postać łącząca w sobie najlepsze cechy Witolda Pileckiego i Kazimierza Moczarskiego. Bez wątpienia jest jedną z najdzielniejszych Polek wszech czasów. Jednostką, która nie tylko dorównuje wielu popularniejszym od siebie Bohaterkom, ale wręcz przewyższa je niezłomnością i skutecznością. Niestety, dotychczas nie została nawet w połowie doceniona tak, jak na to zasługuje. Wciąż pozostaje postacią mało znaną: niedostrzeżoną, zapomnianą, ukrytą w cieniu mniej zasłużonych konspiratorek lat 1939-1956. Taki stan rzeczy to wielka niesprawiedliwość. Lecz czy na pewno wyrok? Możemy przecież wziąć sprawy w swoje ręce. Możemy sami powalczyć o godne upamiętnienie Rachwałowej. Jeśli my tego nie zrobimy, to kto? Nic samo się nie zdziała: nie zbierzemy plonów, dopóki nie uświadomimy sobie, że wcześniej trzeba zasiać ziarno. A nasza Bohaterka to postać fenomenalna. Dwukrotnie zatrzymana i katowana przez gestapo. Więziona w trzech obozach koncentracyjnych (Auschwitz-Birkenau, Ravensbruck i Neustadt-Glewe). Po wojnie aresztowana przez UB, poddawana torturom i skazana na karę śmierci. Zdolna, wpływowa i ceniona działaczka Polskiego Państwa Podziemnego. Uczestniczka ruchu oporu w Generalnym Gubernatorstwie, Oświęcimiu-Brzezince i Polsce Ludowej. Członkini ZWZ-AK i WiN. Patriotka godna pomnika. Wzór do naśladowania dla kobiet i mężczyzn.


Z okolic Lwowa

Według różnych źródeł, Stanisława Surówka, czyli późniejsza Rachwałowa, przyszła na świat w roku 1903 lub 1906[1]. Dużo informacji na jej temat zgromadził IPN-owski historyk Filip Musiał, który poświęcił naszej Bohaterce co najmniej dwa popularnonaukowe artykuły: "Stanisława Rachwałowa: Bohaterka podziemia - prześladowana przez Niemców i komunistów" (opublikowany w "Dzienniku Polskim" i w serwisie Nowa Historia należącym do Grupy Interia) oraz "Pilecki w spódnicy" (zamieszczony w broszurze "Żołnierze Wyklęci", dodatku specjalnym do "Gazety Polskiej" z 3 marca 2010 roku). Musiał podaje, że Stanisława Rachwał pochodziła z Kresów Wschodnich, a dokładniej z miejscowości Rudki niedaleko Lwowa. Wychowała się w patriotycznej rodzinie, ukończyła lwowskie Gimnazjum Sióstr Urszulanek. Miłością jej życia okazał się Zygmunt, oficer Wojska Polskiego i Policji Państwowej, z którym wzięła ślub i któremu urodziła dwie córki: Krystynę i Annę (różnica wieku między dziewczętami wynosiła trzy lata). Gdy wybuchła wojna, Zygmunt Rachwał został pojmany przez sowieckich agresorów. Na wiele lat słuch po nim zaginął. O tym, co się stało z mężem, Stanisława dowiedziała się długo po zakończeniu konfliktu zbrojnego. Otóż Zygmunt nie tylko przeżył okres uwięzienia, ale również zdołał wstąpić do armii generała Andersa. Niestety, ciężka choroba uniemożliwiła mu powrót do domu. Żołnierz zmarł na gruźlicę w 1943 roku. Miało to miejsce na terenie Palestyny.


Krakowska twardzielka

Zimą 1939 roku Stanisława Rachwałowa, teraz już mieszkająca w Mieście Królów Polskich, rozpoczęła antyniemiecką działalność konspiracyjną w Związku Walki Zbrojnej, późniejszej Armii Krajowej. Wstąpiła w szeregi kontrwywiadu Okręgu Kraków ZWZ, a jej bezpośrednim przełożonym został Jan Hartwig "Cyprian". W tamtym okresie Rachwał posługiwała się pseudonimami "Herbert" (lub "Herburt"), "Herburta", "Rysiek" i "Ryś". Była bardzo skuteczną konspiratorką, o czym świadczy fakt, że szczegóły jej działalności wciąż pozostają dla historyków tajemnicą. W kwietniu 1941 roku Stanisława została po raz pierwszy aresztowana przez gestapo. Jej zatrzymanie miało związek ze sprawą Aleksandra Bugajskiego "Halnego", przywódcy krakowskiego oddziału Związku Odwetu ZWZ. Niemieccy śledczy bynajmniej nie patyczkowali się ze swoją aresztantką. Jak wynika z relacji Rachwałowej, cytowanej przez Filipa Musiała, hitlerowscy oprawcy sięgali po niedozwolone metody interrogacji: bicie, kopanie, rozbieranie do naga. W wyniku tortur kobieta straciła dziewięć zębów. Mimo udręki, nie wyjawiła gestapowcom żadnych istotnych informacji. Zdołała ich nawet przekonać, że nigdy nie należała do ruchu oporu. Pod koniec maja Związek Walki Zbrojnej wykupił naszą Bohaterkę z więzienia. Nieustraszona Rachwał powróciła do działalności podziemnej, co przypłaciła kolejnym aresztowaniem w październiku 1942 roku. Naziści pastwili się nad nią aż do grudnia.


W Oświęcimiu-Brzezince

Filip Musiał pisze, że Niemcy nie dali się oszukać po raz drugi. Pewni, że schwytali prawdziwą konspiratorkę, wysłali ją do obozu koncentracyjnego Auschwitz, a ściślej do obozu kobiecego funkcjonującego w ramach Auschwitz II - Birkenau. Było to miejsce zarządzane przez bezwzględną Marię Mandel (Marię Mandl)[2]. Stanisława otrzymała status więźniarki politycznej, kazano jej nosić znaczek przedstawiający literę "P" w czerwonym trójkącie. Na jej przedramieniu wytatuowano numer obozowy 26281. Rachwałowa przeżyła w Oświęcimiu-Brzezince bardzo dużo. Przeszła tyfus plamisty, przepracowała trochę czasu w rozmaitych komandach. Trudne warunki i bolesne doświadczenia nie zniechęciły jej jednak do działalności konspiracyjnej. Nasza Bohaterka bez wahania dołączyła do obozowego podziemia. Od kwietnia 1943 roku miała szerokie pole do działania, gdyż zaangażowano ją do sporządzania kartotek rzeczy odebranych więźniom. Rachwał potajemnie pisała wówczas raporty, które dotyczyły poszczególnych transportów przybywających do lagru. Utrzymywała kontakt z konspiratorami w obozie męskim, przekazywała im podsłuchane lub wyczytane w gazetach informacje o charakterze politycznym i wojskowym. W styczniu 1945 roku Stanisława znalazła się wśród więźniarek ewakuowanych do KL Ravensbruck. Później była przetrzymywana w KL Neustadt-Glewe, skąd ostatecznie wyswobodzili ją alianci. Odzyskawszy wolność, przez trzy tygodnie leczyła się w angielskim szpitalu.


Genialna wywiadowczyni

Wiosna 1945 roku to początek nowej okupacji. Sowieci, którzy rzekomo wyzwolili naszą Ojczyznę, wcale nie zamierzali jej opuścić. Przeciwnicy nowego porządku, a także ludzie niewygodni dla władzy komunistycznej, stawali się ofiarami brutalnych prześladowań. Wielu Polaków dostrzegało konieczność kontynuacji działalności konspiracyjnej. Do takich osób należała Stanisława Rachwałowa. Według Filipa Musiała, nasza Bohaterka przybyła do Ojczyzny pod koniec maja, a pod koniec czerwca była już zaangażowana w prace podziemia antykomunistycznego. Najpierw związała się z Delegaturą Sił Zbrojnych na Kraj. Potem wstąpiła do powstałego na bazie DSZ Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość". Rachwał przyjęła pseudonim "Zygmunt" i zajęła się gromadzeniem wszelkich informacji o nowym reżimie. Interesowały ją sprawy polityczne, gospodarcze i wojskowe, działalność bezpieki, milicji i urzędów, postępowanie konkretnych funkcjonariuszy, planowane akcje przeciwko dysydentom, nastroje panujące wśród samych aparatczyków. Zdobytą wiedzę przekazywała swoim przełożonym z Brygad Wywiadowczych WiN. Nasza Bohaterka stała na czele siatki liczącej co najmniej dwanaście osób. Pracowali dla niej ludzie zatrudnieni m.in. w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, Cenzurze Wojskowej, Sądzie Grodzkim i Urzędzie Wojewódzkim. Stanisława wiedziała, co się dzieje w Krakowie, w Warszawie, na Podhalu i na Śląsku. Budowała też sieć wywiadowczą na Pomorzu i w Polsce centralnej.


Między życiem a śmiercią

Jak podaje Musiał, w drugiej połowie 1946 roku funkcjonariusze UB założyli w mieszkaniu naszej Bohaterki "kocioł" (rodzaj zasadzki). Rachwałowa, powiadomiona o czekającej na nią pułapce, schroniła się w tajnym lokalu podziemia, a później wyjechała do Warszawy. Czy wiedziała, że Krystyna Żywulska, koleżanka z Auschwitz-Birkenau, u której zdecydowała się zamieszkać, jest żoną prominentnego ubeka Leona Andrzejewskiego? Trudno powiedzieć. W każdym razie, Stanisława przed uwięzieniem zdążyła jeszcze zrobić jedną rzecz: udać się na Pomorze w celu udzielenia instrukcji członkom nowo utworzonej przez siebie siatki wywiadowczej. Sama chciała uciec na Zachód, miała już nawet przygotowaną drogę przerzutową. Gdy wróciła do Warszawy, zrządzeniem losu spotkała na ulicy Andrzejewskiego, który ją rozpoznał i postanowił aresztować. Kobieta została zatrzymana na dzień przed planowaną emigracją. Potem było więzienie, jedenastomiesięczne tortury i sfingowany proces. Początkowo skazano ją na dożywocie, ale wyrok ten nie spodobał się warszawskim elitom, toteż zamieniono go na karę śmierci. Bolesław Bierut podjął jednak decyzję o przywróceniu poprzedniego wyroku. Rachwał spędziła w stalinowskich kazamatach dziesięć lat. "Zaliczyła" Warszawę, Kraków, Fordon, Inowrocław i szpital więzienny w Grudziądzu. Odzyskała wolność na fali odwilży gomułkowskiej. Po roku 1956 nie prowadziła żadnej działalności politycznej. Ani oficjalnej, ani opozycyjnej.


Pilecki i Moczarski

Dzieje Stanisławy Rachwał są łudząco podobne do dziejów Witolda Pileckiego. Bohaterska postawa podczas drugiej wojny światowej, udział w lagrowym ruchu oporu, tworzenie raportów, aktywność wywiadowcza w Polsce Ludowej, ubeckie tortury, niezasłużony wyrok śmierci... Wszystko się zgadza. Rachwałowa i Pilecki pochodzili z patriotycznych rodzin, żyli na Kresach Wschodnich, mieli po dwoje dzieci. Witold był przez pewien czas żołnierzem generała Andersa, zupełnie jak mąż Stanisławy. Ale losy Rachwałowej wykazują również duże podobieństwo do losów Kazimierza Moczarskiego. Mężczyzna ten był oficerem Armii Krajowej zajmującym się głównie informacją i propagandą. Po wojnie został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa, obciążony fałszywymi zarzutami, poddany okrutnym praktykom i skazany na karę śmierci, którą później zamieniono na dożywocie. Moczarski spędził ponad dziesięć lat w komunistycznym więzieniu, wyszedł na wolność w wyniku odwilży październikowej. To właśnie on jest autorem słynnej listy "49 rodzajów tortur stosowanych przez UB". Warto wiedzieć, że Moczarski był męczony nie tylko fizycznie, ale także psychicznie. Przykładowo, osadzono go w jednej celi z esesmanem Jurgenem Stroopem, niemieckim zbrodniarzem wojennym odpowiedzialnym za likwidację getta warszawskiego. Kazimierz opisał potem to doświadczenie w swojej książce "Rozmowy z katem". No dobrze, ale cóż to ma wspólnego z historią Rachwałowej?


Krwawa Mary

Aby znaleźć odpowiedź na postawione wyżej pytanie, trzeba zerknąć kilka akapitów wstecz i zatrzymać się przy nazwisku Marii Mandel (Marii Mandl). Co wiadomo o tej osobie? Zajrzyjmy choćby do artykułu "W obozie nazywali ją 'bestią'. Po wojnie trafiła do tego samego więzienia, co jej ofiary" zamieszczonego w serwisie Wirtualna Polska. Autor tekstu pisze, że Maria Mandel przyszła na świat 10 stycznia 1912 roku w austriackiej miejscowości Munzkirchen. Gdy jej kraj został wcielony do Trzeciej Rzeszy, wyjechała w głąb państwa zaborczego, do niemieckiego Monachium. Jako zwolenniczka nazizmu, wstąpiła do załogi SS i podjęła pracę w obozach koncentracyjnych. Najpierw służyła w Lichtenburgu, później w Ravensbruck, aż w końcu w Auschwitz-Birkenau, do którego przybyła jesienią 1942 roku. Mandel już w Ravensbruck dała się poznać jako wyjątkowa sadystka, uwielbiająca zadawać bliźnim ból. Często biła więźniarki: do krwi, do utraty przytomności. Według jednego ze świadków, najchętniej celowała w "dolną część brzucha". Na domiar złego, kazała osadzonym chodzić boso po żwirze. W Auschwitz-Birkenau zachowywała się równie okrutnie. Uczestniczyła także w selekcjonowaniu ludzi do komór gazowych. Miała romans z inną nadzorczynią, Irmą Grese, która nosiła przy sobie "wysadzany perłami pejcz". Po wojnie Mandel wylądowała w krakowskim więzieniu przy ulicy Montelupich. Tam spotkała i rozpoznała swoją dawną ofiarę, Stanisławę Rachwał. Ona też ją zidentyfikowała.


Pod jednym dachem

Rachwałowa, niegdysiejsza więźniarka Oświęcimia-Brzezinki, została zmuszona do zamieszkania pod jednym dachem ze swoją byłą oprawczynią. A właściwie oprawczyniami, bo oprócz Marii Mandel przebywały tam również inne niemieckie zbrodniarki, np. Therese Brandl. Po latach, już na wolności, nasza Bohaterka uwieczniła swoje przeżycia w utworze wspomnieniowym "Spotkanie z Marią Mandel". Praca powstała w roku 1965, a dwadzieścia pięć lat później doczekała się druku na łamach periodyku "Przegląd Lekarski - Oświęcim"[3]. Zweryfikowane i skomentowane fragmenty tekstu można znaleźć w artykule "Proces załogi KL Auschwitz-Birkenau cz. 6. Życie w więzieniu" Stanisława Kobieli. Autor zamieścił go na swojej stronie internetowej TajemniceHistorii.pl. Ze wspomnień Rachwałowej, cytowanych i omawianych przez Kobielę, dowiadujemy się, jak wyglądało więzienne życie skazanych nazistek i ich relacje z polskimi osadzonymi. Czy sytuacja, w której kaci i ofiary zostają ze sobą zrównani, może być łatwa dla którejkolwiek ze stron? Czy wspólna walka o przetrwanie, a nieraz nawet zamiana ról między dominującymi a zdominowanymi, przekształca coś w ludzkiej świadomości? Publikacja "Proces załogi...", zawierająca fragmenty utworu Stanisławy, udziela nam arcyciekawych odpowiedzi na te pytania. W następnych akapitach postaram się krótko zreferować rzeczony tekst. Opowiedzieć, jak to było ze spotkaniem Rachwałowej z hitlerowskimi przestępczyniami wojennymi.


Potęga resentymentu

Gdy Stanisława zobaczyła w więzieniu Marię Mandel, ogarnęło ją uczucie mściwej satysfakcji. Był to widok, o którym w Auschwitz-Birkenau mogła tylko pomarzyć. Oto Maryśka: wtedy pani życia i śmierci, obecnie odizolowana od świata kajdaniara. Jeszcze kilka lat temu dręczyła niewinnych ludzi, a dziś musi szorować na kolanach "więzienne flizy". Obok niej haruje w pocie czoła Johanna Langefeld[4]. Rachwałowa bynajmniej nie zamierzała się litować nad swoimi germańskimi współwięźniarkami. Kiedy znalazła sposób na zaszkodzenie Mandel, bez wahania przystąpiła do akcji. To ona stała za przeniesieniem nazistki do gorszej celi (wcześniej MM siedziała w "wolnej celi roboczej"). Maria, niegdyś patrząca na Stanisławę z wyższością, teraz zaczęła się jej bać. Tym bardziej, że Rachwałowa, jako świadek hitlerowskiego ludobójstwa, mogła złożyć obciążające ją zeznania i wbić jej ostatni gwóźdź do trumny. Nie dało się ukryć, że skończyły się czasy, w których Mandel była górą, a Rachwał dołem. Sytuacja uległa odwróceniu. Jakże wielka i groźna jest potęga resentymentu! To właśnie resentyment zagrzmiał niczym grom, gdy nasza Bohaterka, poproszona przez oddziałową o wyjaśnienie czegoś Niemkom, weszła do ich celi i ryknęła: "Achtung!". Nazistki, słysząc ten wyraz, zerwały się na równe nogi. Stanęły na baczność i bez słowa słuchały, jak Stanisława obrzuca je nieprzystojnymi epitetami (po niemiecku). Myślały, że za chwilę Polka zacznie je bić. Lecz ona nie zniżyła się do ich poziomu.


Przebaczenie i pojednanie

Rachwałowa nawet w ubeckiej tiurmie potrafiła wyegzekwować swoje prawa. Przykładowo, dała strażniczkom do zrozumienia, że nie życzy sobie wspólnej kąpieli z nazistkami. Personel więzienny spełnił jej żądanie. Hitlerowskie bandytki, zwłaszcza Maria Mandel, przechodziły obok niej "pojedynczo, zmieszane i naprawdę przestraszone". Stanisława była w pełni świadoma swojej moralnej przewagi nad Niemkami. Przypuszczała wręcz, że gdyby zaatakowała je fizycznie, żadna z nich nie miałaby odwagi się bronić. Mandel i Rachwał, kobiety z dwóch różnych bajek, zostały skazane przez komunistyczny sąd na najwyższy wymiar kary. Obie wiedziały, że każdy dzień zbliża je do śmierci. I z każdym dniem stawały się coraz dojrzalsze. Stanisława obserwowała, jak Maria powoli zamienia się w jednostkę smutną, pokorną i zadumaną. Sama również zgubiła gdzieś dawną złość, nienawiść i żądzę zemsty. Więźniarki, osadzone w sąsiednich celach, wyraźnie słyszały się przez ścianę. Rachwałowa dała sobie wreszcie spokój ze swoimi łaziennymi wymaganiami. Któregoś wieczoru, podczas wspólnej kąpieli, Maria Mandel i Therese Brandl podeszły do naszej Bohaterki. Obie były nagie, mokre i zapłakane. Błagały o przebaczenie. Stanisława, mimo zaskoczenia, zdobyła się na ten krok, a one padły na kolana i zaczęły ją całować po rękach. Z trzech uczestniczek tej niezwykłej sceny tylko Rachwał doczekała się ułaskawienia. Nazistki zostały powieszone w styczniu 1948 roku. Polka zmarła zaś ponad trzydzieści lat później.


Świadek oskarżenia

Zgodnie z tym, co pisze Stanisław Kobiela, nasza Bohaterka już latem 1945 roku zaczęła się starać o ukaranie hitlerowskich przestępców wojennych. Chociaż była członkinią podziemia niepodległościowego, sprzeciwiającą się uzależnieniu Polski od ZSRR i zaniepokojoną totalitarnym charakterem bierutowskiego państwa, zdecydowała się wejść na drogę oficjalną. Złożyła zeznania przed Główną Komisją Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, a później przed Okręgową Komisją w Krakowie. Lokalny sędzia, który zajmował się jej sprawą, został wkrótce jej współpracownikiem w Zrzeszeniu "Wolność i Niezawisłość". Rachwałowa zeznawała przeciwko gestapowcom, którzy podczas drugiej wojny światowej terroryzowali ludność Miasta Królów Polskich. Sporządziła też dokładne charakterystyki pracowników KL Auschwitz-Birkenau[5]. Opisy nadzorców i nadzorczyń, przygotowane przez Stanisławę, okazały się przydatne podczas procesu Rudolfa Hoessa w 1947 roku (uwaga: nie należy mylić tego osobnika z Rudolfem Hessem zmarłym w roku 1987!). Co do samego Hoessa, nasza Bohaterka miała okazję spotkać go w krakowskim więzieniu przy ulicy Montelupich. Wspominała potem, że po aresztowaniu stał się zupełnie innym człowiekiem. Nie przypominał już dumnego, groźnego władcy obozu oświęcimskiego. Był blady i zrezygnowany, przeczuwał, że nie uniknie egzekucji. Podobna zmiana zaszła zresztą w Maximilianie Grabnerze. Zwierzchnik lagrowego gestapo trząsł się jak osika.


Fordon i Inowrocław

Stanisława, jako więźniarka polityczna, była również przetrzymywana w Fordonie i Inowrocławiu. Tam, w Polsce północnej, "wymiatała" tak samo jak w południowej. Widać to w odpowiedzi naczelnika Centralnego Więzienia w Fordonie na pismo Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie (1951). Wiadomość nosi tytuł "Opinia więźnia karnego Rachwał Stanisławy" i zawiera następujące stwierdzenia: "Była już trzykrotnie karana dyscyplinarnie, co świadczy, że nie zawsze przestrzega przepisów więziennych. Odnośnie swych przełożonych stara się ona być posłuszna i zdyscyplinowana, lecz stosunek ten jest tylko powierzchowny, gdyż zasadniczo jest ona ujemnie ustosunkowana do administracji więzienia, jak również jest wrogo ustosunkowana w stosunku do Państwa Ludowego, jej rządu. (...) Nie przejawia żadnego przełomu w swych wrogich poglądach politycznych"[6]. Myliłby się ten, kto by powiedział, że Rachwałowa, odzyskawszy wolność w 1956 roku, bez problemu przebaczyła swoim "czerwonym" ciemiężycielom. Autor publikacji "Więzienie dla kobiet o zaostrzonym reżimie. Sierpień 1952 - marzec 1955" (InowroclawFakty.pl) podaje, że nasza Bohaterka zawiadomiła prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez naczelniczkę inowrocławskiej tiurmy. Oskarżyła ją o znęcanie się nad uwięzionymi kobietami. Niestety, "z powodu niechęci Ryszardy Szelągowskiej do składania zeznań jako świadek sprawa nie miała dalszego ciągu". Gnębicielka Obiałowa uniknęła więc sprawiedliwości.


Madame Butterfly

Wiele nowych informacji na temat Stanisławy Rachwał zaczerpniemy z czterdziestominutowego reportażu radiowego "WiNna nieWiNna" Patrycji Gruszyńskiej-Ruman (Polskie Radio 2008). Materiał zawiera wypowiedzi kilku Polek będących świadkami życia i działalności naszej Bohaterki. Relacje te przeplatają się z kwestiami aktora wcielającego się w rolę stalinowskiego oskarżyciela. Dopełnieniem całości są poruszające przerywniki, w których Ewa Kania czyta fragmenty wspomnień Rachwałowej. Z reportażu dowiadujemy się, że Stanisława przyszła na świat 29 kwietnia 1906 roku. Podczas wojny polsko-bolszewickiej, w roku 1920, zwróciła uwagę na jednego z polskich oficerów, którzy przybyli wyzwolić jej miasteczko spod panowania najeźdźców. Majestatyczny patriota w mundurze zrobił na niej piorunujące wrażenie. Dziewczyna szaleńczo się w nim zakochała, a potem "bardzo młodo wyszła za mąż". Czy to oznacza, że Surówka poznała swojego przyszłego męża w wieku czternastu lat, a poślubiła go niedługo później? Wbrew pozorom, to możliwe. Na ziemiach byłego zaboru austriackiego obowiązywało bowiem prawo, które zezwalało kobiecie na zawarcie małżeństwa po ukończeniu czternastego roku życia. Potrzebna była jedynie zgoda ojca (źródło: Jerzy Antoni Pielichowski, "Zawarcie małżeństwa w zarysie historycznym", AdwokatKoscielny.com.pl). Do czego można to porównać? Najbliższe skojarzenie, jakie przychodzi mi do głowy, to opera "Madame Butterfly" Giacoma Pucciniego[7].


Beka z ubeka

Nietypowy wiek, w którym Stanisława założyła rodzinę, bywał dla otoczenia dość kłopotliwy. Pewnego dnia Rachwałowa, jako mężatka, została poproszona o zaopiekowanie się obcą panną, która "szła na bal [pułkowy] bez rodziców". Jak się wkrótce okazało, wspomniana panna była dwa razy starsza od niej. Państwo Rachwałowie mieszkali razem w koszarach wojskowych. Stanisława zdążyła więc poznać uroki żołnierskiego życia. Koleżanki z więziennej celi zapamiętały ją jako osobę pogodną, życzliwie nastawioną do świata, obdarzoną wielkim darem wymowy. Rachwałowa nigdy nie wracała z przesłuchań zapłakana. Przeciwnie, kiedyś nawet wróciła ubawiona. Rozśmieszył ją młody funkcjonariusz UB, który spostrzegł na jej przedramieniu numer obozowy i zapytał zdumiony: "To pani tyle lat w Oświęcimiu, a teraz my panią jeszcze przesłuchujemy?!". Z mojej wiedzy wynika, że nie był to pierwszy raz, gdy kobieta zaszokowała bezpiekę swoją zuchwałą postawą. Do naszych czasów przetrwał cyniczny liścik, który Stanisława wysłała ubowcom okupującym jej krakowskie lokum: "Wiedząc, że ten list dostanie się w wasze łajdackie ręce, zawiadamiam, że na próżno czekacie i niewinnych ludzi zamknęliście w moim mieszkaniu. Możecie długo na mnie czekać pod drzwiami. R". Spójrzmy także na urzędowy dokument "Postanowienie o pociągnięciu do odpowiedzialności karnej" z września 1947 roku. Rachwał nie podpisała tego druku. Ale umieściła na nim własną uwagę: "Akt oskarżenia niezgodny z prawdą"[8].


Do tańca i do różańca

Jakie jeszcze ciekawostki dotyczące Rachwałowej kryją się w reportażu Gruszyńskiej-Ruman? Na przykład informacja, że nasza Bohaterka była jednostką o wysokim statusie ekonomicznym. Mając ojca-adwokata i męża-oficera, nigdy nie narzekała na brak pieniędzy. Zewnętrzną oznaką dobrobytu, w którym żyła, uczyniła modny, elegancki, wyszukany ubiór. Stanisława zawsze chciała być stylowa i olśniewająca, chętnie pokazywała się bliźnim w kapeluszu i rękawiczkach. Nawyku dbania o cerę nie straciła nawet w Auschwitz-Birkenau. Gdy otrzymywała od Niemców odrobinę margaryny, tylko połowę tego produktu wykorzystywała do celów spożywczych. Reszta służyła jej za krem do twarzy. Rachwałowa była religijna, jak wielu ludzi w czasach okołowojennych. Ceniła osoby, które potrafią pokornie się modlić lub przynajmniej uszanować modlitwę innych. W podziemiu współpracowała głównie z mężczyznami. Podczas wojny, a być może i później, dawała schronienie polskim partyzantom. Swoim córkom, które były jednocześnie jej pomocnicami w konspiracji, udzieliła arcyciekawej wskazówki na wypadek "badania". Otóż miały one wmawiać gestapowcom/ubekom, że liczni panowie, z którymi Rachwał się spotykała, byli jej kochankami. Taktyka Stanisławy, choć niewątpliwie upokarzająca, wyróżniała się skutecznością. Filip Musiał pisze, że to właśnie ta argumentacja (plus łapówka zapłacona przez ZWZ) przesądziła o jej zwolnieniu z nazistowskiego aresztu w 1941 roku.


Mistrzowski styl

Rachwałowa zaliczała się do osób niesłychanie błyskotliwych i elokwentnych. Potrafiła nie tylko snuć intrygujące opowieści, ale również posługiwać się grą słów i formułować cięte riposty. Gdy do więziennej celi w Krakowie przyprowadzono nową osadzoną, Stanisława zadała jej specyficzne pytanie, umiejętnie akcentując wybrane sylaby: "A pani jest WiNna czy nieWiNna?". Naturalnie, chodziło o przynależność do Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość". Zdarzyło się także, iż to Rachwał została o coś zapytana przez nieznajomą współwięźniarkę. Ciekawska spytała: "Jak pani sobie radzi z paznokciami?". Stanisława odpowiedziała jej w iście mistrzowskim stylu: "Te u rąk to sobie obgryzam, ale te u nóg pani mi będzie musiała obgryzać". Nasza Bohaterka bardzo się martwiła o swoje córki. Wiedziała, że one też zostały schwytane przez UB, i to z jej powodu. Aby uspokoić swoje sumienie, zdecydowała się porozmawiać z osiemnastoletnią więźniarką, która znajdowała się w sytuacji analogicznej do jej dzieci (tzn. siedziała w tiurmie ze względu na własną matkę). Próbowała dociec, czy nastolatka ma do swojej rodzicielki jakieś pretensje. I wyraźnie się rozchmurzyła, kiedy usłyszała, że wcale tak nie jest. Na wolności, gdy już było po wszystkim, Rachwałowa nigdy nie robiła z siebie męczennicy. Zachowywała się w taki sposób, jakby bolesne doświadczenia "nie zrobiły na niej większego wrażenia". A gdy ktoś ją pytał o obóz oświęcimski, "zbywała go pół-żartem". Była dumna, zacięta, nikomu się nie żaliła.


Making of

Reportaż radiowy "WiNna nieWiNna" Patrycji Gruszyńskiej-Ruman spotkał się z pozytywnym odbiorem słuchaczy zarówno w Polsce, jak i za granicą. Dziennikarski majstersztyk został uhonorowany Główną Nagrodą Wolności Słowa SDP, międzynarodową nagrodą Prix Italia ("radiowym Oscarem") i Białą Kobrą na Ogólnopolskim Festiwalu Mediów w Łodzi "Człowiek w zagrożeniu". Reportażystka skomentowała swoje dzieło w kilku wywiadach, tzn. w rozmowie z Jerzym Ignatowiczem ("Dwa totalitaryzmy w jednym życiu", portal SDP), Markiem Palczewskim ("Rozmowa dnia - 4 stycznia 2012", portal SDP) i Elżbietą Rutkowską ("Polski reportaż radiowy jest silny", miesięcznik "Press"). Wyznała swoim kolegom po fachu, że praca nad audycją o Rachwałowej kosztowała ją wiele wysiłku. Przygotowanie tak ambitnego materiału zajęło jej około dziewięciu-dziesięciu miesięcy. Twórczy trud polegał na wertowaniu archiwalnych dokumentów, poszukiwaniu ludzi pamiętających Stanisławę, konsultacjach z historykiem Filipem Musiałem oraz wnikliwej lekturze wspomnień naszej Bohaterki[9]. Dziennikarka dowiedziała się o życiu "WiNnej nieWiNnej" zupełnie przypadkowo. Odkryła tę postać podczas przeglądania listy polskich więźniów KL Auschwitz-Birkenau. Zwróciła uwagę na nazwisko "Rachwał", gdyż było to rodowe miano jej matki. Tak zaczęła się jej przygoda z badaniem losów Stanisławy. Przeznaczenie? Na pewno kamień milowy w przywracaniu pamięci o niezwykłej Bohaterce.


Bolesław Surówka (cz. 1)

Znając datę i miejsce urodzenia Rachwałowej, jej panieńskie nazwisko, imiona rodziców i zawód ojca, postanowiłam poszukać w Internecie wzmianek na temat jej rodziny. Bardzo szybko znalazłam informacje dotyczące Bolesława Surówki: wybitnego publicysty, krytyka teatralnego, prawnika, żołnierza kampanii wrześniowej. Wszystko wskazuje na to, że dziennikarz ten był bratem naszej Bohaterki. Mistrz pióra urodził się w roku 1905, czyli w tej samej dekadzie, co Stanisława Rachwał. Pochodził z Rudek koło Lwowa. Jego ojciec, Karol, pracował jako adwokat. Matka, Emilia, wywodziła się z rodu Tustanowskich (źródło: Sejm-Wielki.pl/n/Tustanowski). Czyżbym namierzyła bliskiego krewnego Rachwałowej? A może to tylko zbieg okoliczności? Prawdopodobieństwo, że mamy tu do czynienia z dziełem przypadku, nie wydaje mi się wysokie. Szansa na to, że w małych Rudkach trafi się dwóch adwokatów o nazwisku Karol Surówka, raczej nie jest duża. W serwisie MyHeritage.pl opisano kilku mężczyzn noszących dokładnie takie miano. Jedna z notek brzmi: "karol surówka i emilia surówka byli małżeństwem. Mieli 2 córek: stanisława rachwał i jedno inne dziecko. karol zmarł". Czy nie ma w tym tekście drobnego błędu? Może państwo Surówkowie nie mieli dwóch córek, tylko córkę i syna? Może tajemnicze "jedno inne dziecko" (tutaj rodzaju nijakiego) to właśnie Bolesław Surówka? Twardy charakter, słowiańskie imię i antyniemieckie poglądy również upodabniają Bolesława do Rachwałowej.


Bolesław Surówka (cz. 2)

Osoby, które zainteresowały się postacią domniemanego brata Stanisławy, powinny zajrzeć do artykułu "Zapomniany dziennikarz - zapomniane dziennikarstwo. Górny Śląsk oczami Bolesława Surówki" Krzysztofa Trackiego. Materiał jest dostępny w witrynie internetowej Sołectwa Mikołów - Śmiłowice (Smilowice.Mikolow.eu). Z tekstu wynika, że Bolesław Surówka pochodził z Kresów Wschodnich, ale związał swoje losy z Ziemiami Zachodnimi[10]. Był orędownikiem polskości Śląska, stronnikiem Wojciecha Korfantego, demaskatorem proniemieckich sentymentów utrzymujących się w tym regionie. Mówił stanowcze "NIE" ruchom ślązakowskim, mentalnym przodkom Ruchu Autonomii Śląska. Zarzucał im brak lojalności wobec Polski, pragnienie oderwania Silesii od Macierzy oraz finansowe powiązania z antypolskimi siłami w Niemczech. Deptał po piętach Śląskiej Partii Ludowej, miał też na pieńku z obozem piłsudczykowskim. Przeciwnicy obrzucali go najrozmaitszymi wyzwiskami, np. "wesołek korfantowy". Surówka cechował się wytrwałością i samozaparciem, dzięki czemu nie pozwolił się uciszyć reżimowi sanacyjnemu. Jak w jego życiu wyglądał 1 września 1939 roku? "Atak niemiecki przywitał Surówkę w zabudowaniach koszar w Oświęcimiu (tam gdzie niedługo niemieccy naziści utworzą obóz zagłady Auschwitz!)" - pisze Krzysztof Tracki. Po wojnie Bolesław pozostał dawnym Bolesławem. Kontynuował karierę dziennikarską. Promował i pielęgnował polski patriotyzm na Śląsku.


Wezwanie do działania

Stanisława Rachwał była ponadprzeciętną jednostką. Wyjątkowo odważną i zasłużoną reprezentantką Polskiego Państwa Podziemnego. Jak długo będziemy godzić się na to, żeby pozostawała jedynie "statystką" w opowieściach o niemieckich barbarzyństwach? Nazwisko Rachwałowej, jako świadka brutalnej okupacji, często przywoływane jest w tekstach dotyczących hitlerowskich zbrodniarek wojennych. Jednocześnie prawie wcale nie pisze się o niej artykułów monograficznych. Dlaczego? Przecież to ona, a nie np. Irma Grese, powinna wzbudzać podziw i fascynację! Nazistowska morderczyni doczekała się licznych wielbicieli, także w naszej Ojczyźnie[11]. Tymczasem Rachwałowa nadal czeka na odpowiednie upamiętnienie. Dobrze, że kilka osób przypomniało o niej w związku z Narodowym Dniem Pamięci "Żołnierzy Wyklętych", ale to wciąż bardzo mało. Stanisława Rachwał zasługuje na pomnik i najwyższe państwowe odznaczenia. Jej imieniem powinno się chrzcić ulice, aleje, parki i skwery. W miejscach związanych z jej życiem i działalnością powinny wisieć tablice pamiątkowe. Każdego roku aktywni patrioci powinni organizować imprezy (tzn. marsze, biegi) ku jej czci. O Rachwałowej wypadałoby też nakręcić film dokumentalny bądź fabularny. A jeśli nie film, to przynajmniej teledysk, choćby na wzór "Desenchantee" Mylene Farmer lub "Beliy Plaschik (No Mercy Remix)" t.A.T.u. Jak widać, mamy ogrom pracy do wykonania. Nie stójmy więc bezczynnie, tylko weźmy się do roboty!


Natalia Julia Nowak,
14.03. - 26.04. 2016 r.



PS. Rachwałowa bije na głowę wszystkie filmowe, komiksowe i kreskówkowe superbohaterki. Przy niej bledną takie heroiny, jak Lara Croft z "Tomb Raidera" czy Sarah Connor z "Terminatora 2. Dnia Sądu". W porównaniu z nią, Wonder Woman, Black Canary, She-Ra, Sailor Moon, Superświnka, Czarodziejki W.I.T.C.H., Odlotowe Agentki i Wojowniczki z Krainy Marzeń to cherlawe mimozy dla grzecznych dziewczynek. Jeśli chodzi o umiejętność zdobywania ściśle tajnych danych w ekstremalnie trudnych warunkach, to Trinity, Motoko Kusanagi, Lisbeth Salander i Maggie Chan mogłyby brać od niej korepetycje. Stanisława jest kolejną postacią w naszym narodowym panteonie, która udowadnia, że polscy patrioci nie mają sobie równych. Tak to już jest, że największymi herosami (na skalę globalną) okazują się ci, którzy walczyli pod flagą biało-czerwoną, w cieniu skrzydeł Orła Białego. Nasz Naród nie musi sobie wymyślać fikcyjnych superbohaterów, bo miał ich wystarczająco wielu w prawdziwym życiu. To Amerykanie, Japończycy i Zachodni/Północni Europejczycy odczuwają potrzebę kreowania - na własny użytek i dla poklasku świata - nudnych, tandetnych, nierealistycznych gierojów pełniących funkcję kompensacyjną. Bardzo mi przykro, ale taka jest prawda. Akurat w latach trzydziestych i czterdziestych (czytaj: w czasach, gdy rodziły się Supermany i Batmany) z autentycznymi aktami bohaterstwa było u nich średnio. Co innego u nas. My mieliśmy całe zastępy herosów. Rachwałowa niewątpliwie znajdowała się w ścisłej czołówce polskich megatwardzielek. Cześć jej pamięci. Chwała wszystkim Polakom walczącym z hitleryzmem i/lub stalinizmem.


PRZYPISY

[1] Rok 1903 jest datą błędną, ale został podany na dość wiarygodnej stronie "Archiwum ofiar terroru nazistowskiego i komunistycznego w Krakowie 1939-1956" prowadzonej przez Muzeum Historyczne Miasta Krakowa (Krakowianie1939-56.mhk.pl). Niestety, nie udało mi się ustalić, który rok śmierci Stanisławy Rachwał jest właściwy: 1984 czy 1985? Źródła, z których korzystałam, nie są zgodne co do daty zgonu patriotki. Nawet Instytut Pamięci Narodowej plącze się w zeznaniach. Ech, powiem krótko... Przed historykami-profesjonalistami i historykami-amatorami jeszcze dużo wytężonej pracy!

[2] "Kolejna sadystka, główna nadzorczyni obozu dla kobiet Auschwitz II - Birkenau. (...) Zabijała własnoręcznie, maltretowała, jednym słowem skazywała na śmierć lub zsyłała do domów publicznych funkcjonujących na terenie obozu. Bez litości obchodziła się nawet z noworodkami. Te ginęły od uderzeń, z głodu lub w płomieniach. (...) Postrach kobiet w Auschwitz, osławiona 'Mańcia Migdał' - jak ją nazywano w obozie - została osądzona w drugim procesie oświęcimskim. Zawisła na szubienicy" (Waldemar Kowalski, "Sadyści z Auschwitz. Oprawcy, którym zabijanie więźniów sprawiało nieskrywaną radość", portal NaTemat.pl). "Bicie w paroksyzmie wściekłości sprawiało jej przyjemność i widocznie było dla niej środkiem pielęgnowania piękności, bo po każdej takiej egzekucji robiła się jeszcze piękniejsza; mięśnie, których grę widać było przez bajecznie uszyte, a niesłychanie obcisłe ubranie, chodziły jak żywe węże, zielonkawe oczy świeciły jak gwiazdy, delikatny róż twarzy nabierał żywości, nawet złote włosy zdawały się bardziej błyszczeć" (zeznania Heleny Tyrankiewicz, książka "Fotograf z Auschwitz" Anny Dobrowolskiej, serwer Cyfroteka.pl). "U niej nie było prawa łaski. (...) Posyłała do gazu, jeśli ktoś miał obtartą piętę albo odmarznięty palec. Nic nie pomagały prośby więźniarek, które całowały jej buty" (zeznania Anny Szyller, książka "Fotograf z Auschwitz" Anny Dobrowolskiej, serwer Cyfroteka.pl). "Zna tylko język niemiecki, mówi narzeczem wiedeńskim. (...) Człowiek-okrutnik, znęcała się i katowała osobiście więźniarki. Siła jej uderzenia była okrutna, jednym uderzeniem pięści wybijała szczękę, a specjalnością jej było kopanie w podbrzusze tak kobiet, jak i mężczyzn" (pismo Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, książka "Fotograf z Auschwitz" Anny Dobrowolskiej, serwer Cyfroteka.pl).

[3] Gdyby ktoś pytał: pierwszy fragment "Rozmów z katem" Kazimierza Moczarskiego został opublikowany w 1968 roku. Tekst ukazał się w warszawskim tygodniku "Polityka". Cały utwór, podzielony na odcinki, był drukowany we wrocławskiej "Odrze" (miało to miejsce w latach 1972-1974). Książkowe wydanie "Rozmów z katem" pojawiło się na księgarskich półkach dopiero w roku 1977. Była to jednak wersja okrojona, zapewne z przyczyn politycznych. Pełna, nieocenzurowana wersja dzieła ujrzała światło dzienne w 1992 roku. Źródło tych informacji: artykuł "Kazimierz Moczarski - autor książki 'Rozmowy z katem'" (materiał jest dostępny w serwisie internetowym Polskiego Radia). Zobacz też: przypis dziewiąty niniejszego opracowania.

