iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Ksiądz - Żołnierz Wyklęty! Niezwykły dowódca ROAK

"Ksiądz Stanisław Domański
akceptował działalność
o charakterze samoobrony,
a nigdy nie dopuszczał
do bezsensownego rozlewu krwi.
W wyniku działalności
jego organizacji
po stronie sił represji
nie zginął ani jeden człowiek"


Grzegorz Sado,
"Nasz Dziennik", 28-11-2009
(cyt. za: Interaktywna Polska)


Naturalny lider


Stanisław Domański, późniejszy ksiądz, przyszedł na świat 10 maja 1914 roku. Urodził się w Strzyżowicach, niewielkiej wiosce położonej 7 kilometrów na południowy zachód od Opatowa (Wyżyna Opatowska/Sandomierska nieopodal Gór Świętokrzyskich). Rodzice chłopca, Filip Domański i Anna z domu Ozdoba, zajmowali się uprawą roli. Posiadali skromne gospodarstwo, które przy odpowiednim wysiłku pozwalało na utrzymanie trojga dzieci. Stanisław uczęszczał do szkół powszechnych w Strzyżowicach i Mydłowie, a potem został przyjęty do prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego im. Bartosza Głowackiego w Opatowie. Dyrektorem tej placówki był ksiądz Antoni Prugel - charyzmatyczna postać, która sprawiła, że młody Staszek postanowił zostać duchownym rzymskokatolickim. Głęboka religijność, jaką nosił w sobie Domański, wynikała również z wychowania w atmosferze pobożności i bogobojności. W rodzinie naszego bohatera ważne były także idee patriotyczne, które stały się podstawą jego niepodległościowego światopoglądu. Stanisław Domański już jako gimnazjalista był człowiekiem energicznym, optymistycznym, towarzyskim oraz nastawionym na aktywne kształtowanie rzeczywistości. Działał w Związku Harcerstwa Polskiego, uwielbiał górskie wędrówki i sporty zespołowe (szczególnie interesowały go piłka nożna i siatkówka). Miał wielu przyjaciół, wykazywał cechy naturalnego lidera. W 1934 roku zdał maturę i wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Sandomierzu. Po kilku latach nauki został diakonem (kwiecień 1939), a następnie pełnoprawnym księdzem (czerwiec 1939). Sakrament kapłaństwa otrzymał z rąk biskupa sandomierskiego Jana Kantego Lorka.


Ceniony i lubiany

Msza prymicyjna Stanisława Domańskiego odbyła się w wiosce Sulisławice, 29 kilometrów na południe od Opatowa. Dzień później początkujący duchowny otrzymał swoją pierwszą, a zarazem ostatnią parafię w życiu - został wikariuszem kościoła pw. św. Zygmunta w Siennie. Gdzie leży Sienno? Wieś, o której rozmawiamy, wchodzi dziś w skład powiatu lipskiego województwa mazowieckiego. W czasach księdza Stanisława była ona częścią powiatu iłżeckiego województwa kieleckiego. Co do samego powiatu iłżeckiego, jego stolicą nie była Iłża, tylko Starachowice-Wierzbnik, obecnie znane jako Starachowice (miasto powiatowe na Kielecczyźnie, w województwie świętokrzyskim, ale w diecezji radomskiej. Iłża, leżąca 22 kilometry na północny wschód od Starachowic, podlega aktualnie powiatowi radomskiemu województwa mazowieckiego). Ludność Sienna bardzo szybko pokochała swojego nowego duszpasterza. Ksiądz Domański dał się bowiem poznać jako kapłan życzliwy, sympatyczny i przyjaźnie nastawiony do otoczenia. Miał doskonały kontakt z dziećmi i nastolatkami, dla których - z racji młodego wieku - był kimś w rodzaju starszego brata. Ale to jeszcze nie wszystko. Po przybyciu do Sienna duchowny w pełni rozwinął się jako społecznik, któremu nigdy nie brakowało sił do udziału w akcjach na rzecz lokalnej wspólnoty. Chętnie uczestniczył w przedsięwzięciach o charakterze kulturalnym, słynął ze znakomitych (niejednokrotnie patriotycznych) kazań. Przypisywano mu talenty oratorskie i uzdolnienia wokalne. Prawdopodobnie dysponował donośnym głosem. Gdy śpiewał podczas odprawiania pogrzebów, okazywał się słyszalny w całej okolicy. Trzy letnie miesiące 1939 roku minęły jak oka mgnienie.


Kapelan AK

Wybuch II wojny światowej pozwolił księdzu Stanisławowi wznieść się na wyżyny patriotycznego kaznodziejstwa. Umocnił również jego pozycję jako miejscowego autorytetu. To właśnie wtedy, podczas okupacji niemieckiej, Domański zaczął wygłaszać swoje najbardziej płomienne kazania, które inspirowały wiernych do stawiania oporu najeźdźcy. Wzruszającym przemówieniom często towarzyszyły melodie polskich pieśni narodowych, grane na żywo przez utalentowanego organistę, Janusza Chorosińskiego. Nasz bohater nie tylko wspierał lokalnych niepodległościowców, ale także czynnie uczestniczył w działaniach konspiracyjnych. Od roku 1941 był kapelanem Związku Walki Zbrojnej, czyli późniejszej Armii Krajowej. Do jego najbardziej zaszczytnych obowiązków należało zaprzysięganie nowych członków ZWZ-AK. Ksiądz Stanisław dużo czasu spędzał z polskimi partyzantami. Widziano go nawet na Wykusie, słynnym wzniesieniu pod Starachowicami, które w XIX wieku służyło wojskom Mariana Langiewicza, a w następnym stuleciu - m.in. żołnierzom Henryka Dobrzańskiego "Hubala" i Jana Piwnika "Ponurego". Duchowny zajmował się ponadto kolportażem antynazistowskich ulotek, nasłuchem radiowym, aprowizacją leśnych oddziałów, roznoszeniem tajnej korespondencji, ukrywaniem osób poszukiwanych przez gestapo oraz ewidencjonowaniem aresztowanych, zaginionych i pomordowanych duszpasterzy. W lipcu 1944 roku Domański został mianowany kapelanem wszystkich jednostek AK operujących w obwodzie iłżeckim. Podczas akcji "Burza" towarzyszył 1. Batalionowi 3. Pułku Piechoty Legionów Armii Krajowej (okolice Końskich). Jesienią 1944 roku otrzymał Krzyż Walecznych.


Dowódca ROAK

Ksiądz Stanisław, podobnie jak wielu innych akowców, był krytycznie nastawiony do Armii Czerwonej "wyzwalającej" polskie ziemie spod okupacji niemieckiej. Zdawał sobie sprawę z faktu, że Sowieci, którzy przekroczyli granice naszej Ojczyzny, nie zrezygnują łatwo ze swojej zdobyczy. Rozumiał, że komunistyczny reżim, budowany przez grupę radzieckich kolaborantów, jest systemem totalitarnym, opresyjnym i w pełni dyspozycyjnym względem Moskwy. Złe przeczucia, jakie dręczyły Domańskiego już od 1944 roku, znalazły swoje odzwierciedlenie w dramatycznych kazaniach kierowanych do sienneńskich parafian. Kapłan nie miał wątpliwości, że w Polsce zaczyna się właśnie nowa okupacja, tym razem grożąca wynarodowieniem społeczeństwa. Podczas sylwestrowej Mszy świętej 1944/1945 pozwolił sobie nawet stwierdzić, że nad naszą Ojczyzną wisi "czerwona płachta" pochodząca ze Wschodu. Duchowny otwarcie mówił o swoich obawach związanych z doktryną marksistowsko-leninowską, niezwykle wrogą wobec rzymskiego katolicyzmu. Na początku 1945 roku ksiądz Stanisław zdecydował się aktywnie przeciwstawić bolszewickim porządkom. Wstąpił do organizacji "NIE" ("Niepodległość") - antykomunistycznej struktury zarządzanej przez generała Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Kilka miesięcy później, prawdopodobnie w maju, założył własne ugrupowanie, którego szeregi zasilili ludzie doświadczeni w walce z Niemcami. Organizacja liczyła około czterdziestu osób. Historycy uznają ją za element szerszego zjawiska, jakim był ROAK - Ruch Oporu Armii Krajowej. Domański, major używający swojego starego pseudonimu "Cezary", utrzymywał też luźny kontakt ze Zrzeszeniem "WiN".