[4] Według Stanisława Kobieli, Rachwałowa pomyliła Johannę Langefeld (byłą komendantkę obozu kobiecego w Oświęcimiu-Brzezince, poprzedniczkę Marii Mandel) z mniej prominentną Dorotheą Binz. W oryginalnym tekście, napisanym przez Stanisławę, widnieje nazwisko "Binz", ale jest to ewidentny błąd merytoryczny. Z badań Kobieli wynika, że osoba określona przez Rachwałową jako "Binz" to w rzeczywistości Langefeld. Wskazują na to informacje, jakie autorka podaje na temat rzekomej "Binz", a także fakt, iż prawdziwej Dorothei Binz nie było wówczas w Krakowie. O paniach Langefeld, Binz, Mandel i Rachwał przeczytamy również w liście otwartym "Joanna Langefeld" Stanisława Kobieli. Pismo wyświetla się na blogu TajemniceHistorii.pl. Nadawca wystosował je w odpowiedzi na artykuł "Tajemnica kobiet" Marty Grzywacz (wydrukowany w "Wysokich Obcasach", dodatku do "Gazety Wyborczej" z 4 lipca 2015 roku). Zacytuję urywek tego listu: "Stanisława Rachwałowa (...) pisze o swoim pierwszym spotkaniu z Joanną Langefeld i Marią Mandel na korytarzu więzienia Montelupich jak boso, na kolanach myły mokrą szmatą posadzkę korytarza. Bez trudu rozpoznała z KL Auschwitz Marię Mandel, złożyła raport opisując kim Mandel była w KL Auschwitz i Mandel cofnięto do celi, pozbawiając ją przywilejów więźniarki niecelowej. Rachwałowa nie znała natomiast Joanny Langefeld i dlatego pozostała ona nadal więźniarką niecelową. W więzieniu dowiedziała się, że siedzi tam także inna komendantka KL Ravensbruck i błędnie przyjęła, że nazywa się ona Binz i pod takim nazwiskiem wspomina Langefeld". Frapująca historia, czujny badacz.

[5] Twórcy tekstów dziennikarskich poświęconych nazistowskim zbrodniarkom wojennym chętnie przytaczają charakterystykę Irmy Grese autorstwa Stanisławy Rachwał. Oto co nasza Bohaterka napisała na temat osławionej funkcjonariuszki niemieckich obozów koncentracyjnych: "Grose [powinno być "Grese" - przypis NJN] Irma, lat około 22, wzrost około 163 cm. Zbudowana proporcjonalnie, ładnie. Jasna blondynka o dużej urodzie, oczy duże, niebieskie, brwi ciemne, ładnie zarysowane w łuk; rzęsy ciemne, długie, cera bardzo ładna, jasna o ładnym rumieńcu; nos proporcjonalny, usta proporcjonalne, pełne, czerwone; zęby śliczne, drobne, białe; piękna, ładnie osadzona szyja. Głos miała miły, niski, nogi śliczne, stopy drobne. Była lesbijką. Do mężczyzn SS-manów odnosiła się wprost wrogo, mówiąc, że zna dobrze ten element. Natomiast wśród więźniarek miała sympatię, gustowała w młodych, ładnych dziewczętach, specjalnie Polkach" (cyt. za: Katarzyna Pawlak, "Piękne bestie", portal DlaStudenta.pl). Irma Grese - masowa morderczyni, sprawczyni tortur, przestępczyni seksualna - została po wojnie osądzona przez Brytyjczyków i powieszona 13 grudnia 1945 roku. Nie jest jednak prawdą, że była lesbijką. Hitlerowska kryminalistka nawiązywała kontakty intymne z przedstawicielami obu płci, a jednym z jej najsłynniejszych kochanków był szalony "naukowiec" Josef Mengele. Maria Mandel również zaliczała się do biseksualistek. W tym miejscu wypada przypomnieć, że władze Trzeciej Rzeszy oficjalnie potępiały ludzi współżyjących z osobami tej samej płci. Za podejmowanie działań o charakterze homoerotycznym można było nawet wylądować w obozie koncentracyjnym (mężczyzn oznaczano różowym trójkątem, a kobiety czarnym). Jak widać, teoria teorią, a praktyka praktyką. Dodatkowym potwierdzeniem tej tezy mogą być: noc długich noży i plotki dotyczące prywatnego życia Rudolfa Hessa.

[6] Cytowany list znajduje się dziś w zbiorach Instytutu Pamięci Narodowej. Materiał był prezentowany na wystawie "Skazani na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie w latach 1946-1955" (Kraków 2008-2009). Fotokopię dokumentu można zobaczyć w Internecie na oficjalnej stronie IPN-u. Galeria skanów związanych z Rachwałową, przyporządkowana do kategorii "Działacze opozycji politycznej", nosi tytuł "Stanisława Rachwał z d. Surówka" (Ipn.gov.pl/strony-zewnetrzne/wystawy/skaz_na_smierc_krakow/galeria.html).

[7] Akcja utworu rozgrywa się w latach 1904-1907 na Wyspach Japońskich. Główną bohaterką jest piętnastoletnia gejsza, Chocho-san*, która w atmosferze skandalu decyduje się poślubić białego, dorosłego, chrześcijańskiego, amerykańskiego oficera Benjamina Franklina Pinkertona. Niestety, cała historia kończy się tragicznie. Warto jednak zaznaczyć, że w opowieści występuje motyw wieloletniego oczekiwania na męża, który nie daje znaków życia (chociaż Pinkerton staje się nieuchwytny z zupełnie innych przyczyn niż Zygmunt Rachwał). "Madame Butterfly" była ulubioną operą Marii Mandel. Nazistka tak bardzo lubiła ten utwór, że wielokrotnie zmuszała lagrową orkiestrę do jego wykonywania na terenie obozu. [*Mirosław Bańko, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, wyjaśnia: "Wynikałoby stąd, że gdy mowa o operze, należałoby stosować formę Chocho-fujin, a gdy mowa o bohaterce, to Chocho-san. To jednak teoria, miłośnicy muzyki przyzwyczaili się już do wersji Cio-Cio-San, znanej z libretta, oraz do obocznego zapisu Cho-cho-san, bliższego systemowi Hepburna, często używanemu na Zachodzie do transkrypcji imion i nazwisk japońskich". Więcej szczegółów w poradni językowej PWN]

[8] Oba źródła historyczne - liścik do ubeków i prokuratorskie pismo - spoczywają w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej. Swego czasu pokazywano je na wystawie "Skazani na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie w latach 1946-1955" (Kraków 2008-2009). Reprodukcje dokumentów udostępniono w wirtualnym albumie na oficjalnej stronie Instytutu (Ipn.gov.pl/strony-zewnetrzne/wystawy/skaz_na_smierc_krakow/galeria14.html).

[9] Podobno w latach siedemdziesiątych Stanisława Rachwał zgłosiła swój utwór do jakiegoś konkursu zorganizowanego przez Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu (ówczesna nazwa instytucji: Państwowe Muzeum Oświęcim-Brzezinka). Tak przynajmniej twierdzi Patrycja Gruszyńska-Ruman, która przytoczyła tę ciekawostkę w rozmowie z Jerzym Ignatowiczem. W programie radiowym "Studio Reportażu i Dokumentu prezentuje" Gruszyńska-Ruman, odpowiadająca na pytania Małgorzaty Raduchy, podała informację, że w 1972 roku wspomnienia naszej Bohaterki zostały uhonorowane zasłużoną nagrodą. Prowadząca, Raducha, słusznie porównała "Spotkanie z Marią Mandel" Stanisławy Rachwałowej do "Rozmów z katem" Kazimierza Moczarskiego. Nazwała je "drugą, damską wersją" tej wstrząsającej książki. Zapis audycji "Studio Reportażu...", opublikowany 27 października 2008 roku, czeka na słuchaczy w serwisie internetowym Polskiego Radia.

[10] Krzysztof Tracki odnotowuje, że ojciec Bolesława Surówki, prawnik Karol, również przeniósł się na zachód Polski. Został nawet "adwokatem w Syndykacie Hut Żelaznych" (czyli w Katowicach). Przeprowadźmy porządne googlowanie, posprawdzajmy hasła typu "Karol Surówka", "Surówka", "Surówczyna", "Surówczanka", "Surówkowa" czy "Surówkówna". W razie trudności dodajmy do nich słowa kluczowe "Lwów", "Rudki", "Śląsk", "Katowice" itp. Jaki będzie efekt? Otóż przekonamy się, że istnieje wiele publikacji z pierwszej połowy XX wieku, które wspominają o Surówkach mieszkających na Kresach Wschodnich i na Śląsku. Czy to rodzina Bolesława Surówki i/lub Stanisławy Rachwał? Czy to dowód na pokrewieństwo wybitnego publicysty z naszą Bohaterką? Wyrazy "Surówczyna" i "Surówkowa" często występują wraz z wyrazem "Emilia". A tak właśnie brzmiało imię matki/matek Bolesława i Stanisławy. Rzeczownik "Emilia" niejednokrotnie idzie też w parze z rzeczownikiem "Karol". Jest to zgodne z imieniem ojca/ojców Surówki i Rachwałowej. W gazecie "Siedem Groszy. Dziennik Ilustrowany dla Wszystkich o Wszystkiem" z 11 czerwca 1936 roku (fotokopia na stronie DocPlayer.pl) wydrukowano komunikat o śmierci Emilii Surówczyny: działaczki społecznej, narodowej i katolickiej. Czytamy w nim, że "Emilja" zmarła w wieku pięćdziesięciu sześciu lat. Była żoną "radcy Karola Surówki", a jej panieńskie nazwisko brzmiało "Pustanowska". Czy nie powinno być "Tustanowska"? Mniejsza z tym... Autor newsa kończy swój wywód słowami: "Osierociła dwie córki i dwóch synów, z których młodszy, Bolesław jest członkiem redakcji 'Polonji'. Dotkniętemu smutkiem Koledze redakcja 'Polonji' i 'Siedmiu Groszy' wyraża swe głębokie i serdeczne współczucie". Heh, nabieram coraz większego przekonania, że Karol, Emilia, Bolesław i Stanisława to jedna rodzina. Zajrzyjmy jeszcze do dwóch popularnonaukowych artykułów Filipa Musiała: "Pilecki w spódnicy" i "Stanisława Rachwałowa: Bohaterka podziemia - prześladowana przez Niemców i komunistów". Z tego pierwszego dowiadujemy się, że Rachwał "miała swoich ludzi (...) w Katowicach". W tym drugim znajdujemy następujące zdanie: "Na Śląsku korzystała z wiadomości uzyskiwanych od swojej córki - Krystyny ps. 'Beata' (w związku ze sprawą swej matki skazanej na 4 lata więzienia) oraz Bilskiego ps. 'B'". Możliwe, że młodziutka Krystyna została oddelegowana na Ziemie Zachodnie, bo najzwyczajniej w świecie miała tam krewnych. A skoro jej wujek był zawodowym dziennikarzem, to na pewno doskonale wiedział, co się dzieje w raczkującej PRL.

[11] Patrz: reportaż "Nadzorczyni z SS" Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego zamieszczony w elektronicznej edycji "Wysokich Obcasów". Lektura uzupełniająca: artykuł "Piękne bestie" Małgorzaty Schwarzgruber (materiał z miesięcznika "Polska Zbrojna" przedrukowany przez portale Onet, Interia i Wirtualna Polska). Dodatkowe info o postaci: tekst "Piękna bestia - kim była Irma Grese?" Sylwii Laskowskiej dostępny w archiwum Wirtualnej Polski.

 

Komentarze (0)
Stanisław Skalski. Lotnik, bohater, nacjonalista

"Gdy rodziny Michników, Kuroniów,
Mazowieckich, Geremków
i innych obecnych prominentów
wiernie służyły Stalinowi,
gdy tworzyły aparat terroru
przeciwko narodowi polskiemu,
ja i dziesiątki tysięcy Polaków
siedzieliśmy w więzieniu.
Ja z wyrokiem śmierci"


Stanisław Skalski, "Samoobrona",
24 XII 1992 r. (cyt. za: Wikicytaty/Wikiquote)



"Gdy [Lech] Wałęsa jechał do Niemiec,
zadzwoniłem do Belwederu i powiedziałem,
żeby znalazł dla mnie miejsce w samolocie.
Mówiłem, że pojednanie między politykami
to jedno, a między narodami drugie.
Niech młodzież uczy się ode mnie.
Wałęsa miejsca dla mnie nie znalazł,
choć chciałem zapłacić za podróż"


Stanisław Skalski w rozmowie z Pawłem Smoleńskim,
"Gazeta Wyborcza" - dodatek "Magazyn",
29 X 1993 r. (cyt. za: internetowe wydanie "GW")



"Jako gorący patriota i wnikliwy,
realistyczny obserwator spraw krajowych,
generał Skalski szybko się jednak zorientował,
że kolejne rządy, poczynając od Rakowskiego,
przez Mazowieckiego po Suchocką,
narzuciły nam nowy system zniewolenia,
zastąpiły jedną zależność inną zależnością.
Co z tego, że, być może, prawa jednostki
są u nas dziś szersze, niż były za komuny,
skoro drastycznie narusza się i ogranicza
prawa i wolność narodu, jako całości!"


Andrzej Lepper, "Samoobrona. Dlaczego? Przed czym?",
Warszawa 1993 (cyt. za: Wikicytaty/Wikiquote)




Od autorki

Wszyscy znamy nazwisko Stanisława Skalskiego, najwybitniejszego polskiego lotnika czasów II wojny światowej, bohatera bitwy o Anglię, człowieka cenionego w Polsce i za granicą. Nie każdy z nas zdążył jednak zapoznać się z historią życia tego wyjątkowego Polaka. Bez wątpienia warto to uczynić, gdyż Stanisław Skalski (ur. 27 listopada 1915 r., zm. 12 listopada 2004 r.) był niezwykle barwną, wyrazistą, silną i zadziorną postacią. Dla narodowców dobrą wiadomością może być fakt, że generał brygady pilot Skalski należał nie tylko do wielkich patriotów, ale również do wielkich nacjonalistów (nurt antysyjonistyczny, neomoczarowski, grunwaldowski, lepperowski). Zapraszam do lektury mojego tekstu: opowieści o niepokornym żołnierzu, który także po śmierci wzbudza zachwyt swoich wielbicieli, strach nieprzyjaciół i uznanie historyków. Stanisław Skalski to postać imponująca, intrygująca i inspirująca. Choć nie żyje już od kilkunastu lat, można go szczerze polubić. Mnie się to udało.

Do niniejszego artykułu dołączyłam aneks poświęcony przykrej prawdzie, że Polska Rzeczpospolita Ludowa de facto nigdy nie została zlikwidowana. Uległa jedynie modyfikacji, przekształceniu w swoje lustrzane odbicie. PRL wciąż trwa: tutaj i teraz. Wnikliwi obserwatorzy polskiej sceny politycznej, np. Stanisław Skalski, dostrzegali to już dawno temu. Ciągłość historyczna między PRL-em a III RP jest tak oczywista, że nie widzę powodu, aby dzielić historię na "przed 1989" i "po 1989". Bardziej adekwatny wydaje mi się podział na "przed 1956" i "po 1956". Jestem ekstremalnym antysystemowcem: uznaję porozumienie w Magdalence i obrady Okrągłego Stołu za nieważne. Wielki przełom, który rzekomo nastąpił w 1989 roku, postrzegam jako udany spektakl dla gawiedzi. I naprawdę, mam więcej szacunku do odwilży 1956 niż do transformacji ustrojowej 1989 (a co za tym idzie: więcej aprobaty dla Gomułki i Moczara niż dla Wałęsy i Michnika). Polski październik przynajmniej był uczciwy. Jakże różnił się od tej wielkiej hucpy wałęsowsko-kiszczakowskiej...

Za najciekawszą organizację lat 80. uważam Zjednoczenie Patriotyczne "Grunwald"[1], do którego zresztą należał Skalski. Jeśli chodzi o wizję przyszłości, to marzę o absolutnie suwerennej, niepodległej, niezależnej Polsce w luźnym, partnerskim, nieformalnym sojuszu z Chinami i Indiami. Niestety, żadna ze znaczących partii politycznych nie ma czegoś takiego w swojej "ofercie programowej". Wiem, że Andrzej Lepper promował opcję chińską, ale to już zamierzchła przeszłość. Mogę tylko się cieszyć, że mój bohater, Stanisław Skalski, współpracował z lepperowską "Samoobroną". Mówiąc kolokwialnie: wiedział facet, co dobre!

N.J. Nowak

PS.
Jestem polską nacjonalistką z odchyleniem lewicowo-socjalistycznym. Szukam interesujących postaci historycznych o podobnych poglądach (wszelkie sugestie mile widziane).



Marzenie o lataniu

Podstawowe informacje na temat Stanisława Skalskiego znajdziemy w książce "Poczet polskich bohaterów narodowych. Od Zawiszy Czarnego do Lecha Wałęsy"[2] (patrz: notka biograficzna autorstwa Beaty Wojciechowskiej). Według tego źródła, Skalski urodził się w Kodymie na Podolu, a w lotnictwie zakochał się jako dwunastolatek, "kiedy pierwszy raz zobaczył prawdziwy samolot". Aby zostać lotnikiem, musiał jednak trochę poczekać: ukończyć gimnazjum, zdać maturę, a potem zrobić kurs szybowcowy. Osiągnął ten cel w 1934 roku. Zanim tego dokonał, przez krótki czas podejmował studia w Szkole Nauk Politycznych. Szybko jednak zamienił je na naukę w Szkole Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie (1936-1938). Umiejętności, dzięki którym przeszedł do historii, zdobył w Wyższej Szkole Pilotażu w Grudziądzu. To właśnie tam, w 1938 roku, odbył przeszkolenie myśliwskie. Następnie, aż do wybuchu wojny, służył w 4. Pułku Lotniczym w Toruniu. Gdy niemieckie wojska napadły na Polskę, Stanisław Skalski wziął udział w heroicznej obronie Ojczyzny i już pierwszego dnia konfliktu strącił nieprzyjacielski samolot. Załoga niemieckiego myśliwca przeżyła zestrzelenie, a Skalski - obawiając się gwałtownej reakcji ze strony miejscowych cywilów - udzielił jej pierwszej pomocy. Tego typu gesty, staroświeckie i rycerskie, należały w czasie II wojny światowej do rzadkości.


Bohater i męczennik

Połowa września 1939 roku to kolejny ważny moment w życiu szlachetnego pilota. On i inni polscy lotnicy zostali wówczas oddelegowani na Zachód (droga tradycyjnie prowadziła przez Rumunię). W Wielkiej Brytanii Stanisław Skalski służył w licznych dywizjonach polskich i brytyjskich. Podczas bitwy o Anglię udało mu się zestrzelić kilka wrogich myśliwców. Sam również został trafiony: miało to miejsce w pierwszej połowie września 1940 roku (uratował się dzięki spadochronowi). W 1943 roku Skalski walczył nad Afryką Północną. Należał wówczas do Polskiego Zespołu Myśliwskiego, którego członkowie byli nazywani "polskimi diabłami" (gdyż wzbudzali grozę wśród hitlerowców) i "cyrkiem Skalskiego" (gdyż wykazywali się swoistym artyzmem). W czerwcu 1944 r. nasz bohater uczestniczył w desancie w Normandii. Gdy wojna dobiegła końca, Stanisław Skalski, wbrew namowom aliantów, zdecydował się wrócić do Polski. Granicę Ojczyzny przekroczył w 1947 roku. Ale to już nie była ta Ojczyzna, którą znał wcześniej. Chociaż wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego, nie zdołał uniknąć tragicznego losu: aresztowania, fałszywego oskarżenia o szpiegostwo, tortur i wyroku śmierci (zamienionego później na dożywocie). Stalinowcy po raz kolejny pokazali, jaki mają stosunek do polskich bohaterów wojennych. Na szczęście, stalinizm upadł w 1956 roku, a Skalski odzyskał upragnioną wolność.


Bandyci i wirtuozi

Kilka akapitów o powojennej gehennie Skalskiego napisał historyk Tadeusz M. Płużański w książce "Bestie". Autor podaje, że "nad Stanisławem Skalskim (...) znęcało się wielu oprawców: Humer, Kobylec, Midro, Serkowski, Szymański. (...) 7 kwietnia 1950 r. w więzieniu na Mokotowie odbył się proces kiblowy. (...) Skalski (...) został 'ułaskawiony' przez Bieruta, ale nikt nie raczył go o tym poinformować. (...) Na wolność wyszedł w kwietniu 1956 r. i został całkowicie zrehabilitowany". Informacje przytoczone przez Płużańskiego należy uzupełnić i uściślić. Przede wszystkim, wypada odnotować, że śledztwo przeciwko Skalskiemu prowadził sam Józef/Jacek Różański, osławiony dyrektor Departamentu Śledczego MBP. Pisze o tym Andrzej Kałwa w artykule "100 lat temu urodził się Stanisław Skalski, as lotnictwa" (serwis Dzieje.pl). Jak pilot zapamiętał swoich oprawców? Kałwa cytuje: "Byli zwyczajni bandyci i byli wirtuozi. (...) Ci nie zniżali się do kija i kopniaków, nie dawali się ponieść sadystycznemu upojeniu. Bili z zimnym wyrachowaniem, z premedytacją; bili gumami oraz czymś co wydawało świst - chyba były to paski miedzianej blachy lub druty". Czy lotnik faktycznie został zrehabilitowany w 1956 roku? Z polonijnego programu telewizyjnego "Polish Studio" (odcinki z 29 listopada i 6 grudnia 2014 r.) dowiadujemy się, że jego sprawa została jedynie umorzona. A III RP nic w tej kwestii nie uczyniła.


Odwrócenie ról

Chociaż postkomunistyczna Polska nigdy nie rozpieszczała bohaterskiego pilota, zdarzyło się kiedyś, że to on wystąpił w roli oskarżyciela swoich dawnych oprawców. Stanisław Skalski zeznawał jako świadek na procesie Adama Humera, niesławnego ubeka, który katował jego i wielu innych polskich patriotów. Proces, o którym mowa, toczył się w latach 90. XX wieku i został uwieczniony w filmie dokumentalnym "Humer i inni" Aliny Czerniakowskiej (1994). "Ja po to przyszedłem, Wysoki Sądzie, jako świadek, żeby bronić tych, których oni robili morderców, tak jak AK-owców i tak dalej. (...) Mnie o nic nie chodzi. Tu chodzi o tych, którzy oddali życie. Przez nich, przez tych sędziów-morderców" - mówi pokazany w filmie Skalski. Nie wiem, czy słynny lotnik faktycznie zeznawał jako pierwszy, ale w produkcji Czerniakowskiej jego wypowiedź została zaprezentowana przed pozostałymi wypowiedziami. Można przypuszczać, że weteran bitwy o Anglię został potraktowany jako VIP, któremu, ze względu na zasługi dla Ojczyzny i świata, należy się pierwszeństwo. Z opowieści Skalskiego wynika, że zaczęto go bić dopiero w roku 1949 (aresztowanie miało miejsce w 1948). Pilot przywołuje wiele drastycznych szczegółów, takich jak pozbawianie ubrania, wiązanie nóg spodniami czy zatykanie ust dywanem. Wspomina też o swoim sędzim, Mieczysławie Widaju, który praktycznie nie wydawał innych wyroków niż śmierć.


Autorytet i gwiazda

Stanisław Skalski był jednym z tych szczęściarzy, którym los - po roku 1956 - wynagrodził doznane krzywdy i niesprawiedliwości (szkoda, że większość więźniów stalinowskich nie doczekała się tak radykalnej zmiany passy!). Opowiada o tym Wojciech Krajewski, twórca broszury "Generał brygady pilot Stanisław Skalski. As polskiego lotnictwa" opublikowanej przez Muzeum Wojska Polskiego. Według autora, gomułkowska Polska sama upomniała się o naszego bohatera, powołując go do LWP, a następnie przyznając mu stopień podpułkownika (1957) i pułkownika (1965). Pod koniec lat 60. i w pierwszej połowie lat 70. Skalski zajmował kierownicze stanowiska w Aeroklubie PRL. Już wtedy spotykał się ze swoimi wielbicielami, popularyzował historię i lotnictwo. Prawdziwym autorytetem i gwiazdą stał się jednak po odejściu na emeryturę (1972). Miał wówczas więcej czasu, żeby podróżować po Kraju, wygłaszać prelekcje, zamieszczać artykuły w czasopismach, udzielać wywiadów, współpracować z filmowcami jako konsultant historyczny, promować swoją książkę "Czarne krzyże nad Polską" (która po raz pierwszy ukazała się w roku 1957, ale była tak poczytna, iż wielokrotnie ją wznawiano). Skalski od drugiej połowy lat 60. wyjeżdżał na Zachód, gdzie uczestniczył w ważnych zlotach i uroczystościach rocznicowych. Był nawet obecny na londyńskiej premierze filmu "Bitwa o Anglię" Guya Hamiltona (1969).


Działalność społeczno-polityczna

Wbrew pozorom, legendarny lotnik wcale nie był konformistą ani bezwolną marionetką ówczesnego systemu. Pilot nigdy nie wstąpił do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a ponadto bywał bardzo krytyczny wobec władz państwowych. Krajewski pisze, że na przełomie lat 1975 i 1976 Stanisław Skalski został jednym z sygnatariuszy Listu 59. Nie wspomina jednak o tym, że weteran bitwy o Anglię zasiadał w zarządzie Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, a w latach 80. działał w Zjednoczeniu Patriotycznym "Grunwald". Informację taką podaje za to Beata Wojciechowska, autorka omawianej już notki biograficznej z "Pocztu polskich bohaterów narodowych". Piotr Zychowicz, twórca tekstu "Dwa oblicza Skalskiego. Między Polską a komuną" wydrukowanego w tygodniku "Do Rzeczy. Historia" nie może przeboleć faktu, że sławny pilot "stopień generała otrzymał od Wojciecha Jaruzelskiego". Publicysta używa w swojej wypowiedzi sformułowań typu "wstąpił tam do komunistycznego lotnictwa" czy "tragiczne doświadczenia nie zraziły go jednak do czerwonych". No, ale któż to jest Zychowicz? Młody historyk, który gloryfikuje pronazistowskich kolaborantów z czasów II wojny światowej (książka "Opcja niemiecka"). Zaciekły wróg komunistów, którego mentor, Paweł Wieczorkiewicz, był długoletnim członkiem PZPR, nawet w stanie wojennym. Piękny przykład "niezrażania się" ani do czerwonych, ani do brunatnych.


ZP "Grunwald"

Zatrzymajmy się na moment przy Zjednoczeniu Patriotycznym "Grunwald". Obszerną charakterystykę tej organizacji napisał bloger o pseudonimie "Socjal-nacjonalista" (SocjalNacjonalista.wordpress.com). Z artykułu zatytułowanego "ZP Grunwald (1980-89) - ważne dziedzictwo polskiego ruchu socjal-narodowego" dowiadujemy się, że interesujące nas stowarzyszenie miało charakter nacjonalistyczny i antysyjonistyczny. Powstało w odpowiedzi na działalność Komitetu Obrony Robotników, którego liderzy (np. Adam Michnik, przyrodni brat Stefana) byli postrzegani jako spadkobiercy "żydokomuny", tj. stalinowców żydowskiego pochodzenia. Grunwaldowcy zarzucali KOR-owcom brak patriotyzmu, mentalne zakorzenienie w stalinizmie, przedkładanie obcych interesów nad polskie, gotowość wyprzedaży majątku narodowego i bogacenia się kosztem społeczeństwa. Przywracali pamięć o polskich patriotach mordowanych w latach 1944-1956. Wskazywali ludzi odpowiedzialnych za zgładzenie gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Oburzali się bezkarnością osób, które kiedyś budowały stalinowski reżim, a które obecnie należą do elity towarzyskiej i intelektualnej. ZP "Grunwald" było swoistym porozumieniem ponad podziałami. Dołączali do niego narodowcy, katolicy, kombatanci AK, milicjanci, PZPR-owcy... Słowem: wszyscy, którzy dostrzegali zagrożenie ze strony "żydokomuny" i jej pogrobowców. Organizacja nie kwestionowała ówczesnego "status quo".


Prawo Godwina

W 1993 roku ukazał się w "Magazynie", dodatku do "Gazety Wyborczej", paskudny reportaż "Bohaterowie są zmęczeni" Pawła Smoleńskiego (kopię artykułu zamieszczono 21 lat później w internetowym wydaniu "GW"). Materiał jest próbą zniechęcenia odbiorców do Stanisława Skalskiego, strącenia go z piedestału i odczarowania jego legendy. Autor usiłuje ośmieszyć polskiego lotnika, ukazać go jako człowieka niespełna rozumu: zbzikowanego starca, który nawet mógłby być groźny dla społeczeństwa, gdyby nie był pozbawiony wpływu na cokolwiek. Już sam tytuł tekstu sugeruje, że Skalski to przebrzmiała ikona, której pomieszczało się w głowie i która powinna wreszcie zamilknąć. Smoleński robi ze Skalskiego zoologicznego antysemitę, choć z wypowiedzi pilota jednoznacznie wynika, że miał wiele pozytywnych wspomnień związanych z narodem żydowskim. Dziennikarz nie pozwala czytelnikom zapomnieć o autorytarnych skłonnościach generała, jego poparciu dla rządów silnej ręki i umiłowaniu wojskowego drylu. Zwieńczeniem tego wszystkiego jest dorozumiane, niewyrażone wprost porównanie do nazizmu (w formie zwrócenia uwagi na to, że Skalskiemu imponował teatralny charakter przemówień Hitlera). Omawiany reportaż to przeokropny paszkwil. Świństwo wyrządzone komuś, kto podczas wojny walczył z Niemcami, a po wojnie został skrzywdzony przez stalinowców żydowskiego pochodzenia. Prawo Godwina, cios poniżej pasa.


Wróg masonów

Dla osoby, która ceni postać Stanisława Skalskiego, artykuł Pawła Smoleńskiego jest nieprzyjemną lekturą. Mimo to, można wycisnąć z tego tekstu wiele nieznanych ciekawostek. Na przykład fakt, że słynny lotnik dobrze się wypowiadał o Mieczysławie Moczarze[3]. Albo fakt, że weteran bitwy o Anglię był przeciwnikiem masonerii i posiadał w swoich zbiorach antymasońskie publikacje. Skalski zwierzył się Smoleńskiemu, że w czasie wojny, na terenie Wielkiej Brytanii, próbowano go zwerbować do wolnomularstwa. Pilot nie skorzystał z tej oferty, toteż bał się, że masoni dokonają na nim zemsty. Stanisław Skalski twierdził, że wolnomularze maczali palce w polskiej transformacji ustrojowej, a więc również w jej błędach i wypaczeniach. No cóż... Mówiąc słowami Morfeusza: "Jak na ironię, to nie odbiega od prawdy"[4]. Dziś, w dobie Wikipedii, wiadomo już, że w obradach Okrągłego Stołu uczestniczyło co najmniej trzech masonów: Jan Olszewski, Kazimierz Morawski i Klemens Szaniawski. Z KOR-em flirtowali zaś tacy "bracia", jak Jan Olszewski, Jan Józef Lipski, Jan Kielanowski, Klemens Szaniawski, Edward Lipiński, Ludwik Cohn czy Bronisław Wildstein. Wolnomularzami byli ponadto Aleksander Małachowski i Ryszard Siciński. Tylu masonów udało się ustalić z całą pewnością (lecz mogło być ich więcej!). Wracając do Skalskiego: lotnik zarzucał Europie Zachodniej, że nie doceniła Polaków za niegdysiejsze rozgromienie Tatarów i Turków.


Przeciwko antypolonizmowi

Stanisław Skalski opowiedział o swoim spotkaniu z Pawłem Smoleńskim w kontrowersyjnym filmie dokumentalnym "Żydokomuna" Edwarda Maciejczyka. Z relacji pilota wynika, że dziennikarz "Gazety Wyborczej" próbował delikatnie manipulować rozmową. Lotnik jest przekonany, że reporter usiłował skłonić go do potwierdzenia, iż w okresie stalinizmu męczyli go Polacy, a nie Żydzi. Skalski odebrał to jako próbę przerzucenia odpowiedzialności z jednego narodu na drugi, obarczenia Polaków winą za aresztowanie, torturowanie i skazanie na śmierć polskiego bohatera, czyli jego. Innymi słowy, uznał postawę swojego rozmówcy za antypolonizm. Wyjaśnił dziennikarzowi, że owszem, katowali go Polacy, ale byli to zwykli oficerowie śledczy, którzy wykonywali rozkazy swoich przełożonych. A tak się składa, że owi przełożeni wywodzili się z narodu żydowskiego[5]. Istotnie, Józef/Jacek Różański i Adam Humer przyszli na świat w rodzinach żydowskich. Żydem był ponadto sędzia Mieczysław Widaj. W tym miejscu wypada przypomnieć, że działalność Różańskiego i Humera nie ograniczała się wyłącznie do rozkazywania. Oni również bili i torturowali więźniów. Skalski zdawał sobie z tego sprawę, o czym świadczą jego słowa dotyczące Różańskiego: "Wiedziałem, że to nie jest subtelny morderca zza biurka, że sam potrafi katować". Zdanie to pochodzi z książki "Jako i my odpuszczamy" Henryka Nakielskiego cytowanej przez portal Niezwykle.com.


Po stronie Leppera

Każdy, kto przeczytał tekst Smoleńskiego, wie, że dziennikarz zakpił z przynależności Skalskiego do "Samoobrony" Andrzeja Leppera ("Generale, co pan, świetny pilot, wojenny bohater, robi w takim towarzystwie?"). Wie również, że lotnik okazał się znakomitym prognostą politycznym ("Lepper to ludowy demagog, daleko zajdzie"). Z perspektywy czasu można powiedzieć, że dołączenie Skalskiego do lepperowców było dobrą decyzją. Polacy coraz częściej piszą, że chociaż Lepper był prostym człowiekiem, przysłużył się Ojczyźnie, ujawniając wiele afer ("8 minut, które zabiło Andrzeja Leppera" - YouTube, Tusk Vision Network) i zbrodni (sprawa tajnych więzień CIA, torturowania ludzi podejrzanych o terroryzm). Lider "Samoobrony" uchodził za osobę o poglądach antyamerykańskich i eurosceptycznych. Mówił "NIE" wojnie w Iraku, obawiał się o suwerenność Polski. Dziś już nie można mieć wątpliwości, że miał rację. Stany Zjednoczone, burząc ład na Bliskim Wschodzie, doprowadziły do powstania ISIS, a co za tym idzie - do kryzysu imigracyjnego i brutalnych konfliktów etniczno-religijnych w Europie. W UE nasza Ojczyzna niemal całkowicie straciła swoją podmiotowość (nakazy, zakazy, prośby, groźby, sankcje, kary, baty). Została także zmuszona do przyjęcia niechcianych imigrantów z krajów MENA (przykład zazębiania się polityki unijnej z amerykańską). Związki Skalskiego z "Samoobroną" to duży plus. I dowód wielkiej mądrości.


Tajemniczy zgon?

Najcięższym, po stalinizmie, okresem w życiu lotnika była III Rzeczpospolita. Przekonamy się o tym, czytając artykuł "Wielki samotnik - Ostatnie lata Stanisława Skalskiego" pióra Stanisława Błasiaka (tekst znajduje się na stronie StanislawSkalski.pl). Autor pisze, że na przełomie XX i XXI wieku nasz bohater zaczął doświadczać licznych okrucieństw starości: omdleń, upadków, opuchlizn, zaburzeń percepcji, pogorszenia wzroku i słuchu. Problemom zdrowotnym towarzyszyła gorycz z powodu trudnej sytuacji w Polsce oraz lęk o przyszłość ukochanej Ojczyzny. Schorowanemu kombatantowi pomagała rodzina i zaufani przyjaciele. Niestety, oprócz uczciwych opiekunów trafili się również oszuści, którzy wyczyścili konto bankowe generała i przepisali jego mieszkanie na swoją hipotekę. Przestępstwami tymi zajęły się organy ścigania, ale śledztwo w pierwszej sprawie zostało umorzone zaraz po śmierci ofiary. Wojciech Krajewski (twórca broszury "Generał brygady pilot...") podaje, że z mieszkania weterana zniknęło wiele cennych pamiątek, a niektóre z nich zastąpiono tanimi falsyfikatami. Najgorsza rzecz miała się jednak wydarzyć niedługo przed śmiercią lotnika. Według biskupa Tadeusza Płoskiego, cytowanego przez portal Wirtualna Polska, "najwybitniejszy polski pilot myśliwski trafił we wrześniu do zakładu opieki ze śladami pobicia". Wielu Internautów zalicza całą sprawę do "tajemniczych zgonów III RP". Tym bardziej, że Skalski był stronnikiem Leppera.


Życie rodzinne

Zgodnie z tym, co pisze Błasiak, Stanisław Skalski był rozwiedziony. Wydaje się jednak, że lotnik i jego eksżona pozostali przyjaciółmi, wszak utrzymywali ze sobą kontakt nawet po ustaniu małżeństwa. Weteran bitwy o Anglię poślubił swoją ukochaną, Marię, gdy ta wychowywała już własne dziecko. Wynika to z informacji, według której pilot i jego pasierbica zamieszkali w jednym domu, kiedy dziewczynka miała osiem lat. Przybrana córka Skalskiego, Jolanta Pusłowska, również pozostała ważną osobą w jego życiu. Słynny lotnik nie miał biologicznego potomstwa. I chociaż z Jolantą nie łączyły go więzy krwi, udało im się nawiązać oraz utrzymać serdeczną relację. Zarówno była żona, jak i pasierbica, opiekowały się Stanisławem Skalskim, gdy starość uczyniła go słabym i niesamodzielnym. Wojciech Krajewski poświęcił sferze uczuciowej generała trzy zdania w rozdziale zatytułowanym "W ludowym lotnictwie". Brzmią one następująco: "W tym okresie próbował również ułożyć sobie życie osobiste. W 1959 r. wstąpił w związek małżeński z Marią Janiną Sobiczewską. Małżeństwo to przetrwało 11 lat". Pani Maria nie była pierwszą miłością pilota. Paweł Smoleński zauważył, że Skalski (rzekomy antysemita!) związał się przed wojną z Żydówką Zuzanną Fiszman. Niestety, dziewczyna nie przeżyła okupacji hitlerowskiej. Poniosła śmierć w getcie żydowskim. Ale lotnik nigdy nie zapomniał o swojej młodzieńczej sympatii. Zachował nawet jej fotografię.


18 lub 22

Ile niemieckich maszyn zestrzelił Stanisław Skalski? Wojciech Zmyślony, autor notki biograficznej opublikowanej w serwisie PolishAirForce.pl, podaje: "Zgodnie z oficjalnie zaliczonym wynikiem na 'liście Bajana', zestrzelił samodzielnie 18, a wspólnie z innymi pilotami 3 samoloty, co oznacza, że był najskuteczniejszym polskim myśliwcem". Pod tekstem Zmyślonego znajduje się tabela zawierająca szczegółowe informacje. W jej podsumowaniu widnieją statystyki dotyczące trafionych przez Skalskiego aeroplanów. "Zniszczony na pewno": 18 i 11/12. "Zniszczony prawdopodobnie": 2. "Uszkodzony": 4 i 1/3. Paweł Smoleński pisze o osiągnięciach naszego bohatera: "Wojenny bilans - co najmniej 22 strącone samoloty". Wojciech Krajewski: "Do dzisiejszego dnia trwa spór o liczbę zestrzelonych przez niego samolotów wroga. Najnowsze badania historyków pozwalają przyjąć, że od 1 września 1939 r. do 8 maja 1945 r. zestrzelił 18 samolotów na pewno, kilka prawdopodobnie i kilka uszkodził". Na stronie internetowej 1. Regionalnego Ośrodka Dowodzenia i Naprowadzania im. gen. bryg. pil. Stanisława Skalskiego czytamy: "Do dnia dzisiejszego historycy wojskowości sprzeczają się, ile samolotów wroga Generał SKALSKI strącił naprawdę. Liczba ta mieści się w przedziale od 18 do 22 samolotów". Bez względu na to, który bilans jest prawdziwy, Stanisław Skalski pozostaje najlepszym polskim lotnikiem czasów II wojny światowej. Jest po prostu bezkonkurencyjny.


Zmienność losu

Weteran bitwy o Anglię zmarł w listopadzie 2004 roku, piętnaście dni przed swoimi 89. urodzinami. Gdyby żył, miałby dziś 100 lat (rocznikowo 101). Została po nim książka "Czarne krzyże nad Polską" i ustne opowieści zarejestrowane na taśmach video. Stanisław Skalski był kawalerem licznych odznaczeń polskich, brytyjskich i francuskich. Do najważniejszych z nich należały, oczywiście, Krzyż Złoty Orderu Wojennego Virtuti Militari i Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari. Słynnego pilota szanowali nie tylko dorośli, ale również dzieci, o czym świadczy fakt, iż uhonorowano go Orderem Uśmiechu. Zapoznanie się z biografią Stanisława Skalskiego powinno być dla nas bodźcem do refleksji nad zmiennością ludzkiego losu. W życiu, jak to w życiu. Raz jesteśmy na szczycie, innym razem na dnie. Czasem przeżywamy chwile tryumfu i satysfakcji, a czasem - momenty upokorzenia i niesprawiedliwości. Nawet, jeśli będziemy osiągać liczne sukcesy i żyć tak uczciwie, jak tylko się da, nigdy nie zabraknie łotrów gotowych nas skrzywdzić ("Są tacy, to nie żart, dla których jesteś wart mniej niż zero" - śpiewał wokalista grupy Lady Pank). Skalski zrobił dla Polski i świata bardzo dużo, a jednak został okrutnie potraktowany przez system stalinowski i III Rzeczpospolitą. Mimo wszystko, doceniono go już za życia. Pod tym względem miał więcej szczęścia niż Witold Pilecki i August Emil Fieldorf "Nil". Choć o mały włos nie skończył tak jak oni. Dostał przecież wyrok śmierci.


Natalia Julia Nowak,
7-28 lutego 2016 roku


PS.
Czepiacie się Stanisława Skalskiego, bo wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego? No i co z tego, że wstąpił? Irena Sendlerowa była długoletnią członkinią Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (w latach 1948-1968). Mimo to, nasz Naród ją uwielbia. Uwiecznia ją na muralach, odsłania tablice pamiątkowe ku jej czci, nazywa jej nazwiskiem ulice, aleje, ronda i szkoły. Nikt nie ośmieliłby się pomyśleć o desendleryzacji przestrzeni publicznej. Nawet najzagorzalsi zwolennicy PiS-u (czytaj: zwłaszcza najzagorzalsi zwolennicy PiS-u). Członkiem PZPR był też Jan Pietrzak, bard "Solidarności", prawicowy publicysta. W PRL-owskiej partii rządzącej udzielał się także Andrzej Lepper, polityk o poglądach ludowo-narodowych, późniejszy koalicjant Prawa i Sprawiedliwości (dziś przypomina o jego istnieniu tablica pamiątkowa w Alejach Jerozolimskich). Jerzy Robert Nowak, znany z Radia Maryja i Telewizji Trwam, działał w Stronnictwie Demokratycznym, przybudówce do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. A co z cudzoziemcami szanowanymi w naszym Kraju? Niejaki Joseph Ratzinger należał kiedyś do Hitlerjugend. Później został Ojcem Świętym, przyjął imię Benedykta XVI, a niektórzy komentatorzy uznają go za ostatniego "prawdziwego" papieża przed nadejściem fałszywego proroka (Antychrysta, którym rzekomo ma być reformator Franciszek). Ale po co ja się zajmuję Stanisławem Skalskim? Teraz "na topie" jest inny dowódca LWP, Ryszard Kukliński, skądinąd ulubieniec PiS-owców. Czepialscy, nie bądźcie tacy "hop do przodu", bo Wam z tyłu zabraknie! Uważajcie też, żeby współczesny antykomunizm nie zamienił się w swoje przeciwieństwo, tak jak to się stało ze współczesnym antyfaszyzmem!


PRZYPISY

[1] Do spuścizny "Grunwaldu" nawiązuje skinheadowski zespół rockowy Sztorm 68.

[2] Tak, wiem, że tytuł tej książki (a właściwie pomocy naukowej) brzmi obciachowo. O wiele lepsza byłaby nazwa "Poczet polskich bohaterów narodowych. Od Zawiszy Czarnego do Andrzeja Leppera". Dlaczego Leppera? Bo próbował bronić Ojczyzny przed zakusami Waszyngtonu i Brukseli, ujawniał wielkie skandale polityczne, a zmarł śmiercią tragiczną w niewyjaśnionych do końca okolicznościach. Wielu ludzi przypuszcza, że Andrzej Lepper nie popełnił samobójstwa, tylko został zamordowany. Wizję tego, jak mogły wyglądać jego ostatnie chwile, zawarł Patryk Vega w filmie fabularnym "Służby specjalne" z 2014 roku. Uwaga! Jeśli znacie innych bohaterów walki z amerykańskim kolonializmem i europejskim zaborem, to koniecznie dajcie mi znać! Chętnie umieszczę ich na mojej prywatnej liście herosów! Co do Lecha Wałęsy, dedykuję mu piosenkę "But, What Ends When the Symbols Shatter?" ("Ale co się kończy, gdy symbole ulegają rozbiciu?") brytyjskiej grupy Death in June. Moim zdaniem, rozbicie symbolu Wałęsy zakończyło pewną epokę. Erę wiary w to, że PRL kiedykolwiek został rozwiązany. Teraz dla wszystkich Polaków powinno być jasne, że III RP to kolejny etap PRL-u, tak jak gomułkowszczyzna, gierkowszczyzna czy jaruzelszczyzna. Różnica polega na tym, że przed rokiem 1989 naszym Wielkim Bratem była Moskwa, a obecnie mamy podwójnego Wielkiego Brata w postaci Waszyngtonu i Brukseli. Nic nie wskazuje na to, by w najbliższych latach sytuacja miała ulec poprawie. Nawet, jeśli Unia Europejska się rozpadnie, wciąż będziemy ubezwłasnowolnieni przez Stany Zjednoczone. Ponadto nadal będą do nas napływać dyrektywy z Berlina, Watykanu, Kijowa i Tel-Awiwu. Nie ma powodów do radości. Ogólna zapaść pomału zamienia się w uświęconą tradycję.

[3] Faktycznie, Mieczysław Moczar, znany również jako Mykoła Demko i Mikołaj Diomko, to ciekawa osobistość. Podczas wojny i w okresie stalinizmu zrobił dużo złego, ale później, po roku 1956, działał na rzecz "unarodowienia" polskiego socjalizmu, zawzięcie piętnował syjonizm, wzywał do walki z antypolonizmem, rehabilitował żołnierzy AK, bezskutecznie walczył o prawa kombatanckie dla NSZ-owców oraz sprzeciwiał się represjonowaniu działaczy "Solidarności" (więcej na ten temat można przeczytać w moim artykule "Zastać Polskę ludową, a zostawić narodową". Tekst jest dostępny online). Jakby tego było mało, to właśnie Moczar, jeszcze przed odwilżą gomułkowską, doprowadził do złagodzenia Antoniemu Hedzie "Szaremu" wyroku z kary śmierci na dożywocie. Podziękował mu w ten sposób za ocalenie życia w czasach partyzanckich (źródło: Łażący Łazarz, "Rok 1976 - ostatnia akcja Komendanta 'Szarego'", WolnaPolska.pl). Oczywiście, nic nie zmieni faktu, że Mykoła Demko był zbrodniarzem stalinowskim oraz sowieckim kolaborantem z czasów II wojny światowej. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca" potraktował równie okrutnie, jak "żydokomuna" potraktowała Stanisława Skalskiego. Zainteresowanym polecam film dokumentalny "Czy warto było tak żyć?" Aliny Czerniakowskiej z 2007 roku. W produkcji znajduje się informacja, że podwładni Moczara (szefa łódzkiego WUBP w latach 1945-1948) stosowali wobec "Warszyca" takie metody, jak bicie, łamanie kości kamieniem czy wbijanie gwoździ pod paznokcie. Koszmarne, nie do pozazdroszczenia. Żadna ludzka istota nie powinna doświadczać takich cierpień. Szkoda, że Diomko nigdy nie poniósł kary za swoje bestialstwo. I piszę to jako osoba, która potrafi docenić jasną stronę jego biografii (tę z epoki późniejszej, popaździernikowej).

[4] Cytat z filmu "Matrix" Andy'ego i Lany (Larry'ego) Wachowskich. W aneksie będzie więcej odniesień do tego fantastycznonaukowego arcydzieła.

[5] Jaki był odsetek Żydów piastujących najwyższe stanowiska w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego? Odpowiedzi na to pytanie udziela Krzysztof Szwagrzyk w publikacji "Aparat bezpieczeństwa w Polsce. Kadra kierownicza. Tom I. 1944-1956" (można ją pobrać z oficjalnej witryny Instytutu Pamięci Narodowej). Otóż w centrali MBP dyrektorzy żydowskiego pochodzenia stanowili 37% wszystkich dyrektorów. Na prowincji, czyli w jednostkach terenowych, doliczono się 13,7% szefów-Żydów. W Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego mogli ponadto pracować Żydzi zajmujący średnie i niskie szczeble hierarchii zawodowej. Wypada wspomnieć, że w analizowanym okresie ludność żydowska była już bardzo nieliczna, stanowiła mniej niż 1% polskiego społeczeństwa. Można zatem stwierdzić, że w stalinowskim resorcie siłowym Żydzi (jako mniejszość etniczna/narodowa) byli wyraźnie nadreprezentowani. Zdaniem Ryszarda Walickiego, autora książki "Tortury. W Polsce 1945-1955 i współcześnie", faktycznej kontroli nad MBP nie sprawował minister Stanisław Radkiewicz, tylko Kierownictwo Partii (Bolesław Bierut, Jakub Berman, Hilary Minc) i dyrektorzy/wicedyrektorzy czołowych departamentów (Józef Różański, Anatol Fejgin, Roman Romkowski, Józef Światło). Radkiewicz, przedstawiciel Narodu Polskiego, miał więc mniej do powiedzenia niż sześciu Żydów (Berman, Minc, Różański, Fejgin, Romkowski, Światło) i jeden Polak (Bierut). Wszyscy wymienieni mężczyźni musieli być jednak lojalni wobec Józefa Stalina i Ławrientija Berii. Tymczasem Stalin i Beria byli... Gruzinami! Nie Żydami!



ANEKS [w nawiązaniu do fragmentów o Lepperze]
III Rzeczpospolita. Świat po drugiej stronie lustra.
Czy wiesz, że żyjesz w odwróconym PRL-u?


Historia Polski po roku 1945 jest prosta jak budowa cepa. Gdy wojska niemieckie opuściły Polskę, ich miejsce zajęły wojska sowieckie. Gdy wojska sowieckie opuściły Polskę, ich miejsce zajęły wojska amerykańskie. Polska Rzeczpospolita Ludowa nie mogłaby powstać, gdyby nie ludzie, którzy w latach 20. i 30. XX wieku kontaktowali się z wywiadem sowieckim. III Rzeczpospolita nie mogłaby powstać, gdyby nie ludzie, którzy w latach 70. i 80. XX wieku kontaktowali się z wywiadem amerykańskim. W PRL-u mówiono, że Sowieci pomogli Polakom przegonić Niemców. W III RP mówi się, że Amerykanie pomogli Polakom przegonić Sowietów. W PRL-u wybudowano pomnik Józefa Stalina. W III RP wybudowano pomnik Ronalda Reagana. W PRL-u istniał problem tajnych więzień NKWD. W III RP istniał/istnieje problem tajnych więzień CIA. W PRL-u gloryfikowano Armię Ludową, a Narodowe Siły Zbrojne oskarżano o bandytyzm i kolaborację. W III RP gloryfikuje się Narodowe Siły Zbrojne, a o bandytyzm i kolaborację oskarża się Armię Ludową (to akurat jest OK, ale wspominam o tym, bo doskonale wpisuje się w schemat). Władcy PRL-u musieli się liczyć ze zdaniem Moskwy. Władcy III RP muszą się liczyć ze zdaniem Waszyngtonu.

W okresie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej obawiano się, że Polska, u boku Związku Sowieckiego, będzie prowadzić wojnę ze Stanami Zjednoczonymi. W III Rzeczypospolitej zachodzi obawa, że Polska, u boku Stanów Zjednoczonych, będzie prowadzić wojnę ze spadkobierczynią Związku Sowieckiego, Rosją. PRL-owscy dygnitarze uważali się za ofiary poprzedniego (sanacyjnego) reżimu. Dygnitarze III RP również uważają się za ofiary poprzedniego (PRL-owskiego) reżimu. W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej głoszono, że prawdziwa wolność i demokracja zaczęły się 22 lipca 1944 roku. W III Rzeczypospolitej głosi się, że prawdziwa wolność i demokracja zaczęły się 4 czerwca 1989 roku. W PRL-u obywatele byli szpiegowani przez SB i wywiad sowiecki. W III RP obywatele są szpiegowani przez ABW i wywiad amerykański (patrz: rewelacje Edwarda Snowdena). W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej każde dziecko musiało się uczyć języka rosyjskiego. W III Rzeczypospolitej każde dziecko musi się uczyć języka angielskiego. W PRL-u szkoły były laickie, ale społeczeństwo wydawało się religijne. W III RP szkoły są ureligijnione, ale społeczeństwo wydaje się zlaicyzowane. W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej obywatele marzyli o otwarciu granic. W III Rzeczypospolitej obywatele marzą o zamknięciu granic.

Podsumowując: III RP jest odwrotnością PRL-u, tak jak kolor niebieski jest odwrotnością koloru czerwonego. Żyjemy w świecie po drugiej stronie lustra, gdyż współczesna rzeczywistość stanowi przeciwieństwo rzeczywistości minionej. To jest świat na opak, zdjęcie w negatywie, wklęsła strona kuli. Nie da się zrozumieć III Rzeczypospolitej bez zrozumienia Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (podobnie przedstawia się sytuacja temperatury: ktoś, kto nie zna zimna, nigdy nie pojmie, czym jest ciepło). Tak czy owak, trzeba przyznać architektom obecnego ustroju, że wykazali się idealnym wyczuciem symetrii. Ich twór i PRL uzupełniają się niczym Filidor i Anty-Filidor z "Ferdydurke" Witolda Gombrowicza. Teoretycy spiskowi mogliby powiedzieć, że odwrócenie wszystkiego do góry nogami to ewidentnie robota masonerii. Ja niczego nie sugeruję. Ale te symetryczne odwzorowania mają dużo wspólnego ze Świętą Geometrią.

System, w którym żyjemy - niebieska strona lustra - to jedna wielka fikcja. Wmawia nam się, że od 4 czerwca 1989 roku mieszkamy w Wolnej Polsce. Prawda wygląda jednak zupełnie inaczej. Otóż przyszło nam żyć w zakłamanym, sztucznie wykreowanym (przy Okrągłym Stole) świecie będącym parodią PRL-u, czyli czerwonej strony lustra. Polska Rzeczpospolita Ludowa to prawdziwa, pierwotna wersja otaczającej nas rzeczywistości. III Rzeczpospolita to twór wtórny, epigoński, odtwórczy, a zarazem fałszywy, bo stanowiący lustrzane odbicie pierwowzoru. My, młodzi ludzie wychowani w III RP, połknęliśmy niebieską pigułkę i uwierzyliśmy w propagandę traktującą o Wolnej Polsce. Jeśli chcemy odkryć, czym tak naprawdę jest świat, w którym egzystujemy, powinniśmy sięgnąć po czerwoną pigułkę i dokładnie poznać PRL. Gdy tak uczynimy, uświadomimy sobie, że nasz system, III Rzeczpospolita, to Matrix, wirtualna rzeczywistość wzorowana na Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. III RP to lustrzane odbicie PRL-u. Innymi słowy, III RP to PRL oglądany w lustrze.

Urodziłam się w roku 1991, lecz nie robiłoby mi większej różnicy, gdybym się urodziła w 1951. Mam 25 lat. Gdybym przyszła na świat w roku 1951, osiągnęłabym dwudziestkę piątkę w 1976. I co? I nic. Miałabym to samo, co teraz, tylko w formie lustrzanego odbicia. A zamiast podejrzanej działalności Komitetu Obrony Demokracji śledziłabym podejrzaną działalność Komitetu Obrony Robotników (ale nuda!). Na każdym kroku odkrywam elementy łączące III Rzeczpospolitą z Polską Rzeczpospolitą Ludową. Otwarta pozostaje kwestia, czy to świadczy na korzyść PRL-u, czy na niekorzyść III RP. Tak czy siak, odrzucam myślenie magiczne, zgodnie z którym w 1989 roku, na skutek kilku czarodziejskich podpisów, sytuacja w Polsce uległa radykalnej zmianie. Według mnie, PRL trwa nadal, ale przestąpił z lewej nogi na prawą. Pytacie: "Co z tym zrobić?". Odpowiadam pytaniem: "A czy w ogóle da się z tym coś zrobić?". Żyję, realizuję swoje pasje, a bieżącą polityką się nie przejmuję, zupełnie jak większość ludzi w poprzednim (czytaj: wciąż obowiązującym) systemie. Na pewno znajdą się osoby, które zarzucą mi konformizm lub oportunizm. Niestety, nie będą mieć racji, albowiem moja postawa zasługuje raczej na miano cyniczno-dekadencko-nihilistycznej.

Mam lekceważący stosunek do III Rzeczypospolitej, tak jak starsze pokolenia miały lekceważący stosunek do Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Kiedy byłam nastolatką, potrafiłam płakać przez naszych decydentów. Teraz szkoda mi łez na takie głupstwa. Ech, w PRL-u przynajmniej nie było bezrobocia, imigrantów, pedofilskiej edukacji seksualnej ani zagrożenia terrorystycznego ze strony islamskich fundamentalistów. Dziś jednak nie strzela się do protestujących robotników (chociaż antykomunista, wolnorynkowiec, libertarianin Kelthuz śpiewa, że się powinno). Czy Polska kiedykolwiek ucieknie z żelaznego uścisku USA? Czy wyjdzie z domu niewoli, jakim niewątpliwie jest Unia Europejska? Czy amerykańskie wojska opuszczą kiedyś nasze ziemie? Nie znam odpowiedzi na te pytania. Znam za to adekwatny fragment piosenki zespołu Łzy: "Codziennie pytam, czy kiedyś to się skończy. I nienawidzę słów: nic nas nie rozłączy". Okrągły Stół niczego nie zmienił. On tylko uśpił naszą czujność, odebrał nam świadomość naszego położenia. Wierutnie nas oszukał.

Lata mijają, kolejne rządy przychodzą i odchodzą, a pechowa gwiazda jak świeciła, tak świeci. Jedyne, co mogę dziś uczynić, to zacytować kilkanaście zdań z utworu "Love (Will Change The World)" Boyda Rice'a: "Rozmawialiśmy o miłości non stop przez ostatnie kilka dekad, faktycznie przez ostatnie kilka tysięcy lat. Dokąd dokładnie nas to zaprowadziło? Czy jesteśmy jeden krok bliżej raju? Ledwo. Miłość nie zakończyła wojny, nie wyleczyła zbrodni ani nie wymazała ubóstwa. (...) Spójrz na jakąkolwiek oznakę poprawy, a gwarantuję Ci, że zobaczysz tylko najbardziej kosmetyczne zmiany. Mydlenie oczu. Pusty symbolizm. Thatcherowska przyśpiewka. (...) W rzeczywistości, rzeczy obróciły się w g***o. Społeczny i moralny rozkład jest jak niekontrolowany rak, który przejął kontrolę. Rak zrodzony z miłości. (...) Tak więc werdykt w sprawie miłości jest jednocześnie zły i dobry. Złą wiadomością jest to, że miłość obróciła świat w ściek. Dobrą wiadomością jest to, że ludzie nauczyli się kochać zapach g***a". Potraktujmy to jako podsumowanie lat 1989-2016 (za słowo "miłość" możemy ewentualnie podstawić "solidarność"). Heh, przypomina mi się hasło 25. rocznicy wyborów czerwcowych: "Dziękujemy za wolność". Wiecie, jak powinna brzmieć odpowiedź na ten slogan? "Nie ma za co".

Popieram ideę lustracji, ujawnienia byłych agentów UB i SB. Uważam jednak, że trzeba zrealizować jeszcze jedno ambitne przedsięwzięcie, a mianowicie zdemaskować wszystkich wolnomularzy i tajnych współpracowników CIA/NSA (zarówno byłych, jak i obecnych). Wypadałoby także zmusić Wielkiego Brata do odtajnienia wszelkich skrywanych informacji na temat Izaaka Fleischfarba vel Józefa Światły. Mało tego, należałoby się domagać udostępnienia pełnych danych dotyczących Operacji Cyclone, która polegała na finansowaniu mudżahedinów w Afganistanie, "Solidarności" w Polsce i paru innych beneficjentów w różnych zakątkach świata. Z innej beczki: uroczyście oświadczam, że w najbliższym czasie NIE zamierzam popełnić samobójstwa. I nie, nie wybieram się na Kubę. A składam tę deklarację, gdyż naprawdę boję się krwawych jankeskich instytucji odpowiedzialnych za Guantanamo, Abu Ghraib, PRISM, Bluebird, MK-ULTRA i Hugo-Wie-Co-Jeszcze. One są zdolne do wszystkiego, a ja jestem tylko pyłkiem na wietrze. Cóż, nie czuję się wolna we własnej Ojczyźnie. Dlatego nigdy nie świętuję takich dat, jak 4 czerwca czy 31 sierpnia.

N.J. Nowak

PS 1.
Najlepszym dowodem na to, że III Rzeczpospolita to Matrix, jest "fakt medialny", iż Lech Wałęsa przeskoczył ultrawysoki mur (3,5 metra). W Realnym Świecie nie byłby w stanie tego dokonać. W wirtualnej rzeczywistości jest to jednak możliwe. Wystarczy "uwolnić swój umysł", tak jak nauczał Morfeusz. I nie trzeba być żadnym Wybrańcem, którego milicyjne kule się nie imają. Hehehe... A oglądaliście "nowe-stare" nagrania z Magdalenki? Adam Michnik kradnie show! Oscarowa rola! Gość jest bardzo kordialny, chyba zbyt dosłownie potraktował motto filmu "Metropolis" Fritza Langa: "Pośrednikiem między Umysłem a Dłońmi musi być Serce". Czesław Kiszczak mroczny, poważny, elegancki jak Joh Fredersen. Lech Wałęsa prosty, hardy, nieokrzesany jak Grot. Lech Kaczyński zdystansowany, onieśmielony, uduchowiony jak Maria (ta prawdziwa, a nie jej sobowtór, którym może być nieobecny Jarosław). Tylko Michnik... Sprawiający wrażenie zbyt zuchwałej, przerysowanej, wynaturzonej wersji Fredera Fredersena, syna Joha. Po tym wszystkim następuje Gruba Kreska, która pełni taką funkcję, jak w filmie "Metropolis" wielki, wyraźny, wykonany drukowanymi literami napis "KONIEC." (z niepozostawiającą złudzeń kropką). Gdybym miała nadać tym nagraniom jakiś tytuł, brzmiałby on: "Polskie Metropolis. Historia prawdziwa". Zastanawiam się jedynie, kto w tej opowieści odgrywał rolę Rotwanga. Przypomnę, że Rotwang stworzył Fałszywą Marię i pośrednio wywołał rewolucję.

PS 2. Jeśli chodzi o Wałęsę, to niemal cała Polska śpiewa mu dzisiaj piosenkę Kasi Kowalskiej: "Zrzucę ciężar Twych kłamstw powtarzanych co dnia, zacznę wierzyć w to, że żyć bez Ciebie się da". Cieszę się, że można już swobodnie o tych sprawach rozmawiać, bo przestały być wreszcie teorią spiskową. Każdej osobie urodzonej po 1 września 1939 roku, a zwłaszcza po 4 czerwca 1989, dedykuję słowa Morfeusza: "Jesteś niewolnikiem. Jak wszyscy inni urodziłeś/urodziłaś się w kajdanach". Dla mnie jest rzeczą oczywistą, że żadnej Wolnej Polski na świecie nie ma, i to od prawie 77 lat. Z tego właśnie powodu nie traktuję poważnie "rocznic wolności" i nie żywię sentymentu do symboli związanych z hucpą wałęsowsko-kiszczakowską. III RP to połączenie "Matrixa" z "Metropolis". Związek Wałęsy z Kiszczakiem pobłogosławiony przez Michnika. Uważacie, że wytrysnął ze mnie jakiś jad? I bardzo dobrze! Przez osiem lat, odkąd tylko odkryłam ten problem, starałam się być w miarę powściągliwa. Na co czekałam? Na odpowiedni moment. Na chwilę, w której uzyskam stuprocentową pewność, że mam rację i że zostanę zrozumiana. Ta chwila właśnie nadeszła. Precz z antypatriotyczną polityką nastawioną na realizację obcych interesów (choć dziś już nie moskiewskich)! Precz z Brukselą (nasza Ojczyzna ma być państwem, a nie częścią Stanów Zjednoczonych Europy)! Precz z amerykańskim wojskiem (tu jest Polska, a nie Irak)! No, a Wałęsa niech się schowa do mysiej dziury. Przypomnijcie sobie, jak we wrześniu 2013 roku, w wywiadzie dla ITAR-TASS, czyli rosyjskiej agencji prasowej, Wielki Lechu nawoływał do zbudowania jednego mocarstwa polsko-niemieckiego. Wąsaty elektryk powiedział wtedy: "Czas stworzyć Nowy Porządek Świata". Źródło tego cytatu? Artykuł "Nowy pomysł Wałęsy: zjednoczyć Polskę i Niemcy" zamieszczony w serwisie internetowym Polskiego Radia. Ten człowiek nie jest i nigdy nie był propolski. Jeżeli gdańskiemu lotnisku zostanie odebrane imię Lecha Wałęsy, to nadajcie mu nowego patrona - kogoś związanego z lotnictwem, np. Stanisława Skalskiego. Wolę bohatera wojennego od bankruta politycznego.

PS 3. Mam nadzieję, że po ostatniej aferze z "szafą Kiszczaka" nikt już nie będzie mi wmawiać, iż żyję w Wolnej Polsce. Bo nie żyję i nigdy nie żyłam. Dokładnie to samo można powiedzieć o większości obywateli naszego Kraju ("większości" - albowiem nie ma już zbyt wielu ludzi urodzonych 31 sierpnia 1939 roku lub wcześniej). Piszę po raz kolejny, że nigdy, dosłownie nigdy nie świętowałam żadnej z "rocznic wolności". Mogę więc się śmiać z naiwnych, którzy świętowali, a teraz rozpaczają, bo uzmysłowili sobie swój błąd. Niewykluczone zresztą, że w tym roku uroczystości rocznicowe w ogóle się nie odbędą. Dla mnie to żadna strata. Nie płaczę, bo nie mam po czym. Witajcie w Realnym Świecie, w nieśmiertelnym PRL-u! W państwie Bieruta, Ochaba, Gomułki, Gierka, Kani, Jaruzelskiego, Rakowskiego, Wałęsy, Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego, Komorowskiego i Dudy! Jeśli bolą Was oczy, to dlatego, że nigdy ich nie używaliście! Utwór dla osób pogrążonych w szoku poodłączeniowym: Evanescence - "Everybody's Fool". Dopuszczalne tłumaczenia tytułu piosenki: "Każdy jest głupcem" i "Głupiec [należący do] wszystkich" (wyraz "fool" można także rozumieć jako "oszukać"). Jeszcze jedno... Co bym robiła, gdybym żyła w "tamtym" PRL-u? Zapewne to samo, co obecnie. Zachwycałabym się Stanisławem Skalskim, krytykowałabym USA, potępiałabym "żydokomunę" oraz głosiłabym wyższość duetu "Gomułka & Moczar" nad duetem "Wałęsa & Michnik". Sympatyzowałabym ze Zjednoczeniem Patriotycznym "Grunwald". I słuchałabym Filipinek, mojego ulubionego starego girlsbandu.



Skalski mocno masakruje Różańskiego i Smoleńskiego:
https://www.youtube.com/watch?v=Y_ZDO6IRtI8

Sztorm 68 - "Szatański kraj" (wersja z 2015 roku):
https://www.youtube.com/watch?v=V0qptHylzok

Boyd Rice - "Love (Will Change The World)"
https://www.youtube.com/watch?v=9wliqg6eqTU

 

Komentarze (0)
Zastać Polskę ludową, a zostawić narodową

Wprowadzenie

Niniejszy artykuł, odpowiadający na pytanie "Co można było zrobić z Polską po upadku stalinizmu?", jest bezpośrednią kontynuacją tekstu "Nie mów fałszywego świadectwa przeciw Narodowi Polskiemu!". Znajomość tamtej publikacji może być niezbędna do pełnego zrozumienia poniższego felietonu/eseju/czegokolwiek. Kieruję swój przekaz m.in. do obrońców dobrego imienia Polski i Polaków. Moi Drodzy, jeśli zaangażujecie się w dyskusję z antypolskimi paszkwilantami - nadwiślańskimi lub zagranicznymi - prędzej czy później zetkniecie się z opinią, że Wasza działalność to świadome bądź nieświadome odtwarzanie marca 1968 roku. Artykuł, który dla Was przygotowałam, pokrótce wyjaśnia, skąd się wziął ten dziwaczny pogląd. Kim był Mieczysław Moczar, ojciec marca '68? Czy okres gomułkowski (1956-1970) był jedyną okazją, kiedy polscy nacjonaliści mogli zbudować Wielką Polskę Narodową? Ostatecznie, w środowisku moczarowców obracał się Bolesław Piasecki, lider przedwojennego Obozu Narodowo-Radykalnego "Falanga". Może trzeba było "kuć żelazo, póki gorące"? Zapraszam do lektury moich przemyśleń!

Nie, nie popieram komunizmu, bo komunizm to coś takiego, o czym śpiewał John Lennon w piosence "Imagine" ["Wyobraź sobie, że nie ma państw", "Wyobraź sobie, że nie ma własności", "I nie ma też religii". YouTube, watch?v=DVg2EJvvlF8]. Paradoksalnie, narodowy komunizm - gomułkowszczyzna, moczaryzm - jest zaprzeczeniem ideologii komunistycznej. Czesław Miłosz nie bez powodu pisał w swojej poezji: "Niech tutaj będzie wreszcie powiedziane: jest ONR-u spadkobiercą Partia. A poza nimi nic nigdy nie było prócz buntu godnych pogardy jednostek. Któż miecz Chrobrego wydobywał z pleśni? Któż wbijał myślą słupy aż w dno Odry? I któż namiętność uznał narodową za cement wielkich budowli przyszłości?" (Poetariumd.republika.pl/wiersze/cm/tp.html). Przytoczone słowa, będące fragmentem poematu "Traktat poetycki", pochodzą z roku 1957, czyli z epoki "Wiesława" i "Mietka".

N.J. Nowak

PS. Celem niniejszego artykułu nie jest gloryfikowanie Moczara ani Gomułki, tylko pokazanie, że mogliby oni zostać "trampoliną do władzy" dla prawdziwych narodowców. Od kogoś/czegoś trzeba zacząć...



Demony marca

Moją społeczność, tj. obrońców dobrego imienia Polski i Polaków, oskarża się o przywoływanie demonów marca 1968 roku[1]. Postanowiłam więc, że wezmę byka za rogi i sama sprawdzę, co mają na myśli osoby formułujące takie zarzuty. Przesądziło o tym kilka czynników. Po pierwsze: założenie, że tego typu wiedza może mi się przydać w przyszłości, zwłaszcza w polemikach z antypolskimi hochsztaplerami (ludźmi pokroju Grossa, Śpiewaka, Pawlikowskiego, Pasikowskiego, Całej, Holland i Tokarczuk). Po drugie: fakt, że jestem polską nacjonalistką z odchyleniem lewicowo-socjalistycznym. Po trzecie: przekonanie, że każdy przyzwoity Polak - prawicowiec, lewicowiec, centrowiec - ma nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek bronić swojej Ojczyzny przed szkodliwymi insynuacjami. Nawet, jeśli wcześniej oddawał się karygodnym działaniom, tak jak Mieczysław Moczar "Mietek".

Przeprowadziłam maleńkie śledztwo i doszłam do zaskakujących wniosków. Rzeczywiście, w latach '60 XX wieku pewne środowiska zaciekle broniły Polski i Polaków przed pomówieniami o współudział w Holocauście. Dowodem na to może być znakomity film dokumentalny "Sprawiedliwi" w reżyserii Janusza Kidawy. Dzieło, wyprodukowane w roku 1968, jest dostępne w serwisie YouTube [watch?v=eFSh_J6gLMU, watch?v=46h2SQ31SvE, watch?v=-846ONJCVo0]. Nie sądzę jednak, żeby ktokolwiek z nas, pogromców antypolonizmu, nawiązywał do tamtej epoki świadomie. Poza tym, trzeba zdać sobie sprawę z faktu, że mityczny marzec '68 był zajściem wielowymiarowym, kulminacją wielu różnorodnych zjawisk. Jeśli mamy z nim coś wspólnego, to tylko w pozytywnym aspekcie. Mówię tutaj o śmiałym wyrażaniu niezgody na polonofobiczne oszczerstwa.

Twierdzenie, że jesteśmy wskrzesicielami marca 1968 roku (w domyśle: całej plątaniny wydarzeń), to absurd i nadużycie. Jak możemy być jednocześnie piewcami Sprawiedliwych i nieprzyjaciółmi Żydów, bananową młodzieżą i aktywem robotniczym, natolińczykami i puławianami, "partyzantami" i "komandosami"? Z punktu widzenia logiki klasycznej, taka sytuacja jest po prostu niewykonalna. Czy nasi oskarżyciele posługują się logiką kwantową? Kot Schroedingera może być martwy i żywy w tym samym czasie... To, że sprzeciwiamy się pomówieniom, tak jak w latach '60, nie oznacza, iż identyfikujemy się ze wszystkimi aspektami wypadków marcowych. Posądzanie nas o odtwarzanie marca '68, czyli całego skomplikowanego fenomenu, to bezczelna manipulacja. Celem tego zabiegu jest skojarzenie nas z jednym z wątków ówczesnej awantury, a mianowicie z kampanią antyżydowską. Faktycznie, istniał wtedy taki wątek, ale większość z nas nie byłaby skłonna się pod nim podpisać.

Kreowanie obrońców prawdy na ludzi opętanych demonami marca 1968 roku? Zaiste, sprytne posunięcie! Szkoda tylko, że bazuje ono na błędnym przeświadczeniu o naszej ignorancji historycznej. Co jest sednem tego fortelu? Zakamuflowana sugestia, że skoro jesteśmy w stanie powtórzyć ówczesną akcję odkłamywania polskiej historii, to bylibyśmy również w stanie powtórzyć inne akcje z tamtego okresu, np. antyżydowską czystkę w instytucjach publicznych (która objęła nie tylko działaczy partyjnych, ale także zwykłych obywateli, choćby profesorów wyższych uczelni). Założenie takie, pozornie sprawiające wrażenie poprawnego rozumowania, jest zupełnie bezpodstawne. Mimo to, nasi przeciwnicy chętnie je wykorzystują, żeby zrobić z nas antysemitów, czyli ośmieszyć, zdyskredytować i wykluczyć z dalszej dyskusji. Nie dajmy się złapać na ten haczyk. Walka z antypolonizmem i kampania antysemicka to dwa różne wątki wypadków marcowych. Ktoś, kto ma coś wspólnego z jednym wątkiem, może nie mieć nic wspólnego z drugim. "A" nie musi implikować "B".


Od ubeka do quasi-narodowca

Dyskutując o marcu '68, trudno pominąć głównego bohatera tamtych wydarzeń, jakim był gen. dyw. Mieczysław Moczar "Mietek" vel Mykoła/Mikołaj/Nikołaj Demko/Diomko (urodzony w Boże Narodzenie 1913 roku, zmarły w dniu Wszystkich Świętych 1986 roku). Ten nietypowy aparatczyk Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, choć niemogący się poszczycić nieskazitelną biografią, zasługuje na uwagę każdego polskiego patrioty i nacjonalisty. Moczar przyszedł na świat w Łodzi jako człowiek o podwójnie słowiańskich korzeniach. Miał pochodzenie polsko-ukraińskie lub polsko-białoruskie. Formalne wykształcenie, jakie zdobył w ciągu całego życia, raczej nie powala na kolana. Ukończona szkoła powszechna i trzyletnie kursy zawodowe to dość mało, jak na XX-wiecznego polityka. Przed wybuchem II wojny światowej Mykoła Demko był archetypowym komunistą: robotnikiem fabrycznym i działaczem Komunistycznej Partii Polski. Prawdziwie skandaliczna była jego działalność podczas wojny i w pierwszych latach powojennych. Ten haniebny, odstraszający fragment jego życiorysu został pokrótce opisany w IPN-owskiej publikacji "Twarze łódzkiej bezpieki" (Ipn.gov.pl/__data/assets/pdf_file/0020/54047/1-13753.pdf). Dowiadujemy się z niej, że Diomko dowodził oddziałami GL i AL. W latach 1945-1948 kierował zaś Wojewódzkim Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi.

Mieczysław Moczar, jako dowódca partyzancki Armii Ludowej, był też w pośredni sposób dowódcą partyzanckim Armii Krajowej. Jak to możliwe? Otóż 14 maja 1944 r. Mykoła Demko stanął na czele koalicji AL-AK-BCh-Sowieci, która pod lubelską wioską Rąblów stoczyła nierówną walkę z Niemcami. Polacy i Rosjanie, choć mniej liczni i słabiej uzbrojeni, zadali wówczas nazistom ogromne straty. Niestety, w okresie stalinizmu Mikołaj Diomko okazał się prześladowcą AK-owców i NSZ-owców, równie okrutnym i niesprawiedliwym, jak jego koledzy z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Liczni Żołnierze Wyklęci, którzy trafili w ręce Moczara, zostali poddani torturom i/lub straceni[2]. Mykoła Demko zakończył swoją ubecką karierę w roku 1948, kiedy to uznano go za stronnika Władysława Gomułki "Wiesława", kłopotliwego komunisty oskarżanego o "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne". Jakby tego było mało, zarzucono Diomce, że jest człowiekiem o nastawieniu antysemickim i antysowieckim (to drugie brzmi intrygująco, zwłaszcza w kontekście faktu, że wcześniej "Mietek" prowadził działalność szpiegowską na rzecz ZSRR). Po roku 1956, czyli po objęciu władzy przez Gomułkę, Mieczysław Moczar rozpoczął nowe życie jako wiceminister, a później minister spraw wewnętrznych. Od lat '60 zarządzał organizacją kombatancką ZBoWiD (Związek Bojowników o Wolność i Demokrację).

W tej nowej, bardziej liberalnej i patriotycznej epoce, Mykoła Demko przypomniał sobie o swoich związkach z Armią Krajową. Być może pożałował krzywd, jakie wyrządził AK-owcom, bo "zrobił bardzo wiele dla rehabilitacji żołnierzy Armii Krajowej w życiu publicznym Polski Ludowej, doprowadził do przyznania im pełnoprawnego obywatelstwa tego kraju". Słowa, które zacytowałam, pochodzą z audycji radiowej "'Nieznane o znanych' - gawęda prof. Pawła Wieczorkiewicza (15.01.2007)". Link do podcastu znajduje się w multimedialnej publikacji "Dlaczego kat AK nie został I sekretarzem?" (PolskieRadio.pl/39/156/Artykul/742719,Dlaczego-kat-AK-nie-zostal-I-sekretarzem). Mikołaj Diomko zrewidował swoje poglądy do tego stopnia, że dostrzegł i docenił nawet patriotyzm Narodowych Sił Zbrojnych. Problem w tym, że było jeszcze za wcześnie, aby inni komuniści przyznali mu rację. Moczar, mimo starań, nie zdołał niczego wywalczyć dla weteranów-endeków. Żeby nie być gołosłowną, przytoczę sformułowanie użyte przez prof. Pawła Wieczorkiewicza: "Człowiek, który strzelał się z żołnierzami Narodowych Sił Zbrojnych i występował, co się nie udało tym razem, za uznaniem NSZ-owców za kombatantów". Na starość byłemu ubekowi zupełnie zmiękło serce, gdyż usiłował on powstrzymać "wszystkie represje wobec Solidarności" (źródło: Wieczorkiewicz).

Czy zmiana spojrzenia Mykoły Demki na Narodowe Siły Zbrojne była całkowita? Dr Dariusz Małyszek, autor tekstu "Narodowe Siły Zbrojne w PRL i na emigracji w latach 19451989 w świetle historiografii, publicystyki, literatury oraz filmu" (Ipn.gov.pl/__data/assets/pdf_file/0007/48688/1-18453.pdf) sugeruje, że nie do końca. Według tego badacza, towarzysz Diomko miał dość dwuznaczny stosunek do NSZ (logika kwantowa?). Nie udało mu się w pełni odrzucić poststalinowskich stereotypów obowiązujących w PRL. Podobnie jak większość ówczesnych decydentów, wierzył on w propagandę marksistowskich pseudohistoryków, która głosiła, że NSZ-owcy masowo dopuszczali się kolaboracji z hitlerowcami. Fenomenalne było jednak to, że "Mietek" nie potępiał w czambuł wszystkich żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. Przeciwnie, stał na stanowisku, że w ich gronie jest "wielu uczciwych ludzi" (Małyszek cytuje słowa Moczara za Krzysztofem Komorowskim, twórcą książki "Polityka i walka. Konspiracja zbrojna ruchu narodowego 19391945"). Mikołaj Diomko ewidentnie był człowiekiem myślącym, ale niewykraczającym zbytnio poza swoją epokę. Można go porównać do pierwszych nowożytnych wolnomyślicieli, którzy bardzo nieśmiało i w obrębie religii chrześcijańskiej podważali niektóre tezy Kościoła rzymskokatolickiego. Jak na tamte czasy była to rewolucja.


Narodowi komuniści

Mieczysław Moczar miał - że się tak wyrażę - olbrzymie parcie na władzę. Pisze o tym prof. Jerzy Eisler w książce "Zarys dziejów politycznych Polski 1944-1989" (Polska Oficyna Wydawnicza "BGW", Warszawa 1992). Zdaniem autora, pod rządami interesującego nas polityka "MSW wzorem MBP (...) zaczynało się wymykać spod kontroli PZPR i powoli przekształcać w samoistną siłę polityczną". Mykoła Demko poświęcał dużo czasu i energii na szukanie sobie zwolenników, znanych dzisiaj jako frakcja "partyzantów". Podstawowym zapleczem politycznym "Mietka" miał być ZBoWiD. "Jednocześnie Moczar (...) stale dbał o rozszerzanie i umacnianie swoich wpływów wśród dziennikarzy, pisarzy, ludzi kultury i nauki. (...) Wspólnie z Korczyńskim zaczęli też skupiać wokół siebie młodych działaczy partyjnych, zwłaszcza o orientacji nacjonalistycznej" - podaje Eisler. Z dalszej części książki "Zarys dziejów..." dowiadujemy się, że "partyzanci" uparcie powtarzali, iż Władysław Gomułka powinien "ustąpić miejsca komuś młodszemu, energiczniejszemu, bardziej zdecydowanemu". Oczywiście, mieli na myśli Diomkę. I chyba naprawdę widzieli w nim przyszłego wodza, bo mówili o nim po prostu "Generał". Jerzy Eisler opisuje specyfikę moczarowców, cytując słowa Jerzego Holzera. Podobno reprezentowali oni "swoisty etos kombatancki niewolny od nacjonalizmu. Kierował się on przeciw Niemcom i Ukraińcom (...), przeciw Żydom (...), ale w bardziej zakamuflowany sposób także przeciwko Rosjanom".