Podwójny żywot

Grupa księdza Stanisława nie była oddziałem leśnym, co odróżniało ją od naszego stereotypowego wyobrażenia o Żołnierzach Wyklętych jako antykomunistycznych partyzantach. Członkowie tej organizacji wiedli podwójny żywot. Mieli stałe miejsca zamieszkania i udawali zwyczajnych obywateli, a jednocześnie prowadzili systematyczne działania przeciwko bierutowskiej dyktaturze. Sam Domański godził rolę dysydenta z rolą duszpasterza i katechety. Ugrupowanie, którym kierował, uciekało się do akcji propagandowych i militarnych. Rodziło to pewien paradoks. Ksiądz Stanisław, jako dowódca ROAK, był odpowiedzialny za wszelkie poczynania swoich podwładnych. Uważał wszakże, iż kapłanowi nie wypada walczyć z bronią w ręku, dlatego osobiście posługiwał się jedynie słowem. Szefem do spraw działań zbrojnych był kapral Jan Wiśniewski "Sęp" i to właśnie on realizował te mniej pacyfistyczne przedsięwzięcia organizacji. Należy tutaj podkreślić, że wszystkie akcje militarne podejmowane w imieniu Domańskiego były przeprowadzane w duchu chrześcijańskiego miłosierdzia, czyli z poszanowaniem życia i zdrowia atakowanych przeciwników. Żołnierze dbali o to, aby ich napady były jak najmniej krwawe. Rozbroili kilka posterunków milicji, urządzili niefortunny "skok" na wytwórnię spirytusu w Rudzie Kościelnej, próbowali powstrzymać czerwonoarmistów wywożących do ZSRR polską rogaciznę. Nie stosowali jednak takich metod, jak likwidowanie pepeerowców czy wydawanie surowych wyroków na funkcjonariuszy bezpieki. Organizacja księdza Stanisława nadrabiała tę łagodność radykalną propagandą, w której padało m.in. hasło "Śmierć komunie!". Czcza pogróżka czy metafora?


"Daj nam, Boże..."

W kolejny sylwestrowy wieczór (1945/1946) Domański znów wzruszył parafian mocnym, antykomunistycznym kazaniem odnoszącym się do bieżących wydarzeń społeczno-politycznych. Namawiał słuchaczy, żeby zawsze pamiętali, iż czerwony sztandar i czerwona gwiazda nie są prawowitymi symbolami polskości. Zwrócił uwagę na niesprawiedliwy los wielu akowców, którzy podczas II wojny światowej dzielnie walczyli z hitlerowcami, a obecnie doświadczają szykan ze strony "polskich" władz państwowych. Ksiądz Stanisław zakończył swoją przemowę patetyczną apostrofą, która stanowiła idealne podsumowanie jego poglądów: "Daj nam, Boże, Polskę nie białą, nie czerwoną, tylko biało-czerwoną, a nad nią Orzeł Biały w koronie i Krzyż!". To pewnie te słowa sprawiły, że komuniści postanowili przystąpić do ostatecznego rozwiązania kwestii niepokornego duchownego. Rozbijanie ROAK zaczęło się wprawdzie już kilka tygodni wcześniej, ale teraz akcje podejmowane przez PUBP w Starachowicach miały zostać sfinalizowane. W pierwszej połowie stycznia 1946 roku Domański wraz z częścią swoich podkomendnych wyjechał do Wólki Trzemeckiej, żeby tam przeczekać spodziewany najazd ubeków na Sienno. Następnie kapłan (i kilku innych Niezłomnych) przeniósł się na Dolny Śląsk. Droga do Bielawy, miejsca docelowego, była dość nietypowa, gdyż prowadziła przez Kraków i Katowice. Przebywając w Mieście Kraka, nasz bohater odbył rozmowę z kardynałem Adamem Stefanem Sapiehą, cichym zwolennikiem podziemia niepodległościowego. Ksiądz Stanisław wrócił do Sienna na początku marca 1946 roku. Wcześniej, ze względu na zły stan zdrowia, "zaliczył" jeszcze pobyt w będzińskim szpitalu.


Męczeńska śmierć

W nocy z 9 na 10 marca 1946 roku Domański i jego dwaj żołnierze, Józef Cielecki i Stanisław Dmuchalski, zebrali się w domu Franciszka Stefańskiego, żeby omówić plan swojej rychłej ucieczki do Krakowa. Duchowny miał bowiem szansę objąć jedną z podkrakowskich parafii. Spokojną debatę przerwała nieoczekiwana obława. Do Eugeniowa, wioski Stefańskiego, przybyło 25-30 funkcjonariuszy UB i MO, z którymi Cielecki i Dmuchalski musieli stoczyć walkę. Strzelanina, podczas której Dmuchalski zginął, a Domański został ranny w plecy, trwała około trzech godzin. Kiedy ubecy zagrozili spaleniem szturmowanego obejścia, Cielecki podjął decyzję o kapitulacji. Wkrótce on, ranny Domański i martwy Dmuchalski wylądowali na przygotowanym przez bezpieczniaków wozie (czterej oprawcy usiedli na obolałym duszpasterzu). Aresztanci zostali przewiezieni do budynku spółdzielni gminnej w Siennie. Rannego kapłana wciągnięto za nogi na piętro i tam bito przez jakieś pół godziny. Następnie znowu chwycono go za nogi i ściągnięto na dół po schodach. Skatowanego duchownego przetransportowano ciężarówką do starachowickiego szpitala. Ciekawe, że do samochodu wsiadł też ksiądz Włodzimierz Sedlak, późniejszy bioelektronik, profesor KUL. Sedlak był proreżimowym kaznodzieją, a w styczniu 1945 roku radośnie witał Armię Czerwoną. Domański zmarł jeszcze 10 marca. W tym samym czasie do domu Kazimiery Bednarek, propagandystki ROAK, przyszedł jeden z uczestników zakończonej obławy. Milicjant poprosił o możliwość umycia skrwawionych rąk. Majora "Cezarego" pochowano w rodzinnych Strzyżowicach. Józefa Cieleckiego skazano zaś na cztery lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat.


Jan Trojnar

Kilka dni po śmierci Stanisława Domańskiego w powiecie iłżeckim został zamęczony kolejny ksiądz: Jan Trojnar, proboszcz pętkowicki. Morderstwo, do którego doszło 14 marca 1946 roku, nie zostało jeszcze do końca wyjaśnione. Wiele wskazuje na to, że tym razem sprawa nie miała charakteru politycznego. Najprawdopodobniej była to zbrodnia na tle religijnym, popełniona za wiedzą i zgodą Urzędu Bezpieczeństwa. Trojnar pochodził z Rzeszowszczyzny, a konkretnie - ze wsi Smolarzyny niedaleko Łańcuta. Urodził się 17 sierpnia 1907 roku jako syn dwojga prostych rolników. Oprócz niego było w domu jeszcze czworo innych dzieci. Rodzicom Jana (Józefowi Trojnarowi i Marii z Kloców) wiodło się wręcz fatalnie. Małe, ubogie gospodarstwo nie przynosiło zysków adekwatnych do potrzeb siedmioosobowej rodziny. Sytuację pogarszał Wisłok, dopływ Sanu, który często wylewał swoje wody na pole Trojnarów. Smolarzyny były miejscowością bez perspektyw, dlatego Jan, ukończywszy szkołę powszechną, zdecydował się wyemigrować do Sandomierza. Tam też zaliczył gimnazjum i Wyższe Seminarium Duchowne. Po otrzymaniu święceń kapłańskich z rąk biskupa Pawła Kubickiego (2 czerwca 1935 roku) pełnił funkcję wikariusza w sześciu prowincjonalnych parafiach. Sierpień 1945 roku to moment, gdy opisywany duchowny zadebiutował w roli proboszcza. Kiedy wyjeżdżał do Pętkowic - bo właśnie tam miał administrować wspólnotą parafialną - zapewne nie spodziewał się, że jego posługa będzie trwała zaledwie siedem miesięcy. Nie mógł przewidzieć swojej tragedii, chociaż biskup Jan Kanty Lorek uprzedził go o możliwych trudnościach. Kto by pomyślał, że neutralny, apolityczny kapłan zostanie okrutnie zabity?


Rewolucja hodurowska

Pętkowice i okolice były terenem pogrążonym w ostrym konflikcie religijnym pamiętającym jeszcze czasy II Rzeczypospolitej. Wszystko zaczęło się w roku 1929, kiedy to część miejscowej ludności popadła w spór z łacińską hierarchią kościelną i na znak protestu zmieniła wyznanie. Buntownicy założyli w Okole parafię polskokatolicką, tzn. kościół pw. św. Franciszka z Asyżu. Nazywano ich "narodowcami" i "hodurowcami" (oryginalna nazwa Kościoła polskokatolickiego, zaliczanego do rodziny Kościołów starokatolickich, to Polski Narodowy Kościół Katolicki. Pierwszym zwierzchnikiem tej instytucji był biskup Franciszek Hodur). W 1934 roku w sąsiednich Pętkowicach powstał kościół pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus: parafia rzymskokatolicka, która na swoją siedzibę wybrała zabytkowy zbór poariański. Pasterzom KrK chodziło o odzyskanie "zagubionych" owieczek. Stosunki między ludnością polskokatolicką a rzymskokatolicką układały się bardzo źle. II wojna światowa częściowo złagodziła lokalne animozje, ale po wyzwoleniu Kielecczyzny spod okupacji niemieckiej wzajemna niechęć wróciła ze zdwojoną siłą. Duży wpływ na rozdrapanie starych ran miała władza komunistyczna, która świadomie realizowała zasadę "dziel i rządź". Jak wiadomo, stalinowcy gardzili wszelkimi religiami, jednak czasem wspierali wyznania mniejszościowe w celu osłabienia wyznania większościowego. Tak też było i tym razem. Partia rządząca chętnie udzielała poparcia Kościołowi polskokatolickiemu, dzięki czemu zdobyła uznanie wielu jego wiernych. Cały powiat iłżecki był zresztą daleki od antybolszewickiej kontrrewolucji, chyba ze względu na pepeerowskie inwestycje w Starachowicach (odbudowę tutejszego przemysłu).


Zbrodnia z nienawiści

Gdy latem 1945 roku przybył do Pętkowic nowy łaciński proboszcz, ksiądz Jan Trojnar, polskokatoliccy ekstremiści postanowili zamienić jego życie w piekło. Rzymskokatolicki kapłan wielokrotnie był obrzucany kamieniami, a jego plebania - plądrowana przez nieznanych sprawców. Hodurowcy absolutnie nie mieli powodu, żeby go tak traktować. Trojnar należał bowiem do ludzi prostodusznych. Nie interesował się polityką, nie komentował aktualnych wydarzeń, nie zabierał głosu w kwestii PNKK. Był szczery i bezpośredni, często używał wyrażeń gwarowych, w wolnych chwilach oddawał się pracy fizycznej. Pewnego wieczoru, gdy załatwiał jakąś sprawę z grupą parafian, na plebanię wtargnęło czterech mężczyzn w wojskowych mundurach. Wierni zostali skierowani do sąsiedniego pomieszczenia, a ksiądz Trojnar usłyszał wiele pytań o pieniądze i ewentualną afiliację partyjną. Potem intruzi zaczęli się nad nim znęcać, bić go nogami od stołu i krzeseł. Podczas dwugodzinnych tortur połamali mu żebra i wybili większość zębów. Ostatecznie zamordowali go dwoma strzałami w głowę (czaszka ofiary rozpadła się na cztery kawałki). Krew zbryzgała ściany, mózg zabrudził podłogę. Zwłoki duszpasterza przez tydzień straszyły na miejscu zbrodni, gdyż milicja zabroniła ich dotykać aż do przyjazdu śledczych. Chociaż starachowiccy i ostrowieccy ubecy podjęli się zbadania tej sprawy, szybko uznali ją za pospolity napad rabunkowy. Zdaniem świadków, Trojnara zabili sami funkcjonariusze UB, ekspartyzanci GL/AL wyznania polskokatolickiego. Pogrzeb denata odbył się w Ostrowcu Świętokrzyskim. Na pochówek w Pętkowicach nie pozwolili domniemani mordercy, którzy zagrozili, że wysadzą mogiłę duchownego w powietrze.


Cudowne ocalenie

Następcą Jana Trojnara mianowano Juliana Banasia, wikariusza bałtowskiego. Ksiądz ten doskonale wiedział, że na terenie spacyfikowanym przez polskokatolickich ekstremistów będzie mu grozić śmiertelne niebezpieczeństwo. Początkowo tak bardzo się bał, że nie chciał nawet zamieszkać na plebanii w Pętkowicach. Wolał dojeżdżać do swojego nowego "miejsca pracy" z odległego o 5,5 kilometra Bałtowa. Gdy trwoga nieco zelżała, ośmielił się wreszcie przeprowadzić w okolice pętkowickiego kościoła. Zaczął tam żyć, odprawiać nabożeństwa, służyć łacińskiej wspólnocie. Później zajął się także nauczaniem religii w placówce szkolnej w Okole. Polskokatoliccy ekstremiści stracili wówczas cierpliwość. Pewnego dnia, podczas jednej z katechez prowadzonych przez Banasia, do sali dydaktycznej wkroczył proboszcz hodurowski. Nieproszony gość poinformował katechetę, że może go spotkać taki sam los jak Trojnara. Niedługo potem ksiądz Julian Banaś faktycznie znalazł się w sytuacji zagrożenia życia. Którejś nocy (w 1947 roku) obudziła go grupa podejrzanych osobników strzelających w okna i ściany rzymskokatolickiej plebanii. Interesujące, że tym ciemnym typom towarzyszył... pies hodurowskiego proboszcza! Jeden z mężczyzn wszedł do budynku, w którym przebywał struchlały Banaś, reszta zdecydowała się pozostać na zewnątrz. Nagle na podwórzu zapanowała dziwna cisza. To napastnicy niespodziewanie wzięli nogi za pas. Gdy ostatni z agresorów - ten, który przekroczył próg domu księży - uświadomił sobie, że jego koledzy go opuścili, również dał drapaka. Miejscowa legenda głosi, że terrorystom objawił się duch zadręczonego Jana Trojnara. Umarły kapłan spytał: "Czy jeden wam nie wystarczy?".


Pro memoria

W 1994 roku odsłonięto w Siennie tablicę pamiątkową ku czci lokalnych bohaterów wojennych. Płyta, ufundowana przez Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej i Związek Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego, zawiera nazwiska różnych osób, w tym księdza Stanisława Domańskiego. Inna tablica z lat 90. XX wieku (wyłącznie w hołdzie Domańskiemu) zdobi kościół pw. Matki Bożej Miłosierdzia w Radomiu. Pojawiła się tam wiosną 1999 roku dzięki uprzejmości radomskiego oddziału ZWPOS. Człowiekiem, który uczynił najwięcej dla rozsławienia postaci kapłana, jest Grzegorz Sado, autor książki "O Polskę biało-czerwoną. Ksiądz Stanisław Domański ps. 'Cezary' (1914-1946)" (wydawnictwo "Jedność", Kielce 2009). Świętokrzyski badacz promuje biografię duszpasterza poprzez artykuły, wykłady, prelekcje i występy telewizyjne. Możemy go zobaczyć np. w filmie dokumentalnym "Ksiądz Stanisław Domański" (cykl "Z archiwum IPN") i w jednym z epizodów programu "Było... nie minęło. Kronika zwiadowców historii" (odcinek "Niespodzianka. Czerwona płachta ze wschodu. Benedyktyńska robota").

Za instytucję, która w szczególny sposób kultywuje pamięć o niezłomnym duchownym, należy uznać Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych im. ks. mjr. Stanisława Domańskiego w Siennie. Placówka nosi tę zaszczytną nazwę od 2010 roku. W roku 2012 otwarto tam Izbę Pamięci dowódcy ROAK, a w 2014 odsłonięto stosowną tablicę pamiątkową. Płyta upamiętniająca Domańskiego wisi również na terenie Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski w Kałkowie-Godowie. Zawieszono ją na ścianie tzw. Golgoty jesienią 2012 roku. Trzy lata wcześniej ksiądz Stanisław Domański został pośmiertnie uhonorowany Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W uroczystości nadania odznaczenia uczestniczył, jako wysłannik prezydenta Lecha Kaczyńskiego, poseł Przemysław Gosiewski (Ostrowiec Świętokrzyski 2009). Od roku 1967 odprawiane są oficjalne Msze święte za duszę poległego bohatera. Zainicjował je duszpasterz sienneński Władysław Rączkiewicz.

Popularyzacją postaci księdza Jana Trojnara, a także badaniem jego zagadkowej śmierci, zajmuje się duchowny rzymskokatolicki Janusz Bachurski. Drugą osobą, która poświęca dużo uwagi temu problemowi, jest wspomniany wcześniej historyk Grzegorz Sado. Obaj poszukiwacze prawdy wystąpili w filmie dokumentalnym "Ksiądz Jan Trojnar" (seria "Z archiwum IPN"). Jakby tego było mało, dziennikarskie śledztwo w tej sprawie przeprowadził Janusz Kędracki, reporter świętokrzyskiej mutacji "Gazety Wyborczej". W miejscu, gdzie zginął Trojnar, stoi od 2005 roku pomnik w formie nieociosanego głazu z tablicą pamiątkową. Znajduje się on na świeżym powietrzu, gdyż oryginalny budynek osławionej plebanii już nie istnieje. Chociaż ksiądz Jan Trojnar nie miał nic wspólnego z powojennym ani nawet wojennym ruchem oporu, bywa czasem zaliczany do Żołnierzy Wyklętych i czczony jako jeden z męczenników za wolną, suwerenną Polskę. Jest to nadużycie, albowiem pętkowicki proboszcz - jak słusznie głosi napis wyryty na jego grobie - "oddał życie za Kościół", a nie za niepodległość Ojczyzny. Nie wiadomo, czy zamordowany kapłan popierał działalność zbrojnego podziemia antykomunistycznego.


Natalia Julia Nowak,
luty-marzec 2017 r.



PS 1. Poległy Dmuchalski miał na imię Stanisław lub Władysław. Ojciec księdza Trojnara to Józef lub Jan Trojnar, a siostra księdza Domańskiego - Stefania lub Teresa Szemraj. Propagandystka ROAK, Kazimiera pseudonim "Jaśmin", nazywała się Bednarek lub Niedziela. Któreś z tych nazwisk może być nazwiskiem panieńskim. Na nagrobku księdza Trojnara miano rodowe duchownego jest zapisane w formie "Troinar". Tablica pamiątkowa w kościele pw. Matki Bożej Miłosierdzia w Radomiu sugeruje, że ksiądz Stanisław Domański nosił pseudonim "Cezar", a nie "Cezary". Jak widać, trudno jest odtworzyć biografie tych dwóch kapłanów na podstawie materiałów dostępnych w Internecie. Myślę wszakże, iż udało mi się tego dokonać.