Eisler charakteryzuje ideologię "partyzantów" również własnymi słowami. Informuje, że uchodzili oni za "narodowych komunistów". I wyjaśnia: "Na swoistą ideologię tej grupy w pierwszej kolejności składały się: skłaniający się w stronę szowinizmu nacjonalizm, antysemityzm, silny syndrom autorytarny, antyinteligenckość i swoisty kult siły". Podobnie postrzega moczarowców Adam Michnik, który w 2010 roku stwierdził: "Ten nurt posługiwał się językiem germanofobii i ukrainofobii, jawnym antysemityzmem i ukrytym antysowietyzmem. Był to wariant komunizmu nacjonalistycznego, skrajnie policyjnego i represyjnego wobec tendencji demokratycznych" (Wyborcza.pl/1,76842,7582414,Rezygnacja_z_czlowieczenstwa.html). Mykoła Demko sprzeciwiał się pomawianiu Polaków o współudział w Holocauście. Świadczy o tym jedna z jego wypowiedzi radiowych: "Agresji Izraela na kraje arabskie towarzyszy antypolska kampania prowadzona w świecie przez międzynarodowy syjonizm. Tej wrogiej, antypolskiej działalności jesteśmy zobowiązani przeciwstawić się, wykorzystując takie środki, jak prasa, radio, telewizja, publikacje, film dokumentalny oraz żywe słowo. Nie mamy powodu, ale zmuszeni jesteśmy bronić się przed oszczerczymi zarzutami" ["Mieczysław Moczar o syjonizmie", YouTube, watch?v=jc4qM5L8fk4]. Skąd wiem, że chodzi tutaj o kontrowersje wokół Zagłady? Stąd, że wypowiedź Mikołaja Diomki doskonale koresponduje z filmem "Sprawiedliwi" Janusza Kidawy.

Rzeczona produkcja jest perłą polskiej dokumentalistyki. Dziełem, które pokazuje, jak liczne były formy pomocy niesionej Żydom przez Polaków podczas II wojny światowej. W filmie dopuszczono do głosu przedstawicieli rozmaitych środowisk społecznych, w tym kombatantów Armii Krajowej. Zwrócono też uwagę na to, że w akcję ratowania Żydów włączali się ludzie o najróżniejszych światopoglądach. "Nawet te odłamy polityczne, którym zawsze dodawano przymiotnik, że są antysemickie. W dużej mierze myślę o ruchu narodowym i myślę o postaci Mosdorfa, który był jednym z przywódców ruchu narodowego przed wojną. Mosdorfa, którego Niemcy rozstrzelali za pomoc udzielaną Żydom" - mówi jeden z bohaterów produkcji, weteran komunistycznej GL. Film Kidawy zawiera subtelne ukłony w stronę ZBoWiD-owców i frakcji "partyzantów" ("Dziś kontradmirał, wtedy dowódca zgrupowania partyzanckiego", "Te sprawy są też często tematem partyzanckich wspomnień"). No dobrze, ale kim był przywołany wcześniej Jan Mosdorf? Otóż był on głównym ideologiem Obozu Narodowo-Radykalnego "ABC". W II Rzeczypospolitej uchodził za wroga Żydów, lecz podczas wojny trafił do KL Auschwitz, gdzie zapłacił najwyższą cenę za pomaganie żydowskim współwięźniom. Okej, wiemy już, jaki los spotkał lidera ONR "ABC". A co się stało z przywódcą ONR "Falangi", Bolesławem Piaseckim? Odpowiedź na to pytanie może brzmieć szokująco. Tak się bowiem składa, że Piasecki dołączył do grona "partyzantów". Poparł opcję moczarowską.


Moczar - krytyka i obrona

Bardzo się cieszę, że Mieczysław Moczar "Mietek", skądinąd niegdysiejszy ubek, poszedł po rozum do głowy i zaczął robić coś korzystnego dla Polski. Raduje mnie świadomość, że jego dążenie do odkłamania polsko-żydowskiej historii szło w parze z walką o godne upamiętnienie Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych. Jak na byłego kata Żołnierzy Wyklętych było to ogromne osiągnięcie. Nie popieram antysemickiej nagonki uskutecznianej przez Moczara pod koniec lat '60 XX wieku. Negatywnie oceniam również brutalne potraktowanie studentów protestujących przeciwko PRL-owskiej cenzurze. Podoba mi się jednak to, że Mykoła Demko i jego poplecznicy wzorowo zareagowali na polakożercze kalumnie rozpowszechniane poza granicami Polski. W przypadku Diomki wyglądało to tak, jakby znalazł on wreszcie pożyteczny sposób na zagospodarowanie swojego wrodzonego radykalizmu. Przychodzi mi tutaj na myśl zresocjalizowany kryminalista, który wykrzesuje z siebie resztki dawnej agresji, żeby stanąć w obronie napastowanego dziecka. Uważam, że trzeba znać postać Mieczysława Moczara, bez względu na to, jaki się ma stosunek do powojennej historii Europy Środkowo-Wschodniej.

Mykoła Demko niewątpliwie miał krew na rękach, ale w sugestii, że zwalczał antypolską propagandę, jest sporo prawdy. Powinniśmy to docenić, zwłaszcza w kontekście jego wcześniejszej działalności. Trudno nie przyznać racji prof. Pawłowi Wieczorkiewiczowi, który powiedział w Polskim Radiu, że postać Mieczysława Moczara "nie poddaje się zupełnie jednoznacznym ocenom". Warto też przypomnieć stary, dobry truizm Aureliusza Augustyna z Hippony: "Błądzenie jest rzeczą ludzką, ale dobrowolne trwanie w błędzie jest rzeczą diabelską". Póki co, historia świadczy na korzyść Polaków, a nie polakożerców. I nie może być inaczej, bo przeszłość jest tylko jedna (mówię o naszej rzeczywistości, a nie o świecie kwantowym zamieszkiwanym przez istoty grossopodobne. Bożena Keff, Helena Datner i Elżbieta Janicka w swoim liście otwartym do Komitetu Budowy Pomnika Sprawiedliwych przy Muzeum Historii Żydów Polskich pisały, że we współczesnym dyskursie funkcjonują dwie narracje historyczne dotyczące czasów okołowojennych: "polska" i "żydowska". Z wypowiedzi autorek wynika, że są to narracje przeciwstawne, ale współwystępujące. Co na to prof. Stephen Hawking? Czyżbyśmy mieli dwie przeszłości i teraźniejszości?).


Historia alternatywna

Jak wyobrażam sobie PRL pod rządami Mieczysława Moczara "Mietka"? Moja wizja jest dość mglista. Bardzo możliwe, że Polska pozostałaby - przynajmniej chwilowo - w strefie wpływów ZSRR, ale na pewno nie uległaby przekształceniu w kondominium radziecko-zachodnie (a coś takiego stworzył Edward Gierek, następca Władysława Gomułki. Należy to uznać za akt sprzedawczykostwa. Polska już wcześniej była państwem o ograniczonej suwerenności, ale z winy Gierka stała się podmiotem jeszcze bardziej zależnym od obcych mocarstw. Po co to wszystko? W imię krótkotrwałego i wątpliwego luksusu! Obrzydliwe, niegodne męża stanu!). Mieczysław Moczar nie podpisałby żadnego cyrografu umożliwiającego kolonizację Polski przez zagraniczne korporacje. Przeciwnie: dbałby o to, co można by nazwać "czystością kapitału", tzn. o gospodarkę narodową utrzymującą się w rękach polskich. Głównie państwowych, w mniejszym stopniu prywatnych. Mykoła Demko raczej nie pozostawiłby po sobie niebotycznego długu publicznego. Dlaczego? Bo nie zaciągnąłby zbędnych kredytów na Zachodzie. Pod rządami Moczara życie obywateli byłoby skromne, ale stabilne i bezpieczne. Nirwana: brak niezaspokojonych potrzeb, brak niepotrzebnych pragnień.

Jeśli chodzi o prawa człowieka, to najbardziej aktywni opozycjoniści nie mogliby liczyć na stabilność i bezpieczeństwo. Czarno... a raczej czerwono widzę humanitaryzm w kraju rządzonym przez byłego stalinowskiego oprawcę. Im większa władza, tym głębsza demoralizacja, więc naprawdę mogłoby wrócić wybijanie zębów, łamanie kości i wyrywanie paznokci. Diomko był okrutny, nie różnił się zbytnio od Fejgina, Różańskiego i Romkowskiego. A przecież każdy z tych trzech zwyrodnialców otrzymał za swoje niegodziwości wyrok kilkunastu lat więzienia. Zanim zaczniemy gloryfikować Moczara, pomyślmy o ludziach mdlejących z bólu, ociekających krwią, poniżonych i roztrzęsionych. Potem spróbujmy - oczywiście, w wyobraźni - spojrzeć im w oczy. Następnie przyjmijmy do wiadomości, że te cierpiące ofiary to Polscy Bohaterowie. Ile osób płakało, krzyczało, umierało z winy "Mietka"? Gdzie on miał sumienie? Czy nie był zdolny do współczucia? Torturowanie ludzkich istot to rzecz przerażająca, może nawet gorsza od zabijania. Jednocześnie jest to działalność degradująca dla samego sprawcy. Wątpię, czy osobnik, który praktykował takie okropieństwa, zdołał się uchronić przed zwichrowaniem psychiki.

Wracając jeszcze do ekonomii: myślę, że pod panowaniem Moczara nie zyskalibyśmy chwilowego dobrobytu, ale dzięki temu uniknęlibyśmy poważnego kryzysu w przyszłości. Lepsze drobne wyrzeczenie niż surowa kara za rozrzutność. Mądrzy ludzie mawiają, że chciwy traci dwa razy. Nie otrzymuje tego, na czym mu zależało, lecz musi się pożegnać z tym, co posiadał wcześniej. Szkoda, że obywatel Edłord o tym zapomniał. Podobno jego długi spłaciliśmy dopiero w roku 2012. Kolejna sprawa... Gdyby Mykoła Demko żył we współczesnych czasach i był premierem RP, sprzeciwiałby się przyjęciu przez Polskę tysięcy imigrantów z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. W czasach PRL cudzoziemców mógłby nam wcisnąć Związek Radziecki, który nie mówiłby o "solidarności", tylko o "nienaruszaniu jedności obozu socjalistycznego". Myślę, że w takiej sytuacji towarzysz Diomko zarządziłby monitorowanie przybyszów pod kątem ewentualnego islamizmu (nie mylić z islamem). To zaś ograniczyłoby ryzyko ataków terrorystycznych i pomogłoby odróżnić dżihadystów od pokojowo nastawionych uchodźców. Gdyby imigranci zaczęli sprawiać problemy, np. krzewić hasła ISIS, Mieczysław Moczar natychmiast deportowałby ich z Polski.

A teraz kwestia najistotniejsza. Pod rządami "Mietka" nikt nie ośmieliłby się powiedzieć: "Polacy, którzy zasłużenie są dumni z oporu ich społeczeństwa wobec nazistów, faktycznie zabili w czasie wojny więcej Żydów niż Niemców" (Jan Tomasz Gross), "Trzeba będzie stanąć z własną historią twarzą w twarz i spróbować napisać ją trochę od nowa, nie ukrywając tych wszystkich strasznych rzeczy, które robiliśmy, jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów" (Olga Tokarczuk) albo "W pewnym sensie za śmierć wszystkich - 3 milionów. Bo ludzie ci zostali skoncentrowani w gettach, wywiezieni do obozów i wymordowani przy bierności polskich sąsiadów. A jak uciekali, byli wyłapywani przez chłopów" (Alina Cała). Gdyby jakimś cudem takie rewelacje zdarzyły się na terenie PRL, służby specjalne miałyby obowiązek nie dopuścić do ich przeniknięcia za granicę, zwłaszcza na Zachód. Mówię, jak by było. Kto wie?... Może nawet doczekalibyśmy się mody na Żołnierzy Wyklętych? Jeżeli to prawda, że Mikołaj Diomko angażował się w działania na rzecz rehabilitacji weteranów Armii Krajowej, a nawet bezskutecznie upominał o prawa kombatanckie dla NSZ-owców, to wszystko jest możliwe.


PRL + ChRL = WNM

Oczywiście, tak radykalny zwrot akcji mógłby nastąpić dopiero po pewnym czasie. Niewykluczone, że do jego zaistnienia potrzebna byłaby wymiana pokoleniowa w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, tzn. dojście do głosu młodych ludzi niesplamionych zbrodniami wojennymi ani stalinowskimi. Możliwe, że nastąpiłoby to dopiero w trzecim pokoleniu "partyzantów", czyli moczarowskiej frakcji PZPR. Uważacie, że taka zmiana nie mogłaby mieć miejsca? A dlaczego nie? Chiny - niegdyś nędzne, maoistowskie, odcięte od świata - poszły w kierunku państwowego kapitalizmu i stały się zupełnie innym krajem. Mimo to, nadal noszą nazwę Chińskiej Republiki Ludowej, a ich władze wciąż posługują się szyldem Chińskiej Partii Komunistycznej. Dla chcącego nic trudnego. Swoją drogą, ciekawie by było, gdyby nad reformami gospodarczymi w Polsce czuwali chińscy mędrcy, a nie Leszek Balcerowicz!

Śmiem twierdzić, że po roku 1978, czyli po upadku maoizmu, powinniśmy byli odsunąć się od ZSRR i nawiązać współpracę z ChRL. Czy Chińczykom przeszkadzałby nasz sentyment do Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych? Nie, bo dlaczego? No, dlaczego Chińczykom miałaby przeszkadzać nasza sympatia do AK-owców i NSZ-owców?! Zaszłości historyczne nie wchodzą tutaj w grę, albowiem nigdy nie było żadnego konfliktu między Żołnierzami Wyklętymi a dalekowschodnimi komunistami. Poza tym, w latach '70 Państwo Środka miało na pieńku ze Związkiem Radzieckim. Co się tyczy ideologii, azjatycki komunizm zawsze był bardziej nacjonalistyczny od europejskiego i eurazjatyckiego. A postkomunistyczny dengizm - doktryna stworzona przez Denga Xiaopinga, orientalnego odpowiednika Władysława Gomułki - to już całkowicie patriotyczna sprawa. Niepodległość ojczyzny i tożsamość narodowa są tam wartościami samymi w sobie. Szkoda, że nasi politycy nie są dengistami (chociaż Andrzejowi Dudzie coś zaczyna świtać w głowie).

Nie mam wątpliwości co do tego, że na sojuszu z Chińską Republiką Ludową wyszlibyśmy bardzo dobrze. Jak wynika z najnowszych obliczeń, Chiny mają ogromną szansę zostać światowym hegemonem. "Chińska gospodarka prześcignie amerykańską już w 2026 r. i z biegiem lat będzie ją coraz bardziej zostawiać w tyle. Indie rozwijając się w średnim tempie 5 proc. rocznie osiągną w 2050 r. 90 proc. potencjału USA. (...) Według prognoz do 2050 r. z pierwszej dziesiątki największych gospodarek świata wypadną Włochy i Rosja. Na ich miejsce wejdą Indonezja i Meksyk. Na znaczeniu tracić będą państwa zachodnioeuropejskie (Niemcy, Wielka Brytania i Francja) a także Japonia. W gospodarce światowej coraz wyraźniejsza będzie dominacja państw azjatyckich, które w połowie XXI w. będą odpowiadać za 53 proc. światowego PKB, podczas gdy obecnie jest to ledwie 32 proc." - donosi Jan Bolanowski, redaktor portalu Money.pl, w artykule opublikowanym 26 czerwca 2015 roku (Money.pl/gospodarka/raporty/artykul/swiat-w-2050-r--chiny-najwieksza-gospodarka,71,0,1840199.html).

Teraz słówko o czasach współczesnych. Zaprzyjaźniając się z Chińczykami, nie zapominajmy o słowiańskich korzeniach Polski i o naszym genetycznym pokrewieństwie z Węgrami. Przyjmijmy również do wiadomości, że ślady wielkiej wędrówki Słowian prowadzą w kierunku Rosji, Indii, Persji i Azji Środkowej, aczkolwiek są też teorie, które głoszą, że Słowianie pochodzą z Polski, Ukrainy, Bałkanów lub ziem bałtyckich[3]. Budujmy więc pozytywne relacje z Republiką Indii, Islamską Republiką Iranu, krajami Europy Wschodniej, Środkowo-Wschodniej, Południowo-Wschodniej oraz Azji Środkowej. No dobra, z niektórych państw możemy zrezygnować ze względu na obawę przed islamizmem i banderyzmem. Ale trzymajmy się Wschodu, bo prognozy dla Zachodu (ekonomiczne, demograficzne, społeczne i kulturowe) nie są zbyt zachęcające. Chyba że chcemy zgnić razem z Okcydentem. Wtedy spoko. Gnijmy, kiśnijmy i kwaśniejmy. Czyńmy to przy dźwiękach utworu "Death of the West" - "Śmierć Zachodu" brytyjskiego zespołu Death in June [YouTube, watch?v=JDBSEmTXJNs].


Antysyjonizm czy antysemityzm?

Jak już napisałam, nie popieram represjonowania ludzi za pochodzenie etniczne. Zdaje się, że Mieczysław Moczar był nie tylko antysyjonistą, ale również antysemitą. Skoro tak, to zdecydowanie potępiam jego uprzedzenie wobec Żydów. Podpisuję się pod słowami Władysława Gomułki: "Partia nasza przeciwstawia się z całą stanowczością wszelkim zjawiskom, które noszą cechy antysemityzmu. Syjonizm zwalczamy jako program polityczny, jako nacjonalizm żydowski, i to jest słuszne. Nie ma to nic wspólnego z antysemityzmem. Antysemityzm ma miejsce wówczas, jeśli ktoś występuje przeciwko Żydom dlatego, że są Żydami" [zobacz: "Władysław Gomułka - Antysyjonizm", YouTube, watch?v=livaHrj2kg4]. Każdy prawy człowiek, niezależnie od narodowości, wyznania czy koloru skóry, zasługuje na godne traktowanie. Gdybym żyła w roku 1968 i spotkała kogoś prześladowanego wyłącznie za żydowskość, na pewno stanęłabym w jego obronie. Nie ma usprawiedliwienia dla rasizmu, szowinizmu, etnocentryzmu ani ksenofobii. Antysemityzm jest takim samym złem jak antypolonizm.

Natomiast antysyjonizm - rozumiany jako przeciwstawianie się pewnej doktrynie, zwłaszcza w jej aspektach zagrażających polskiej racji stanu - to zupełnie inna bajka. Syjonizm jest rodzajem nacjonalizmu, a tak się składa, że w Polsce tylko polski nacjonalizm może być zgodny z interesem państwa i społeczeństwa. Do innych nacjonalizmów (np. żydowskiego, ukraińskiego, białoruskiego, rosyjskiego, niemieckiego, no i śląskiego, jeśli uznamy Ślązaków za odrębny naród) należy podchodzić z dużą ostrożnością. Powyższe refleksje można również odnieść do islamu i islamizmu. Pierwszy z tych fenomenów jest religią monoteistyczną, drugi - niebezpieczną ideologią. Szanuję islam, odrzucam islamizm. Nie boję się muzułmanów, boję się dżihadystów. Pamiętajmy: nie każdy Żyd jest syjonistą, tak jak nie każdy Polak jest sympatykiem Młodzieży Wszechpolskiej (czy Wiktor Natanson, kombatant NSZ, to syjonista? W żadnym wypadku!). Nie każdy wyznawca islamu jest islamistą, tak jak nie każdy Francuz jest wyborcą Frontu Narodowego (czy Haifa Wehbe, Malala Yousafzai i Ameerah al-Taweel to islamistki? Ani trochę!). Bądźmy roztropni, rozróżniajmy zjawiska.


Bez przebaczenia

Gwoli jasności. Ktoś, kto zjadł obiad w restauracji, musi zapłacić rachunek, bez względu na wymówki. Tak samo jest z popełnionymi bestialstwami. Każda osoba, która dopuściła się zbrodni, musi za nią zapłacić, czy jej się to podoba, czy nie. Pewne uniwersalne zasady powinny obowiązywać. Nad czym tutaj debatować? Samo nawrócenie, rzecz subiektywna i abstrakcyjna, to trochę za mało. Potrzeba konkretnej - obiektywnej, zewnętrznej, arbitralnej - kary. Niestety, Mikołaj Diomko uniknął odpowiedzialności za swoje barbarzyństwa z lat 1945-1948. I to było złe, nawet pomimo faktu, że miał on również jasne karty w swoim życiorysie. Żaden bandyta nie może pozostawać bezkarny. Dotyczy to także tego delikwenta, który po pewnym czasie zmienił swoje podejście do życia.

Druga szansa - TAK, ale nie wolno jej utożsamiać z ominięciem wymiaru sprawiedliwości. Nie ma równych i równiejszych. Wszyscy podlegają takim samym zasadom. Tym, co przemawia na niekorzyść "Mietka", jest ciężar gatunkowy i nieodwracalność jego przewinień (znaczenia i wartości jego ofiar, Żołnierzy Wyklętych, nawet nie trzeba tłumaczyć. Polskim Bohaterom należy się szczególny szacunek, co nie zmienia faktu, że wszyscy prawi ludzie zasługują na ochronę przed śmiercią, cierpieniem, upokorzeniem i niesprawiedliwością). Zabójcą i sprawcą tortur jest się do końca życia. Można to porównać do śladów krwi na ciele Balladyny i Lady Makbet. Żadna z tych postaci literackich nie zdołała się pozbyć wstydliwego piętna, chociaż żyła jeszcze długo po popełnieniu czynu, który owym piętnem zaowocował. Niektórych błędów nie można wybaczyć ani zapomnieć.

Mieczysław Moczar był komunistycznym zbrodniarzem. Ale po roku 1956 przyjął postawę korzystną dla naszej Ojczyzny (walka z syjonizmem i antypolonizmem, ukryta nienawiść do ZSRR, popieranie rehabilitacji działaczy Polskiego Państwa Podziemnego). Mykoła Demko, choć mocno zhańbiony i skompromitowany, pozytywnie wyróżniał się na tle innych pezetpeerowców. A na tle pozostałych ubeków był wręcz ewenementem. Większość funkcjonariuszy bezpieki nigdy się nie opamiętała. On się opamiętał. Nazywanie Diomki "patriotą" byłoby przesadą i obrazą dla prawdziwych patriotów, takich jak jego ofiary, np. Stanisław Sojczyński "Warszyc" (żołnierz WP, SZP, ZWZ, AK i KWP odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari). Myślę, że powinniśmy pozostać przy sformułowaniu "komunista z odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym". Jest ono adekwatne i wystarczające. Można też używać stworzonego przeze mnie żartobliwego określenia "przyczajony komunista, ukryty narodowiec".


STOP przesadyzmowi!

Rozmawiając o ofiarach Moczara, warto uwzględniać osoby pokrzywdzone wskutek kampanii antysyjonistycznej, która przerodziła się w kampanię antysemicką. Nie ma nic złego w przeciwstawianiu się syjonizmowi, tym bardziej, że wielu stalinowskich prominentów - zdrajców, sadystów i morderców - faktycznie miało związki z ruchem syjonistycznym. Chodzi tylko o to, żeby niechęć do określonej ideologii nie prowadziła do dyskryminacji grupy etnicznej czy religijnej kojarzonej z tą ideologią. Wszystkie rasy, narodowości, wyznania i kultury są równe, ale nie wszystkie doktryny są pożyteczne dla Polski. Obce nacjonalizmy, imperializmy, ekstremizmy i fundamentalizmy z definicji nie mogą przynosić nam korzyści, dlatego trzeba być wobec nich czujnym. Do zagrożeń, których nie wolno lekceważyć, należą m.in. syjonizm, islamizm i banderyzm. Uważajmy, komu udzielamy wsparcia/poparcia, np. w związku z konfliktami w Syrii i na Ukrainie.

Towarzysz "Mietek" przekroczył pewną granicę. Swoim nadmiernym radykalizmem i skłonnością do uogólnień skrzywdził wielu ludzi, którzy nie byli ani syjonistami, ani stalinowcami. Było to podłe, bulwersujące, nieetyczne, godne jednoznacznego potępienia. Ale on chyba nie potrafił inaczej (miał źle ukształtowany charakter). Jeśli bycie dobrym człowiekiem i wzorowym Polakiem jest talentem, to on był tego talentu zwyczajnie pozbawiony. Wprawdzie starał się nauczyć człowieczeństwa i polskości, jednak skutki jego starań pozostawiały wiele do życzenia. Mikołaj Diomko chciał zwalczać syjonizm w partii i bezpiece, lecz całe jego przedsięwzięcie zamieniło się w polowanie na czarownice. Wiadomo, że oprócz prawdziwych czarownic zawsze wpadną w sieć niewinne "owieczki". Czy płynie z tego jakiś morał? Chyba tylko taki, że przesadna generalizacja przynosi więcej szkody niż pożytku. Zanim podejmiemy jakąś drastyczną decyzję, upewnijmy się, z kim/czym tak naprawdę mamy do czynienia. Amerykańscy żołnierze w Iraku zapomnieli o tej zasadzie i zbombardowali własnych kompanów (Fakty.interia.pl/swiat/news-omylkowe-bombardowanie,nId,794137).


Wielka Polska

Mimo wszystko, życie i poglądy Mieczysława Moczara zachęcają polskiego nacjonalistę do zadawania sobie pytań typu "Co by było, gdyby...?". Możecie mnie znienawidzić za te słowa, ale ośmielam się mniemać, że lata '60 były jedynym momentem w naszej powojennej historii, kiedy byliśmy bliscy zbudowania Wielkiej Polski Narodowej. Na pewno nie byliśmy bliżsi tego celu w latach '80 i '90 (a co z latami '70? O choróbka! Edłord Dżirek to jakieś nieporozumienie! Z jednej strony - przyzwolenie na to, żeby Polska stała się kolonią i zakładnikiem Zachodu. Z drugiej - chęć dopisania do konstytucji PRL artykułu o wieczystym sojuszu z ZSRR. Do tego kolosalny dług publiczny i słodkie obietnice bez pokrycia. Takiego zachowania nie powstydziłaby się pewna współczesna partia polityczna. Dlaczego akurat Edłord musiał wygrać wyścig o fotel I sekretarza KC PZPR? Zaiste, byli kandydaci lepsi od niego!). Jeszcze jedna uwaga, naprawdę ostatnia... Zwróćcie uwagę na to, że w "Mietku" Moczarze nie było ani krzty ukraińskości. Nie mógł on więc być ukraińskim nacjonalistą. Mykoła Demko hańbił się jako sowiecki kolaborant, a przecież - z racji ukraińskiego pochodzenia - równie dobrze mógł się hańbić jako banderowiec. Czyż banderowcy nie przewyższali sowieckich kolaborantów poziomem okrucieństwa? Nie narzekajmy, zawsze mogło być gorzej.

Trzeba było (w latach '60 XX wieku) budować Wielką Polskę w oparciu o moczarowską frakcję "partyzantów", a samego przywódcę kontrolować, żeby nie zrobił jakiegoś głupstwa. W razie problemów można by było odsunąć go od władzy, np. pod pretekstem konieczności odbycia kary za zbrodnie z czasów stalinizmu. Jego miejsce zająłby wówczas ktoś młody, rozsądny, pozbawiony skandalicznej przeszłości (albo ktoś dojrzały o ewidentnie narodowym światopoglądzie, dajmy na to Bolesław Piasecki, lider przedwojennego Obozu Narodowo-Radykalnego "Falanga". Może kiedyś zostałby on I sekretarzem? Wyobrażacie to sobie?). A frakcja trwałaby dalej - odnowiona, unowocześniona, oczyszczona z "błędów i wypaczeń". Wraz z upływem czasu stawałaby się coraz bardziej nacjonalistyczna i coraz mniej komunistyczna. Niewykluczone, że w pewnym momencie cała partia musiałaby zmienić nazwę, gdyż stare miano uległoby dezaktualizacji. Mówiłabym wówczas: "Gratuluję, towarzysze! Zamach stanu się udał!". Widzicie? Mielibyśmy nową Polskę. Z mniejszym długiem publicznym, bez Okrągłego Stołu, bez Grubej Kreski. Polskę suwerenną, nienależącą do Unii Europejskiej, niepodlizującą się Zachodowi, nieuległą wobec Związku Radzieckiego[4]. Cała historia potoczyłaby się inaczej. Mam tylko nadzieję, że w tej nowej Polsce nie byłoby problemu łamania praw człowieka. Bo tego nie lubię.


Zapora Ogniowa

Jedna rzecz nie przestaje mnie zdumiewać. W latach '60 na terenie PRL szeroko promowano polską tożsamość narodową, odwoływano się do wartości narodowych, podejmowano próby polonizacji socjalizmu, uczono dumy z polskiej historii [prezentacja historycznych wojsk, w tym uskrzydlonej husarii, podczas obchodów Tysiąclecia Państwa Polskiego: YouTube, watch?v=_eGNLf3KUUQ] i zachęcano do lektury najbardziej patriotycznych dzieł literackich [Władysław Gomułka recytujący "Dziady" Adama Mickiewicza w marcu 1968 roku: YouTube, watch?v=_868POcalGc]. Potępiano jednostki wynarodowione, zwalczano syjonizm i antypolonizm, krytykowano komunistów przybyłych do Polski ze Związku Radzieckiego. Gloryfikowano heroizm, militaryzm i etos żołnierski (mniejsza z tym, że głównymi obiektami kultu były bezwstydnie wyidealizowane AL, GL i LWP. Ważne, że o AK, BCh i zdobywcach Monte Cassino też chętnie wspominano!). Działo się to dokładnie w tych czasach, kiedy na Zachodzie wciskano ludziom kosmopolityzm, globalizm, pacyfizm i multikulturalizm. Tendencje, jakie występowały w Polsce gomułkowsko-moczarowskiej, były całkowicie odmienne od tych dominujących w świecie euroatlantyckim. Jakkolwiek kontrowersyjnie to zabrzmi, dziś takim "hipsterem" narodów jest putinowska Rosja. No i orbanowskie Węgry.

Gdy Europę Zachodnią i Amerykę Północną pustoszyła rewolta obyczajowa (w tym zwolennicy pedofilii, tacy jak Daniel Cohn-Bendit, który w latach '70 zaczął praktykować i publicznie wychwalać seks z przedszkolakami), towarzysz "Wiesław" dawał popisy swojego purytanizmu obyczajowego (a był tak purytański, że czasem się z niego naśmiewano!). Polscy konserwatyści chętnie powtarzają, że współcześni Polacy nie są aż tak zdeprawowani jak społeczeństwa Zachodu, np. nie akceptują edukacji seksualnej typu "B" zakładającej nauczanie czterolatków o masturbacji. Nacjonaliści zwracają uwagę na to, że w Polsce nie zdarzają się jeszcze takie konflikty etniczne i religijne, do jakich coraz częściej dochodzi na Zachodzie. Pytanie: komu lub czemu to zawdzięczamy? Może Władysławowi Gomułce i Mieczysławowi Moczarowi, którzy w roku 1968 stali na straży Żelaznej Kurtyny broniącej nas przed złymi wpływami z bloku zachodniego? Użyłam wyrażenia "Żelazna Kurtyna", chociaż w tym kontekście lepsze byłoby określenie "Zapora Ogniowa". Jak dzisiaj wyglądałaby Polska, gdyby w latach '60 pozwolono Polakom na nieskrępowane kontakty z Okcydentem? Gdyby dopuszczono do głosu anarchistów, trockistów, apologetów pedofilii i maniaków Siostry Morfiny? Przypuszczam, że bylibyśmy drugą Francją albo drugą Szwecją. Oczywiście, w negatywnym znaczeniu.


Natalia Julia Nowak,
lewicowa nacjonalistka



PS 1. Ciekawy felieton o moczaryzmie, narodowym komunizmie, frakcji "partyzantów" i Polsce lat 1956-1989: Nacjonalista.pl/2014/02/17/vonschwarzau-inne-spojrzenie-na-polske-ludowa

PS 2. Istnieje skinheadowski zespół rockowy nawiązujący do moczaryzmu, rodzimowierstwa i Zjednoczenia Patriotycznego "Grunwald" (a także do strasseryzmu, którego NIE akceptuję). Mowa o Sztormie 68 (Facebook.com/sztormowcy68). Grupa posiada w swoim repertuarze wiele udanych kawałków, np. "Viva la Muerte", "Strażnicy Ognia", "Ten kraj jest nasz", "Garść dynamitu". Niestety, ma też utwory żenujące ("Dziękujemy"), a nawet haniebne ("Wiatr rewolucji"). Można odnieść wrażenie, że przemawia przez nią Moczar w całej okazałości - ze wszystkimi zaletami i wadami. Oto co o nieszczęsnej formacji pisze antifa: StopNacjonalizmowi.wordpress.com/2015/02/03/sztorm-68-kto-promuje-mode-na-narodowy-komunizm

PS 3. Niecodzienny wywiad poświęcony Sztormowi 68, Mieczysławowi Moczarowi, bitwie pod Rąblowem oraz budowaniu porozumienia między lewicą narodową a patriotyczną prawicą ["Niezaleznylublin.pl: Non Serviam i Lubelska COOLtura - Sztorm'68", YouTube, watch?v=xLCjK-9pcu4]. Obaj rozmówcy są członkami partii Zmiana.

PS 4. Uczestnicy bitwy pod Rąblowem świętują siedemdziesiątą rocznicę tego wydarzenia: "MOCZAR WIECZNIE ŻYWY", YouTube, watch?v=VdFs7jGfff4

PS 5. Film "Barwy walki" w reżyserii Jerzego Passendorfera (1964). Kinowa adaptacja powieści przypisywanej Mieczysławowi Moczarowi [YouTube, watch?v=Ckk7gubxPGA, watch?v=n04XquDo0pc]. "Przypisywanej" - bo pezetpeerowski aparatczyk najprawdopodobniej korzystał z usług ghostwritera.


WYJAŚNIENIE

Ktoś nie zrozumiał, o co chodzi w mojej historii alternatywnej? Zatem spróbuję ją wyjaśnić w kilku/kilkunastu zdaniach... Po upadku stalinizmu, kiedy władzę w Polsce przejęli Władysław Gomułka "Wiesław" i Mieczysław Moczar "Mietek", trzeba było rozbudowywać nacjonalistyczną frakcję "partyzantów" skupioną wokół tego drugiego polityka. Należało doprowadzić do tego, żeby Moczar został I sekretarzem KC PZPR (można było to uczynić po dymisji Gomułki w 1970 roku albo jeszcze wcześniej). Frakcja "partyzantów", dzięki szerokim wpływom "Mietka", powinna była przeobrazić się w wiodącą siłę Polski Ludowej. Samego Mieczysława Moczara - teraz już przywódcę PRL - należało po pewnym czasie "wygryźć", tj. odsunąć od stanowiska (pretekst: nierozliczone zbrodnie z okresu stalinizmu i realne zagrożenie dla praw człowieka w Polsce. Wyrok: 12/14/15 lat pozbawienia wolności, jak dla Fejgina/Różańskiego/Romkowskiego w 1957 roku). Po rozprawieniu się z "Mietkiem" trzeba było oddać władzę jakiemuś innemu przedstawicielowi frakcji "partyzantów" (Bolesławowi Piaseckiemu albo komuś młodemu, czystemu, nieznanemu. Piasecki, niegdysiejszy lider ONR "Falangi", mógłby od razu wyjść do ludu w piaskowej koszuli, w granatowych spodniach, w czarnym krawacie, z oenerowskim znakiem na lewym ramieniu). Pod wpływem dominujących narodowców Polska Zjednoczona Partia Robotnicza powinna była coraz bardziej odsuwać się od komunizmu i zmierzać w stronę socjalnego nacjonalizmu. W roku 1978 należało wziąć "rozwód" z ZSRR i związać się z Chińską Republiką Ludową (dengizm ma się tak do maoizmu, jak gomułkowszczyzna do stalinizmu). Chińczycy powinni byli nam podpowiedzieć, co zrobić z gospodarką, żeby Polska Rzeczpospolita Ludowa, a raczej Wielka Polska Narodowa lepiej się rozwijała. Podsumowując: uważam, że na przełomie lat '60 i '70 XX wieku możliwy był nacjonalistyczny "zamach stanu" w białych rękawiczkach. Podmiana elit i zmiana kursu dokonana na zasadzie "uprowadzenia samolotu". Wystarczyłoby, żeby odpowiedni ludzie chwycili stery i skierowali polityczny aeroplan na właściwy tor lotu. Gdyby tak się stało, żylibyśmy dzisiaj w zupełnie innej Polsce.


ANEKS 1.
Niewygodne fakty


Kiedy zaczął się w Polsce oficjalny, państwowy kult Żołnierzy Wyklętych? Po roku 1989? Za rządów Lecha Kaczyńskiego? A może dopiero w roku 2011? Nic bardziej mylnego. Oficjalny, państwowy kult Żołnierzy Wyklętych zaczął się w pierwszej połowie lat '70 z inicjatywy Wojciecha Jaruzelskiego*, najlepszego przyjaciela Mieczysława Moczara. Jak podaje prawicowy portal internetowy wMeritum.pl, "w 1972 roku generał Wojciech Jaruzelski, ówczesny minister obrony narodowej PRL, powziął decyzję o pomocy w ustaleniu miejsca 'pochówku' generała Nila oraz zaproponował wystawienie pomnika" (Wmeritum.pl/pamietaj-abys-nie-prosila-ich-o-laske-general-august-emil-fieldorf-nil). Warto dodać, że kilka lat później (1977 rok) wszedł do kin jeden z najsłynniejszych patriotycznych filmów gloryfikujących Armię Krajową - "Akcja pod Arsenałem" Jana Łomnickiego (Filmweb.pl/film/Akcja+pod+Arsenałem-1977-3737). W 1983 roku odsłonięto zaś w Warszawie pomnik Małego Powstańca. Moi Drodzy, to nie są bezużyteczne ciekawostki, tylko niewygodne fakty, które zmieniają istotę rzeczy.

Polecam posłuchać kompozycji "Clubbed to Death" Roba Dougana i po prostu odłączyć się od Matrixa ["The Matrix Soundtrack - Clubbed To Death (HD)", YouTube, watch?v=HUSSKWWg-0c]. Chciałam napisać "połknąć czerwoną pigułkę", ale stwierdziłam, że mogłoby to zostać źle zrozumiane. Wielu współczesnych polityków i działaczy politycznych nie jest zdolnych do takich gestów patriotyzmu, na jakie było stać niektórych komunistów rządzących w latach 1956-1989. To duży wstyd dla "wolnej" III Rzeczypospolitej, a w szczególności dla jednostek pokroju Joanny Senyszyn, byłej posłanki SLD, która publicznie wyśmiewa/wyśmiewała podziemie niepodległościowe ["Senyszyn kpi z Żołnierzy Wyklętych!", YouTube, watch?v=2r1mfj1XG3w]. Oby Senyszynowa i jej sympatycy przeżyli podobne nawrócenie, jak Mykoła Demko. Miejmy nadzieję, że opamiętają się również manipulatorzy pomawiający Polaków o współudział w Holocauście. Liczmy na to, że ich przemiana dojdzie do skutku zanim umrą ostatni strażnicy pamięci, tj. ludzie mogący zaświadczyć o bohaterstwie naszego Narodu.

* Gdyby ktoś miał wątpliwości: tak, wiem o licznych Polakach, którzy w latach '80 XX wieku stracili zdrowie i/lub życie z winy Wojciecha Jaruzelskiego (stan wojenny: około 100 ofiar śmiertelnych, w tym głośny przypadek Grzegorza Przemyka). Wiem również o tym, że w roku 1985 Jaruzelski spotkał się z Davidem Rockefellerem, aby pogłębić rozpoczęty przez Edwarda Gierka proces podporządkowywania Polski Zachodowi (Historia.uwazamrze.pl/artykul/1146670/pakt-jaruzelski-rockefeller). Potępiam te aspekty działalności Jaruzela, które przyczyniły się do ludzkiej tragedii i do przyspieszenia kolonizacji Polski przez świat euroatlantycki. Ale te poważne przewinienia nie zmieniają faktu, że ŚlepoWRON zrobił coś dobrego dla upamiętnienia gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila", zapewne pod wpływem znajomości z Mieczysławem Moczarem (zarażenie pewnymi ideami; to normalne wśród przyjaciół). Każdy przyzwoity Polak powinien to docenić.


ANEKS 2.
Czyściec 1956-1989


Po roku 1956 wielu polskich żołnierzy, których w okresie stalinizmu spotkały szykany, brutalne przesłuchania lub drakońskie wyroki, zostało zrehabilitowanych/uniewinnionych/uwolnionych i zdążyło jeszcze zrobić karierę w PRL. Mam tutaj na myśli Stanisława Skalskiego, Kazimierza Moczarskiego, Kazimierza Leskiego, Wiesława Chrzanowskiego, Władysława Bartoszewskiego, Stefana Bałuka i Witolda Kieżuna. Z drugiej strony, nie należy udawać, że w latach 1956-1989 wszystko układało się idealnie. Ostatni z Żołnierzy Wyklętych, Józef Franczak "Lalek", zginął 21 października 1963 roku w potyczce z ZOMO. Miało to miejsce w siódmą rocznicę dojścia Gomułki do władzy. Przypadek? Nie sądzę... "Polowanie" na partyzanta zorganizowała Służba Bezpieczeństwa podlegająca Ministerstwu Spraw Wewnętrznych (PolskaTimes.pl/artykul/3767323,narodowy-dzien-zolnierzy-wykletych-wspominamy-jozefa-franczaka-ps-lalek-zolnierze-wykleci,id,t.html). W tamtym czasie szefem MSW nie był jednak Mieczysław Moczar, tylko jego poprzednik, Władysław Wicha. Weźmy również pod uwagę takie podłości, jak inwigilowanie byłych więźniów stalinowskich czy utrudnianie życia dzieciom Żołnierzy Wyklętych.

Sytuacja, jaka panowała po odwilży gomułkowskiej, nie była ani piekłem, ani niebem. Zupełnie jak III RP. Ale wtedy przynajmniej mieliśmy szlachetną akcję odkłamywania polsko-żydowskiej historii (patrz: film dokumentalny "Sprawiedliwi" Janusza Kidawy). Dziś mamy nieszlachetną akcję upadlania Polski poprzez kręcenie szkodliwych produkcji typu "Ida" Pawła Pawlikowskiego. Jeśli w naszym Kraju istnieje neomoczaryzm, to jest on odpowiedzią na neostalinizm. To taka samospełniająca się przepowiednia. Świt żywych ubeków (duch Moczara kontra duchy "Żydokomuny"). Odnowienie cyklu dziejów w myśl filozofii Orientu. Idy marcowe, o których pisałam w artykule "Nie mów fałszywego świadectwa przeciw Narodowi Polskiemu!".