PS 2. Heroiczne zmagania księdza Stanisława Domańskiego zakończyły się w nocy z 9 na 10 marca 1946 roku. Kościół rzymskokatolicki wspomina wówczas tzw. czterdziestu męczenników z Sebasty (w Polsce ich święto przypada 10 marca, na świecie - 9 marca). Nic więc dziwnego, że major "Cezary" bywa nazywany "czterdziestym pierwszym męczennikiem". Przykładowo, określiła go tak Leokadia Dygas, nauczycielka sienneńska, która przemawiała na jego uroczystym, patriotycznym, antysystemowym pogrzebie. W 1952 roku kobieta została śmiertelnie potrącona przez samochód. Najprawdopodobniej było to ubeckie skrytobójstwo, gdyż popełniono je w dniu imienin dowódcy ROAK. Święci z Sebasty żyli w IV wieku naszej ery. Zginęli za rządów Licyniusza, antychrześcijańskiego współwładcy wschodnich kresów Cesarstwa Rzymskiego. Odebrano im życie poprzez celowe wyziębienie, wcześniej bezskutecznie próbowano ich ukamienować. Wszyscy ci męczennicy byli żołnierzami XII legionu rzymskiego (kryptonim "Błyskawica"). Obecnie są czczeni nie tylko w Kościele rzymskokatolickim, ale również w Koptyjskim Kościele Ortodoksyjnym, Apostolskim Kościele Ormiańskim, Cerkwi prawosławnej i wielu innych związkach wyznaniowych, nawet protestanckich. Nie zaszkodzi dodać, że 10 marca część Polaków obchodzi laicki Dzień Mężczyzn. Zastępuje on Międzynarodowy Dzień Mężczyzn celebrowany 19 listopada.

PS 3. Stalinowcy za wszelką cenę usiłowali oczernić księdza Stanisława Domańskiego. Jeszcze przed jego śmiercią, a dokładnie 9 marca 1946 roku, bezpieka sformowała bandę pozorowaną, która napadła, pobiła i obrabowała niejakiego Karola Łepeckiego. Poszkodowany został wkrótce zabrany na komisariat MO i zmuszony do potwierdzenia informacji, że ataku dokonali podwładni młodego duchownego z Sienna. Była to kompletna bzdura, co zresztą ujawnił (kilkanaście lat po fakcie) sam Łepecki w prywatnej rozmowie z księdzem Władysławem Rączkiewiczem. Reżimowe media bezwstydnie ukazywały ROAK jako pospolitą grupę przestępczą. Co więcej, fałszywie przypisywały Domańskiemu powiązania z NSZ i PSL. W akcji zniesławiania duszpasterza wziął też udział wojewoda kielecki, Eugeniusz Wiślicz-Iwańczyk (Eugeniusz Iwańczyk "Wiślicz"), który podczas czerwonego wiecu w sienneńskiej remizie strażackiej nieoczekiwanie wyjął pistolet, rzekomy dowód na zbrodniczą działalność "Cezarego". Iwańczyk twierdził - naturalnie, wbrew faktom - że kapłan osobiście likwidował ubeków i milicjantów. A jak wyglądała prawda? Otóż Domański i jego podkomendni nigdy nie uśmiercili żadnego komunisty! Poakowska organizacja z Sienna była chyba najbardziej pacyfistyczną drużyną Żołnierzy Wyklętych w całej Polsce Ludowej. Partyzanci solidnie dokuczali przedstawicielom władzy, ale ich nie zabijali, zupełnie jak John Rambo w filmie "Pierwsza krew" Teda Kotcheffa. Znamienne, że główny cel ich ataków stanowili funkcjonariusze MO.


WYKAZ ŹRÓDEŁ

1. Grzegorz Sado - "Dramatyczne losy księdza Stanisława Domańskiego ps. 'Cezary' (1914-1946)" [artykuł zawarty w IPN-owskiej publikacji "Szkoła letnia historii najnowszej 2007". Zbiór referatów, wydany w 2008 roku, powstał pod redakcją Moniki Bielak i Łukasza Kamińskiego. Elektroniczną edycję tomu można pobrać ze strony Pamiec.pl]
2. Grzegorz Sado - "Czterdziesty pierwszy męczennik" [artykuł wydrukowany na łamach "Naszego Dziennika". Kopię materiału udostępnia portal Interaktywna Polska, Iap.pl]
3. Grzegorz Sado - "Nieznany męczennik PRL. Ks. Jan Trojnar (1907-1946)" [kolejny artykuł z "Naszego Dziennika", tym razem udostępniony w serwisie niejakiego Mariusza Trojnara, Mtrojnar.rzeszow.opoka.org.pl]
4. Magdalena Lang - "Domański Stanisław ps. 'Cezary' (1914-1946)" [artykuł opublikowany na stronie Ośrodka Myśli Patriotycznej i Obywatelskiej w Kielcach, Ompio.pl]
5. Magdalena Kątnik-Kowalska, Piotr Mroziak - "Ks. Jan Trojnar (1907-1946)" ["Fakty i Realia. Gazeta Żołyńska", wersja PDF w zbiorach Podkarpackiej Biblioteki Cyfrowej, Pbc.rzeszow.pl]
6. Marek Jedynak - "Ks. prof. Włodzimierz Sedlak w świetle dokumentów SB" ["Z Dziejów Regionu i Miasta: Rocznik Oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego w Skarżysku-Kamiennej", wersja PDF w zbiorach Muzeum Historii Polski, Bazhum.muzhp.pl]
7. Monika Karcz, Mirosława Zaremba (opiekun naukowy) - "Ty wspomnisz wnuku" [Ogólnopolski Konkurs "Losy Bliskich i losy Dalekich - życie Polaków w latach 1914-1989", wersja PDF w zbiorach Kuratorium Oświaty w Krakowie, Biuletyn.kuratorium.krakow.pl]
8. Grzegorz Kuczyński, Tomasz Bieszczad - "W intencji śp. ks. Stefana Niedzielaka i śp. ks. Stanisława Suchowolca" [wirtualny dziennik "43bis", 43bis.media.pl]
9. Paweł Wełpa - "Muzealne projekcje filmowe ku pamięci Żołnierzy Wyklętych" [skarżyski portal informacyjny Skarzysko.info]
10. Joanna Wójcik - "Ks. Stanisław Domański" [blog poświęcony grze miejskiej "Żołnierze Wyklęci, Żołnierze Niezłomni" organizowanej przez Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Dzieci i Młodzieży Niesłyszącej i Słabo Słyszącej im. Jana Pawła II w Lublinie, Gra-miejska.blogspot.com]
11. Krzysztof Gędłek - "'Czy mogę umyć ręce z krwi księdza?'" [internetowe wydanie czasopisma "Polonia Christiana", Pch24.pl]
12. Klaudia Fałdrowicz - "Walczył o Polskę biało-czerwoną. Żołnierzom księdza Domańskiego" [internetowe wydanie periodyku "Wiadomości Świętokrzyskie. Gazeta dla Wszystkich", Wiadomosci.o-c.pl]
13. Tobiasz Przybysz - "Kapelani Niezłomni - Księża Wyklęci" [internetowe wydanie kwartalnika "Myśl.pl", Mysl24.pl]
14. Piotr Bączek - "Duchowni Niezłomni" [internetowe wydanie "Biuletynu Informacyjnego. Miesięcznika Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej", Biuletyn-ak.pl]
15. Tomasz Siennicki - "Rok księdza Sedlaka w Radomiu" [internetowe wydanie "Opcji na Prawo", Opcjanaprawo.pl]
16. Marta Deka - "Pragnął Polski biało-czerwonej" [internetowe wydanie radomskiego "Gościa Niedzielnego", Radom.gosc.pl]
17. Janusz Kędracki - "Przyszli wieczorem i zamęczyli księdza" [internetowe wydanie kieleckiej "Gazety Wyborczej", Kielce.wyborcza.pl]
18. Tomasz Trepka - "Stanisław Domański - ksiądz bardzo niepokorny. Niezwykła historia walki z dwoma okupantami" [internetowe wydanie kieleckiego "Echa Dnia", Echodnia.eu]
19. "Setna rocznica urodzin księdza majora Stanisława Domańskiego. Młodzież z Sienna pamiętała" [internetowe wydanie radomskiego "Echa Dnia", Echodnia.eu]
20. "W Siennie uczcili pamięć patrona Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych" [internetowe wydanie radomskiego "Echa Dnia", Echodnia.eu]
21. "O Polskę biało-czerwoną. Ksiądz Stanisław Domański" [opis książki Grzegorza Sado zamieszczony w serwisie Wirtualna Polska, Ksiazki.wp.pl]
22. "O Polskę biało-czerwoną. Ksiądz Stanisław Domański ps. 'Cezary' (1914-1946)" [opis książki Grzegorza Sado zamieszczony na stronie Instytutu Pamięci Narodowej, Ipn.gov.pl]
23. "Z archiwum IPN: Ksiądz Stanisław Domański" [opis filmu dokumentalnego "Ksiądz Stanisław Domański" zamieszczony w serwisie Teleman.pl]
24. "Programy/Historia/Z archiwum IPN/Ks. Jan Trojnar" [opis filmu dokumentalnego "Ksiądz Jan Trojnar" zamieszczony na stronie Telewizji Polskiej S.A., Vod.tvp.pl]
25. "Programy/Historia/Było... nie minęło/Niespodzianka" [opis programu historycznego "Niespodzianka. Czerwona płachta ze wschodu. Benedyktyńska robota" zamieszczony na stronie Telewizji Polskiej S.A., Vod.tvp.pl]
26. "Ksiądz - ofiara UB pośmiertnie odznaczony" [dział "Info" portalu Wiara.pl]
27. "Krzyż Kawalerski dla księdza zamęczonego przez UB" [wiadomość opublikowana na stronie Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego, Ordynariat.wp.mil.pl]
28. "'Z archiwum IPN' - spotkanie 35" [wiadomość opublikowana na stronie Krasnostawskiego Domu Kultury, Kultura.krasnystaw.pl]
29. "Projekcja filmu 'Ksiądz Jan Trojnar'" [wiadomość opublikowana na stronie Śródmiejskiego Ośrodka Kultury w Krakowie, Lamelli.com.pl]
30. "Pokaz filmu 'Ksiądz Stanisław Domański'" [wiadomość opublikowana na stronie Muzeum Armii Krajowej im. gen. Emila Fieldorfa "Nila" w Krakowie, Muzeum-ak.pl]
31. "Edukacja - Lublin. Filmy" [wiadomość opublikowana na stronie lubelskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, Lublin.ipn.gov.pl]
32. "Wierni Bogu i Ojczyźnie" [wiadomość opublikowana na stronie Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych im. ks. mjr. Stanisława Domańskiego w Siennie, Zspsienno.witrynaszkolna.pl]
33. "Dzień Żołnierzy Wyklętych" [wiadomość opublikowana na stronie Zespołu Szkół Ogólnokształcących i Policealnych w Siennie, Edusienno.pl]
34. "Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych" [wiadomość opublikowana na stronie Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Lipskiej "Powiśle", Zyciepowisla.pl]
35. "Obchody Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych w Ostrowcu Św." [wiadomość opublikowana na stronie posła Jarosława Rusieckiego, Rusieckijaroslaw.pl]
36. "Ostrowiec Św.: Wyzwolenie czy okupacja?" [wiadomość opublikowana na stronie ostrowieckiego Klubu "Gazety Polskiej", Klubygp.pl]
37. "'Kapłan niezłomny - ks. Stanisław Domański'" [Klub "Polonia Christiana" w Radomiu, Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej i Instytut im. ks. Piotra Skargi, Piotrskarga.pl]
38. "09-03-1946 r. ks. Stanisław Domański ps. Cezary zostaje ciężko ranny podczas starcia z oddziałami" [kartka z kalendarza w serwisie Bocheńscy Żołnierze Wyklęci, Bochenscywykleci.pl]
39. "Tablice w kościele pw. Matki Bożej Miłosierdzia" [galeria zdjęć w serwisie Radom na Fotografii, Radom.city]
40. "Zapytanie: Bachurski" [wynik wyszukiwania w katalogu Bibliografii Historii Polskiej, Bibliografia.ipn.gov.pl]
41. "Przegląd mediów - 27 października 2009" [prasówka Instytutu Pamięci Narodowej, Ipn.gov.pl]
42. "10 marca. Świętych Czterdziestu Męczenników z Sebasty" [czytelnia portalu Brewiarz.pl]
43. Film dokumentalny "Ksiądz Stanisław Domański" [cykl "Z archiwum IPN", TVP 2008]
44. Film dokumentalny "Ksiądz Jan Trojnar" [cykl "Z archiwum IPN", TVP 2009]
45. Część druga programu historycznego "Niespodzianka. Czerwona płachta ze wschodu. Benedyktyńska robota" [cykl "Było... nie minęło. Kronika zwiadowców historii", TVP 2014]
46. Polskojęzyczna Wikipedia [Pl.wikipedia.org]
47. Mapy Google (Google Maps) [Google.pl/maps]
48. Natalia Julia Nowak - "Służył w BCh, trafił do MO, wspierał Żołnierzy Wyklętych" [mój artykuł poświęcony dziejom Jana Sońty "Ośki", iłżeckiego bohatera Batalionów Chłopskich, powojennego milicjanta-sabotażysty współpracującego z podziemiem niepodległościowym. W jednym z przypisów wspominam o księdzu Stanisławie Domańskim i jego wpływowym oszczercy, Eugeniuszu Wiśliczu-Iwańczyku (Eugeniuszu Iwańczyku "Wiśliczu"). Tekst jest dostępny na mojej oficjalnej stronie internetowej Njnowak.tnb.pl]