ANEKS 3.
Żydzi i syjoniści w UB


Co trzeba wiedzieć o Żydach i syjonistach, którzy pracowali w stalinowskim Urzędzie Bezpieczeństwa i Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego? Julia Brystygierowa była wdową po działaczu syjonistycznym Natanie Brystygierze, Józef Światło należał w młodości do syjonistycznego stowarzyszenia Gordonia, Salomon Morel w latach '90 przeprowadził się do Izraela, Józef Różański wywodził się z syjonistycznej rodziny, jego ojciec był redaktorem naczelnym gazety "Hajnt", a on sam publikował w piśmie "Fołks-Jugend", odwiedził Palestynę oraz udzielał się w organizacjach typu Żydowska Młodzież Demokratyczna czy Centralne Biuro Żydowskie KPP (Mbp_x.republika.pl/html/rozanski.htm, Jhi.pl/psj/Rozanski_%28wlasc_Goldberg%29_Jozef). Przykładów ubeków-syjonistów na pewno jest więcej. Trzeba to dokładnie zbadać.

Ciekawostka: w latach 1944-1954 aż 37% najwyżej postawionych pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego mogło się pochwalić żydowskimi korzeniami. W jednostkach terenowych, czyli na tym szczeblu władzy, na którym działał antysyjonista/antysemita Mieczysław Moczar, było to 13,7% decydentów. Wypada wspomnieć, że w tamtym okresie Żydzi i Polacy żydowskiego pochodzenia stanowili niecałe 1% polskiej populacji. Dane dotyczące odsetka Żydów w kierownictwie MBP/UB zaczerpnęłam z e-booka "Aparat bezpieczeństwa w Polsce. Kadra kierownicza. Tom I. 1944-1956" pod redakcją naukową dra hab. Krzysztofa Szwagrzyka (Ipn.gov.pl/__data/assets/pdf_file/0015/105432/Aparat_kadra_kier_tom-I.pdf). Informacje, które przywołałam, znajdują się na stronie 63.

Jeśli chodzi o najbardziej znanych i wpływowych ludzi mających coś wspólnego z ubecją, obozami pracy i/lub mordami sądowymi, to oni wszyscy wywodzili się ze środowisk żydowskich. Jakub Berman, Julia Brystygierowa, Józef Czaplicki, Anatol Fejgin, Adam Humer, Stefan Michnik, Mieczysław Mietkowski, Salomon Morel, Roman Romkowski, Józef Różański, Józef Światło, Helena Wolińska... Można dopisać do tej listy również innych zbrodniarzy, mniej sławetnych. Wyjątkiem od tej reguły był minister Stanisław Radkiewicz, jednak znawcy tematu opisują go jako figuranta nieposiadającego realnego wpływu na władzę. Mimo wszystko, 37% Żydów-szefów w centrali MBP i 13,7% Żydów-szefów w jednostkach terenowych to NIE była większość.

Owszem, występował tam fenomen nadreprezentacji mniejszości (narodowej/etnicznej) w stosunku do struktury społecznej. Tak to już jest w socjologii, że mniejszości mogą być "nadreprezentowane" lub "niedoreprezentowane". W tym przypadku zachodziło zjawisko nadreprezentacji. Ale pogląd, że połowa, większość albo cała grupa dyrektorów/wicedyrektorów bezpieki wyróżniała się żydowskim pochodzeniem, to stereotyp bardzo odległy od rzeczywistości. Nie była to połowa, nie była to większość, nie była to cała grupa. No, chyba że mówimy o najściślejszej elicie i najbardziej niesławnych katach (tych, których wymieniłam wcześniej). Wtedy faktycznie możemy się posługiwać słówkiem "większość".

Warto wiedzieć, że niektórzy znani Polacy, bezpośrednio lub pośrednio skrzywdzeni przez stalinowców, otwarcie mówili o tym, iż ich krzywdziciele byli Żydami. Łatwo udowodnić, że takie oświadczenia składali gen. Stanisław Skalski i Maria Fieldorf, córka gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Obejrzyjcie filmiki: "Generał Stanisław Skalski o UB i propagandzie GW", YouTube, watch?v=Y_ZDO6IRtI8 i "Po Zagładzie - Żydzi w bezpiece (Maria Fieldorf i prof. Marek Jan Chodakiewicz)", YouTube, watch?v=5t__JmSZmYM. Uwaga! W pierwszym z przywołanych materiałów pojawiają się obraźliwe sformułowania ("parch żydowski", "polska swołocz"), których NIE aprobuję, chociaż mam świadomość, do kogo się odnoszą i kto jest ich autorem! Czerwonych bandytów jak najbardziej można krytykować, ale pejoratywne epitety powinny nawiązywać do ich niskiego poziomu moralnego, nie zaś do narodowości czy etniczności. Złych ludzi należy rugać za postępowanie, a nie za przynależność do określonej nacji bądź rasy.


PRZYPISY

[1] Kto i gdzie promuje pogląd, że walka z antypolską propagandą jest nawiązaniem do marca '68? Po raz pierwszy zetknęłam się z taką opinią w materiale video "Debata: Polacy i Żydzi. Mit dobrego sąsiedztwa" [YouTube, watch?v=VMbeh7RI54o]. Zdanie takie wygłosiła Helena Datner, historyk i socjolog, była przewodnicząca Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie. Pani ta jest jedną z trzech autorek kontrowersyjnego listu otwartego do Komitetu Budowy Pomnika Sprawiedliwych przy Muzeum Historii Żydów Polskich, który analizowałam w artykule "Nie mów fałszywego świadectwa przeciw Narodowi Polskiemu!". Jest ona również córką Szymona Datnera (uber-Grossa, który twierdził, że Polacy w czasie wojny zamordowali 250.000 Żydów) i Edwardy Orłowskiej (stalinowskiej posłanki działającej w latach 1945-1956). Pani Datner słynie z tego, że widzi antysemityzm tam, gdzie go nie ma. W 2013 roku stwierdziła, że film "Ida" Pawła Pawlikowskiego jest antysemicki (Natemat.pl/80843,ida-pelna-antysemickich-stereotypow). Słowa Heleny Datner o marcu 1968 roku zostały wypowiedziane podczas debaty "Polacy i Żydzi. Mit dobrego sąsiedztwa" zorganizowanej przez warszawskie Stowarzyszenie Wszyscy Razem (nie mylić z michałowickim stowarzyszeniem o tej samej nazwie!). Organizacja ta nie jest organizacją naukową, tylko polityczną. Zajmuje się zwalczaniem nacjonalizmu i homofobii, potępia nierówności społeczne, zwołuje "antyfaszystowskie" manifestacje uliczne (Antynacjonalizm.pl/o-nas). Krótko mówiąc, jest to antifa, która z naukowym obiektywizmem nie ma zbyt wiele wspólnego. Debata "Polacy i Żydzi. Mit dobrego sąsiedztwa" była de facto lewicową konferencją z udziałem trojga (a właściwie czworga - prowadząca też się liczy) zaangażowanych politycznie/światopoglądowo naukowców i publicystów. Scenariusz panelu polegał na przytaczaniu argumentów uzasadniających tezę postawioną w tytule spotkania. Drugi przypadek, w którym natknęłam się na łączenie obrony dobrego imienia Polski i Polaków z marcem 1968 roku, to wspomniany wcześniej list otwarty do Komitetu Budowy Pomnika Sprawiedliwych przy MHŻP. Znów Helena Datner, tym razem w towarzystwie Bożeny Keff i Elżbiety Janickiej. Trzeci przypadek to wirtualne źródła anglojęzyczne, skądinąd powielające negatywne stereotypy o "Polakach-antysemitach" (Books.google.pl/books?id=U6KVOsjpP0MC, Books.google.pl/books?id=oHfhPXlOyZIC, Books.google.pl/books?id=BfQoxsH9bbwC). Wszystko wskazuje na to, że Mieczysław Moczar i jego poplecznicy (tudzież ideowi pobratymcy) naprawdę wypowiedzieli wojnę polakożerczym inkryminacjom. Dlatego uważam, że porównanie do tego środowiska wcale nie musi być obelgą. Przeciwnie, może być zaszczytem i powodem do dumy.

[2] Prof. Antoni Dudek pisze: "Po zakończeniu wojny Moczar został szefem łódzkiej bezpieki, na którym to stanowisku szybko zdobył złowrogi rozgłos, którym pobił na głowę swoich odpowiedników w innych województwach. Głośna stała się zwłaszcza cela nazywana 'moczarnią' (komórka o wymiarze metr na metr wypełniona do połowy wodą), w której 'zmiękczał' on więźniów, jak i jego zwyczaj zaręczania oficerskim słowem honoru, że przesłuchiwany zostanie zwolniony po złożeniu prawdziwych zeznań, co oczywiście nigdy nie następowało" (źródło: "Agent 'Mietek' - błyskotliwa kariera sowieckiego szpiega Mieczysława Moczara", Historia.wp.pl/opage,6,title,Agent-Mietek-blyskotliwa-kariera-sowieckiego-szpiega-Mieczyslawa-Moczara,wid,16513718,wiadomosc.html). Jan Nowak-Jeziorański przytacza kilka wstrząsających szczegółów: "On sam osobiście wymyślał metody wydobywania zeznań. (...) Przytoczone z tego okresu fakty wystarczą, by zaliczyć Moczara obok Józefa Różańskiego do najbardziej sadystycznych zbrodniarzy bezpieki. W ciągu pierwszych 19 miesięcy jego urzędowania w Łodzi straconych zostało 108 osób, 22 przez rozstrzelanie, 86 przez powieszenie. Najmłodsza ofiara, kobieta, miała lat 20. Wyróżnił się Moczar w tym okresie stosowaniem terroru w sfałszowanym referendum, a później sfałszowanych wyborach. Ze szczególną zajadłością szef łódzkiego UB zwalczał Kościół ewangelicki. W swoim prostactwie - w każdym protestancie widział ukrywającego się Niemca" (źródło: "Barwy Mietka", Archiwum.polityka.pl/art/barwy-mietka,389279.html). Nie wolno ignorować takich potworności. Ale nie można też pozwolić na to, żeby przysłoniły one resztę prawdy.

[3] Lektury dla zainteresowanych.
1. Na blogu Czesława Białczyńskiego: "Słowianie pochodzą znad Dunaju i Wisły oraz znad Donu, Rzwy-Wołgi i Orolu" (Bialczynski.wordpress.com/slowianie-tradycje-kultura-dzieje/dzieje/slowianie-pochodza-znad-dunaju-i-wisly)
2. Na blogu Czesława Białczyńskiego: "Winicjusz Kossakowski - Słowianie, znaczy tyle co - 'pochodzi od Wenedów'" (Bialczynski.wordpress.com/slowianie-tradycje-kultura-dzieje/dzieje/slowianie-pochodza-znad-dunaju-i-wisly/czy-scytowie-byli-slowianami/winicjusz-kossakowski-slowianie-znaczy-tyle-co-%E2%80%93-%E2%80%9Epochodzi-od-wenedow%E2%80%9D)
3. Na blogu Czesława Białczyńskiego: "Genetyczne odkrycia 2010/2015 - Nowa Genealogia Słowian i innych ludów Białego Lądu (Europy)" (Bialczynski.wordpress.com/slowianie-tradycje-kultura-dzieje/dzieje/slowianie-pochodza-znad-dunaju-i-wisly/genetyczne-odkrycia-2010-%E2%80%93-nowa-genealogia-slowian-i-innych-ludow-bialego-ladu-europy)
4. Na blogu Czesława Białczyńskiego: wyniki wyszukiwania słów kluczowych "r1a1 mapa" (Bialczynski.wordpress.com/?s=r1a1+mapa)
5. Wojciech Pastuszka, "Nowe badania genetyczne dawnych mieszkańców naszych ziem" (ArcheoWiesci.pl/2014/10/24/nowe-badania-genetyczne-dawnych-mieszkancow-naszych-ziem)
6. Maciek, "Pochodzenie Słowian" (Fronsac.republika.pl/slowianie/pochodzenie.htm)
7. Jacek Jarmoszko, "Polsko-irańskie dziedzictwo językowe, czyli przyczynki do mitu o sarmackich korzeniach Polaków w świetle badań językoznawstwa historyczno-porównawczego" (Kwartjez.amu.edu.pl/teksty/teksty2011_3_7/Jarmoszko.pdf)

[4] Byłaby to również Polska niepoddająca się Watykanowi - brak ratyfikowanego konkordatu. Przypadłoby to do gustu zarówno antyklerykałom (np. zadrużanom, niklotowcom), jak i katolickim tradycjonalistom (lefebrystom, sedewakantystom itp.). Z moich obserwacji wynika, że znaczna część polskich narodowców to właśnie antyklerykałowie i katoliccy tradycjonaliści. Dla zapominalskich: Sobór Watykański II odbywał się w latach 1962-1965, a więc w czasach, które nas interesują. Co się tyczy roku 1966, nie byłoby z nim absolutnie żadnego problemu. Osoby niereligijne uczestniczyłyby w obchodach Tysiąclecia Państwa Polskiego, a religijne - celebrowałyby Milenium Chrztu Polski. Dla każdego coś miłego. Może nawet oba wydarzenia byłyby wspierane przez władze? A teraz zaskakujący fakt z realnego świata. W 1968 roku Komitet Wojewódzki PZPR we Wrocławiu postawił - z własnej inicjatywy i nieprzymuszonej woli - pomnik papieżowi Janowi XXIII. Angelo Roncalli był wprawdzie papieżem soborowym, ale przytoczyłam tę ciekawostkę, żeby pokazać, iż w latach '60 Polska Zjednoczona Partia Robotnicza wcale nie była tak antykościelna, jak twierdzą środowiska prawicowo-katolickie. Decyzja o postawieniu monumentu nieżyjącemu już wówczas Ojcu Świętemu wynikała z przyczyn innych niż religijne. Jeśli wierzyć polskojęzycznej Wikipedii, "pomnik stanowi wyraz hołdu społeczeństwa polskiego dla pierwszego zwierzchnika Kościoła katolickiego, który uznał prawa Polski do Wrocławia i całych ziem zachodnich odzyskanych po stuleciach" (Wikipedia.org/wiki/Pomnik_Papieża_Jana_XXIII_we_Wrocławiu). No i co Wy na to? Pewnie wytrzeszczacie oczy ze zdumienia!

Komentarze (0)
Nie mów fałszywego świadectwa przeciw Narodowi Polskiemu!

Zimna obojętność

O Holocauście mówi się często, że mógłby przybrać mniejsze rozmiary, gdyby państwa zachodnie, a w szczególności mocarstwa anglosaskie, podjęły stanowcze kroki w celu powstrzymania niemieckiego ludobójstwa. Jacek E. Wilczur, twórca artykułu "Nie wszystko dotąd powiedziano o nieludzkiej bierności wobec zagłady"[1], opisał haniebną postawę władz Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, które nie reagowały na dostarczane przez Polaków raporty dotyczące tragedii Żydów. Według autora, Związek Walki Zbrojnej, przemianowany później na Armię Krajową, nieustannie przekazywał rządowi emigracyjnemu w Londynie informacje o zbrodniczych poczynaniach Niemców i ich sojuszników. Komunikaty te wraz z prośbami o zbombardowanie torów kolejowych prowadzących do obozów zagłady były później dostarczane rządom alianckim.

Niestety, jedyną odpowiedzią państw sprzymierzonych pozostawała zimna obojętność. Można przyjąć hipotezę, że zachodni politycy zachowywali bierną postawę, gdyż nie dowierzali swoim polskim sojusznikom. Jak jednak wyjaśnić fakt, że podobne raporty, w pełni pokrywające się z doniesieniami Polaków, opracowywali Szwajcarzy, Szwedzi, Finowie, Rumuni, Węgrzy i Włosi? Czy rządy wpływowych krajów, zdolne do podjęcia interwencji w sprawie Holocaustu, uznały, że obserwatorzy z całej Europy zawiązali spisek i zgodnie snują niestworzone opowieści?

Takie wytłumaczenie byłoby naiwne, żeby nie powiedzieć: infantylne. Liczba źródeł, z których płynęły wiadomości dotyczące męczeństwa Żydów, a także częstotliwość pojawiania się takich komunikatów, sugerują, że władze USA i Wielkiej Brytanii były doskonale rozeznane w kwestii nazistowskiego ludobójstwa. Mimo to, nie reagowały. I to jest w tej historii najstraszniejsze.


Zaniedbanie czy zaniechanie?

Jacek E. Wilczur pisze, że wywiad Stanów Zjednoczonych, choć świadomy rozgrywającej się w Europie tragedii, nie był zbytnio zainteresowany badaniem tej makabry. Miało to zapewne związek z faktem, że szczegółowy raport na temat Auschwitz dostarczono mu bardzo późno, a mianowicie w kwietniu 1944 r. Jest to tym bardziej bulwersujące, że raport, o którym mowa, zawitał na Zachód ponad pół roku wcześniej. Dostarczyła go tam Armia Krajowa, licząc na to, że zostanie odpowiednio wykorzystany. Niestety, dokument leżał "w szufladzie", nieużywany przez nikogo. Gdy już trafił do amerykańskiego wywiadu, został po prostu zignorowany. Z faktów, przywoływanych przez Wilczura, wynika, że Stany Zjednoczone mogły przyczynić się do ocalenia wielu istnień ludzkich, ale najzwyczajniej w świecie nie chciały tego zrobić. Dlaczego? Tego pewnie już nigdy się nie dowiemy.

Rząd RP na uchodźstwie, zatroskany o los Żydów polskich i europejskich, zwracał się ze stosownymi apelami nie tylko do zachodnich polityków i agentur, ale również do opinii publicznej. W krajach anglosaskich masowo kolportowano publikacje opisujące niemieckie okrucieństwo na ziemiach polskich. Trafiały one m.in. do agencji prasowych. Wbrew oczekiwaniom, nie doprowadziły one jednak do mobilizacji społeczeństw przeciwko hitlerowskiemu ludobójstwu. Świat pozostawał bierny: z obojętności, znieczulicy, strachu lub niedowierzania.

Apele do rządów państw alianckich kierowali nie tylko Polacy, lecz także sami Żydzi. Czynili to niekiedy za pośrednictwem Jana Karskiego, słynnego emisariusza Delegata Rządu na Kraj[2]. Żydzi wzywali sprzymierzonych do różnych działań, takich jak choćby zrzucanie druczków apelujących do sumienia narodu niemieckiego. Wierzyli, że gdyby Niemcy zostali dobrze poinformowani o poczynaniach władz Trzeciej Rzeszy, zbuntowaliby się przeciwko barbarzyństwu i zmusiliby nazistów do zmiany polityki. Ale państwa alianckie nie spełniły tej prośby.

Dlaczego?! Przecież nie była ona wielka, a jej realizacja nie kosztowałaby zbyt dużo! Czym kierowały się mocarstwa zachodnie, kiedy ignorowały błagania płynące ze strony samych mordowanych? Czemu konsekwentnie odmawiały Żydom pomocy? Czy było to zaniedbanie, czy... akt złej woli? Wiele wskazuje na to, że to drugie. Według Jacka E. Wilczura, władze amerykańskie nie tylko nie zrobiły nic, żeby pomóc prześladowanej populacji, ale również zaostrzyły przepisy dotyczące przyjmowania uchodźców żydowskich. Zatrzasnęły przed Żydami drzwi do życia i wolności. Podobnie postąpiły zresztą rządy państw Ameryki Łacińskiej.

Jest to wyjątkowo dziwne, zważywszy na fakt, że po zakończeniu wojny USA, Kanada i kraje południowoamerykańskie ochoczo ugościły wielu Niemców i proniemieckich kolaborantów, którym w Europie groziły surowe kary za zbrodnie wojenne. Co to miało znaczyć? Po czyjej stronie, tak naprawdę, byli alianci? Dlaczego dzisiaj Amerykanie przodują w upamiętnianiu ofiar Shoah? Nie wiem, nie rozumiem.


Zrzucanie winy

Podtrzymywaniu dobrego wizerunku i samopoczucia Amerykanów, Brytyjczyków oraz innych narodów zachodnich sprzyja popularny ostatnio pogląd, zgodnie z którym to Polacy wykazali się obojętnością, która w konsekwencji doprowadziła do zagłady milionów ludzkich istnień. Pogląd ten wyrażany jest w wielu formach: można go znaleźć w opracowaniach naukowych, materiałach prasowych, wypowiedziach osób publicznych etc. Ogromny wpływ na zachodnią (ale i polską!) opinię publiczną mają również filmy fabularne ukazujące Polaków jako ludzi, którzy dopuścili się poważnych zaniedbań lub wręcz byli skłonni pośrednio/bezpośrednio współpracować z Niemcami. Dość wspomnieć o produkcjach: "W ciemności" Agnieszki Holland (2011), "Pokłosie" Władysława Pasikowskiego (2012) i "Ida" Pawła Pawlikowskiego (2013).

Faktem jest, że w Polsce trafiali się ludzie, którzy np. odmawiali Żydom schronienia, żądali od nich pieniędzy za pomoc albo wskazywali hitlerowcom żydowskie kryjówki. Uważam jednak, że w ostatnich latach mówi się o nich zbyt często, co wywołuje wrażenie, iż takie postawy były w Polsce normą. Z mojego punktu widzenia jest to działanie krzywdzące zarówno dla Polaków, jak i dla cudzoziemców, którzy zostają wprowadzeni w błąd, tzn. poddani manipulacji polegającej na otrzymaniu niepełnych wiadomości.

Manipulacja taka powoduje, że ofiara zostaje odpowiednio ukierunkowana poprzez zgłębienie tylko jednej strony problemu. I to strony będącej bardziej wyjątkiem niż regułą. Równie dobrze można by pokazać dziecku albinosów z Afryki Środkowej, nie informując go o fakcie, że przytłaczająca większość mieszkańców tej części świata jest czarnoskóra. Takie dziecko żyłoby odtąd w przekonaniu, że ludność środkowoafrykańska cechuje się białym kolorem skóry.

Nie ma mojej zgody na insynuacje, zgodnie z którymi w okupowanej Polsce powszechną praktyką było kolaborowanie z Niemcami i/lub mordowanie Żydów z własnej inicjatywy podszytej poczuciem bezkarności. Niestety, tego typu kalumnie powoli stają się normą. Ich krzewiciele nie działają już wyłącznie za granicą. Coraz częściej wyrażają swoje poglądy tutaj, nad Wisłą, dając Narodowi Polskiemu do zrozumienia, że czują się silni i bezkarni. Przykłady takich wypowiedzi - wraz z próbą polemiki - prezentuję poniżej. To od nas, Polaków, zależy, czy podejmiemy walkę z takimi nadużyciami, czy zignorujemy problem, godząc się na zohydzanie naszego wizerunku (w oczach świata, przyszłych pokoleń i nas samych).


Rewelacje Całej

Zwolenniczką poglądu, według którego Polacy w czasie II wojny światowej pozwolili sobie na obojętność graniczącą ze znieczulicą, a nawet przyzwoleniem na zło, jest Alina Cała, pracownica Żydowskiego Instytutu Historycznego. Ośmielę się omówić wywiad, jakiego Cała udzieliła Piotrowi Zychowiczowi, redaktorowi dziennika "Rzeczpospolita"[3]. Skoncentruję się na fragmentach, w których przedstawicielka ŻIH przypisuje Polakom śmiertelną w skutkach bierność.

Zdaniem Całej, Polacy już przed wojną byli zdecydowanymi antysemitami, czego przejawami były antyżydowskie wypowiedzi obecne w przestrzeni publicznej oraz ksenofobiczne rozruchy prowadzące do ludzkiej śmierci. Rozmówczyni Zychowicza jest przekonana, że Kościół rzymskokatolicki i aktywiści Narodowej Demokracji wychowywali Polaków w duchu niechęci do Żydów. Zaowocowało to tym, iż podczas wojny Polacy nie byli pewni, czy pomaganie Żydom jest słuszne z moralnego punktu widzenia.

Cała wie, że w czasie niemieckiej okupacji ukrywanie Żydów było zagrożone karą śmierci. Przypomina jednak, że za pomaganie działaczom ruchu oporu również można było zostać zabitym, a mimo to Polacy nierzadko decydowali się na takie ryzyko. Pracownica Żydowskiego Instytutu Historycznego uważa, że Polacy chętniej pomagali konspiratorom niż Żydom, ponieważ nie wiązało się to z rozterkami moralnymi. Twierdzi też, że mieszkańcy polskich wsi, świadomi stosowania przez Niemców odpowiedzialności zbiorowej, częściej podejmowali ryzyko związane ze sprzyjaniem partyzantom niż ludności żydowskiej. Łatwiej przychodziło im narażanie się dla innych Polaków niż dla Żydów[4].

Alina Cała nie ma wątpliwości co do tego, że eksterminacja Żydów byłaby znacznie utrudniona, gdyby ludność cywilna masowo przeciwstawiała się takim poczynaniom. "Nie da się wymordować 3 milionów ludzi bez bierności społeczeństwa" - przekonuje przedstawicielka ŻIH. Kiedy Zychowicz[5] zadaje pytanie "To za śmierć ilu Żydów są według pani odpowiedzialni Polacy?", jego rozmówczyni odpowiada: "W pewnym sensie za śmierć wszystkich - 3 milionów. Bo ludzie ci zostali skoncentrowani w gettach, wywiezieni do obozów i wymordowani przy bierności polskich sąsiadów".

Jak widać, kobieta stawia znak równości między uciśnioną ludnością polską a bezwzględnym hitlerowskim najeźdźcą. Myślę, że bardziej uzasadnione byłoby stawianie Polaków w jednym szeregu z Żydami, albowiem obie nacje były ofiarami wojny (tzn. ofiarami tego samego, niemieckiego agresora). Gdy się czyta wypowiedzi Aliny Całej, odnosi się wrażenie, że Holocaust rozgrywał się w warunkach pokoju i liberalnej demokracji. Pracownica Żydowskiego Instytutu Historycznego opisuje okupację w taki sposób, jakby Polacy - rozumiani jako społeczeństwo obywatelskie - nadal byli wówczas suwerenem i posiadali realny wpływ na poczynania władz.

Kto zna historię, ten wie, że ówczesna sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Naród Polski, podbity przez szowinistów z Zachodu, był niewolnikiem na własnym terenie. Co, zdaniem Całej, mieli robić ubezwłasnowolnieni i sterroryzowani Polacy? Pisać petycje do Adolfa Hitlera? Urządzać strajki i przypinać sobie oporniki? A może organizować demonstracje uliczne z takimi atrakcjami, jak palenie flag/opon/kukieł czy wznoszenie antyfaszystowskich transparentów? Nie bądźmy śmieszni...

Według przedstawicielki ŻIH, odpowiedzialność za zagładę milionów Żydów ponoszą, oprócz Niemców i Polaków, również inne nacje. W całej Europie istniał bowiem antysemityzm, który doprowadził do tego, że w godzinie próby europejskie społeczeństwa okazały się niedostatecznie zainteresowane ratowaniem swoich żydowskich bliźnich. Idąc tym tropem rozumowania, można uznać, że Holocaust był tylko wierzchołkiem góry lodowej, kulminacją wielowiekowej nienawiści do Żydów podsycanej przez różne ośrodki (z Kościołem na czele).

Warto tutaj przypomnieć pewien istotny szczegół. Drobiazg ten został opisany przez Adama Nawrockiego, twórcę artykułu "Polin - przybrana ojczyzna Izraela"[6]. Autor materiału nie zaprzecza, że Stary Kontynent, w tym Polska, przez stulecia zmagał się z problemem antysemityzmu. Sęk w tym, że o ile w większości państw europejskich niechęć do Żydów brała się z czystego rasizmu, o tyle w Polsce wynikała ona głównie z przyczyn społeczno-ekonomicznych. Polacy nie gardzili Żydami jako grupą etniczną. Obawiali się tylko ich odmienności religijnej i kulturowej.

Wszystko to powodowało, że Żydzi, którzy w Europie doświadczali brutalnych prześladowań, szukali ratunku właśnie w Polsce. Pewien XVI-wieczny rabin stwierdził nawet: "Jeśliby Bóg nie dał Żydom Polski jako schronienia, los Izraela byłby rzeczywiście nie do zniesienia". Polacy nie są tak antysemiccy, jak utrzymuje Alina Cała. Spójrzmy zresztą na współczesność. To ciekawe, że w "antysemickim" kraju postawa antyżydowska jest powszechnie piętnowana, a wszelkie zbrodnie na Żydach - uznawane za obce lokalnej kulturze. Stąd solidarny sprzeciw Polaków wobec pomówień o współudział w Holocauście.


Rewelacje Grossa

Wróćmy jednak do tematu II wojny światowej. Jan Tomasz Gross, polsko-amerykański socjolog i historyk żydowskiego pochodzenia, namiętnie propaguje opinię, że Polacy dopuścili się rażących zaniedbań, a nawet ułatwili Niemcom zadanie poprzez otwartą współpracę lub "rozprawienie się" z niedobitkami ocalałymi z Holocaustu. Autor ten zawarł swoje tezy w kontrowersyjnych książkach "Sąsiedzi" (2000), "Strach" (2006) i "Złote żniwa" (2011). Przedstawił także swój punkt widzenia podczas wielu wystąpień publicznych.

W trakcie jednego z takich wystąpień[7] Gross oznajmił: "W obrębie tradycji judeochrześcijańskiej przemoc obliguje ludzi i instytucje, które są jej świadkami, do zaangażowania, a konkretnie do tego, żeby się jej przeciwstawić. Każdy człowiek znajdujący się w obrębie oddziaływania przemocy podlega takiemu zobowiązaniu i po to, aby się nie angażować, powinien podjąć stosowną decyzję. Innymi słowy bycie 'obok', niezainteresowanym, niezaangażowanym w stosunku do Zagłady, to postawa wymagająca uzasadnienia, z której trzeba się wytłumaczyć odpowiadając na pytania, które każdy sobie stawia we własnym sumieniu. (...) W Polsce, gdzie podczas okupacji hitlerowskiej wszyscy wiedzieli o losie Żydów, pytanie 'Co zrobiłeś, aby im pomóc' jest dopuszczalne w odniesieniu do każdej osoby oraz instytucji, które wówczas były na miejscu".

Słowa te sugerują, że wszyscy zdrowi Polacy, którzy żyli w czasie II wojny światowej i nie byli wówczas zbyt młodzi, mieli obowiązek ratować Żydów na miarę swoich możliwości. Zdaniem Grossa, każdy, kto nie podjął się dzieła pomocy narodowi żydowskiemu, powinien zostać pociągnięty do odpowiedzialności moralnej. Tok myślenia Jana Tomasza Grossa jest zbieżny z tokiem myślenia Aliny Całej. Socjolog-historyk również wydaje się wierzyć, że gdyby polska ludność cywilna zbuntowała się przeciwko eksterminacji Żydów, to skala Holocaustu byłaby znacznie mniejsza. Jest także przekonany, że Polacy nierzadko wykazywali się złą wolą i świadomie przykładali rękę do zwiększenia rozmiarów tragedii ("ułatwiacze Zagłady" - oto użyte przez niego sformułowanie. Dostrzegam w tym frazeologizmie analogię do "podżegaczy wojennych").

Z poglądami Jana Tomasza Grossa nie zgodził się Grzegorz Berendt, przedstawiciel Instytutu Pamięci Narodowej, który powiedział: "Sytuacje, które opisujemy, w żadnym wypadku nie mogą stanowić egzemplifikacji zachowań społeczeństwa, ponieważ nie wiemy, jakiej części społeczności one dotyczą". Berendt zarzucił Grossowi nadmierną generalizację, krzywdzącą dla Polaków i niepopartą danymi statystycznymi. Zauważył, że Gross wyciąga ogólne wnioski, opierając się na pojedynczych przypadkach. Ciekawostka: konfabulacje socjologa-historyka zdemaskował już kilka/kilkanaście lat temu Jerzy Robert Nowak w książkach "100 kłamstw J.T. Grossa o żydowskich sąsiadach i Jedwabnem" (2001), "Nowe kłamstwa J.T. Grossa" (2006) i "Fałsze i przemilczenia Grossa" (2011). Pan JRN "mocno zmasakrował" antypolskiego paszkwilanta.

Moje zdanie na temat autora "Sąsiadów" jest jednoznaczne. Bez względu na to, czy Gross popełnia błędy metodologiczne, czy umyślnie manipuluje odbiorcami, jego działalność przynosi Polakom szkodę. Mężczyzna zmusza cały Naród, żeby czuł się odpowiedzialny za czyny garstki odszczepieńców: kolaborantów, szmalcowników, pospolitych bandytów itp. Chce, aby wszyscy Polacy, niezależnie od daty urodzenia, nosili w sercu wyolbrzymione poczucie winy. Najmniej miłosierdzia okazuje pokoleniu pamiętającemu wojnę (sam jej nie pamięta, gdyż urodził się w roku 1947). Jest gotów potępić każdego Polaka, który nie przyłączył się do akcji ratowania Żydów. Nawet tego, który - jako zwykły, bezbronny cywil - nie był w stanie nic zrobić. A także tego, który zajmował się czymś innym, np. strzelaniem do Sowietów.

Wyobraźmy sobie taką scenę: czasy współczesne, uroczystość upamiętniająca wydarzenia II wojny światowej. Do mikrofonu podchodzi szacowny kombatant i zaczyna opowiadać o swoich żołnierskich przygodach, w tym o walce z dwoma okupantami. Mówi o obronie Ojczyzny, o ranach i bólu, o tęsknocie za domem, o bitwach i potyczkach. Ludzie siedzą na widowni, uważnie słuchając jego wspomnień. Nagle wstaje z krzesła Jan Tomasz Gross i z oburzeniem krzyczy: "A dlaczego, dziadku, nie pomagałeś Żydom?! Dlaczego patrzyłeś bezczynnie na Zagładę?! Jesteś zbrodniarzem! Masz krew na rękach! Nigdy się z tego nie wykaraskasz! Hańba tobie, i żonie twojej, i dzieciom twoim, i całemu bydłu twojemu!". No dobra, bądźmy poważni... Gross nie bierze pod uwagę ryzyka, że gdyby w Polsce wybuchło powstanie przeciwko Shoah, Niemcy mogliby je krwawo stłumić, doprowadzając do śmierci zarówno Polaków, jak i Żydów.

Najgorsze jest to, że socjolog-historyk promuje swoje tezy za granicą. W ten sposób zaszczepia cudzoziemcom wypaczony obraz Narodu Polskiego (krzywdząc jednocześnie ich samych. Poddawanie bliźnich "praniu mózgu" jest nieetyczne, albowiem nikt nie lubi być wodzony za nos). Przeraża mnie fakt, że propaganda w stylu Grossa i jego stronników jest też rozpowszechniana w samym Izraelu. Efekty antypolskiej nagonki można "podziwiać" w filmiku "Co Żydzi myślą o Polakach? Kogo obwiniają za Holokaust? Napisy PL" (YouTube, watch?v=Sqj2ZQhB_ZU). To straszne, że niektórzy przedstawiciele narodu, który tak wiele wycierpiał w czasie II wojny światowej, uwierzyli, iż za martyrologię ich rodaków odpowiadają Polacy. Chciałabym tym ludziom wytłumaczyć, że prawda historyczna różni się od tego, co głoszą nieprzychylne Polsce instytucje. Żal i gniew Izraelczyków są uzasadnione, ale należałoby je przenieść na właściwych sprawców Holocaustu, czyli na Niemców.

Ilu Żydów, w mniemaniu Jana Tomasza Grossa, straciło życie z winy Polaków? Bogusław Wolniewicz[8] pisze, że kontrowersyjny autor sam nie potrafi się zdecydować. Kiedyś podawał liczbę 200 tysięcy. Potem zmienił zdanie i zredukował ją do - bagatela - kilkudziesięciu tysięcy. Wycofanie się przez Grossa z postawionej tezy było jednak ciszą przed burzą, albowiem wkrótce pojawił się Paweł Śpiewak, który zaproponował liczbę 120 tysięcy. To wcale nie jest tak dużo, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że przed Śpiewakiem i Grossem był Szymon Datner donoszący o 250 tysiącach ofiar.

Czy z badania i popularyzowania polsko-żydowskiej historii uczyniono targowisko, na którym każdy może wykrzyknąć preferowaną przez siebie liczbę? Ogromne rozbieżności w publikowanych danych świadczą jedynie o tym, że poszczególne szacunki są mało wiarygodne. Wystawiają też złe świadectwo samym badaczom. Tak czy owak, nikt jeszcze nie przebił Aliny Całej i jej "3 milionów". Kto da więcej, kto da mniej?


Dwie narracje

Bożena Keff, Helena Datner i Elżbieta Janicka to kolejne przedstawicielki nurtu myślowego, zgodnie z którym Polacy w czasie wojny grzeszyli (uczynkiem i zaniedbaniem) przeciwko represjonowanej ludności żydowskiej. Panie te napisały list otwarty do Komitetu Budowy Pomnika Sprawiedliwych przy Muzeum Historii Żydów Polskich[9]. Wyraziły w nim sprzeciw wobec budowy pomnika obok MHŻP. Stwierdziły, że powinien on stanąć w innym miejscu.

Według Keff, Datner i Janickiej, we współczesnej Polsce istnieją dwie narracje dotyczące relacji polsko-żydowskich w okresie okupacji niemieckiej: "polska" i "żydowska". Ta pierwsza, szeroko promowana w mediach od marca 1968 r., mówi o tym, że Polacy robili wszystko, co w ich mocy, żeby pomóc mordowanym współobywatelom. W tej narracji podkreśla się zasługi Polaków uhonorowanych tytułem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Druga narracja mówi o czymś zupełnie przeciwnym, a mianowicie o tym, że Polacy byli z reguły obojętni na los Żydów. Jakby tego było mało, niejednokrotnie pomagali Niemcom, uzupełniali ich ludobójstwo własnymi niegodziwościami albo odczuwali zadowolenie z powodu rozwiązania "kwestii żydowskiej".

Zdaniem autorek listu, Muzeum Historii Żydów Polskich, założone na terenie byłego getta warszawskiego, jest instytucją, która może i powinna reprezentować narrację żydowską. Keff, Datner i Janicka opowiadają się za swoistą emancypacją Żydów polskich. Uważają, że Żydzi powinni mówić własnym głosem, niezależnie od tego, czy podoba się to Polakom. Już dawno skończyły się bowiem czasy, kiedy Żydzi, pozbawieni własnego państwa, musieli się dostosowywać do oczekiwań większości i podpinać pod miejscowy patriotyzm[10]. Pozwolę sobie zacytować słowa, które szczególnie mnie zaniepokoiły. Trzy miłe panie wyraźnie dają w nich do zrozumienia, że nie życzą sobie, aby Ocaleni i ich potomkowie bronili Polaków przed groźnymi oszczerstwami.

"Projekt lokalizacji pomnika Sprawiedliwych obok Muzeum odbieramy z przykrością jako gest zgodny z dawniejszym, diasporowym sposobem działania, gdy Żydzi byli w sytuacji pogardzanej i realnie zagrożonej mniejszości. Czuli się wtedy często zobowiązani, jak sądzili, dla własnego bezpieczeństwa, do uprzedzania i spełniania, prawdziwych lub nie, oczekiwań większości. Te oczekiwania wiązały się z aktami żydowskiej samodegradacji, poniżania się, z potwierdzaniem narracji i przekonań większości przeciwko własnym racjom i emocjom. (...) Niektórzy Żydzi występowali i po Marcu 1968 i wcześniej w obronie tzw. dobrego imienia Polski i Polaków, kierując się życzeniowym myśleniem, konformizmem, czasem (zgeneralizowanymi) doświadczeniami własnej rodziny albo/i pod naciskiem. Dzisiaj nie ma już jednak realnych powodów, dla których Żydzi mieliby włączać się w kolejną oficjalną polską kampanię wizerunkową" - piszą Keff, Datner i Janicka.

Twórczynie listu przekonują, że MHŻP i jego otoczenie, uświęcone krwią żydowską, są swoistą strefą Żydów. Postawienie tutaj pomnika Sprawiedliwych, reprezentującego polski punkt widzenia, byłoby wtargnięciem obcej narracji, przeciwstawnej względem narracji żydowskiej. Co więcej, świadczyłoby o woli skolonizowania tego terenu, podporządkowania go polskim interesom, które nie zawsze są zgodne z interesami żydowskimi (Polakom zależy na obronie własnego wizerunku jako Narodu, który dzielnie walczył z hitlerowcami i niósł pomoc eksterminowanym Żydom. Stronie przeciwnej zależy zaś na podkreślaniu rzekomych błędów Polaków: bierności, znieczulicy, tchórzostwa i nielojalności).

Bożena Keff, Helena Datner i Elżbieta Janicka nawet nie próbują zrozumieć, że nie ma nic złego w tym, aby na polskiej ziemi, obok polskiego muzeum, stanął polski pomnik, upamiętniający polskich bohaterów i promujący polską wersję wydarzeń wojennych. Monument poświęcony Sprawiedliwym nie byłby ciałem obcym na żydowskim terytorium. Nie przypominałby biało-czerwonej flagi wbitej w izraelską ziemię, tylko biało-czerwoną flagę wbitą w ziemię piastowską. Muzeum Historii Żydów Polskich - bez względu na to, jaka jest jego dominująca problematyka - również zalicza się do instytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Nie ma powodu, żeby czynić z niego ambasadę niepolskiej narracji historycznej (i to takiej, która często wymaga reakcji Ministerstwa Spraw Zagranicznych). A taki właśnie postulat wysunęły trzy miłe panie.

Keff, Datner i Janicka kreują się na rzeczniczki mniejszości żydowskiej w RP. I nie byłoby w ich liście może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pomysł postawienia pomnika Sprawiedliwych obok MHŻP był pomysłem samego środowiska żydowskiego. Wygląda na to, że autorki listu, choć piszące w imieniu polskich Żydów, nie reprezentują całej społeczności żydowskiej mieszkającej w Polsce (lub pochodzącej z Polski). Kobiety manifestują własny punkt widzenia, którego nie można utożsamiać ze stanowiskiem całej mniejszości narodowej. Wyrazy oburzenia należy kierować pod adresem twórczyń apelu, a nie zwykłych Żydów, którzy z napisaniem i opublikowaniem tej odezwy nie mieli nic wspólnego. Z drugiej strony, warto pamiętać, iż pod listem trzech autorek podpisało się około 200 innych osób. Niektóre z nich noszą żydowskie nazwiska i/lub deklarują, że mieszkają w Izraelu.