 

Komentarze (0)
Służył w BCh, trafił do MO, wspierał Żołnierzy Wyklętych

Wydarzenia, które opisuję w poniższym artykule, są mało znane, zwłaszcza poza terenem byłego powiatu iłżeckiego. Wydają się jednak na tyle interesujące, iż warto o nich opowiedzieć ludziom z całej Polski. Pretekstem do ich przywołania może być fakt, że wiążą się one z największym (nie tylko w Regionie, ale i w Kraju) zgrupowaniem partyzanckim Batalionów Chłopskich. Główny bohater opowieści, Jan Sońta "Ośka", to niezwykle barwna postać, którą trudno jednoznacznie ocenić. W czasie wojny wybitny partyzant, charyzmatyczny dowódca chłopskiej armii. Po wojnie milicjant-sabotażysta, potajemnie wspierający Żołnierzy Wyklętych. Sońta, za swoją nielojalność względem stalinowskiego reżimu, został skazany na karę śmierci. Czy udało mu się uniknąć egzekucji?


Brakujące ogniwo


Przedwojenny powiat iłżecki[1] obejmował tereny dzisiejszych powiatów starachowickiego, skarżyskiego, radomskiego, zwoleńskiego i lipskiego. Wszystkie wymienione ziemie wchodziły w skład województwa kieleckiego. Dziś powiaty starachowicki i skarżyski należą do województwa świętokrzyskiego, a radomski, zwoleński i lipski do województwa mazowieckiego. Gdy wybuchła wojna, niemieccy okupanci włączyli interesujący nas obszar do dystryktu radomskiego. Ruch oporu nie zaakceptował jednak nowego podziału administracyjnego, toteż każda z liczących się formacji konspiracyjnych wprowadziła własne jednostki organizacyjne. Dawny powiat iłżecki stał się częścią Okręgu Samodzielnego Radom-Kielce AK, Obwodu III Radomsko-Kieleckiego GL/AL, Okręgu V Kieleckiego NSZ i Okręgu III Kieleckiego BCh. Przez cały okres okupacji hitlerowskiej Kielecczyzna i Ziemia Radomska były terenami intensywnych zmagań partyzanckich. To tutaj walczył legendarny major Henryk Dobrzański "Hubal". To tutaj działali znani partyzanci Armii Krajowej (Jan Piwnik "Ponury", Antoni Heda "Szary"), Armii Ludowej (Mieczysław Moczar "Mietek", Tadeusz Maj "Łokietek") oraz Narodowych Sił Zbrojnych (Brygada Świętokrzyska z Antonim Szackim "Bohunem" na czele). O tym wszystkim wie cała Polska. Nazwiska czołowych akowców, alowców i eneszetowców z Kieleckiego/Radomskiego są powszechnie rozpoznawalne. Brakującym ogniwem pozostają Bataliony Chłopskie. Jacy bechowcy "wymiatali" w krainie Baby Jagi?


Zgrupowanie "Ośki"

Gwiazdami wiejskiej partyzantki na Kielecczyźnie i Ziemi Radomskiej byli żołnierze Jana Sońty "Ośki". Pochodzili oni ze wspomnianego wcześniej powiatu iłżeckiego, tam też prowadzili większość działań zbrojnych. Mieczysław Kaca (autor newsa "U leśników w Marculach świętowali ludowcy i samorządowcy" zamieszczonego w periodyku "Tygodnik Radomski w Gminach i Powiatach") podaje, że ludzie "Ośki" byli największym zgrupowaniem partyzanckim BCh nie tylko w okolicy, ale i w całej Polsce. Warto dodać, że ośkowcy cieszyli się sympatią i uznaniem miejscowej ludności, a w trudnych chwilach zawsze mogli liczyć na pomoc swoich kolegów z Armii Krajowej i Armii Ludowej. Kielecko-radomskie oddziały AK, AL i BCh tworzyły niekiedy coś w rodzaju jednego, solidarnego, wewnętrznie zróżnicowanego, ale całkiem zgranego bloku przeciwko hitlerowcom[2]. Wśród tutejszych akowców, alowców i bechowców spotykane było przekonanie, że podczas wojny nie liczy się to, co dzieli Polaków, tylko to, co ich łączy. Każda z trzech wymienionych armii reprezentowała inną opcję polityczną. Wszystkie trzy dążyły jednak do odbicia Ojczyzny z rąk Niemców. Stąd mentalność, zgodnie z którą w drugim Polaku trzeba widzieć przede wszystkim Polaka, a dopiero potem piłsudczyka, komunistę, ludowca itd. Dwadzieścia lat później ta filozofia (koncepcja braterstwa broni) stała się nieoficjalną ideologią ZBoWiD-u. Zaszczepił ją tam Mieczysław Moczar, prominentny pezetpeerowiec z odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym.


Urodzony ludowiec

Kim był Jan Sońta "Ośka", jeden z najwybitniejszych partyzantów w historii Batalionów Chłopskich? Sporo informacji na jego temat zaczerpniemy z filmu dokumentalnego "Ośka" (cykl "Z archiwum IPN", TVP 2009) i siódmego odcinka fabularyzowanego serialu dokumentalnego "Rozkaz sumienia" (TVP 2013). Dodatkowym źródłem wiedzy o Sońcie może być artykuł "'Ośka' i jego żołnierze - zbrojne ramię ruchu ludowego w byłym powiecie iłżeckim" Anny Szczykutowicz (serwis Histmag.org). "Ośce" poświęcono także krótką notkę biograficzną w polskojęzycznej Wikipedii. Jan Sońta (ur. 1919, zm. 1990) przyszedł na świat w Świesielicach niedaleko Ciepielowa. Pochodził z oświeconej rodziny chłopskiej, która ceniła takie wartości, jak wiedza, wykształcenie czy aktywny udział obywateli w życiu publicznym. Jego bliscy angażowali się w działalność ruchu ludowego, sam również był aktywnym i ideowym ludowcem. Uczył się w szkole technicznej w Radomiu. Należał do Związku Młodzieży Wiejskiej RP "Wici" oraz do 7. Radomskiej Drużyny Harcerskiej (podczas II wojny światowej stała się ona kolebką lokalnych Grup Szturmowych Szarych Szeregów!). Gdy Niemcy zaatakowali naszą Ojczyznę, Jan Sońta został wezwany do Rejonowej Komendy Uzupełnień w Starachowicach. Walczył w obronie tamtejszych zakładów zbrojeniowych, pomagał w wywożeniu cennych maszyn na wschód Polski. Niestety, w okolicach Lublina konwój został rozbity przez nazistów. Sońta musiał więc wrócić na ziemie kielecko-radomskie.


Ojciec założyciel

Nasz bohater, który w 1940 roku wciąż pozostawał uczniem i harcerzem, czynnie uczestniczył w antyhitlerowskim ruchu oporu. Początkowo zajmował się zwykłą działalnością konspiracyjną: drukował ulotki, redagował prasę podziemną, słuchał wiadomości zagranicznych stacji radiowych. Jednocześnie pozostawał w kontakcie ze swoimi wiejskimi rówieśnikami, którzy - podobnie jak chłopi w innych częściach Polski - zbierali broń i amunicję z miejscowych pobojowisk. Wieś się zbroiła, a osoby chętne do walki z okupantem sprawdzały, którzy gospodarze będą w przyszłości gotowi wspierać partyzantów. Ojcem założycielem chłopskiego ruchu partyzanckiego w powiecie iłżeckim został właśnie Jan Sońta wraz z garstką przyjaciół, przede wszystkim Władysławem Gołąbkiem "Boryną" urodzonym w Kroczowie Mniejszym. Przez pewien czas nasz bohater posługiwał się pseudonimem "Jasio". Później, gdy rozbroił pocztowca i żandarma za pomocą atrapy pistoletu wykonanej z wypolerowanej ośki rowerowej, zmienił pseudonim na "Ośka" (wypada wspomnieć, że w tej zabawnej akcji uczestniczył także Antoni Majewski "Trojan"). Konspiracja tworzona przez Jana Sońtę i jego kompanów szybko się rozrastała. Do oddziału partyzanckiego dołączali nowi żołnierze, zwiększała się też liczba cywilów współpracujących z bechowcami. Cały powiat iłżecki stał murem za "Ośką". Zgrupowanie Sońty prowadziło akcje na coraz większą skalę: nękało antypolskich folksdojczów, uwalniało jeńców wojennych, rozbijało niemieckie posterunki.


Dwie twarze

Powojenny "Ośka" to postać wykraczająca poza binarną wizję świata. W pewnym sensie, udowodnił on, że posiada wszystkie zalety i wszystkie wady stereotypowego ludowca. Poszedł w tym kierunku, z którego dochodził zapach pełnego koryta. Stanął jednak w rozkroku: jedną nogą w nowym systemie, a drugą w środowisku antysystemowców. Jan Sońta wiedział, że oficjalne zakończenie działań wojennych nie przyniosło Polsce spokoju. Czasy wciąż były niebezpieczne, a liczni żołnierze antyhitlerowskiego podziemia (nie tylko członkowie AK i NSZ, ale również przedstawiciele BCh i niektórzy weterani AL) padali ofiarą Urzędu Bezpieczeństwa. Stalinowskie państwo, które rodziło się na ziemiach polskich, od samego początku dawało się poznać jako twór totalitarny i opresyjny. Z drugiej strony, istniała jeszcze iskierka nadziei: odradzający się ruch ludowy będący jedyną legalną opozycją w Polsce. Wielu Polaków pokładało ufność w Stanisławie Mikołajczyku i Polskim Stronnictwie Ludowym. Działacze obozu chłopskiego, chcąc trzymać rękę na pulsie, starali się obejmować ważne funkcje w aparacie państwowym. Niezliczeni bechowcy, którzy mieli trafić do milicji, sztucznie zawyżali sobie stopnie wojskowe, żeby otrzymać jak najwyższe stanowiska i zwinąć komunistom "stołki" sprzed nosa (hehehe!). Takim milicjantem został również "Ośka". Czy grzeszył koniunkturalizmem? Może częściowo... Ale nieugięcie dochowywał wierności ruchowi ludowemu. Ostentacyjnie manifestował swoje antyrządowe poglądy i poparcie dla Mikołajczyka.


Król sabotażystów

Jan Sońta, rzekomy podpułkownik, bez trudu otrzymał etat w Milicji Obywatelskiej. Został oficerem do zadań specjalnych, i to nie na prowincji, lecz w Komendzie Głównej w Warszawie. Komuniści, wierząc w lojalność "Ośki", kazali mu organizować kadry milicyjne. Sońta założył w powiecie iłżeckim szkołę MO, do której zaczął przyjmować głównie kombatantów Batalionów Chłopskich. Już wtedy było widać, że wokół naszego bohatera dzieją się dziwne rzeczy. Z utworzonej przez niego szkoły wychodzili bowiem liczni sabotażyści. Wielu z nich wyrządzało systemowi takie szkody, że po kilkunastu miesiącach "wylatywało" z pracy. Wiosną 1945 roku Jan Sońta dowiedział się o pojmaniu szesnastu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. Zrozumiał wówczas, że legalna opozycja i mały sabotaż to zabawa dla naiwnych dzieci, a nie sposób na obalenie bierutowskiego reżimu. Dostrzegł konieczność prowadzenia bardziej radykalnych działań. "Ośka" wstąpił do Oddziałów Specjalnych BCh, czyli konspiracyjnej organizacji antykomunistycznej. Na co dzień udawał przykładnego milicjanta, lecz "po godzinach" uczestniczył w zbrojnych akcjach Żołnierzy Wyklętych[3]. Stalinowcy - podejrzewając, że Sońta trzyma sztamę z Niezłomnymi - przenieśli go do wojska, gdzie miał się zajmować zwalczaniem podziemia. Nasz bohater, wiedząc o planowanych obławach na partyzantów, ostrzegał "leśnych" przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Tych, którzy zostali zatrzymani, wyciągał z aresztów. Robił wszystko, co mógł, żeby ograniczyć liczbę Polaków zsyłanych na Sybir. I wciąż pobierał "resortową" pensję.


Solidarni z "Ośką"

Jan Sońta "Ośka" sprawiał wrażenie, jakby kierował się w życiu logiką kwantową. Był jednocześnie budowniczym i burzycielem Polski Ludowej. Konformistą i nonkonformistą. Wybrańcem z Matrixa, który siłą własnego umysłu naginał zerojedynkową rzeczywistość. Nie mieścił się w strukturze opartej na opozycjach biel-czerń, dobro-zło, światło-ciemność, ład-chaos. Pozostawał ponad wszelkim binaryzmem. "Ośka" prowadził swój sabotaż przez pół roku, po czym został aresztowany przez UB. Nasz bohater - a wraz z nim czternastu innych bechowców - stanął przed komunistycznym sądem. Usłyszał wyrok śmierci. O jego życie natychmiast zaczęła walczyć rodzina (dowiadujemy się o tym z prezentacji multimedialnej "Jan Sońta ps. 'Ośka' - Partyzant Ziemi Radomskiej" Konrada Gałki. YouTube, eliksir11). Później uaktywnili się jego koledzy z czasów okupacji niemieckiej. Kombatanci napisali do Bieruta petycję o ułaskawienie skazańca i zebrali pod nią kilkadziesiąt tysięcy podpisów z całej Kielecczyzny. Za Sońtą zaczęli się również wstawiać milicjanci o bechowskim rodowodzie, weterani Armii Ludowej oraz dawni partyzanci radzieccy pamiętający go jako sojusznika w walce z hitleryzmem. "Ośka", mając takie poparcie, po prostu musiał przeżyć. Początkowo zmniejszono mu wyrok na dożywocie, potem na dwanaście lat, aż w końcu na osiem. Jan Sońta wyszedł z tiurmy w 1954 roku. Na wolności, mimo socjalizmu, założył firmę budowlaną. Zatrudniał w niej byłych więźniów stalinowskich: akowców i bechowców. Niemal do końca życia był śledzony przez bezpiekę.