Mądrość Platona

Jako Polka nie zgadzam się z treścią listu napisanego przez Keff, Datner i Janicką. Nie mam nic przeciwko budowie pomnika Sprawiedliwych w sąsiedztwie Muzeum Historii Żydów Polskich (i nie widzę w tej idei żadnego spisku). Zgadzam się jednak ze spostrzeżeniem, że obecnie krążą po Polsce dwie różne narracje dotyczące Holocaustu. Według jednej z nich, Polacy stanęli na wysokości zadania i zrobili dla Żydów wszystko, co mogli zrobić. Według drugiej - dopuścili się skandalicznych zaniedbań, których można było uniknąć. Obie strony barykady dysponują licznymi argumentami na potwierdzenie swoich tez. Niestety, pierwszej narracji nie da się pogodzić z drugą, a drugiej z pierwszą. Każda z nich zaprzecza bowiem pozostałej. To tak jak z ciążą: żadna niewiasta nie może być "do połowy w ciąży".

Można szukać złotego środka, można próbować pogodzić sprzeczne paradygmaty, ale w tym przypadku salomonowe rozwiązanie sprawdzi się tylko na krótką metę. Na dłuższą metę każdy, kto interesuje się problemem relacji polsko-żydowskich w czasie II wojny światowej, będzie musiał zająć jednoznaczne stanowisko: albo Polacy zdali egzamin, albo nie (ja uważam, że zdali. Wybrałam "narrację polską", bo tylko taką mogłam wybrać, będąc osobą narodowości polskiej). Jedno jest pewne. Kiedy świat pogrąża się w mroku, należy walczyć o to, żeby przywrócić światło. Gdy bliźni doświadczają niesprawiedliwości - są prześladowani, upokarzani lub wręcz mordowani - trzeba zdobyć się na odwagę i odwrócić ich los.

Platon, jeden z najwybitniejszych filozofów w dziejach świata, napisał kiedyś: "Największe zło to tolerować krzywdę". Na szczęście, historia zna przypadki ludzi, którzy myśleli podobnie jak on. Byli to prawdziwi bohaterowie, którzy nie wahali się interweniować, kiedy widzieli nieprawość i ludzkie cierpienie. Skoro wspomniałam już o polskich Sprawiedliwych, pozwolę sobie przywołać postać Ireny Sendlerowej, działaczki Rady Pomocy Żydom "Żegota", która przyczyniła się do ocalenia 2500 żydowskich dzieci. Ale przypadki heroizmu i niezgody na zło zdarzały się nie tylko w kontekście Shoah.

Przypomnijmy sobie tzw. akcję pod Arsenałem, brawurowe przedsięwzięcie Szarych Szeregów, którego celem było uratowanie polskich więźniów torturowanych przez gestapo. Czy dla osoby, która doświadcza bólu i poniżenia, może istnieć większe szczęście niż przerwanie gehenny? Charakter podobny do akcji pod Arsenałem miały liczne ataki na więzienia Urzędu Bezpieczeństwa[11] przeprowadzane w okresie powojennym przez podziemie niepodległościowe. Te ataki również stanowiły ratunek dla ludzi poddawanych torturom i narażonym na ryzyko utraty życia. One także opierały się na przeświadczeniu, że największym złem jest tolerowanie krzywdy.

Myślę, że w niniejszej pracy udało mi się udowodnić słuszność tezy postawionej przez Platona. Oczywiście, można by ten temat rozwijać, a przykłady faktów historycznych - mnożyć w nieskończoność. Moim celem nie było jednak dokładne omówienie problemu, tylko zwrócenie uwagi na pewne zagadnienia. Starałam się też krótko przeanalizować współczesny dyskurs na temat Holocaustu.


Natalia Julia Nowak,
wiosna-jesień 2015 r.


ANEKS
Idy marcowe


W kontrowersyjnym liście trzech autorek, który analizowałam w powyższym artykule, pojawia się sugestia, że podkreślanie zasług polskich Sprawiedliwych wśród Narodów Świata to nawiązywanie do marca 1968 r. Czy tak jest w istocie? Uważam, że niekoniecznie. Po pierwsze dlatego, że Polacy zawsze, niezależnie od dekady i klimatu politycznego, byli dumni ze swojej rekordowej liczby drzew w Instytucie Yad Vashem. W latach '60 duma ta mogła być wyrażana głośniej niż w innych epokach, ale nie oznacza to, że była ona specyficzna wyłącznie dla tamtego okresu. Po drugie dlatego, że mnóstwo ludzi angażujących się w upamiętnianie Sprawiedliwych oraz obronę dobrego imienia Polski nie kojarzy tej aktywności z rokiem 1968. Przykładem takiej osoby jestem ja sama. Gdyby nie Bożena Keff, Helena Datner i Elżbieta Janicka, coś takiego w ogóle nie przyszłoby mi do głowy.

Faktem jest jednak to, że w roku 1968 powstał film dokumentalny, którego twórca "zaorał" propagandzistów mówiących o polskiej obojętności na Holocaust. Mam tutaj na myśli produkcję "Sprawiedliwi" w reżyserii Janusza Kidawy. Autor dzieła totalnie ośmieszył teorię znieczulicy, pokazując widzom odpowiednie dokumenty, przytaczając dane liczbowe oraz dopuszczając do głosu ludzi, którzy o ratowaniu Żydów wiedzieli bardzo dużo. Nie ma znaczenia, w którym roku powstał ten film. Liczy się tylko to, że zwrócono w nim uwagę na powszechny sprzeciw Polaków wobec poczynań niemieckiego okupanta. Bohaterowie filmu opowiadają, że Polacy, chociaż podzieleni światopoglądowo, potrafili solidarnie pomagać Żydom. Aktywnością wykazywali się nie tylko socjaliści i komuniści, ale również narodowcy, w tym Jan Mosdorf, który został stracony przez Niemców za pomaganie ludności żydowskiej.

"Minęło wiele lat. Zdawało się, że wszystko jest jasne i oczywiste. Że nikt nie może mieć wątpliwości co do postawy społeczeństwa polskiego podczas okupacji. Listy z najdalszych krajów od uratowanych Żydów, którzy nie zapomnieli, komu zawdzięczają życie. Tak wyglądała żydowska dziewczynka jako córka polskiej rodziny podczas okupacji. A oto jej zdjęcie ślubne już w nowym życiu, bez strachu i grozy śmierci. Rozjechali się po wszystkich kontynentach. Dorośli założyli własne rodziny. Ilu ich było? Któż to dokładnie obliczy? Powtórzmy jeszcze raz liczbę szacunkową: ponad 100 tysięcy. Pozostały po nich w archiwach domowych wielu polskich rodzin dziecięce rysunki wykonane w ukryciu, fałszywe dokumenty, fotografie. My pamiętamy. A oni? Czy wszyscy pamiętają?" - zastanawia się narrator.

"Pytano mnie, czy w okresie likwidacji getta były przejawy antysemityzmu ze strony społeczeństwa polskiego. Cóż... Cóż mogłam na to odpowiedzieć? W każdym społeczeństwie są męty. Widziałam żydowskich szmalcowników. Byli granatowi policjanci, gorsi od Niemców. Ale mogę tylko podkreślić, że na ratowanie jednego Żyda składały się bohaterskie wysiłki co najmniej 20 Polaków. I że postawa społeczeństwa polskiego była pełna heroizmu i najgłębszego poświęcenia. Wstyd jest, że niestety należy powrócić do zagadnienia tak bolesnego po dwudziestu kilku latach. Wstyd jest, że są Żydzi, którzy zapomnieli o tym, jak ich ratowano i zapomnieli o tym, że ich Ojczyzną jest Polska. Bardzo bolesne jest to dla mnie, że muszę o tym wspominać" - zwierza się któraś z bohaterek produkcji.

W jednej kwestii mogę się zgodzić z paniami Keff, Datner i Janicką. Dzisiejsi Polacy potrafią się bronić przed kalumniami równie zaciekle, jak czynili to w latach '60 XX stulecia. Ośmielę się jednak zadać pewne niewygodne pytanie... Jeśli obrona dobrego imienia Narodu Polskiego ma charakter moczarowski[12], to jaki charakter ma szkalowanie Polaków, pomawianie ich o współpracę z niemieckim okupantem? Czyżby stalinowski? Chyba dożyliśmy kolejnej wojny. Symbolicznej wojny stalinowsko-moczarowskiej. Powiedzmy, że są to IDY MARCOWE[13], bo ci, którzy myślą jak reżyser "Idy", oskarżają swoich przeciwników o nawiązywanie do marca 1968 r. Ale można nazwać ten konflikt jeszcze inaczej: MARCYZM vs IDIOTYZM. Marcyzm to walka z oczernianiem Narodu Polskiego, a idiotyzm to polonofobiczne dyrdymały rodem z "Idy" (tudzież "Pokłosia" i "W ciemności").

PS. Film "Sprawiedliwi" Janusza Kidawy jest dostępny w serwisie YouTube (watch?v=eFSh_J6gLMU, watch?v=46h2SQ31SvE, watch?v=-846ONJCVo0). Ilu Polaków zostało oficjalnie uznanych za Sprawiedliwych wśród Narodów Świata? Obecnie są to 6532 osoby (źródło: YadVashem.org/yv/en/righteous/statistics.asp).


PRZYPISY

[1] Artykuł jest dostępny w internetowym wydaniu czasopisma "Wiedza i życie. Inne oblicza historii". Znajduje się on pod adresem: Ioh.pl/artykuly/pokaz/nie-wszystko-dotd-powiedziano-o-nieludzkiej-biernoci-wobec-zagady,1009

[2] Nie zaszkodzi przypomnieć, że autorem pierwszych raportów o Holocauście nie był Jan Karski, tylko Witold Pilecki, nazywany dzisiaj Ochotnikiem do Auschwitz. Sporządzone przez niego dokumenty (tzw. raporty Witolda) można przeczytać w serwisie Poland-Polska. Oto przydatny link: PolandPolska.org/dokumenty/witold/raporty-witolda.htm

[3] Wywiad, zatytułowany "Polacy jako naród nie zdali egzaminu", ukazał się na stronie: Rp.pl/artykul/310528.html

[4] Może rodacy byli im bliżsi niż przedstawiciele mniejszości etnicznej? A może po prostu wierzyli, że partyzanci, w przeciwieństwie do bezbronnych Żydów, mogą ich później obronić? Nie wiem, zgaduję. Wydaje mi się, że z bezpieczeństwem partyzantów jest tak jak z bezpieczeństwem ratowników niosących pomoc poszkodowanym. "Udzielając pierwszej pomocy, ratownik powinien w pierwszej kolejności zadbać o bezpieczeństwo swoje, a następnie poszkodowanego i świadków zdarzenia. Jeżeli ratownik dozna urazu, to służby ratunkowe, które przybędą na miejsce, będą musiały pomóc nie tylko poszkodowanemu, ale również osobie udzielającej pomocy. Może to zmniejszyć szansę przeżycia obu osób" (Epodreczniki.pl/reader/c/178002/v/10/t/student-canon/m/iCJEdSff2y). Zauważmy, że nawet w samolotach obowiązuje taka zasada, iż opiekun najpierw zakłada maskę tlenową sobie, a później dziecku. Kimże są partyzanci, jeśli nie garstką silnych mającą chronić rzeszę słabych? Czyż nie przypominają oni ratowników i opiekunów?

[5] Wypada odnotować, że Piotr Zychowicz (ur. 1980) sam słynie z rewolucyjnych poglądów na temat II wojny światowej i relacji polsko-niemieckich w XX wieku. Dziennikarz ten popełnił bowiem książkę "Pakt Ribbentrop-Beck. Czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki". Tytuł pozycji wydawniczej mówi sam za siebie. Pozwolę sobie zacytować fragment opisu publikacji: "Piotr Zychowicz konsekwentnie dowodzi w tej książce, że decyzja o przystąpieniu do wojny z Niemcami w iluzorycznym sojuszu z Wielką Brytanią i Francją była fatalnym błędem, za który zapłaciliśmy straszliwą cenę. (...) Zamiast porywać się z motyką na słońce, twierdzi autor, powinniśmy byli prowadzić Realpolitik. Ustąpić Hitlerowi i zgodzić się na włączenie Gdańska do Rzeszy oraz wytyczenie eksterytorialnej autostrady przez Pomorze. A następnie razem z Niemcami wziąć udział w ataku na Związek Sowiecki". Wygląda na to, że Zychowicz wcale nie jest takim antynazistą, jakiego udawał w dyskusji z Aliną Całą. O przekonaniach redaktora "Rzeczpospolitej" wiele mówią również tytuły jego innych książek: "Obłęd '44. Czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując powstanie warszawskie" i "Opcja niemiecka. Czyli jak polscy antykomuniści próbowali porozumieć się z Trzecią Rzeszą". Fragment opisu "Obłędu": "Piotr Zychowicz udowadnia, że losy stolicy potoczyłyby się inaczej, gdyby Polska zawiązała tymczasowy sojusz z III Rzeszą. Według autora błędem była sama decyzja o wywołaniu Powstania Warszawskiego. (...) Powstanie Warszawskie zdaniem Zychowicza okazało się najlepszym prezentem, jaki mógł sobie wymarzyć Stalin". Fragment opisu "Opcji niemieckiej": "Podczas II wojny światowej nie wszyscy Polacy byli nastawieni antyniemiecko. Wielu polityków i szereg organizacji starało się podjąć kolaborację z III Rzeszą i u jej boku stworzyć okrojone państwo polskie. (...) Mimo patriotycznej motywacji tych ludzi ich działania stanowią w Polsce temat tabu". Wszystkie cytowane opisy pochodzą z dużych, legalnych księgarni internetowych. Nie podam bezpośrednich linków, bo ktoś mógłby mnie oskarżyć o współudział w handlu brunatną literaturą, a przynajmniej o reklamę asortymentu konkretnych sklepów. Uważam, że Piotr Zychowicz poprzez swoją twórczość szkodzi Narodowi Polskiemu. Jego teorie to woda na młyn Aliny Całej. Dywagacje autora są też na rękę mainstreamowym mediom i władzom RP, które nakazują Polakom kochać Niemców i nienawidzić Rosjan. Pomijam już takie kwestie, jak demoralizowanie młodego pokolenia, relatywizowanie hitlerowskich niegodziwości czy utrwalanie stereotypu "nazistowskiej Polski".

[6] Wypowiedź pisemna została opublikowana w Chrześcijańskim Portalu CEL. Dokładny adres publikacji: PortalCel.pl/polin-przybrana-ojczyzna-izraela

[7] Chodzi tutaj o dwudniową konferencję naukową zorganizowaną z okazji 70 rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim. Wypowiedź Grossa została krótko zreferowana w artykule "'Co zrobiłeś, aby im pomóc?' Gross: Z obojętności wobec Holocaustu trzeba się wytłumaczyć". Tekst znajduje się w elektronicznej edycji dziennika "Polska": PolskaTimes.pl/artykul/876898,co-zrobiles-aby-im-pomoc-gross-z-obojetnosci-wobec-holocaustu-trzeba-sie-wytlumaczyc,id,t.html?cookie=1

[8] Powołuję się na artykuł "Fikcyjne 10%. Czyli ilu Żydów zabili Polacy?" Bogusława Wolniewicza. Materiał jest dostępny w e-wydaniu tygodnika "Najwyższy Czas": Nczas.com/publicystyka/fikcyjne-10-czyli-ilu-zydow-zabili-polacy

[9] List można przeczytać na stronie internetowej "Krytyki Politycznej": KrytykaPolityczna.pl/artykuly/opinie/20140327/nie-budujmy-pomnika-sprawiedliwych-obok-muzeum-historii-zydow-polskich

[10] Podejście takie kojarzy mi się nieco z ideologią syjonistyczną. Czym jest syjonizm? W artykule "Początki syjonizmu (1818-1893)" zdefiniowano to zjawisko w następujący sposób: "Syjonizm jest narodowym ruchem żydowskim, któremu towarzyszy idea stworzenia państwa żydowskiego w Palestynie oraz zatrzymania procesów asymilacyjnych Diaspory żydowskiej na świecie" (Izrael.badacz.org/historia/syjonizm.html). Wirtualne wydanie "Słownika języka polskiego PWN" proponuje bardziej uwspółcześnioną definicję syjonizmu: "Ruch narodowy i towarzysząca mu ideologia, głosząca konieczność stworzenia żydowskiego państwa na obszarze Palestyny w celu przetrwania Żydów jako narodu; po powstaniu Izraela - ideologia państwowa" (Sjp.pwn.pl/sjp/syjonizm;2576724.html). Syjonizm jest ideologią nacjonalistyczną, o czym pisze Roman Tokarczyk w książce "Współczesne doktryny polityczne": "Wśród współczesnych postaci nacjonalizmu o poważniejszych implikacjach międzynarodowych ważne miejsce zachowuje nacjonalizm żydowski. Znalazł on ideologiczne odzwierciedlenie w syjonizmie, leżącym u podstaw działania międzynarodowego ruchu syjonistycznego i polityki państwowej Izraela" (Books.google.pl/books?isbn=8326422401). Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że Bożena Keff, Helena Datner i Elżbieta Janicka w liście otwartym do Komitetu Budowy Pomnika Sprawiedliwych przy Muzeum Historii Żydów Polskich przeciwstawiły nacjonalizm żydowski nacjonalizmowi polskiemu. O tym, że ich pismo nosi znamiona ideologii syjonistycznej, świadczy również fakt, iż zagraniczni autorzy, otwarcie przyznający się do syjonizmu, także posługują się podziałem na "narrację polską" i "narrację żydowską". Cytuję słowa amerykańskiego historyka Gila Troya: "Moja podróż do Polski poszerzyła zakres mojej żydowskiej narracji. Przyjeżdżałem, zastanawiając się, dlaczego ci antysemici nigdy nie przeprosili za swoje zbrodnie. Wyjeżdżałem w zadumie nad tym, czy my, syjoniści, jesteśmy gotowi na zaakceptowanie Nowej Polski i jej teszuwy, nawrócenia i pokuty, a także, czy możemy pomóc tym młodym Polakom w budowie fascynującej, pełnej sensu przyszłości" (Fzp.net.pl/opinie/czy-narracja-syjonistyczna-akceptuje-nowa-polske). Wypowiedź ta jest obraźliwa i krzywdząca dla Polaków, gdyż przedstawia cały Naród jako zgraję antysemitów. Niewątpliwie mamy tutaj do czynienia z uogólnieniem, które świadczy o stereotypowym postrzeganiu świata i silnym uprzedzeniu wobec Polaków. Aby obalić pogląd mówiący, że wszyscy Polacy są antysemitami, wystarczy znaleźć jednego Polaka, który nie jest antysemitą. Proszę bardzo: ks. Wojciech Lemański, wielki filosemita.

[11] Jak wiadomo, wszelkie placówki związane z bezpieką podlegały Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego. Co o MBP piszą współcześni polscy historycy? "W okresie największego terroru i bezprawia w Polsce, w latach 1944-1954, na 450 osób pełniących najwyższe funkcje w MBP (od naczelnika wydziału wzwyż) aż 167 było pochodzenia żydowskiego (por. tabelka 1). Biorąc pod uwagę, że po wojnie Żydzi i osoby pochodzenia żydowskiego stanowili niespełna 1 proc. ludności kraju, to ich 37-procentowy udział w kierownictwie MBP stanowi trudną do ukrycia nadreprezentację osób jednej narodowości. Niższy, lecz nadal znaczny, był odsetek pełniących najwyższe funkcje kierownicze w jednostkach terenowych. Ze 161 szefów i zastępców szefów WUBP/WUdsBP, aż 22 (13,7 proc.) było pochodzenia żydowskiego". Źródło: "Aparat bezpieczeństwa w Polsce. Kadra kierownicza. Tom I. 1944-1956" pod redakcją naukową Krzysztofa Szwagrzyka, Instytut Pamięci Narodowej - Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, Warszawa 2005, strona 63 (Ipn.gov.pl/__data/assets/pdf_file/0015/105432/Aparat_kadra_kier_tom-I.pdf). Niestety, nie wiem, i chyba nie chcę wiedzieć, jakiej narodowości byli ubecy, którzy w czasach stalinizmu torturowali Irenę Sendlerową. Uwaga: bardzo proszę Szanownych Czytelników, żeby nie wyciągali ogólnych wniosków na temat narodu żydowskiego w oparciu o informacje dotyczące funkcjonariuszy UB/MBP. Pracownicy bezpieki to niewielki odsetek Żydów, jacy postawili stopę na polskiej ziemi (nie mówiąc już o całej planecie). Generalizacja na podstawie skrajnych przypadków to zbrodnia przeciwko socjologii. I taką właśnie zbrodnię popełnia Jan Tomasz Gross w odniesieniu do Polaków. Nie naśladujmy jego poczynań. Żydzi mają takie same prawa i taką samą godność jak my.

[12] "Agresji Izraela na kraje arabskie towarzyszy antypolska kampania prowadzona w świecie przez międzynarodowy syjonizm. Tej wrogiej, antypolskiej działalności jesteśmy zobowiązani przeciwstawić się, wykorzystując takie środki, jak prasa, radio, telewizja, publikacje, film dokumentalny oraz żywe słowo. Nie mamy powodu, ale zmuszeni jesteśmy bronić się przed oszczerczymi zarzutami" (sprawdź: "Mieczysław Moczar o syjonizmie", YouTube, watch?v=jc4qM5L8fk4). Brzmi to bardzo narodowo i... współcześnie. Kim, do choroby ciężkiej, był autor tych słów?! Mieczysław Moczar "Mietek" (vel Mykoła/Mikołaj/Nikołaj Demko/Diomko. Korzenie słowiańskie: polsko-ukraińskie lub polsko-białoruskie) wyróżniał się burzliwym życiorysem. Był sowieckim szpiegiem, dowódcą partyzanckim Armii Ludowej oraz rzekomym autorem książki "Barwy walki". 14 maja 1944 r. odniósł wielki sukces militarny, dowodząc koalicją AL-AK-BCh-Sowieci, która rozgromiła Niemców w bitwie pod Rąblowem. Niestety, w czasach stalinizmu kierował Wojewódzkim Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi. Nie wahał się wówczas skazywać polskich patriotów na tortury i śmierć. Jedną z jego ofiar został słynny Żołnierz Wyklęty - Stanisław Sojczyński "Warszyc" (brutalnie katowany, a potem stracony). Mykoła Demko, jako zwierzchnik łódzkiego WUBP, miał na sumieniu wielu AK-owców i NSZ-owców. Ostatecznie jednak przekonał się do tych formacji. Nastąpiło to w epoce późniejszej, tzn. po odwilży gomułkowskiej. Według prof. Pawła Wieczorkiewicza, który w 2007 r. opowiadał o Moczarze w Polskim Radiu, interesujący nas polityk "zrobił bardzo wiele dla rehabilitacji żołnierzy Armii Krajowej" i "występował (...) za uznaniem NSZ-owców za kombatantów". W latach '80 Mikołaj Diomko okazał się "człowiekiem hamującym wszystkie represje wobec Solidarności". Więcej na ten temat usłyszymy w audycji "'Nieznane o znanych' - gawęda prof. Pawła Wieczorkiewicza (15.01.2007)". Link do nagrania jest częścią multimedialnej publikacji "Dlaczego kat AK nie został I sekretarzem?" (PolskieRadio.pl/39/156/Artykul/742719,Dlaczego-kat-AK-nie-zostal-I-sekretarzem). Co by się stało, gdyby Mykoła Demko stanął na czele KC PZPR? Czy ówcześni Polacy obudziliby się w Wielkiej Polsce Narodowej? A może komunistyczna natura "Mietka" wzięłaby górę nad nacjonalistyczną? Tego już nigdy się nie dowiemy. Tak czy owak, Czesław Miłosz miał odrobinę racji, pisząc o latach 1956-1970: "Jest ONR-u spadkobiercą Partia". Gwoli jasności. Ubeckie zbrodnie powinny być osądzane jednakowo, bez względu na to, kto je popełnił. Wszyscy są równi wobec prawa, także nazbol Diomko. Zmiana nastawienia nie unieważnia dawnych win, zwłaszcza zbędnego okrucieństwa. Mykoła Demko żył 73 lata. Nic strasznego by się nie wydarzyło, gdyby spędził jakiś czas w więzieniu o zaostrzonym rygorze, bez żadnej taryfy ulgowej. Pamiętajmy: Temida ma zasłonięte oczy, w jednej ręce trzyma wagę szalkową, a w drugiej miecz. Nazbolki i inne "Bolki" podlegają takim samym normom moralnym jak reszta ludzkości. Nie ma przeproś.

[13] W starożytnym Rzymie idy marcowe były świętem ku czci Marsa, boga wojny, odpowiednika greckiego Aresa. Cały marzec był zresztą poświęcony Marsowi. Bóg ten - łączony również z wiosną i rolnictwem - uchodził za ojca mitycznych założycieli Rzymu, tj. Remusa i Romulusa. Symbolami Marsa uczyniono takie elementy przyrody ożywionej, jak wilk, dzięcioł czy dąb (ImperiumRomanum.edu.pl/religia/bogowie-starozytnego-rzymu/spis-bogow-rzymskich/mars). W astrologii Mars, czyli Czerwona Planeta, kojarzony jest z agresją, gwałtownością, śmiałością, asertywnością, walecznością, rywalizacją, aktywnym działaniem, instynktem samozachowawczym i reakcją obronną. Wiąże się go także z despotyzmem, rozwiązaniami siłowymi, brakiem dyplomacji, niszczeniem przeciwników oraz działaniem na oślep. Mars jest planetą męską i maleficzną. Astrologowie łączą go ponadto z ogniem, krwią, żelazem, wojskiem, sportem, siłą i seksualnością (AstroPasja.pl/content/view/113/60). Idy marcowe obchodzono 15 marca. Dramatyczne wydarzenia, które miały miejsce w Polsce w roku 1968, trwały od 8 do 23 marca, czyli pokrywały się z antycznymi idami. Hmmm... A może Paweł Pawlikowski i Rebecca Lenkiewicz, scenarzyści oscarowego filmu, specjalnie nazwali swoją bohaterkę Idą, żeby wzbudzić skojarzenia z idami marcowymi? Ostatecznie, akcja "Idy" rozgrywa się w latach '60 XX wieku (jeśli Ida, to marzec, jeśli marzec, to nagonka antysemicka. Jeśli idy marcowe, to Mars, jeśli Mars, to czerwień, jeśli czerwień, to komunizm, jeśli komunizm, to moczaryzm, jeśli moczaryzm, to antysyjonizm). Mieczysław Moczar de facto nosił imię Mikołaj, które - zdaniem ezoteryków - wiąże się z iście marsowym charakterem. Cytat z wirtualnego imiennika: "Do celu dochodzi pewnie i nie zważa na okoliczności. Gdy ruszy przed siebie, nic nie może go zatrzymać. Zdepcze wszystko po drodze, nie zważając na krzyki lęku czy nienawiści. (...) Z dwojga złego woli mylić się i posuwać naprzód, niż mieć rację i cofać się. Brzydzi się ludzkimi słabościami, próby wzbudzenia w nim współczucia będą bezowocne. Jest subiektywny, egocentryczny, ale może wszystko poświęcić dla idei. (...) Potrzebuje nieprzyjaciół, gdyż działanie wiąże się dla niego z walką. (...) Od młodych lat rzuca się na oślep w walkę, która zaczyna się przy zdobywaniu dyplomów. Później prawie zawsze zostaje szefem. (...) Jego największymi sukcesami są te najmniej widoczne" (Magia.onet.pl/imiennik/mikolaj,159.html). Imię "Mikołaj" znaczy "zwycięski wśród ludu" (Imiona.net/mikolaj). Imię "Mieczysław" oznacza "sławny mieczem" (Deon.pl/imieniny/imie,2074,mieczyslaw.html). Bardzo to marsowe/marcowe. I zgodne z faktami.


WYJAŚNIENIE

Artykuł, który zaprezentowałam Szanownym Czytelnikom, to poprawiona i rozszerzona wersja mojej pracy zaliczeniowej ze studiów magisterskich (przedmiot: "Socjologia moralności"). Tekst powstał jako uzasadnienie słów Platona "Największe zło to tolerować krzywdę". Cytat ten znajdował się nawet w pierwotnym tytule eseju. Stwierdziłam jednak, że praca porusza na tyle istotny temat, iż warto ją rozwinąć i opublikować. Tak właśnie uczyniłam, czego efekt widać powyżej. Tych, których zainteresował niniejszy artykuł, zachęcam do lektury moich starszych tekstów: "Obejrzałeś 'Idę'? Obejrzyj 'Generała Nila'!" i "NSZ. Jak narodowcy zostali Żołnierzami Wyklętymi?". Obie publikacje są dostępne online.

Komentarze (0)
NSZ. Jak narodowcy zostali Żołnierzami Wyklętymi?

"Hardy ich kark, tchórzliwy świat
zamknąć chce w zwojach niepamięci.
Choć tyle już minęło lat,
nadal żołnierze to wyklęci.

Nie zamknie ust cmentarny dół,
niepamięć ran też nie zabliźni,
bo dzięki nim jeszcze się tlą
resztki honoru mej Ojczyzny"


Tadeusz Sikora - "Żołnierzom NSZ"
(fragment tekstu piosenki)



Zaczynając od początku


Przedwojenny obóz narodowy był zjawiskiem szerokim i wewnętrznie zróżnicowanym. Świadczy o tym mnogość i różnorodność działających wówczas ugrupowań nacjonalistycznych. Robert Larkowski, autor artykułu "Organizacje narodowe w Polsce międzywojennej"[1], podjął próbę opisania tego zagadnienia przez pryzmat dziejów i postulatów kilku najważniejszych stowarzyszeń. Według tego autora, pierwszym ugrupowaniem nacjonalistycznym, jakie pojawiło się w II Rzeczypospolitej, był Związek Ludowo-Narodowy. Organizacja, opozycyjna względem Józefa Piłsudskiego, osiągnęła duży sukces w pierwszych wyborach parlamentarnych, uzyskując 1/3 mandatów w Sejmie. ZLN był partią umiarkowaną, uznającą zasady demokracji liberalnej, ale domagającą się ograniczenia praw mniejszości narodowych i działaczy lewicowych. W 1922 r. powstała Młodzież Wszechpolska, stowarzyszenie bardziej radykalne, krytykujące "marazm i zbytnie skostnienie struktur Związku Ludowo-Narodowego"[2]. Cztery lata później narodził się Obóz Wielkiej Polski, który w szczytowym momencie swojego rozwoju liczył od 250 do 300 tysięcy członków. Ugrupowanie miało charakter katolicki, konserwatywny, wolnorynkowy i antykomunistyczny. Jego działacze nosili berety, granatowe spodnie oraz piaskowe koszule.


Dwa ONR-y

Robert Larkowski dużo uwagi poświęca Obozowi Narodowo-Radykalnemu, a właściwie dwóm ONR-om, których drogi ostatecznie rozeszły się w roku 1935. Jakie były przyczyny rozłamu? Pierwsza: nieporozumienia dotyczące tego, w jakim kierunku powinno podążać stowarzyszenie po formalnej delegalizacji i czasowym pobycie liderów w Berezie Kartuskiej. Druga: konflikty między ONR-owcami wynikające z ogromnej różnicy zdań. Umiarkowani członkowie Obozu Narodowo-Radykalnego (tacy jak Henryk Rossman, Jan Mosdorf, Tadeusz Gluziński, Tadeusz Todtleben czy Edward Kemnitz - proszę zwrócić uwagę na niepolskie brzmienie niektórych nazwisk) utworzyli pozytywistyczny ONR-ABC. Ugrupowanie było nastawione na pracę organiczną i działalność propagandową. Oprócz nacjonalizmu głosiło konieczność modernizacji kraju, ale bez przesadnej urbanizacji. W kwestiach ekonomicznych opowiadało się za łagodnym interwencjonizmem państwowym. Skrajni członkowie Obozu Narodowo-Radykalnego (m.in. Bolesław Piasecki, Witold Staniszkis, Stanisław Cimoszyński, bracia Reuttowie) powołali do życia ONR-Falangę[3]. Usprawiedliwiali przemoc, rewolucję, totalitaryzm i unifikację kultury. Żądali wywłaszczeń, parcelacji latyfundiów i likwidacji bezrobocia. Gospodarka miała być centralnie planowana[4].


Narodowe Siły Zbrojne

W czasie II wojny światowej działało na ziemiach polskich wiele organizacji wojskowych wywodzących się z największych przedwojennych obozów politycznych. Armia Krajowa była dzieckiem sanacji. Bataliony Chłopskie zostały założone przez ludowców, a Armia Ludowa - przez komunistów. Narodowcy również mieli swoją reprezentację wojskową. Zbyszek Koryewo, twórca tekstu "Wyklęci Żołnierze"[5], pisze, że pierwszą nacjonalistyczną formacją militarną, powołaną do obrony okupowanego kraju, był Związek Jaszczurczy. Organizacja przez pewien czas szukała porozumienia z AK. Do współpracy jednak nie doszło ze względu na zbyt dużą różnicę poglądów. Członkowie ZJ byli zdroworozsądkowcami. Nie podobały im się "silne naciski aliantów, zmierzających do jak największej aktywności bojowej podziemnych armii w Polsce, bez względu na cenę krwi oraz sens polityczny takich zmagań"[6]. Kilka lat później Związek Jaszczurczy przekształcił się w Narodowe Siły Zbrojne. Żołnierze NSZ nie zgadzali się na jakąkolwiek współpracę z ZSRR, ponieważ uważali, że jest on wrogiem Polski, groźniejszym nawet od Niemiec. Narodowym Siłom Zbrojnym udało się dokonać wielu bohaterskich czynów. Przykładowo, Brygada Świętokrzyska NSZ wyzwoliła żeński obóz koncentracyjny w czeskim Holiszowie[7].


NSZ - NOW - NZW

Ważną datą w historii Narodowych Sił Zbrojnych był rok 1944, kiedy to doszło do istotnych zmian organizacyjnych w obrębie ich struktury. Omówieniem tego tematu zajął się Rafał Drabik w publikacji "Obóz narodowy po 1944 roku"[8]. Według autora, w analizowanym okresie część NSZ połączyła się z Armią Krajową. Pozostała część, wywodząca się ze Związku Jaszczurczego, zachowała jednak niezależność. To właśnie ona, znana jako NSZ-ZJ, powołała do życia wspomnianą wcześniej Brygadę Świętokrzyską (partyzantkę o charakterze antyniemieckim, antysowieckim i antykomunistycznym). Kolejne zmiany organizacyjne w Narodowych Siłach Zbrojnych nastąpiły po upadku powstania warszawskiego. W listopadzie 1944 r. większość oddziałów nacjonalistycznych została podporządkowana nowopowstałemu Narodowemu Zjednoczeniu Wojskowemu. Formacja, o której mowa, składała się nie tylko z NSZ-owców, ale również z żołnierzy Narodowej Organizacji Wojskowej i członków konspiracyjnych ugrupowań poakowskich (np. WiN-u). Nic więc dziwnego, że "w różnych częściach kraju funkcjonowały odmienne nazwy, stąd w jednym Okręgu będzie to NZW, w drugim NOW, a w trzecim NSZ"[9]. Partyzantka narodowa działała jeszcze kilkanaście lat po zakończeniu wojny. Ostatniego "leśnego" aresztowano w Sylwestra 1961 r[10].


Historia "Bartka"

Jednym z najsłynniejszych żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych był Henryk Flame "Bartek". Burzliwe życie tego patrioty opisał Tomasz Greniuch w artykule zatytułowanym nazwiskiem i pseudonimem bohatera[11]. Flame urodził się w roku 1918. Jako osiemnastolatek wstąpił do Podoficerskiej Szkoły Lotniczej w Grudziądzu. Po jej ukończeniu został przydzielony do 123 eskadry 2 Pułku Lotniczego w Rakowicach. Podczas kampanii wrześniowej walczył jako pilot w obronie Warszawy. Gdy Polska została zaatakowana przez Związek Sowiecki, 123 eskadra otrzymała rozkaz wycofania się w stronę Rumunii. Niestety, samolot Flamego był już wówczas uszkodzony, a Armia Czerwona odcięła żołnierzowi drogę w wyznaczonym kierunku. Flame przedostał się na terytorium Węgier. Tam trafił do obozu dla internowanych, jednak zdołał z niego uciec. Zadenuncjowany, wpadł ponownie w ręce Niemców i został umieszczony w obozie jenieckim na ziemiach austriackich. Odzyskawszy wolność, wrócił do Polski i związał się z ruchem oporu (AK). Na przełomie lat 1943/1944 został dowódcą partyzanckim. W październiku 1944 r. przyłączył swój oddział do NSZ. Po wojnie nie złożył broni, decydując się na walkę z komunistami. Zginął w 1947 r., skrytobójczo zamordowany przez milicjanta. Niepotrzebnie skorzystał z oszukańczej "amnestii".


Historia dwóch prawników

Do znanych przedstawicieli Narodowych Sił Zbrojnych należeli także Lech Neyman i Stanisław Kasznica. Ich życiorysy przedstawił Rafał Sierchuła w tekście "Poznańscy prawnicy"[12]. Obaj żyli w tych samych latach (1908-1948) i ukończyli studia prawnicze na tym samym uniwersytecie. Wspólnie działali w różnych organizacjach, m.in. Młodzieży Wszechpolskiej. Kiedy wybuchła wojna, zostali zmobilizowani do obrony Ojczyzny. Neyman poniósł ciężkie rany. Do końca życia zmagał się z kalectwem: niedowładem stopy i niedosłuchem ucha. Kasznica miał więcej szczęścia. Zachował dobre zdrowie i doczekał się Krzyża Srebrnego Orderu Virtuti Militari 5 Klasy. Każdy z interesujących nas prawników udzielał się w Organizacji Polskiej, Związku Jaszczurczym i Służbie Cywilnej Narodu. Stanisław Kasznica współpracował ponadto z konspiracyjnym ugrupowaniem "Nie" prowadzonym przez gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila"[13]. Neyman i Kasznica mieli poglądy zdecydowanie antyniemieckie. Ten pierwszy krzewił nawet ideę przywrócenia Polsce Ziem Zachodnich. Obaj byli też antykomunistami. I właśnie za tę działalność zostali aresztowani przez MBP, poddani torturom, skazani na śmierć oraz straceni w więzieniu mokotowskim. Dwóch prawników pochowano w jednej jamie grobowej. Ich szczątki odnaleziono w 2012 r.


Kampania nienawiści

Powojenne losy żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych toczyły się podobnie jak losy żołnierzy Armii Krajowej. NSZ-owcy, tak jak ich rodacy z AK, doświadczali okrutnych prześladowań. Byli również fałszywie oskarżani o różne niegodziwości, w tym o kolaborację z hitlerowcami i współudział w Holocauście. Sęk w tym, że o ile AK-owcy zostali ostatecznie zrehabilitowani, o tyle Narodowe Siły Zbrojne wciąż czekają na sprawiedliwość. Problemami związanymi z wizerunkiem NSZ zajął się Marek Jan Chodakiewicz w artykule "Rocznica powstania Narodowych Sił Zbrojnych" (tekst został napisany w roku 1997. Ja jednak skorzystałam z jego przedruku opublikowanego trzynaście lat później. Fakt, że do takiego przedruku doszło, świadczy o tym, iż materiał nadal jest aktualny)[14]. Zdaniem autora, od czasów PRL nagminnie ukazują się publikacje, które sugerują, że żołnierze NSZ mordowali Żydów ocalałych z zagłady. Przed 1989 r. tego typu treści pojawiały się nie tylko w periodykach wydawanych przez władze komunistyczne, ale również w książkach i czasopismach podziemnych oraz emigracyjnych. Widać jednak pewien postęp. Część autorów oczerniających NSZ odwołała już swoje tezy. Przykład? Prof. Krystyna Kersten, która w 1993 r. zaprzeczyła swoim słowom sprzed ośmiu lat. Powołała się na brak dowodów.


Sprawiedliwi "antysemici"

Chodakiewicz potwierdza, że wśród osób, do których strzelali Żołnierze Wyklęci, trafiały się jednostki żydowskiego pochodzenia[15]. Były one jednak karane za współpracę z okupantami, a nie za narodowość ("Podziemie niepodległościowe likwidowało bowiem ludzi uznanych za bandytów, szpiegów czy 'rewolucjonistów' nie oglądając się na pochodzenie etniczne skazanych"[16]). Twórca tekstu wspomina o przypadkach pomagania Żydom przez Narodowe Siły Zbrojne. Weźmy na przykład Feliksa Pisarewskiego-Parry, który "został odbity przez NSZ z transportu na Pawiak. Później służył jako oficer w jednej z komend NSZ"[17]. Innym przykładem może być Eljahu (Aleksander) Szandcer. Był to "uciekinier z getta, którego przygarnęli partyzanci NSZ"[18]. Chodakiewicz wymienia nazwiska powstańców warszawskich, którzy mieli żydowskie korzenie, a jednak walczyli w szeregach interesującej nas formacji (Żmidygier-Konopka, Natanson). Przypomina też, że prof. Wiesław Chrzanowski powiedział w jednym z wywiadów, iż znał NSZ-owca, który dał schronienie żydowskiej rodzinie. Sami Żydzi potrafili docenić heroizm członków NSZ. Julian Tuwim napisał kiedyś poruszający list do Józefa (Jacka) Różańskiego. "Poeta prosił o darowanie życia jednemu z żołnierzy NSZ, który bezinteresownie pomagał w czasie wojny jego matce"[19].


Cena odwagi

Marek Jan Chodakiewicz poświęca dużo uwagi martyrologii polskich narodowców. I to martyrologii, którą komuniści za wszelką cenę próbowali zatuszować. Cenzura PRL nie zdołała jednak wymazać prawdy z ludzkiej pamięci. Według Chodakiewicza, wielu autorom udało się opisać bohaterstwo i męczeństwo nacjonalistów, ale "bez wspominania [ich - przyp. NJN] przynależności organizacyjnej"[20]. W 1964 r. ukazał się "Pamiętnik lekarzy", w którym dr Władysław Fejkiel przywołał historię dra Jana Mosdorfa, więźnia KL Auschwitz, straconego przez SS-manów za pomaganie Żydom i udział w lagrowej konspiracji. Publikacja nie zawierała wzmianki o fakcie, że był to ten sam Jan Mosdorf, który przed wojną współdecydował o losach ONR-ABC. Innym ONR-owcem, którego historię opisano, ale bez napomknięcia o nacjonalistycznej przeszłości, był mec. Tadeusz Fabiani. Leon Wanat, twórca książki "Za murami Pawiaka", napisał o nim tylko tyle, że był działaczem młodzieżowym rozstrzelanym w Palmirach w czerwcu 1940 r. Chodakiewicz informuje, że "narodowcy ponieśli z rąk niemieckiego okupanta procentowo największe straty ze wszystkich polskich stronnictw"[21]. Należy tutaj dodać, że liczebność Narodowych Sił Zbrojnych była 15-krotnie większa niż liczebność Armii Ludowej. Ofiara krwi robi więc wrażenie.


Endecja a Żydzi

O Narodowych Siłach Zbrojnych napisano wiele krytycznych słów. Pewnie dlatego, że formacja ta wywodziła się z przedwojennego obozu narodowego. Faktem jest, że ówcześni narodowcy nie pałali do Żydów miłością. Publicyści endeccy często ukazywali tę mniejszość jako zagrożenie. Ale czy faktycznie chodziło im o Żydów jako Żydów? Czy kierowali się wrogością do konkretnego narodu, czy raczej przeświadczeniem, że w Polsce to Polacy powinni mieć monopol na władzę polityczną i ekonomiczną? Czy endecy zachowywaliby się inaczej, gdyby wpływową mniejszością w Polsce byli Arabowie, Latynosi lub Wietnamczycy? Zapewne nie. Pisaliby wówczas nieprzychylne artykuły o Arabach, Latynosach bądź Wietnamczykach. Żydami mogliby się nawet nie interesować, wszak nie byli programowymi antysemitami. Możliwe, że w przypadku niektórych endeków nacjonalistyczne poglądy szły w parze z autentyczną niechęcią do narodu żydowskiego. Ale czy to, że się kogoś nie lubi, automatycznie oznacza, iż życzy mu się śmierci? Oczywiście, że nie. Potwierdzają to historie narodowców, którzy uchodzili za antysemitów, a jednak pomagali Żydom, gdy znaleźli się oni w śmiertelnym niebezpieczeństwie (rozprawiałam o tym w poprzednich akapitach). Są takie sytuacje, kiedy naprawdę nie ma czasu na uprzedzenia[22].


Antysemityzm w II RP

Nie próbuję nikogo przekonać, że w II Rzeczypospolitej relacje polsko-żydowskie zawsze układały się wzorowo. Nie zaprzeczam, że istniały wówczas pewne formy dyskryminacji mniejszości żydowskiej (getta ławkowe, numerus clausus, numerus nullus). Nie spieram się z faktem, że w okresie międzywojennym zdarzały się różnorakie wystąpienia antyżydowskie. Jestem również skłonna uwierzyć w tezę, że prości ludzie dokuczali czasem Żydom jako odmieńcom (społeczności ludzkie, zwłaszcza tradycyjne i homogeniczne, bywają nietolerancyjne wobec osób, które w jakiś sposób się wyróżniają. Ofiarami szykan wcale nie muszą być przedstawiciele mniejszości narodowych lub religijnych). Nigdy jednak nie uwierzę w to, że przedwojenna Polska była krajem, w którym Żydów represjonowano, pozbawiano elementarnych praw, spychano na margines, traktowano w poniżający sposób i wykluczano z ludzkiej wspólnoty. Jeśli ktoś tak twierdzi, to jest perfidnym oszczercą albo ignorantem, któremu II Rzeczpospolita pomyliła się z III Rzeszą. Gdyby Polacy powszechnie nienawidzili Żydów, Skamandryci nigdy nie zrobiliby kariery. Tymczasem stali się oni szalenie popularną grupą poetycką. Wielu Żydów było lekarzami i prawnikami. A Polacy korzystali z ich usług i żadnego Holocaustu nie planowali. Powinno to być dla wszystkich jasne.


Krecia robota

Jak już wspomniałam, żołnierze NSZ i AK stali się po wojnie ofiarami haniebnej kampanii zniesławień. W filmie "Generał Nil" Ryszarda Bugajskiego[23] znajdziemy scenę, w której ubecy torturują pewnego człowieka, żeby zmusić go do opowiadania kłamstw podczas rozprawy sądowej przeciwko Augustowi Emilowi Fieldorfowi. Niestety, widmo tamtej epoki wydaje się ciągle powracać. Polscy bohaterowie narodowi nadal bywają oczerniani. Sęk w tym, że teraz oszczerstwa obiegają świat, choćby za sprawą niemieckiego serialu "Nasze matki, nasi ojcowie". Na Zachodzie często używa się krzywdzących określeń typu "polskie obozy zagłady" czy "nazistowska Polska". Aby poznać skalę tego problemu, wystarczy zajrzeć do polskojęzycznej Wikipedii[24]. Krecią robotę wykonują również niektórzy polscy artyści i intelektualiści (np. twórcy filmów "Ida", "Pokłosie" i "W ciemności". A także dr Alina Cała, która kilka lat temu stwierdziła, że "Polacy są odpowiedzialni za śmierć wszystkich 3 milionów Żydów"[25]). Wrabianie Polaków w Holocaust zaczęło się w okresie stalinizmu. Zmarły niedawno Władysław Bartoszewski uważał, że pogrom kielecki z 1946 r. był zbrodnią UB popełnioną na potrzeby zachodniej opinii publicznej[26]. Chodziło w nim o przekonanie cudzoziemców, że Polacy to dzicz niezasługująca na wolność.


Czas na egzorcyzmy!

Co tu dużo mówić. Musimy - bardziej niż kiedykolwiek wcześniej - bronić honoru tych, którzy walczyli, cierpieli i umierali za naszą Ojczyznę. Jesteśmy im to winni. Musimy też zabiegać o własne dobre imię, bo przecież większość z nas nie identyfikuje się z poglądami i barbarzyństwami Adolfa Hitlera. A właśnie taką łatkę próbują nam przypiąć niektóre osoby publiczne. Duchy ubeków wychodzą dzisiaj z grobów i uprawiają szatańskie harce. Poczytajmy, co o AK-owcach wypisują zagraniczni autorzy, a poczujemy obecność Józefa "Akowera" Czaplickiego[27]. Obejrzyjmy fragment oscarowej "Idy", a zobaczymy twarz Heleny Wolińskiej[28]. Możemy jednak te demony wypędzić. Wystarczy, że opowiemy światu, jak naprawdę wyglądała nasza przeszłość. A kysz, mary nieczyste! A kysz! Tu jest Polska, a nie Matrix - pora zniszczyć symulakry!


Natalia Julia Nowak,
12.04. - 06.05. 2015 r.



PS 1. Wracając jeszcze do Narodowych Sił Zbrojnych... O formacji wojskowej, będącej tematem niniejszego artykułu, pisze się, że traktowała Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich jako głównego wroga Polski. Niewykluczone, że tak było w istocie. Przyjrzyjmy się jednak deklaracji ideowej NSZ z lutego 1943 r. Można ją znaleźć na oficjalnej stronie Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ.com.pl). Oto dwa zdania z tego dokumentu: "NSZ - zbrojne ramię Narodu Polskiego, realizując wolę jego olbrzymiej większości, stawiają za swój pierwszy cel, zdobycie granic zachodnich na Odrze i Nissie Łużyckiej, jako naszych granic historycznych, jedynie i trwale zabezpieczających byt i rozwój Polski. Do tego celu NSZ dążyć będą bezpośrednio i natychmiast po złamaniu się Niemiec i po wypędzeniu okupantów z Kraju". Zacytowane słowa sugerują, że Narodowe Siły Zbrojne były przede wszystkim organizacją antyniemiecką. W deklaracji nie ma wzmianek o walce ze Związkiem Sowieckim. Są jednak napomknięcia o zwalczaniu komunizmu, anarchii i terroru politycznego.

PS 2. Wszystkim, którzy lubią tzw. piosenki zaangażowane, polecam dwie płyty poświęcone Narodowym Siłom Zbrojnym. Pierwsza z nich to krążek "Biało-czerwona krew. W hołdzie Narodowym Siłom Zbrojnym" grupy Leszek Bubel Band (2008). Druga to składanka "Twardzi jak stal. Muzyczny hołd dla Narodowych Sił Zbrojnych" (2009). Odnośniki do innych utworów dotyczących NSZ można znaleźć w elektronicznej publikacji "Piosenki o Narodowych Siłach Zbrojnych". Zamieścił ją Darek Matecki w serwisie Prawicowy Internet (PrawicowyInternet.pl). Jeśli chodzi o płyty "Biało-czerwona krew" i "Twardzi jak stal", słuchałam ich jeszcze w liceum (obecnie jestem na piątym roku studiów. "Piątym" - tzn. drugim drugiego stopnia). Było to bardzo hipsterskie z mojej strony. Interesowałam się Żołnierzami Wyklętymi zanim stało się to modne!

PS 3. Miłośników krótkich form audiowizualnych namawiam do obejrzenia filmiku "NSZ 1942-2012" dostępnego w serwisie YouTube na profilu "nszcompl". Jest to materiał historyczno-propagandowy nakręcony z inicjatywy Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych oraz Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. Dziełko trwa 5 minut i 44 sekundy. Warto zwrócić uwagę na jego formę. Twórcom filmiku udało się, mimo ograniczonego budżetu, zastosować chwyty realizacyjne rodem z hollywoodzkiej superprodukcji. Charakterystyczne ujęcia, jazdy kamerowe, przejmująca muzyka, atmosfera doniosłości i dramatyzmu... Nie zaszkodzi zobaczyć. Ja zobaczyłam i nie żałuję.

PS 4. Załóżmy na chwilę, że hipoteza, zgodnie z którą niektórzy NSZ-owcy mordowali Żydów, jest prawdziwa (wszędzie przecież mogły się trafić "czarne owce"). Czy poziom moralny garstki odszczepieńców przesądzałby o poziomie moralnym całej formacji wojskowej? Nie, gdyż byłoby to nielogiczne. Równie dobrze można by powiedzieć: "Jan jest rudy. Jan jest Polakiem. Zatem wszyscy Polacy są rudzi" ("Jan jest NSZ-owcem. Jan jest mordercą Żydów. Zatem wszyscy NSZ-owcy są mordercami Żydów"). Żeby obalić takie twierdzenie, wystarczyłoby znaleźć jednego Polaka, który nie jest rudy (albo jednego NSZ-owca, który nie jest mordercą Żydów). Przyjrzyjmy się zdaniu: "Jeżeli Jan jest Polakiem i jest rudy, to wszyscy Polacy są rudzi" ("Jeżeli Jan jest NSZ-owcem i jest mordercą Żydów, to wszyscy NSZ-owcy są mordercami Żydów"). Skoro z prawdy wynika fałsz, to całe zdanie jest fałszywe. Według informacji, podanej w materiale "NSZ 1942-2012", liczba żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych wynosiła 90.000. Płyną z tego dwa ważne wnioski. Pierwszy: nie jest możliwe, że wszyscy NSZ-owcy mordowali Żydów. Mógł to robić co najwyżej niewielki odsetek nacjonalistów (o ile w ogóle to robił, w co wątpię). Drugi: garstka odszczepieńców to nic w porównaniu z wielotysięczną armią sprawiedliwych patriotów. Jeden złoczyńca nie może się równać z setką bohaterów.


PRZYPISY

[1] R. Larkowski, "Organizacje narodowe w Polsce międzywojennej", "Ściśle tajne" 2004, nr 3, s. 47-65.

[2] Tamże, s. 49.

[3] Obóz Narodowo-Radykalny "Falanga" był również znany pod nazwą Ruch Narodowo-Radykalny (RNR).

[4] Ośmielam się mniemać, że program gospodarczy ONR-Falangi był dość "komunizujący". Może to właśnie dlatego Bolesław Piasecki, wódz Falangistów, umiał się później odnaleźć w powojennej rzeczywistości? To przecież on założył słynne Stowarzyszenie PAX (katolickie, ale lojalne względem stalinowców). Jednak... czy Piasecki kiedykolwiek zapomniał o swojej nacjonalistycznej i antysemickiej przeszłości? Człowiek, o którym rozmawiamy, pomógł wielu narodowcom wydostać się z ubeckich kazamatów. W 1968 r. wziął udział w antyżydowskiej akcji kierowanej przez Mieczysława Moczara. Nie zawsze był jednak wynagradzany przez system. Czasem doświadczał z jego strony okrucieństw (w 1957 r. komuniści zabili mu syna). Więcej ciekawostek o Piaseckim i innych sławnych nacjonalistach zawiera artykuł Roberta Larkowskiego [R. Larkowski, "Dziesięciu wybranych narodowców", "Ściśle tajne" 2004, nr 3, s. 66-88]. Pozwolę sobie zauważyć, że Bolesław Piasecki nie był pierwszym ani ostatnim narodowcem flirtującym z komunizmem. Podobnym życiorysem legitymował się Ho Chi Minh, wietnamski nacjonalista, który ostatecznie został przywódcą komunistycznym. Pytanie: czy Ho Chi Minh kiedykolwiek przestał być wietnamskim nacjonalistą? Nawet w filmie "Czas Apokalipsy" Francisa Forda Coppoli słyszymy opinię, zgodnie z którą poplecznicy Ho Chi Minha żądają własnej, oryginalnej, narodowej wersji komunizmu. Co więcej, domagają się oni niezależności, zarówno od Stanów Zjednoczonych, jak i od Związku Radzieckiego. Spójrzmy na Vietcong, czerwoną partyzantkę, postrach amerykańskich komandosów (kinomani pamiętają, jak Vietcong zalazł za skórę Johnowi Rambo i Jamesowi Braddockowi!). Tak się składa, że Vietcong wyewoluował z patriotycznego, niepodległościowego, antykolonialnego Vietminhu. Skąd pozyskać dodatkowe informacje na temat wietnamskich nacjonalistów-komunistów? Polecam książkę "Korea i Wietnam 1950-1974" wydaną w ramach cyklu wydawniczego "Wojny, które zmieniły świat. Wielka kolekcja" (2009). Inne źródło, które pragnę zarekomendować, to publikacja "Wietnam 1962-1975" Artura Dmochowskiego (Dom Wydawniczy "Bellona", Warszawa 2003). Jeśli chodzi o relacje nacjonalistyczno-komunistyczne, interesujący jest również casus XX-wiecznych Chin. Pewnie nie wszyscy wiedzą, że Chińska Partia Narodowa i Komunistyczna Partia Chin były kiedyś sojuszniczkami. Niestety, w ich przypadku "przyjaźń" skończyła się wojną domową. Zaintrygowanych odsyłam do mojego artykułu "Maoizm w kinie chińskim. Dwa przykłady" (można go znaleźć w Internecie).

[5] Z. Koryewo, "Wyklęci Żołnierze", "Ściśle tajne" 2004, nr 3, s. 93-98.

[6] Tamże, s. 94.

[7] Wśród ocalonych więźniarek było ponad dwieście Żydówek.

[8] R. Drabik, "Obóz narodowy po 1944 roku", w: "Dla Niepodległej. Żołnierze Wyklęci 1944-1963", pod red. D.P. Kucharskiego i R. Sierchuły, Poznań 2015, s. 25-26.

[9] Tamże, s. 25.

[10] Chodzi tutaj o Andrzeja Kiszkę "Dęba". Nie zaszkodzi jednak przypomnieć, że ostatnim ze wszystkich Żołnierzy Wyklętych był Józef Franczak "Lalek" zastrzelony w roku 1963 (zob. J. Szarek, "Ostatni z niezłomnych", w: "Dla Niepodległej. Żołnierze Wyklęci 1944-1963", pod red. D.P. Kucharskiego i R. Sierchuły, Poznań 2015, s. 109-110).

[11] T. Greniuch, "Henryk Flame 'Bartek'", w: "Dla Niepodległej. Żołnierze Wyklęci 1944-1963", pod red. D.P. Kucharskiego i R. Sierchuły, Poznań 2015, s. 60-62.

[12] R. Sierchuła, "Poznańscy prawnicy", w: "Dla Niepodległej. Żołnierze Wyklęci 1944-1963", pod red. D.P. Kucharskiego i R. Sierchuły, Poznań 2015, s. 74-76.

[13] O losach gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila" pisałam w artykule "Obejrzałeś 'Idę'? Obejrzyj 'Generała Nila'!" z lutego 2015 r. Tekst jest ogólnodostępny w Internecie.

[14] M.J. Chodakiewicz, "Rocznica powstania Narodowych Sił Zbrojnych", "Tylko Polska" 2010, nr 29, s. 14-15.

[15] Prawdopodobieństwo, że w tej grupie znajdzie się Żyd lub Żydówka, było dość wysokie. Świadczą o tym słowa dra hab. Krzysztofa Szwagrzyka cytowane przez Oskara Marię Bramskiego w wirtualnej edycji miesięcznika "Moja Rodzina" (chodzi o artykuł "Ministerstwo terroru". Tekst został pierwotnie opublikowany w papierowym wydaniu "Mojej Rodziny" z listopada 2013 r). "W okresie największego terroru i bezprawia w Polsce, w latach 1944-1954, na 450 osób pełniących najwyższe funkcje w MBP (od naczelnika wydziału wzwyż) aż 167 było pochodzenia żydowskiego. Biorąc pod uwagę, że po wojnie Żydzi i osoby pochodzenia żydowskiego stanowili niespełna 1 proc. ludności kraju, to ich 37 proc. udział w kierownictwie MBP stanowi trudną do ukrycia nadreprezentację osób jednej narodowości" - brzmią słowa Szwagrzyka. Bramski pisze, że do ubeków żydowskiego pochodzenia należeli m.in. Helena Wolińska, Roman Romkowski, Anatol Fejgin, Józef (Jacek) Różański i Julia "Krwawa Luna" Brystygierowa. Uwaga: proszę nie czynić z tych informacji podstawy jakiejkolwiek antysemickiej teorii. O czym świadczy fakt, że 37% ważnych pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego miało żydowskie korzenie? Tylko o tym, że 63% ich NIE miało. Po co się zafiksowywać na punkcie Żydów? Dla mnie większym zmartwieniem jest wysoki odsetek rdzennych Polaków. [Uwaga! Istnieje coś takiego, jak "Stenogram z Tajnego Referatu tow. Jakuba Bermana". Dokument pochodzi rzekomo z 1945 r. Pod względem merytorycznym przypomina nieco "Protokoły Mędrców Syjonu". Nie ma jednak dowodów na jego autentyczność, tak jak w przypadku samych "Protokołów...". Dlatego nie warto się nim ekscytować]

[16] M.J. Chodakiewicz, "Rocznica...", s. 14.

[17] Tamże, s. 15.

[18] Tamże.

[19] Tamże.

[20] Tamże.

[21] Tamże.

[22] Tych, którzy nie mogą tego zrozumieć, zachęcam do obejrzenia filmu "Jin ling shi san chai" ("The Flowers of War", "Kwiaty wojny") w reżyserii Yimou Zhanga. Akcja dzieła rozgrywa się w czasie masakry nankińskiej, kiedy to japońscy żołnierze masowo mordowali, okaleczali i gwałcili chińską ludność cywilną. Produkcja mówi o ludziach, którzy muszą wzajemnie sobie pomagać, nie zważając na istniejące między nimi różnice. Cóż więc robią bohaterowie, żeby ratować życie swoje i innych? Zaciekły antyklerykał przebiera się za księdza, uczennice szkoły katolickiej udzielają schronienia prostytutkom, a prostytutki wcielają się w role uczennic szkoły katolickiej i słuchają poleceń fałszywego duchownego (który chwilowo zrezygnował ze swobody i upodobnił się do szacownego duszpasterza). O filmie "Jin ling shi san chai" wypowiadałam się już w artykule "Nankin - chiński Wołyń. Filmowe wizje masakry". Tekst jest dostępny online. Chciałabym, żeby powstał dramat o "endeckich antysemitach" ratujących Żydów i nie-Żydów. Proponuję produkcję o Janie Mosdorfie. Albo o Edwardzie Kemnitzu, który otrzymał tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata (można to sprawdzić na stronie Instytutu Yad Vashem). Film o św. Maksymilianie Marii Kolbem - nacjonalistycznym zakonniku, który oddał życie za Polaka Franciszka Gajowniczka - już istnieje. Mam tu na myśli dzieło "Życie za życie" Krzysztofa Zanussiego.

[23] Zrecenzowałam tę produkcję w artykule, o którym była mowa w przypisie 13.

[24] Hasło "Polskie obozy koncentracyjne".

[25] Proszę to sprawdzić w wywiadzie "Polacy jako naród nie zdali egzaminu" dostępnym w internetowym wydaniu dziennika "Rzeczpospolita". Publikacja została zamieszczona 25 maja 2009 r. Autorem wywiadu z dr Aliną Całą jest Piotr Zychowicz.

[26] Powołuję się na wypowiedź Bartoszewskiego będącą elementem trzyczęściowego filmu dokumentalnego "Bezpieka 1944-1956" w reżyserii Iwony Bartólewskiej (rok produkcji: 1997. Instytucja sprawcza: Telewizja Polska).

[27] Oto dwie próbki "możliwości" antyakowskich autorów. Pierwsza: "Wielu z polskich nazistów, to byli polscy oficerowie i jako takim dano im dowództwo nad oddziałami Armii Krajowej, gdzie robili wszystko, aby zintensyfikować antyżydowską nienawiść" (źródło: Rauben Ainsztein, "Jewish Resistance in Nazi Occupied Eastern Europe", 1974 r. Zdanie było cytowane przez Henryka Pająka w książce "Strach być Polakiem"). Druga: "Dla Niemców zbędne było polskie SS - wystarczyła Armia Krajowa, denuncjująca lub sama mordująca Żydów. Ponadto rząd polski na uchodźstwie celowo opóźniał przekazanie na zachód informacji o okrucieństwach popełnianych na Żydach. Powstanie w getcie trwało dłużej niż powstanie warszawskie" (źródło: Andrew Kendall, gazeta "The Toronto Star", 1994 r). Oba fragmenty zaczerpnęłam z polskojęzycznej Wikipedii (hasło "Polskie obozy koncentracyjne"). Gdybym była złośliwa, powiedziałabym, że napisali to ludzie natchnieni duchem ubeckim...

[28] Pierwowzorem Wandy, jednej z głównych bohaterek filmu "Ida", była Helena Wolińska - stalinowska prokurator, która maczała palce w zgładzeniu gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Paweł Pawlikowski, reżyser produkcji, znał Wolińską osobiście i bardzo ją lubił. Więcej informacji na ten temat zawiera artykuł "Pudrowanie bestii" Tadeusza M. Płużańskiego [tygodnik "wSieci", nr 2 (111), 2015 r]. Skoro jestem już przy "Idzie", wspomnę o ciekawostce, którą zauważyli polscy Internauci. Otóż w scenie, w której oglądamy zdjęcia krewnych Idy i Wandy, wykorzystano fotografię Ireny Sendlerowej (Polki, która w czasie Holocaustu uratowała 2500 żydowskich dzieci. Kobieta została po wojnie aresztowana przez UB i poddana okrutnym torturom. Później jednak wstąpiła do PZPR). Czy to przypadek, czy jakaś manipulacja? Dlaczego zasugerowano, że Sendlerowa była spokrewniona z Wolińską? Problemem zdjęcia Sendlerowej zajmował się również Marek Pyza w tekście "Paskudne! Irena Sendlerowa też 'zagrała' w 'Idzie'. Kilka smutnych pooscarowych uwag" (portal wPolityce.pl). Ale to jeszcze nie wszystko, co trzeba wiedzieć o najnowszych dziełach filmowych dotyczących ciemnej strony PRL-u. Mam dla Czytelników dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobrą wiadomością jest to, że Ryszard Bugajski (twórca "Generała Nila", "Przesłuchania" i "Śmierci Rotmistrza Pileckiego") zdecydował się nakręcić film będący przeciwwagą dla "Idy". Można o tym poczytać w newsie "BUGAJSKI kręci film o KRWAWEJ LUNIE. GAJOS w obsadzie!" zamieszczonym w serwisie wNas.pl. Złą wiadomością jest to, że Piotr Dzięcioł, współproducent "Idy", pracuje wraz z amerykańskimi filmowcami nad kinową biografią rtm. Witolda Pileckiego. Poinformował o tym Krzysztof Kłopotowski w artykule "'Ida' idzie w świat, a Witold Pilecki?" (felieton ukazał się na stronie internetowej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich). Kto nam zagwarantuje, że film o Pileckim będzie rzetelny historycznie? Nie ufam twórcom "Idy". I boję się efektu końcowego.


ANEKS (rozszerzenie przypisu 15)
Luźne refleksje o żydowskich ubekach


Czy ubecy żydowskiego pochodzenia faktycznie byli Żydami? To pytanie, wbrew pozorom, nie jest głupie. Pamiętajmy, że rozmawiamy o osobach, które wyznawały ideologię marksistowską. Marksiści potępiali nacjonalizm, odrzucali tożsamość narodową, negowali zasadność patriotyzmu, dążyli do zniesienia podziałów narodowościowych, granic państwowych i samych państw. Posługiwali się hasłami typu "Proletariusze nie mają ojczyzny" czy "Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!". Ich hymn nosił tytuł "Międzynarodówka" (mianem Międzynarodówki, inaczej Kominternu, określano też organizację skupiającą komunistów z całego świata). Czy ubecy, niezależnie od pochodzenia etnicznego, poczuwali się do jakiejkolwiek narodowości? Czy faktycznie byli Żydami, Polakami, Rosjanami, Ukraińcami itd.? A może byli po prostu kosmopolitami, obywatelami świata, internacjonałami, wynarodowieńcami, ludźmi sowieckimi? Pochodzenie etniczne to jedno, narodowość to drugie.

Czy o kimś, kto ma rodziców Polaków, ale nie czuje więzi z polskością, powiemy, że jest Polakiem? Raczej stwierdzimy: "To nie jest Polak" albo "To jest Antypolak". Cóż więc z licznymi ubekami - marksistami, w których płynęła żydowska krew? Czy byli to Żydzi, czy raczej Antyżydzi? Ubecy nie krzywdzili ludzi w imię żydowskiego nacjonalizmu, tylko w imię tradycyjnie rozumianego marksizmu ("tradycyjnie rozumianego" - bo są też ideologie łączące komunizm/socjalizm z nacjonalizmem/patriotyzmem. Przykłady: dżucze, nazbol, dengizm, moczaryzm, gomułkowszczyzna, w pewnym sensie również koncepcje Mao Zedonga i Ho Chi Minha). Oczywiście, istnieją argumenty podważające moją hipotezę o beznarodowości ubeków mających żydowskie korzenie. Wielu z nich sympatyzowało przecież z syjonizmem, czyli ideologią postrzeganą jako żydowski nacjonalizm. Czy byli oni żydowskimi nacjonalistami? I czy nie podpadało to pod "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne"? Można by ten temat roztrząsać, ale niekoniecznie tutaj i teraz.

Historia ubeków żydowskiego pochodzenia jest historią resentymentu. Czy we wszystkich przypadkach? Nie wiem, czy we wszystkich, ale w trzech na pewno. Chodzi mi o Helenę Wolińską, Józefa Światłę i Jakuba Bermana. Casus Wolińskiej omówiłam w artykule "Obejrzałeś 'Idę'? Obejrzyj 'Generała Nila'!", więc nie będę go tutaj analizować. Przejdę zatem do pozostałych delikwentów. Najpierw Józef Światło. Ten prominentny funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego - który zasłynął z tego, że ostatecznie uciekł za granicę i został spikerem Radia Wolna Europa - bestialsko torturował ludzi. Do metod, stosowanych w kierowanym przez niego więzieniu, należało m.in. bicie metalowymi prętami, okładanie pałką wykonaną ze stalowych drutów oraz zmuszanie do wielogodzinnego klęczenia z podniesionymi rękami. Według Jerzego Roberta Nowaka (autora książki "Zbrodnie UB" z 2001 r., której fragmenty można znaleźć w Internecie), wspomniany ubek był wyjątkowo okrutny wobec narodowców, przedstawicieli przedwojennego Stronnictwa Narodowego. Czy krył się za tym resentyment?

A cóż innego mogło się kryć, skoro przesłuchujący katował przesłuchiwanych, wygłaszając stwierdzenia typu: "Teraz popamiętacie, co to jest antysemityzm"? Jeden z męczonych aresztantów odpowiedział mu ponoć: "Antysemityzm nigdy u nas nie prowadził do tortur, jak wasz antypolonizm". Jerzy Robert Nowak zacytował oba zdania, powołując się na pewną książkę wydaną w drugim obiegu (C. Leopold, K. Lechicki, "Więźniowie polityczni w Polsce w latach 1945-1956", Gdańsk 1981, s. 15). Historia Józefa Światły pokazuje, co uraza i żądza zemsty mogą zrobić z człowiekiem. Idźmy jednak dalej. Jakub Berman był jednym z trzech najważniejszych polityków w stalinowskiej Polsce, członkiem Kierownictwa Partii, zwierzchnikiem całej bezpieki. Wiele lat później udzielił ciekawego wywiadu Teresie Torańskiej (rozmowa została opublikowana w książce "Oni" z 1985 r. Omówienia wywiadu dokonał zaś John Sack, amerykańsko-żydowski dziennikarz, w publikacji "Oko za oko"). Z fragmentów dialogu, przytoczonych przez Jerzego Roberta Nowaka, wynika, że Berman również nosił w sobie swoistą gorycz i pragnienie odwetu. Miał bowiem poczucie doświadczenia "polskiego antysemityzmu".

Przypadki Wolińskiej, Światły i Bermana powinny być przywoływane w przypisach, przedmowach lub posłowiach do dzieła "Z genealogii moralności" Fryderyka Nietzschego. W jakim kontekście? Jako autentyczne przykłady resentymentu. Oczywiście, resentyment nie usprawiedliwia zbrodni, ale bardzo wiele wyjaśnia. Uraza połączona z żądzą zemsty to pierwszy stopień do piekła. Na wszelki wypadek, powinniśmy uważać, żeby jej w nikim nie rozbudzić. Polaku, nie doprowadzaj Żyda do resentymentu! Żydzie, nie doprowadzaj Polaka do resentymentu! Takie postępowanie nie wróży bowiem niczego dobrego. Grozi za to efektem błędnego koła. Uwaga: moje słowa dotyczące resentymentu odnoszą się nie tylko do relacji polsko-żydowskich/żydowsko-polskich, ale w ogóle do relacji ludzko-ludzkich. A z tymi jest coraz gorzej.

N.J. Nowak

PS. Jeśli wierzyć polskojęzycznej Wikipedii, w latach 1945-1948 Mieczysław Moczar był kierownikiem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi, mieście postrzeganym jako "bastion" mniejszości żydowskiej w Polsce. Piastował wysokie stanowisko, ale to nie zmienia faktu, że był podporządkowany swoim warszawskim zwierzchnikom, z których wielu miało żydowskie korzenie (dość wspomnieć o Bermanie, który sprawował pieczę nad całą ubecją. A także o Romkowskim i Różańskim, którzy mieli więcej do powiedzenia niż minister Radkiewicz, rdzenny Polak). Sam Moczar był mieszańcem polsko-ukraińskim. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Demko lub Diomko. Czy istnieje możliwość, że ten człowiek czuł się jakoś stłamszony przez swoich żydowskich przełożonych? Podobno już wtedy, w czasach stalinizmu, zdarzały mu się antysemickie wypowiedzi. Niewykluczone, że Moczar, będąc podwładnym Żydów, nabawił się resentymentu. To by wyjaśniało, dlaczego dwadzieścia lat później, kiedy poczuł się naprawdę silny, dokonał antyżydowskiej czystki partyjnej. Oto efekt błędnego koła, coś w rodzaju powracającej karmy.

Komentarze (0)
Obejrzałeś Idę? Obejrzyj Generała Nila!

Numerologia historyczna

Luty i marzec 2015 r. to idealny czas, żeby zająć się historiami Żołnierzy Wyklętych, a zwłaszcza biografią generała Augusta Emila Fieldorfa "Nila". 1 marca będziemy po raz piąty obchodzić Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Data tego Święta ma związek z faktem, że 1 marca 1951 r. rozstrzelano siedmiu członków IV Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość[1]. Wcześniej, 1 lutego, była 71 rocznica zamachu na Franza Kutscherę, esesmana zwanego "katem Warszawy". Człowiekiem, który wydał rozkaz zabicia nazisty, był właśnie generał "Nil"[2]. August Emil Fieldorf urodził się w marcu, a został zamordowany w lutym (20 marca 1895 - 24 lutego 1953). Podobnie wyglądają daty narodzin i śmierci majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki" (12 marca 1910 - 8 lutego 1951). W dniach 27-28 marca będziemy wspominać ponure wydarzenie, jakim było aresztowanie w Moskwie 16 przywódców Polskiego Państwa Podziemnego (1945). 14 lutego minęła 73 rocznica przekształcenia Związku Walki Zbrojnej w Armię Krajową. W nocy z 22 na 23 lutego odbędzie się rozdanie Nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej, czyli Oscarów. Polskim filmem, nominowanym do tej Nagrody w aż dwóch kategoriach, jest "Ida" Pawła Pawlikowskiego. Co jest nie tak z "Idą"? Wyjaśnię to w dalszej części artykułu.


Bohater dwóch wojen

August Emil Fieldorf "Nil" przyszedł na świat w Krakowie, gdzie ukończył szkołę podoficerską organizacji "Strzelec". Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, wstąpił do Legionów Polskich. Za odwagę, którą wykazał się w tamtym okresie, został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Fieldorf z powodzeniem kontynuował karierę wojskową. W czasie drugiej wojny światowej odegrał ważną rolę jako pierwszy emisariusz Naczelnego Wodza i rządu RP w Londynie. W latach 1942-1944 pełnił funkcję dowódcy Kedywu (Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej AK). O jego dalszych losach przesądziła działalność w antysowieckiej organizacji "Nie" ("Niepodległość"). Z jednej strony, awansował wówczas na stopień generała brygady. Z drugiej - poważnie naraził się "czerwonym". W 1945 r. został aresztowany przez NKWD i umieszczony w łagrze na Uralu. Do Ojczyzny powrócił dwa lata później. Nie przyłączył się do podziemnego ruchu antykomunistycznego. Ale to go nie uratowało. W 1950 r. został pojmany przez UB. Spotkały go tortury, fałszywe oskarżenia o współpracę z Niemcami, sfingowany proces i kara śmierci przez powieszenie. Pięć lat po egzekucji został oficjalnie zrehabilitowany, jednak miejsce jego pochówku wciąż pozostaje nieznane[3].


Na przekór światu

Wiele ciekawych faktów dotyczących Augusta Emila Fieldorfa "Nila" zawiera publikacja "Opowieść o moim mężu, Emilu Fieldorfie" - transkrypcja ustnej wypowiedzi Janiny Fieldorf z roku 1977[4]. Materiał powinien zainteresować wszystkich miłośników polskiej historii. Nie tylko dlatego, że jest obszerny, ale również dlatego, iż przedstawia punkt widzenia osoby, która doskonale znała bohatera i była z nim emocjonalnie związana. Z opowieści pani Fieldorfowej wynika, że Emil miał tak drobną budowę ciała, iż nikt nie wróżył mu udanej kariery wojskowej. Mimo to, od początku radził sobie bardzo dobrze, wziął udział w wielu bitwach pierwszej wojny światowej. Był mężczyzną pogodnym, obdarzonym poczuciem humoru. Najistotniejsze były dla niego wartości patriotyczne rozumiane jako miłość do Polski. Mówił, że nie odczuwa lęku (i pewnie dlatego nigdy nie brakowało mu dzielności żołnierskiej). Należał do ludzi stworzonych do walki: lepiej czuł się w czasie wojny niż w czasie pokoju. Irytowało go, że w spokojnych czasach wymaga się od oficerów pedantyczności. Sam nie przywiązywał wagi do takich drobiazgów, jak poprawnie zapięty płaszcz czy starannie wyczyszczone buty. Inni żołnierze mieli mu za złe, że nie zawsze był regulaminowo ubrany i że czasem nie chciało mu się salutować. A jednak darzyli go sympatią.


Hierarchia wartości

Według Janiny Fieldorf, August Emil odznaczał się szerokimi zainteresowaniami. Posiadał coś, co ona sama określiła jako "zdolności politechniczne". Lubił reperować, udoskonalać, montować różne przedmioty. Fascynował się również muzyką, rybołówstwem i filatelistyką. Uwielbiał dzieci, dzięki czemu świetnie sprawdzał się w roli ojca (miał dwie córki). Ale rodzina nie była dla niego najważniejsza. Na pierwszym miejscu zawsze stawiał Polskę, a na drugim - Józefa Piłsudskiego[5]. Fieldorf był jednym z uczestników przewrotu majowego z 1926 r. Gdy dowódca, Jan Kruszewski, zapytał go, czy podczas tamtych wydarzeń myślał o rodzinie, Emil odpowiedział: "Nie, nie myślałem". Przyszły generał, mimo wrodzonej wojowniczości, posiadał talent dyplomatyczny. Potrafił pertraktować z przeciwnikami politycznymi i unikać konfliktów z mniejszościami narodowymi. W okresie powojennym, kiedy było jasne, że akowcom grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, pani Fieldorfowa zachęcała swojego męża do wyjazdu za granicę. On jednak odmawiał, argumentując, że jego miejsce jest w Polsce i że nie może być tchórzem. Gdy został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa, komuniści szybko zauważyli jego twardą i nieugiętą postawę. Żałowali nawet, że nie jest jednym z nich, ponieważ chcieli mieć kogoś takiego w swoich szeregach.


Kto zabił generała "Nila"?

Jak to było z aresztowaniem, oskarżeniem, skazaniem i straceniem Augusta Emila Fieldorfa "Nila"? Krótko, ale treściwie opisał to Tadeusz M. Płużański w artykule "Mordercy generała 'Nila'"[6]. Zdaniem autora, w zgładzeniu Żołnierza Wyklętego uczestniczyło tak wielu ludzi, że trudno byłoby wskazać głównego sprawcę mordu. Jest jednak kilka osób, które odegrały w tej zbrodni istotną rolę. Pierwsza z nich to podpułkownik Helena Wolińska z Naczelnej Prokuratury Wojskowej: kobieta, która wydała nakaz aresztowania generała (mniejsza z tym, że zrobiła to 11 dni po jego faktycznym zatrzymaniu). Podjęła taką decyzję, chociaż nie posiadała żadnych dowodów świadczących o winie podejrzanego. Później, z niewiadomych przyczyn i znów z opóźnieniem, zadecydowała o przedłużeniu osadzonemu aresztu. Uczyniła to 15 lutego 1951 r., chociaż w świetle prawa miała czas do 9 lutego. Inne osoby, o których należy wspomnieć: pułkownik Józef/Jacek[7] Różański (dyrektor Departamentu Śledczego MBP, który przyczynił się do umieszczenia Fieldorfa w więzieniu mokotowskim), podporucznik Kazimierz Górski (oficer śledczy, który zajmował się torturowaniem generała), Benjamin Wajsblech (wiceprokurator Generalnej Prokuratury PRL, który podpisał fałszywy akt oskarżenia) i Maria Gurowska (sędzia, która wydała wyrok śmierci).


Film twórcy "Przesłuchania"

August Emil Fieldorf "Nil" był jednym z pierwszych Żołnierzy Wyklętych, którym zwrócono honor i należne miejsce w panteonie polskich bohaterów narodowych. Już w 1977 r. postawiono mu pomnik przy symbolicznym grobie. Obecnie posiada on kilka pomników w różnych miastach Polski. Poświęcono mu także wiele tablic pamiątkowych. Fieldorf jest bohaterem utworu muzycznego nagranego przez rapera Tadeusza "Tadka" Polkowskiego. Imieniem generała nazwano również Muzeum Armii Krajowej w Krakowie. W niniejszym artykule chciałabym omówić film fabularny opowiadający o powojennych losach "Nila". Produkcja nie należy do najnowszych (powstała w roku 2009). Myślę jednak, że warto ją przypomnieć. I to właśnie teraz, ze względu na "numerologię historyczną".

Tytuł: "Generał Nil"
Reżyseria: Ryszard Bugajski
Produkcja: Polska (2009)
Gatunek: dramat, biograficzny,
wojenny, polityczny

Z reguły nie oglądam polskich filmów. Zauważyłam bowiem, że trudno jest znaleźć dzieło wartościowe pod każdym względem. Produkcje, które odznaczają się wysokimi walorami artystycznymi, często wzbudzają zastrzeżenia natury merytorycznej. I odwrotnie: filmy dobre pod względem treści niejednokrotnie okazują się słabe pod względem formy. Optymiści, którzy wierzą, że tym razem będzie lepiej, srodze się rozczarują. "Generał Nil" Ryszarda Bugajskiego stanowi przeciwieństwo "Idy" Pawła Pawlikowskiego. "Ida" jest znakomicie zrealizowana, jednak zawarte w niej wątki mogą irytować. "Generał Nil" nie zachwyca wykonaniem, ale porusza istotny temat (i robi to we właściwy sposób. Polscy patrioci i narodowcy raczej nie będą mieli powodu, żeby narzekać na zaproponowaną w nim wizję historii. Ważna rzecz: dzieło nie zawiera elementów prowokacyjnych ani obrazoburczych). Reżyserem omawianej produkcji jest Ryszard Bugajski, który w latach osiemdziesiątych stworzył wstrząsający film "Przesłuchanie" z Krystyną Jandą w roli głównej. Motywy, które się tam znalazły, powróciły później w telewizyjnym spektaklu Bugajskiego "Śmierć Rotmistrza Pileckiego" (2006). "Generał Nil" to już trzecie podejście do tematu prześladowania akowców przez Urząd Bezpieczeństwa. Pożeranie własnego ogona? Być może.

Pierwsza godzina filmu ukazuje losy Augusta Emila Fieldorfa "Nila" od jego powrotu z Uralu aż do momentu aresztowania przez UB. Druga godzina przedstawia więzienną gehennę generała oraz ukartowany proces sądowy. W części pierwszej nie dzieje się zbyt wiele. Stanowi ona przedłużoną prezentację głównego bohatera, jego charakteru, poglądów na życie i relacji z innymi ludźmi. Widz poznaje różne postawy Polaków względem nowych warunków politycznych. Podejście głównego bohatera można określić jako fatalistyczne. Fieldorf nie podziela entuzjazmu ludzi, którzy pragną kontynuować walkę rozpoczętą w czasie wojny. Uważa, że w obecnych okolicznościach każdy zryw jest skazany na klęskę. Bunt nie tylko nie przyniósłby efektów, ale również doprowadziłby do pogorszenia sytuacji. "Nil" wyraźnie przeczuwa, że ubecy prędzej czy później go dopadną. Ma jednak nadzieję, że jakimś cudem uniknie mrocznego przeznaczenia. Gdy generał zostaje uwięziony, sprawa jest szeroko komentowana przez enkawudzistów i pepeerowców. Jeden z komunistów wpada na pomysł: "A może go tak... po prostu?". Wówczas odzywa się Józef Różański: "Generała Kedywu, niestety, nie można tak po prostu. (...) Zrobimy to legalnie, panowie. (...) Najpierw proces, świadkowie, dowody, akt oskarżenia. A potem go... tak po prostu".