Pod lupą

O tym, co się działo z "Ośką" po roku 1954 (a raczej po 1956), możemy przeczytać w artykule "Działania Służby Bezpieczeństwa wobec Jana Sońty 'Ośki'" Marcina Sołtysiaka. Tekst ukazał się na łamach portalu "Iłża - Regionalny Serwis Informacyjny" (Ilza.com.pl). Autor publikacji przeanalizował liczne donosy, notatki i meldunki, jakie "wyprodukowali" pracownicy i współpracownicy SB w związku z inwigilacją naszego bohatera. Z tych dokumentów, znajdujących się obecnie w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej, wyłania się ciekawy obraz Jana Sońty doby poststalinowskiej. Można przypuszczać, że zasłużony partyzant Batalionów Chłopskich był szpiegowany od momentu opuszczenia więzienia aż do upadku Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (warto odnotować, że "Ośka" zmarł w roku 1990, czyli w tym samym czasie, w którym zlikwidowano Służbę Bezpieczeństwa). Kontrola, jakiej go poddawano, była prowadzona z różną intensywnością i z krótkimi przerwami, które wynikały z chwilowego obniżenia aktywności ofiary. Niewiele wiadomo na temat działań podejmowanych względem "Ośki" w latach 1956-1957. Istnieje jednak podejrzenie, że czerwona agentura doprowadziła do odsunięcia go od stanowiska prezesa kieleckiego ZBoWiD-u. Człowiekiem, który - zarówno wtedy, jak i później - odznaczał się wyjątkową gorliwością w donoszeniu na Sońtę, był niejaki TW "Pewny". Konfident ten wywodził się ze środowiska bechowskiego. Podczas okupacji walczył w powiecie kozienickim i w zgrupowaniu "Ośki". Cieszył się więc dużym zaufaniem swojego dawnego dowódcy.


Rozterki moralne

Pierwsza przerwa w inwigilacji naszego bohatera nastąpiła w roku 1966 (czasy późnego Gomułki). Esbecy stwierdzili wówczas, że dalsze szpiegowanie Jana Sońty nie ma sensu, gdyż ofiara nie prowadzi działalności antypaństwowej i nie stanowi zagrożenia dla władzy ludowej. Spokój trwał przez kilka lat. Ale już w pierwszej połowie lat 70. (w czasach wczesnego Gierka) TW "Pewny" ponownie zwrócił uwagę na "Ośkę". Nie omieszkał się powiadomić przełożonych, że Sońta zaczął się krytycznie wypowiadać na temat bieżących wydarzeń politycznych. Obserwacja byłego bechowca ruszyła pełną parą. Kapuś "Pewny" dokładnie opisywał poglądy naszego bohatera, opierając się na jego prywatnych komentarzach. Z meldunków konfidenta wynika, że Jan Sońta miał negatywny stosunek do ówczesnej ekipy rządzącej. Dość nieufnie podchodził również do przedstawiciela poprzedniej ekipy, Mieczysława Moczara, a także do jego kolegi, Wojciecha Jaruzelskiego, którego czas miał dopiero nadejść. "Ośka" nie potrafił jednoznacznie ustosunkować się do działalności Moczara i Jaruzelskiego (chociaż tego pierwszego znał jeszcze z czasów wojny). Zastanawiał się, kim oni tak naprawdę są. Interesujący jest fragment jednego z donosów, który charakteryzuje postawę naszego bohatera wobec Sowietów: "Sońta stwierdził, że wolałby, żeby w Kielcach czy Radomiu byli komisarze rosyjscy, bo tak nie wiadomo, co to jest. Wiadomo byłoby wtedy, jakby to uważać. Często stwierdza, że jest to druga okupacja Polski" (słowa TW "Pewnego" cytowane przez Marcina Sołtysiaka). Jak widać, "Ośka" był rozdarty wewnętrznie.


Sekretne kontakty

Zgodnie z tym, co głoszą esbeckie raporty, nasz bohater oburzał się sposobem, w jaki milicja potraktowała uczestników radomskiego strajku w czerwcu 1976 roku. Przekonywał, że tamtejsi mundurowi okazali się bardziej okrutni od gestapowców. Wydarzenia czerwca '76 spowodowały, że Sońta zaczął trochę sympatyzować z ROPCiO i KOR-em. Nie wstąpił do żadnej z tych organizacji, ale nawiązał kontakt z ich działaczami. W jego mieszkaniu zaczęła się pojawiać nielegalna prasa opozycyjna. "Ośka" otrzymał nawet propozycję redagowania jednego z takich pism, ale odmówił, gdyż obawiał się o przyszłość swojej rodziny. Nie wahał się jednak posiadać ani kolportować zakazanej literatury, choćby "Archipelagu GUŁag" Aleksandra Sołżenicyna. Nasz bohater utrzymywał kontakt z Antonim Hedą "Szarym": weteranem Armii Krajowej, Żołnierzem Wyklętym, człowiekiem odpowiedzialnym za rozbicie więzienia UB w Kielcach (1945). "Szary", podobnie jak "Ośka", dostał kiedyś karę śmierci, ale został ułaskawiony dzięki wstawiennictwu dawnych partyzantów AL (należał do nich również Moczar; tak twierdzi Łażący Łazarz w artykule "Rok 1976 - ostatnia akcja Komendanta 'Szarego'" dostępnym w serwisie WolnaPolska.pl). Sońta dwukrotnie był wzywany przed oblicze kapitana SB, Romana Stępnia, który początkowo nie ujawniał swojej prawdziwej tożsamości. Za drugim razem oficer zaprosił "Ośkę" do współpracy. Naturalnie, nic z tego nie wyszło. Bezpieka oficjalnie zakończyła śledzenie Sońty w listopadzie 1980 roku. Później interesowała się nim tylko podczas uroczystości kombatanckich.


Kapliczka na Wykusie

Jak już ustaliliśmy, okres powojenny był wyjątkowo trudny dla żołnierzy Armii Krajowej. W czasach bierutowskich nie wolno było życzliwie o nich mówić. Akowców, którzy zdołali przeżyć okupację niemiecką, spotykały ubeckie szykany i represje. Po odwilży gomułkowskiej sytuacja uległa diametralnej zmianie. Najsłynniejsza armia Polskiego Państwa Podziemnego zaczęła odzyskiwać należne jej miejsce w historii. Pisze o tym Marek Jedynak, twórca publikacji "Kapliczka na Wykusie. Wokół powstania Środowiska Świętokrzyskich Zgrupowań Partyzanckich Armii Krajowej 'Ponury' - 'Nurt'" (IPN, Kielce 2009). Według tego autora, w 1957 roku grupa byłych podkomendnych Jana Piwnika "Ponurego" wysunęła postulat utworzenia miejsca pamięci narodowej na Wykusie (dla niewtajemniczonych: Wykus to wzniesienie leżące w odległości 5 kilometrów od Starachowic. W XIX i XX wieku stanowiło ono bazę dla wielu polskich zgrupowań partyzanckich, w tym dla oddziałów Mariana Langiewicza, Henryka Dobrzańskiego "Hubala" i Jana Piwnika "Ponurego"). Starachowicki ZBoWiD, którego zarząd był zdominowany przez weteranów AK, poparł tę inicjatywę. Wkrótce powstał Komitet Budowy Płyty Pamiątkowej na Wykusie, który poczynił niezbędne kroki w kierunku realizacji obranego celu. Działania, jakie podejmowano, wiązały się z aktywizacją byłych akowców, co nie uszło uwadze esbecji. Po wielu perypetiach udało się wybudować i poświęcić pamiątkową kapliczkę. Doszło do tego we wrześniu 1957 roku[4]. Na uroczystości odsłonięcia obiektu przemawiał (lub miał przemawiać) Jan Sońta "Ośka".