To, o czym mówi Różański, przypomina książkę "Symulakry i symulacja" Jeana Baudrillarda (wydawnictwo Sic!, Warszawa 2005). Dyrektor Departamentu Śledczego MBP dopuszcza korzystanie z dwóch form: znaków i symulakrów. Znaki odwołują się do rzeczywistości, symulakry - do samych siebie. W tym przypadku znakami będą podstawowe dane dotyczące konkretnych osób, grup i wydarzeń. Symulakrami: fałszywe zeznania, kłamliwe protokoły i wmówione winy. Ze znaków i symulakrów powstanie spójna całość. Jednolita papka, w której granice między prawdą a fałszem zostaną zatarte. Całą tę papkę będzie się promować jako rzeczywistość. Ale to już nie będzie rzeczywistość, tylko hiperrzeczywistość. Model wyprzedzi sytuację faktyczną. Zazwyczaj jest tak, że najpierw istnieją fakty, a później na ich podstawie konstruuje się modele. Tutaj sytuacja ulegnie odwróceniu: zostanie przygotowany model, do którego będzie się dostosowywać fakty. Śledztwo nabierze cech procesu twórczego, nie badawczego. Jego celem będzie nie tyle wydobywanie prawdy, ile jej generowanie na potrzeby rozprawy i wyroku śmierci. W jaki sposób będzie się to odbywać? Wszelkimi dostępnymi metodami. Jednak cały ten wielki projekt jest symulakrem. Chodzi w nim de facto o zaspokajanie sadystycznych i morderczych potrzeb ubeków.

W drugiej części filmu ubowcy oskarżają Fieldorfa o czyny wyssane z palca. W tym o ostatnią rzecz, jaka mogłaby mu przyjść do głowy: o współpracę z niemieckim okupantem. Jego - człowieka, który dzięki owocnej walce z hitlerowcami zyskał powszechny szacunek! Próbują go zmusić, żeby opowiadał o wydarzeniach, w których nie uczestniczył. Żeby przyznał się do przestępstw, których nie popełnił. Żeby uwierzył, że jest kimś, kim nigdy nie był. W tym celu posuwają się do coraz większych niegodziwości. Biją go, poniżają, zamykają w mokrym karcerze. Ale jeszcze gorzej traktują "świadków". Bo to "świadkowie", którzy wszystko "widzieli" i "zapamiętali", mają być najbardziej wiarygodni dla opinii publicznej. Oczywiście, w przyrodzie tacy "świadkowie" nie występują. Dlatego trzeba ich stworzyć. Nieważne, w jaki sposób. Byle skutecznie. Najlepiej niech się rodzą w bólu, krzyku i krwi, jak Matka Ziemia przykazała. Rozprawa sądowa to już tylko formalność. Naturalnie, zawsze mogą się trafić obrońcy, którzy będą pytać o sprawy niewygodne, ale wtedy wystarczy uchylić ich pytania. Od czego są Niezawisłe Sądy? Od tego właśnie. A od zadawania pytań są ubecy. Bajka o "zdrajcy-Fieldorfie" ma być przewidywalna i ekscytująca. Dla kogo? Dla zdegenerowanych jednostek lubiących się znęcać nad bliźnimi. Przedstawienie musi trwać.

Jak już wspomniałam, "Generał Nil" nie jest dziełem wybitnym pod względem formy. Ze wszystkich trzech produkcji, w których Ryszard Bugajski zajął się okresem stalinizmu, analizowany film jest najsłabszy. Widzowie, którzy uważnie obejrzeli "Przesłuchanie" i "Śmierć Rotmistrza Pileckiego", spostrzegą, że reżyser wyraźnie się powtarza (korzysta ze sprawdzonych, ale już zgranych schematów). Nie oznacza to, oczywiście, że "Generał Nil" jest wiernym odwzorowaniem wcześniejszych tworów. Bugajski wprowadził odrobinę innowacji. Trudno nie zauważyć, że analizowana produkcja jest jeszcze bardziej drastyczna niż "Przesłuchanie" i "Śmierć Rotmistrza Pileckiego". O jednej ze scen można powiedzieć, że jest naprawdę przerażająca. Mimo to, dzieło nie porusza tak, jak mogłoby poruszać. Może to kwestia gry aktorskiej, która nie dorasta do pięt genialnej kreacji Krystyny Jandy z lat osiemdziesiątych. Pierwsza połowa "Generała Nila" jest dość nudna i sprawia wrażenie przydługiego wstępu do drugiej połowy. Dużo w niej ckliwości i banałów, z których niewiele wynika. Kompletnie nieudana jest "scena akcji" - retrospekcja ukazująca zamach akowców na Franza Kutscherę. Nie wiem, skąd to się bierze. Może z ograniczonego budżetu, który nie pozwolił na odtworzenie tego wydarzenia w sposób bardziej brawurowy.

Bohaterowie produkcji nie są zbyt spsychologizowani. W filmie Ryszarda Bugajskiego pojawia się wiele postaci, które są słabo zarysowane, chociaż mogłyby być przedstawione w sposób głębszy i ciekawszy. Nie podoba mi się, że Bugajski wprowadził wiele postaci epizodycznych, o których zupełnie nic nie wiadomo. W zasadzie, tylko protagonista, August Emil Fieldorf "Nil" (w tej roli Olgierd Łukasiewicz), został ukazany interesująco i wielowymiarowo. Jednak nawet on nie jest tak "prawdziwy", jak można by tego oczekiwać. Dobrze, że przynajmniej wzbudza sympatię widza. Jawi się bowiem jako miły, pogodny, inteligentny, nieulegający emocjom starszy pan o zdroworozsądkowym podejściu do życia. Jeśli chodzi o "ciemną stronę mocy", w filmie Ryszarda Bugajskiego występuje kilka postaci, które są wyraziste, intrygujące i zapadają w pamięć. No, ale taka jest ich funkcja jako czarnych charakterów. Schwarzcharaktery niemal zawsze takie są (użyłam tego określenia nieprzypadkowo. W omawianej produkcji bohaterowie negatywni nie są zbyt rozbudowani. Przypominają "papierowych" złoczyńców z amerykańskich produkcyjniaków). Jacek Rozenek, który już po raz drugi wcielił się w rolę Józefa Różańskiego, zagrał podobnie jak w "Śmierci Rotmistrza Pileckiego". Ale tutaj jego postać jest znacznie płytsza.

Mimo wszystko, polecam ten film. Bardzo polecam. Po pierwsze: ze względu na istotny temat i godne podejście do niego. Po drugie: ze względu na głęboko patriotyczne i niepodległościowe przesłanie. Po trzecie: ze względu na wartościowy głos w dyskusji o Żołnierzach Wyklętych i ich oprawcach. Najbardziej jednak polecam ten film jako alternatywę dla "Idy" Pawła Pawlikowskiego. Poczekajcie, wkrótce się dowiecie, co mi przeszkadza w "Idzie".


Brakujące ogniwo

W filmie Ryszarda Bugajskiego nie pojawia się Helena Wolińska. A szkoda, bo to ciekawa postać. Według Tadeusza M. Płużańskiego[8], stalinowska prokurator tłumaczyła swoje niegodziwości... własnymi bolesnymi doświadczeniami. Wolińska twierdziła, że jako Żydówka wielokrotnie doświadczała antysemityzmu. Nie tylko ze strony Niemców, którzy zamknęli ją w getcie, ale także ze strony Polaków. Czy Wolińska poszła drogą zbrodni, bo w młodości stykała się z nietolerancją, a podczas wojny została uznana przez niemieckich nazistów za podczłowieka? Resentyment wiele wyjaśnia, ale niczego nie usprawiedliwia. Fakt, że się przeszło przez coś okropnego, nie jest powodem, żeby w identyczny (lub jeszcze gorszy) sposób traktować bliźnich. To nie jest ani słuszne, ani logiczne. Może nawet wywołać efekt błędnego koła. Każdy okrutnik, nie tylko zbrodniarz sądowy, mógłby się zasłaniać swoimi trudnymi przeżyciami. Ale czy w każdym przypadku byłaby to okoliczność łagodząca? Pamiętajmy, że istnieją osoby, które wskutek własnego nieszczęścia stały się szlachetne. Traumatyczne wspomnienia to jedno, indywidualne decyzje to drugie. "X" nie musi przesądzać o "Y". Mimo wszystko, starajmy się żyć tak, żeby nie wzbudzać w innych ludziach resentymentu. Bo to właśnie z niego bierze się podłość. Pisał o tym Fryderyk Nietzsche[9].


Gdzie jest Helena?

Mówi się, że w przyrodzie nic nie ginie. Gdzie więc jest Helena Wolińska, która zniknęła z opowieści o Fieldorfie niczym Lew Trocki ze starych sowieckich fotografii (naprawdę dziwi mnie fakt, że w dziele Bugajskiego nie wspomniano o niej ani słowem)? Według Tadeusza M. Płużańskiego[10], Helena Wolińska jest obecna w filmie "Ida" Pawła Pawlikowskiego. Ukrywa się pod imieniem Wanda. Krwawa prokurator opuściła Polskę w roku 1968. Razem z mężem, profesorem Włodzimierzem Brusem, zamieszkała w Oxfordzie, gdzie zrobiła zawrotną karierę na salonach. Stała się personą znaną i lubianą, podejmowała gości z Polski. Niektóre media, nawet w naszej Ojczyźnie, zaczęły ją ukazywać w pozytywnym świetle. Dziennikarze wyolbrzymiali jej zalety i bagatelizowali zbrodnie. Przedstawiali ją jako niewinną ofiarę, która przypadkowo została katem. Tymczasem władze III RP bezskutecznie starały się o jej ekstradycję. A ona... No cóż, interpretowała to jako prześladowanie na tle etnicznym. Tam, w Wielkiej Brytanii, poznał ją Paweł Pawlikowski, który bardzo ją polubił. Jadał u niej nawet podwieczorki. Gdy dowiedział się o jej przeszłości, wcale nie zmienił swojej postawy. Helena Wolińska, spokojna i bezkarna, zmarła w 2008 r. Pawlikowski postanowił zaś uwiecznić ją w filmie. Tak powstała (nie)sławna "Ida".


Haftowanie hiperrzeczywistości

Z "Idą" jest jeszcze jeden problem. Zauważyła to Reduta Dobrego Imienia - Polska Liga Przeciw Zniesławieniom. W petycji, adresowanej do dyrektorki Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, członkowie Reduty napisali, że treść "Idy" może wprowadzać w błąd cudzoziemców nieorientujących się w polskiej historii. "Po pierwsze, nie ma wzmianki o tym, że rodzice głównej bohaterki zostali zamordowani podczas okupacji niemieckiej - o Niemcach nie ma w tym filmie ani słowa (!). Widz nie znający historii odnosi wrażenie, że zabójstwa Żydów w Polsce są na porządku dziennym i że historyczne wydarzenie jakim był Holokaust jest zawiniony przez Polaków. Po drugie - przedstawiona w filmie historia mogłaby się wydarzyć, lecz autorzy filmu przedstawiają motywację zabójców rodziców bohaterki w sposób, w który widzowie zagraniczni odbiorą w sposób niezgodny z prawdą historyczną - że zabójcy działali z żądzy zysku, podczas gdy kontekst historyczny dla widza polskiego jest oczywisty - chodzi o strach przed wykryciem, że ukrywali Żydów przed Niemcami. (...) Film ten (...) doprowadza widza do fałszywych wniosków i fałszywego obrazu Polski i wydarzeń podczas II wojny światowej" - stwierdzili autorzy petycji[11]. Pawlikowski, łącząc znaki z symulakrami, przyczynił się do poszerzenia hiperrzeczywistości. Wsparł Symulatrix.


Przypadek? Nie sądzę!

Powiem prosto z mostu: głupio by było, gdyby "Ida" Pawła Pawlikowskiego otrzymała Oscara dwa dni przed 62 rocznicą śmierci Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Sześć dni przed 96 rocznicą urodzin Heleny Wolińskiej. Dokładnie w 111 rocznicę urodzin hitlerowca Franza Kutschery. Gdyby tak się stało... Cóż, nie zaliczam się do teoretyków spiskowych, ale byłabym skłonna uwierzyć, że pewne siły umyślnie dobierają daty swoich niecnych czynów (liczby muszą się zgadzać)[12]. Już sam fakt, że "Ida" została nominowana do Nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej, i to w dwóch kategoriach, jest bardzo zastanawiający. Ech, to trochę przykre, że kiedyś polscy bohaterowie musieli bronić nas, a teraz to my musimy bronić polskich bohaterów. Świat stoi na głowie i macha nogami. No future. Nie ma przyszłości.


Natalia Julia Nowak,
13-20 lutego 2015 r.


PRZYPISY


[1] Chodzi tutaj o podpułkownika Łukasza Cieplińskiego, majora Adama Lazarowicza, majora Mieczysława Kawalca, kapitana Józefa Batorego, kapitana Franciszka Błażeja, porucznika Karola Chmiela i porucznika Józefa Rzepkę. O dokładnych okolicznościach wprowadzenia do polskiego kalendarza Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych można poczytać w artykule "Dzień Niezłomnych" Dariusza Piotra Kucharskiego. Tekst jest częścią książki "Do końca wierni. Żołnierze Wyklęci 1944-1963" napisanej pod redakcją Dariusza Piotra Kucharskiego i Rafała Sierchuły (Społeczny Komitet Upamiętnienia "Żołnierzy Wyklętych" w Poznaniu, Poznań 2014). Publikacja znajduje się na stronie Fundacji im. Kazimierza Wielkiego (Fkw.edu.pl/wp-content/uploads/2014/09/Do-ko%C5%84ca-wierni.pdf).

[2] Dodatkowe dane na ten temat zawiera news "Zamach na Kutscherę. 71. rocznica brawurowej akcji AK" dostępny w serwisie internetowym Polskiego Radia SA (Polskieradio.pl/5/3/Artykul/1366909,Zamach-na-Kutschere-71-rocznica-brawurowej-akcji-AK).

[3] Notkę biograficzną poświęconą Augustowi Emilowi Fieldorfowi "Nilowi" zredagowałam na podstawie książki "Poczet polskich bohaterów narodowych. Od Zawiszy Czarnego do Lecha Wałęsy" (wydawnictwo Buchmann Sp. z o.o., Warszawa 2012). Autorem rozdziału, z którego skorzystałam, jest doktor Piotr Kardyś. Informacja o tym, że szczątków Fieldorfa nie udało się odnaleźć, nadal jest aktualna. Świadczy o tym tekst "Wyjątkowa lekcja historii" z 10 lutego 2015 r. Krótka notatka, w której powołano się na słowa profesora Krzysztofa Szwagrzyka, znajduje się na stronie II Liceum Ogólnokształcącego w Legnicy (2lo-legnica.info/print.php?type=N&item_id=696).

[4] Opowieść pani Fieldorfowej została spisana i opracowana przez Andrzeja M. Kobosa. Ukazała się w "Zeszytach Historycznych" [nr 101, 1992 r.] i periodyku kulturalnym "Zwoje" [nr 1 (34), 2003 r]. Internauci mogą znaleźć tę transkrypcję w wirtualnym wydaniu "Zwojów" (Zwoje-scrolls.com/zwoje34/text02p.htm).

[5] Z tego, co widzę w "Opowieści...", wynika, że pani Fieldorfowa również miała poglądy zdecydowanie piłsudczykowskie i prosanacyjne. Pozwolę sobie przytoczyć dwa "kwiatki" z jej wypowiedzi: "Piłsudski szkalowany, niedoceniany przez ludzi, którzy rwali się do władzy, usunął się, zamieszkał w Sulejówku i czekał. (...) Nie udało się przekonać ówczesnego rządu, żeby ustąpił dobrowolnie. 1 Dywizja wyruszyła z Wilna, aby wesprzeć swojego Komendanta", "Ludzie wytrąceni z równowagi, zrozpaczeni, wyszukują winnych. Zaciekli, w sposób okrutny załatwiają osobiste porachunki. Mszczą się za rzekome krzywdy ze strony obozu sanacyjnego. I to wszystko przejmuje obrzydzeniem". Janina Fieldorf posłużyła się również rzeczownikiem "endecy". Warto pamiętać, że w dwudziestoleciu międzywojennym było to pejoratywne określenie sympatyków Narodowej Demokracji. Na koniec zacytuję fragment "Opowieści..." dotyczący Narodowych Sił Zbrojnych (formacji wojskowej wywodzącej się ze środowisk narodowodemokratycznych). Poniższe zdania odnoszą się do rzekomego zachowania NSZ-owców więzionych przez Urząd Bezpieczeństwa: "Chociaż jak twierdzi pan Lichtszajn, tchórzostwo i płaszczenie się wobec wroga cechowało NSZ, Narodowe Siły Zbrojne. To był, według niego, okropny element, sprzedajny, za cenę lepszego wyżywienia, ćwiartki masła, czy czegoś tam, wydawali lub oskarżali nawet najbliższą rodzinę". Ach, te wojny polsko-polskie! One nigdy się nie skończą!

[6] Tekst został po raz pierwszy opublikowany w "Tygodniku Solidarność" [nr 13, 1999 r]. Elektroniczna wersja opracowania jest dostępna na stronie Marii Fieldorf-Czarskiej, córki bohatera (Fieldorf.pl/index.php/Artyku%C5%82y-wyro%C5%BCnione/mordercy-generaa-nila.html).

[7] Żadne z imion nie jest prawdziwe. "Józef Różański" i "Jacek Różański" to pseudonimy ubeka o nazwisku Josek Goldberg. Jak widać, zbrodnia niejedno ma imię. Nieludzkiej działalności Goldberga i jemu podobnych - polegającej na torturowaniu, zastraszaniu i fałszywym oskarżaniu polskich patriotów - można by poświęcić osobny artykuł. Tym, którzy chcieliby się czegoś na ten temat dowiedzieć, polecam książkę "Zbrodnie UB" Jerzego Roberta Nowaka (wydawnictwo MaRoN, Warszawa 2001). Fragmenty publikacji zamieszczono na oficjalnej stronie autora (Jerzyrobertnowak.com/ksiazki/zbrodnie_ub.htm).

[8] Powołuję się tutaj na artykuł "Oprawcy polskich bohaterów" wchodzący w skład pracy zbiorowej "Dla Niepodległej. Żołnierze Wyklęci 1944-1963" pod redakcją Dariusza Piotra Kucharskiego i Rafała Sierchuły (Społeczny Komitet Upamiętnienia "Żołnierzy Wyklętych" w Poznaniu, Poznań 2015). Link do elektronicznej wersji książki można znaleźć na stronie NSZZ "Solidarność" - Region Zagłębie Miedziowe (Solidarnosc.org.pl/legnica/nowa/?p=5269).

[9] Refleksje o podobnym charakterze zawiera moja recenzja "Elfen Lied. Jak ofiary stają się katami?" (dostępna online). Zagadnienia traumy i resentymentu są tam opisane w kontekście jednego z najbardziej kontrowersyjnych japońskich seriali animowanych. Cytat: "Dlaczego ludzie zostają przestępcami? Czy zależy to od ich genów, czy od tego, w jakim środowisku się znaleźli lub wychowali? A jak to jest z potomkami zbrodniarzy? (...) Dicloniusy manifestują swoją ciemną stronę, kiedy zostają do tego doprowadzone wskutek jakiejś krzywdy. Swoimi ofiarami czynią ludzi, bo tylko ludzie potrafią krzywdzić świadomie, umyślnie i konsekwentnie. Stworzenia, które urządzają krwawe jatki w laboratoriach, nie posuwałyby się do takich skrajności, gdyby nie były długotrwale więzione i torturowane. Gehenna, przeżywana przez Dicloniusy, wydaje się tak straszna, że gdy nieszczęsnym istotom puszczają hamulce, jest to całkiem zrozumiałe. Bywa, że ktoś, kto doświadcza zła, sam tym złem nasiąka. Upodabnia się do swoich dręczycieli. (...) Innymi poważnymi problemami, zasygnalizowanymi w japońskiej produkcji, są nadużycia seksualne, takie jak gwałt, molestowanie czy pedofilia. Motyw skrzywdzonej dziewczynki, która nadal miłuje swoich bliźnich, udowadnia, że nie wszystkie ofiary stają się katami. Czasem własne cierpienie uwrażliwia nas na krzywdę innych".

[10] Skorzystałam z materiału "Pudrowanie bestii" wydrukowanego w tygodniku "Tylko Polska" [nr 5 (743), 2015 r]. Tekst Płużańskiego ukazał się wcześniej w czasopiśmie "wSieci" [nr 2 (111), 2015 r].

[11] Zgadzacie się z przesłaniem listu? Chcecie go przeczytać w całości, a następnie podpisać? Jeśli tak, to możecie to zrobić na oficjalnej stronie Reduty Dobrego Imienia (Reduta-dobrego-imienia.pl/?p=996). Ja już to uczyniłam i jestem z siebie bardzo dumna.

[12] Franz Kutschera urodził się 22 lutego 1904 r. Ceremonia rozdania Oscarów rozpocznie się w nocy z 22 na 23 lutego 2015 r., czyli w 111 rocznicę jego urodzin. Jeśli chcemy się bawić w numerologię/konspiracjonizm... 11 i 111 to magiczne liczby. Ta druga jest m.in. symbolem jednej linii w gwieździe 6-ramiennej. 22 to wielokrotność 11. 23 to liczba demoniczna (2 podzielone przez 3 równa się 0,666). Data urodzenia Heleny Wolińskiej: 28. 02. 1919 r. Policzmy: 2 + 8 + 0 + 2 + 1 + 9 + 1 + 9 = 32 (odwrócone 23). Rocznica urodzin Wolińskiej przypada dokładnie 6 dni po 22 lutego. W tym roku będzie to 96 rocznica (dwie szóstki: jedna odwrócona, druga normalna). Zsumujmy to: 9 + 6 = 15. Jeszcze raz: 1 + 5 = 6. Liczbie 6 odpowiada litera "W" (jak "Wolińska" i "Wanda") bądź "F" (jak "Fajga Mindla Danielak" - prawdziwe nazwisko zbrodniarki. Zauważmy, że kobieta posługiwała się także imieniem "Felicja". Nawet na jej grobie w Wielkiej Brytanii widnieje imię "Felicia"). "W" jest 23 literą alfabetu łacińskiego, "F" jest 6. Wolińska wyjechała z Polski w roku 1968. Małe dodawanie: 1 + 9 + 6 + 8 = 24. Jeszcze mniejsze dodawanie: 2 + 4 = 6. Generała Fieldorfa zamordowano 24 lutego. 2 + 4 = 6. Przyjrzymy się teraz liczbom i datom, które podałam w akapicie "Kto zabił generała 'Nila'?". Jest tam bowiem fragment o Helenie Wolińskiej. "11 dni" to magiczna liczba. 15. 02. 1951 r. da się przeliczyć numerologicznie: 1 + 5 + 0 + 2 + 1 + 9 + 5 + 1 = 24. A zatem: 2 + 4 = 6. Przeliczmy też samą 15. Prosty rachunek: 1 + 5 = 6. Kolejna data, która pojawiła się we wspomnianym akapicie: 9. 02. 1951 r. Liczymy: 9 + 0 + 2 + 1 + 9 + 5 + 1 = 27. Teraz tak: 2 + 7 = 9 (odwrócone 6). Może być jeszcze data bez roku. 9 lutego (dziewiątka to odwrócona szóstka): 9 + 0 + 2 = 11. Wychodzi magiczna liczba. Z drugiej strony, po co odwracać dziewiątkę? Ona także ma niebagatelne znaczenie, zwłaszcza w połączeniu z jedenastką (9/11 - September Eleven). Data urodzenia Bolesława Bieruta sprowadza się do liczby 33, czyli najwyższego stopnia masonerii. A tak w ogóle, to 3 + 3 = 6. Data śmierci Bieruta sprowadza się do 9 (odwróconej szóstki. Lecz, jak już ustaliliśmy, dziewiątki nie trzeba odwracać). Jakub Berman urodził się 23 grudnia, a data jego zgonu redukuje się do 9 (czyli 6). Z daty urodzin Hilarego Minca wychodzi magiczne 11. Innymi magicznymi/masońskimi liczbami są 13 i 3. Weźmy pod uwagę fakt, że do wielokrotności 3 należą 6 i 9. Józef Różański przyszedł na świat 13 lipca. Z daty jego śmierci wychodzi zaś 3 (jeśli pominiemy rok, wyjdzie 11). Stanisław Radkiewicz zmarł 13 grudnia. Data jego urodzin redukuje się do 6, a data zgonu do 32 (odwróconego 23). Jeśli chodzi o Anatola Fejgina, datę jego śmierci można sprowadzić do 3. Julia Brystiger: data jej urodzin redukuje się do 3. Sprawdźmy jeszcze Józefa Światłę. Z daty jego urodzin wychodzi 9 (odwrócone 6). Teoretycy spiskowi wierzą, że Hollywood - miejsce, w którym wręcza się Oscary - jest zdominowane przez Zakon Iluminatów (Illuminati). Iluminaci dążą do zbudowania globalnego supermocarstwa. Nie jest im po drodze z polskimi patriotami, tylko z internacjonalistycznymi komunistami. Zamiłowanie do liczb i geometrii, charakterystyczne dla Illuminati, wywodzi się z kabały, czyli mistycyzmu żydowskiego. Helena Wolińska, podobnie jak wielu innych budowniczych PRL, była Żydówką. Założyciele Hollywood również mieli żydowskie korzenie. Film "Ida" Pawła Pawlikowskiego porusza problematykę żydowską. A Gwiazda Dawida ma 6 ramion. Wracamy do punktu wyjścia, bo jedną linię gwiazdy 6-ramiennej symbolizuje liczba 111. Stąd już tylko jeden krok do daty 22 lutego 2015 r. Wszystkim miłośnikom teorii spiskowych polecam anonimowy artykuł "Numerologia okultystyczna Illuminati" opublikowany w serwisie Eioba na profilu "ligaswiata" (Eioba.pl/a/46qe/numerologia-okultystyczna-illuminati). Twórca materiału zaprezentował czytelnikom analizy wielu dat historycznych.

Komentarze (0)
Sekrety sanitariuszki Inki

Autor: Piotr Szubarczyk
Tytuł: "Inka. Zachowałam się jak trzeba..."
Rok wydania: 2013
Miejsce wydania: Kraków
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy "Rafael"
Patroni medialni: "Gość Niedzielny", "W Sieci",
Fronda.pl, wNas.pl, Niezalezna.pl



Nie tylko dla katolików

Krótka, ale treściwa - takimi słowami można podsumować książkę "Inka. Zachowałam się jak trzeba..." Piotra Szubarczyka (nazwisko autora nie jest podane ani na okładce, ani na stronie tytułowej. Widnieje ono jednak pod wstępem zatytułowanym "Od autora"). 64-stronicowa pozycja ukazała się w 2013 roku nakładem Domu Wydawniczego "Rafael". Chociaż wydawcą książki jest instytucja katolicka, a patronat medialny nad publikacją objęło kilka mediów prawicowych, nie jest ona przeznaczona wyłącznie dla katolików i prawicowców. Omawiana książka nie ma charakteru religijnego ani politycznego. Jest pozycją informacyjną: trochę dziennikarską, trochę popularnonaukową. No dobrze... Na podstawie kilku przesłanek da się wywnioskować, że jej autor sympatyzuje z "opcją smoleńską" (najsilniejszą z nich jest sformułowanie "to byłoby uczczenie [...] poległego prezydenta" umieszczone na stronie 62). Mimo to, publikacja zawiera wiele ciekawych i wartościowych faktów, które mogą być przydatne także dla osób spoza kręgu prawicowo-katolickiego. Pozycja, wbrew pozorom, nie jest monotematyczna. Występuje w niej nie tylko wątek główny, ale również wiele wątków pobocznych.


Szeroka perspektywa

Wątkiem głównym jest - jak nietrudno wywnioskować z tytułu - życie, śmierć i upamiętnienie sanitariuszki Danuty Siedzikówny "Inki", niespełna osiemnastoletniej ofiary stalinowskich represji, zaliczanej do panteonu Żołnierzy Wyklętych. Historia "Inki" (1928-1946) nie jest jednak wyrwana z kontekstu. Szubarczyk przedstawił ją na tle 5 Wileńskiej Brygady AK, skądinąd bardzo precyzyjnie zarysowanym (nastolatka działała w oddziale podporucznika Zdzisława Badochy "Żelaznego", który z kolei był podwładnym majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki"). Autor ukazał również Siedzikównę na tle środowiska społecznego, które ukształtowało jej patriotyczny i antykomunistyczny światopogląd. Zwrócił uwagę na tragiczne dzieje i niepodległościowe tradycje rodziny bohaterki. Szubarczyk nie omieszkał się napisać także o tym, co dzisiaj (w III RP) dzieje się z pamięcią o "Ince" i innych Żołnierzach Wyklętych. Omawiana książka, chociaż przygotowana starannie i rzetelnie, nie jest do końca wolna od emocji i prywatnych komentarzy autora. Szubarczyk używa niekiedy mocnych sformułowań, ocenia postępowanie różnych osób, przedstawia własne pomysły dotyczące uczczenia Żołnierzy Wyklętych.


Aspekt formalny

Pisząc o książce "Inka. Zachowałam się jak trzeba..." Piotra Szubarczyka, nie należy zapominać o formie. A ta robi wrażenie. Pozycja została opublikowana w formacie A4. Co więcej, wydano ją w twardej oprawie. Okładka książki prezentuje się bardzo dobrze. Widzimy na niej duże, czarno-białe, lekko przechylone, jakby wyjęte z albumu zdjęcie legitymacyjne Danusi Siedzikówny. Znajduje się ono na tle kolorowego fotomontażu. Dolną część tego fotomontażu stanowi pokolorowana fotografia szwadronu Zdzisława Badochy "Żelaznego" (wśród uwiecznionych żołnierzy jest sanitariuszka "Inka"). Górną część - zdjęcie lasu, wysokich drzew. Tytuł publikacji zapisano w następujący sposób: wielki, biały napis "INKA", a pod nim nieduży, biały podtytuł "Zachowałam się jak trzeba...". Po obu stronach słowa "INKA" znajdują się polskie flagi. Spójrzmy teraz na środek książki. Dziełko Szubarczyka wydrukowano na wysokiej jakości kredowym papierze. Strony są gładkie, lśniące, pachnące i kolorowe (pergaminowe z ciemnymi marginesami). Książka obfituje w zdjęcia, grafiki i skany różnorakich dokumentów. Takie wydanie idealnie nadaje się na prezent. Z pewnością przypadnie do gustu sentymentalistom.


Z pierwszej ręki

Przejdźmy jednak do treści publikacji, bo to ona jest tutaj najważniejsza. Piotr Szubarczyk, pracując nad swoją książką, korzystał z wielu zróżnicowanych źródeł. Najbardziej wartościowe są informacje, które autor otrzymał "z pierwszej ręki" - od świadków życia i śmierci Danuty Siedzikówny. Jedną z osób, do których dotarł twórca publikacji, był ksiądz Marian Prusak. Człowiek ten, gdański kapelan wojskowy, wysłuchał ostatniej spowiedzi Danki i podporucznika Feliksa Selmanowicza "Zagończyka" (żołnierza straconego razem z sanitariuszką). Polski ksiądz doskonale zapamiętał głęboki smutek Selmanowicza i wyjątkowy spokój Siedzikówny. Ostatni raz towarzyszył im... już na samym końcu, w chwili egzekucji. Podobno duchowny nie był w stanie patrzeć na tę drastyczną scenę. Zorientował się jednak, że za pierwszym razem rozstrzelanie się nie powiodło i że musiano je powtórzyć. Inne osoby, z którymi rozmawiał Szubarczyk, to m.in. Wiesława Siedzik-Korzeniowa (siostra Danusi), Wanda z Górskich Artwichowa (przyjaciółka bohaterki) i Jerzy Łytkowski (człowiek, który obserwował "Inkę" udającą się na ostatnią wyprawę po lekarstwa). Ich wiedza, pochodząca z osobistego doświadczenia, jest nieoceniona.


Zwyczajna-niezwyczajna

Danuta Siedzikówna "Inka" urodziła się w Guszczewinie/Huszczewinie koło Narewki. Pochodziła z rodziny, która dużo wycierpiała za działalność niepodległościową. Ojca dziewczyny dwukrotnie (w czasach carskich i bolszewickich) wywożono w głąb Rosji. Matka Danki została aresztowana i poddana torturom przez gestapo. Widok skatowanej kobiety - rannej, z wybitymi zębami - był dla Siedzikówny traumatycznym przeżyciem. Doświadczenia najbliższych (i poczucie obowiązku wobec nich) przesądziły o drodze życiowej samej Danusi. Ale "Inka" nie była tylko bohaterką walki o suwerenną Polskę. Była również... zwyczajną dziewczyną. Miała swoje marzenia i problemy. Wielkim zmartwieniem Danki, które towarzyszyło jej przez całe życie, było zniekształcenie lewej części twarzy. Siedzikówna, której podczas narodzin uszkodzono mięśnie, miała "usta ściągnięte w nienaturalnym grymasie i lekko wklęśnięty policzek" (s. 6). Złośliwi rówieśnicy często szydzili z jej nieszczęścia. Danusia wiedziała jednak, że gdy skończy osiemnaście lat, będzie mogła się poddać specjalnej operacji. Niecierpliwie czekała na te urodziny. Ale ich nie doczekała. Została zabita sześć dni przed swoją "osiemnastką". Gorzka ironia losu.


Czy wiecie, że...?

Zarówno Danka, jak i jej siostry (Wiesia i Irenka) były bardzo zdolnymi uczennicami. Mieszkały tak daleko od szkoły, że musiały do niej dojeżdżać konno. Wiesława Siedzik-Korzeniowa zapamiętała, że wszystkie trzy "wskakiwały na konia z płotu, bo były za małe, żeby wsiadać normalnie" (s. 12). Danusia Siedzikówna miała w swoim życiu kilka bliskich koleżanek. Jedną z nich nazywano "Inką". I to właśnie na jej cześć przyszła Żołnierka Wyklęta przyjęła swój słynny pseudonim. Działalność konspiracyjna, jaką prowadziła Siedzikówna, wymagała posługiwania się fałszywymi nazwiskami. Nasza bohaterka była więc również znana jako "Danuta Obuchowicz" i "Ina Zalewska". Konspiracja działała tak dobrze, że podporucznik Olgierd Christa "Leszek" (dowódca Danusi, następca "Żelaznego") dopiero w III Rzeczypospolitej dowiedział się, jak brzmiało prawdziwe nazwisko "Inki". Niestety, było już za późno. Christa zdążył bowiem ufundować tablicę pamiątkową, na której widniało nazwisko "Danuta Obuchowicz". Siedzikówna miała uzdolnienia muzyczne. Grała na gitarze, śpiewała solo w kościele. W noc aresztowania uczyła swoje przyjaciółki nowej pieśni. Był to patriotyczny utwór ze słowami Andrzeja Trzebińskiego.


Pamięć i prawda

Dzieje Danuty Siedzikówny "Inki" wcale nie zakończyły się w momencie śmierci. Dankę spotkało to samo, co wielu innych akowców: była obrażana i zniesławiana w komunistycznych mediach. Próbowano z niej zrobić bandytkę i terrorystkę. Krzywdząca propaganda, rozpowszechniana przez środki masowego przekazu, brzmiała tym bardziej niedorzecznie, że Siedzikówna nigdy nie walczyła z bronią w ręku. Była tylko sanitariuszką... I to w typie "dobrej Samarytanki". Zdarzało jej się pomagać nie tylko własnym kompanom, ale również rannym milicjantom. Wiesława Siedzik-Korzeniowa przez wiele lat obawiała się, że pamięć o jej siostrze całkowicie zaginie. Tak się jednak nie stało. Po upadku Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej pamięć i prawda o "Ince" zaczęły wychodzić na światło dzienne. Już w 1990 roku wyrok śmierci, wydany na niewinną sanitariuszkę, został oficjalnie unieważniony. Prawdziwa sława Danuty Siedzikówny "Inki" zaczęła się w XXI wieku. W 2001 roku nazwano jej imieniem skwer w Sopocie. W 2009 roku Danusia stała się patronką Szkoły Podstawowej w Podjazach, a rok później - Gimnazjum nr 2 w Ostrołęce. W 2012 roku umieszczono jej popiersie w krakowskim parku Jordana.


Brygada "Łupaszki"

Przyjrzyjmy się teraz 5 Wileńskiej Brygadzie AK: formacji wojskowej, w której służyła Siedzikówna. Antykomunistyczny oddział partyzantów powstał jeszcze w czasie drugiej wojny światowej (w 1943 roku). Wszystko zaczęło się od partyzanckiego oddziału Antoniego Burzyńskiego "Kmicica". Oddział ten próbował współpracować z Sowietami, towarzysząc im w walce z niemieckim okupantem. Ale Sowieci zdradzili swoich polskich kolegów. Część z nich wymordowali, a z pozostałej części utworzyli marionetkową jednostkę "ludową". Tryumf stalinowców nie trwał długo, gdyż jednostka szybko się rozpadła, a na jej gruzach powstała antykomunistyczna i antysowiecka partyzantka. Tą partyzantką była 5 Wileńska Brygada AK z majorem Zygmuntem Szendzielarzem "Łupaszką" na czele. Oddział prowadził liczne akcje przeciwko Sowietom i ich sprzymierzeńcom. Po oficjalnym zakończeniu wojny żołnierze nie porzucili swoich zmagań. Wierzyli, że sytuacja, jaka panowała na Kresach Wschodnich, jest tylko stanem przejściowym. Niestety - mimo optymizmu i zaangażowania - przegrali. Sam Zygmunt Szendzielarz został aresztowany w 1948 roku. Trzy lata później odebrano mu życie, skazawszy go uprzednio na 18-krotną karę śmierci.


Dodatek - płyta DVD

Grzechem byłoby nie wspomnieć o fakcie, że do ekskluzywnego (i chyba jedynego) wydania książki "Inka. Zachowałam się jak trzeba..." Piotra Szubarczyka dołączono płytę DVD z telewizyjnym spektaklem "Inka 1946". Jest to sztuka Wojciecha Tomczyka w reżyserii Natalii Korynckiej-Gruz. Widowisko zostało zrealizowane w 2006 roku przez Telewizję Polską. W rolę Danuty Siedzikówny wciela się Karolina Kominek-Skuratowicz. Warto wiedzieć, że jest to aktorka z mojego miasta, Starachowic. O samym spektaklu pisać nie będę, gdyż zrecenzowałam go już pół roku temu (moja recenzja jest dostępna w Internecie. Wystarczy jej dobrze poszukać). Przytoczę za to słowa, które umieszczono na okładce plastikowego pudełka: "Wzruszający spektakl o heroizmie i poświęceniu młodej dziewczyny, która za marzenia o niepodległej Polsce zapłaciła najwyższą cenę...". A teraz ciekawostka. Konsultantem historycznym, który pomógł w realizacji widowiska, jest sam Piotr Szubarczyk. Jak się okazuje, książka "Inka. Zachowałam się jak trzeba..." i spektakl "Inka 1946" mają wiele punktów wspólnych. Oba dzieła bazują na wiedzy tego samego historyka. Myślę, że pozycję książkową można uznać za uzupełnienie spektaklu.


Polscy Spartanie

Gorąco zachęcam do lektury książki i seansu widowiska. Papierowa publikacja z pewnością poszerzy wiedzę Szanownych Czytelników. Spektakl okaże się zaś dostarczycielem wzruszeń i refleksji. Dzieje Żołnierzy Wyklętych - nie tylko Danusi Siedzikówny - to ciekawy, ważny i popularny temat. Historie poruszające i inspirujące... Ale czy na pewno motywujące? Jeśli chodzi o mnie, uważam je za przypadki niesamowicie pesymistyczne, wręcz potwierdzające fatalistyczną historiozofię. Czy to nie jest tak, że w ostatecznym rozrachunku sprowadzają się one do morału: "Możesz się starać, ale i tak nic z tego nie wyjdzie"? Mimo wszystko, Żołnierzom Wyklętym należy się podziw i szacunek za postawę spartańską. Trzystu greckich wojowników, o których wspominają źródła starożytne, również nie miało szans na zwycięstwo. A jednak walczyli oni do końca - zaciekle i niestrudzenie, wykazując się męstwem i patriotyzmem. Tacy sami byli Żołnierze Wyklęci. Zamiast przewagi nad wrogiem mieli szlachetne intencje i idealistyczne dusze. Partyzanci z 5 Wileńskiej Brygady AK walczyli na Kresach Wschodnich jak Grecy pod Termopilami. Byli, można by rzec, polskimi Spartanami. I to jest fascynujące. O tym trzeba pamiętać.


Natalia Julia Nowak,
23-29 listopada 2014 r.


PS.
Wszystkim, którzy zainteresowali się dziejami 5 Wileńskiej Brygady AK, polecam cykl powieści historycznych Jana Stanisława Smalewskiego: "Pod komendą Łupaszki", "Żołnierze Łupaszki", "U boku Łupaszki" i "Więzień Kołymy" (książki, wydane przez Oficynę Wydawniczą "Mireki", nie są ponumerowane, ale właśnie w takiej kolejności należy je czytać, żeby zachować chronologię wydarzeń). Głównym bohaterem serii jest porucznik Antoni Rymsza "Maks" - jeden z ocalałych łupaszkowców. Smalewski stworzył swoje dzieło na podstawie osobistych rozmów z Rymszą. Warto zajrzeć do tych książek, choćby po to, żeby poznać realia historyczne, w których działała Danuta Siedzikówna "Inka".

Komentarze (0)
1 | 2 |
O mnie
Natalia Julia Nowak

Studiowałam na Uniwersytecie Warszawskim (Socjologia Stosowana i Antropologia Społeczna, studia magisterskie) i Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach (Dziennikarstwo i Komunikacja Społeczna, studia licencjackie).

Mój profil w iWoman.pl