Trudne początki

Akcje zbrojne, jakie podejmowali partyzanci ze zgrupowania "Ośki", zostały opisane w trylogii publicystycznej "Wrócą chłopcy z wojny" Michała Ślusarczyka (wszystkie trzy części ukazały się w serwisie GlosMazowsza.pl. Kopie artykułów można zobaczyć w witrynie internetowej mazowieckiego samorządowca Zbigniewa Gołąbka). Wiele przydatnych informacji znajdziemy także w tekście "Działania zbrojne Batalionów Chłopskich na Ziemi Radomskiej" Henryka Szopy (jest to opracowanie naukowe z 1983 roku. Elektroniczną wersję artykułu zamieścił Andrzej Bartczak na stronie OM PSL w Radomiu). Jan Sońta i jego kompani rozpoczęli swoją działalność już na przełomie lat 1939/1940. Początkowo miała ona charakter spontanicznej inicjatywy niepowiązanej z żadnymi ogólnopolskimi strukturami. Ludowcy zaczęli działać "na poważnie" w roku 1942, kiedy to ich organizacja weszła w skład ponadregionalnych Batalionów Chłopskich. Wtedy właśnie miały miejsce pierwsze spektakularne zwycięstwa ośkowców, np. rozbicie nazistowskiego obozu pracy w Solcu nad Wisłą. W roku 1943 partyzanci BCh dokonali dwóch udanych napadów na niemieckie posterunki w Kroczowie i Grabowie. Później, razem z AK, stoczyli walkę z załogą posterunku Luftwaffe. W sierpniu 1943 roku bechowcy przyjęli pod swoje skrzydła kilku Gruzinów, którzy nie chcieli dłużej służyć Trzeciej Rzeszy. We wrześniu pomścili śmierć 900 Polaków zamordowanych przez SS w Ciepielowie. W grudniu planowali rozbić KL Majdanek. Armia Krajowa wybiła im jednak z głowy ten niewykonalny pomysł.


Zgniły kompromis

Liczne sukcesy militarne sprawiły, że Jan Sońta "Ośka" zdecydował się rozszerzyć działalność swojego zgrupowania na powiaty kozienicki i puławski. Postąpił tak latem 1944 roku. W tamtym okresie armię "Ośki" zasiliła kolejna grupa Gruzinów, która tym razem składała się z dwustu dezerterów z armii Hitlera. Pod koniec lipca 1944 roku (czasy akcji "Burza") bechowcy podzielili się na dwie drużyny. Pierwsza, pod dowództwem "Ośki", pozostała na lewym brzegu Wisły, a druga, dowodzona przez Władysława Gołąbka "Borynę", wyruszyła na prawy brzeg. Partyzanci maszerujący na wschód obronili wsie Janiszów i Wojciechów przed pacyfikacją ze strony Niemców. Na Lubelszczyźnie oddział "Boryny" ujawnił się przed nową, komunistyczną władzą. Doszło wówczas do tragedii. Żołnierze BCh, którzy tak grzecznie współpracowali z Armią Ludową, zostali aresztowani przez NKWD-UB. Zaczęły się tortury i wywózki na Syberię. Ostatecznie bechowcy zgodzili się na zgniły kompromis: wolność w zamian za pracę w Milicji Obywatelskiej. Doszli do wniosku, że w obecnej sytuacji należy zadbać o to, aby ważne stanowiska w Polsce Ludowej zajmowali aktywiści wywodzący się z przedwojennych środowisk niekomunistycznych. Bez wątpienia był to wybór mniejszego zła. Z drugiej strony, ujawniły się tutaj wady stereotypowo przypisywane ludowcom: elastyczność koalicyjna, oportunizm, pogoń za "stołkami", faworyzacja "swoich ludzi" w przestrzeni publicznej. Władysław Gołąbek zrobił ogromną karierę w PRL (choć uchodził za niepewnego politycznie). W III RP stracił przez nią uprawnienia kombatanckie.


Starachowickie i małomierzyckie

Na początku sierpnia 1944 roku grupa ośkowców, dowodzona przez Tadeusza Wojtyniaka "Bacę", przygotowała na Niemców zasadzkę wzdłuż drogi Starachowice-Tychów. Udało się wówczas rozbroić 20 hitlerowców i przejąć 7 wojskowych ciężarówek. Wkrótce naziści urządzili na bechowców obławę, która zaowocowała wielką bitwą w lasach starachowickich. Wygrali jednak Polacy. Do kolejnego starcia z Niemcami doszło pod koniec sierpnia. To właśnie tam, pod Starachowicami, niedaleko leśniczówki Kutery, poniósł śmiertelną ranę Tadeusz Wojtyniak. Kolejna potyczka z najeźdźcą miała miejsce pod Gadką (znów okolice Starachowic). Zwycięstwo przypadło Batalionom Chłopskim. Jesienią 1944 roku doszło do istotnej narady partyzantów BCh z partyzantami AL w lasach małomierzyckich. Jej konsekwencją była masakra, którą dość różnie przedstawiają Henryk Szopa i Przemysław Bednarczyk (historyk wypowiadający się w IPN-owskim filmie dokumentalnym "Ośka"). Jan Sońta i Mieczysław Moczar zdecydowali się przerzucić część żołnierzy (głównie Gruzinów z BCh) na przyczółek chotecki. Sowieci mieli być uprzedzeni o całej operacji. Według Szopy, partyzanci mieli skandować hasło "Granit". Zdaniem Bednarczyka, droga na przyczółek miała być rozminowana. Jedno jest pewne: bechowcy (i alowcy - wersja Szopy) maszerujący w stronę Chotczy zostali ostrzelani przez Armię Czerwoną, a pod ich stopami zaczęły wybuchać miny. Zginęło prawie 300 osób. Szopa twierdzi, że tamtej nocy zawinił wiatr zagłuszający wykrzykiwane hasło oraz brak komunikacji między sowieckim dowództwem a pierwszą linią frontu.


Zwoleń 1942

Jednym z najsłynniejszych dokonań zgrupowania "Ośki" było rozbicie niemieckiego aresztu w Zwoleniu we wrześniu 1942 roku. Piszą o tym Piotr Kutkowski ("Nieznane fakty akcji partyzantów", internetowe wydanie radomskiego "Echa Dnia") i Mieczysław Kaca ("Płk. Władysław Owczarek odszedł na wieczną wartę", serwis Radom24.pl). Żołnierzem, który dowodził całą akcją, był Władysław Owczarek "Bula", "Bula Matari". Należał on do lewicujących ludowców. Jako nastolatek marzył o tym, żeby wziąć udział w hiszpańskiej wojnie domowej po stronie republikanów. Próbował nawet zrealizować ten plan, ale został powstrzymany przez polskiego kolejarza spotkanego przy granicy ze Związkiem Radzieckim. Owczarek trafił do ZSRR dopiero w 1939 roku. Problem w tym, że jako jeniec wojenny, którego Sowieci oddali wkrótce w ręce Niemców. Młodzieniec uratował się dzięki temu, że wyskoczył z pociągu pędzącego do Trzeciej Rzeszy. W oddziale "Ośki" odpowiadał za sprawy wychowawcze, opracował nawet surowy kodeks etyczny. Decyzję o rozbiciu więzienia w Zwoleniu podjął na wieść o zatrzymaniu ważnego konspiratora Antoniego Knecia "Doktorka". Gdy Owczarek i inni ośkowcy dojechali do miasteczka, przebrali się w niemieckie mundury i rozkazali lokalnej straży cywilnej udać się na cmentarz. Strażnicy wykonali polecenie. Partyzanci, korzystając ze sposobności, przecięli druty telefoniczne i ruszyli w stronę nazistowskiego aresztu. Tam kazali dozorcy otworzyć drzwi. Mężczyzna spełnił ich żądanie i natychmiast został rozbrojony. Bechowcy zdołali uwolnić około 50 osób. Wśród nich był również "Doktorek".


Co pisał Moczar?

Mieczysław Moczar to "trudny przypadek" w historii PRL. Niewątpliwie sowiecki kolaborant i zbrodniarz stalinowski (w latach 1945-1948 stał na czele łódzkiego WUBP). Po roku 1956 okazał się jednak najbardziej obiecującym politykiem w Polsce. To właśnie on, jako przywódca ZBoWiD-u, zrehabilitował Armię Krajową i próbował zrehabilitować Narodowe Siły Zbrojne. Sam nie lubił eneszetowców, ale uważał, że przynajmniej niektórzy z nich powinni mieć uprawnienia kombatanckie. Moczar budował w PZPR frakcję nacjonalistyczną. Sprzeciwiał się pomawianiu Narodu Polskiego o współudział w Holocauście. Współpracował z Bolesławem Piaseckim, byłym szefem ONR-Falanga. W czasach "Mietka" powstał wybitnie zbowidowski film dokumentalny "Sprawiedliwi", który opowiada o tym, jak Polacy (np. Jan Mosdorf, lider przedwojennego ONR-ABC) pomagali Żydom podczas okupacji niemieckiej[5]. Przejdźmy jednak do rzeczy. Otóż Moczar wspomniał o zgrupowaniu "Ośki" w swojej książce zatytułowanej "Barwy walki" (1962). Nazwał ośkowców "nowymi sojusznikami, nowymi przyjaciółmi". Pozytywnie opisał Władysława Owczarka, z którym podobno szybko się zaprzyjaźnił. "Bardzo sympatyczny, rozumny, a jednocześnie romantyczny chłopski działacz młodzieżowy", "szczery, uczciwy działacz chłopski, prawy żołnierz, patriota", "szukał wciąż słusznej drogi", "wychowywał innych" - czytamy w rozdziale "U świtowców". Moczarowi podobał się egzotyczny pseudonim Owczarka, "Bula Matari". Alowcy woleli jednak nazywać bechowca "Misjonarzem" (sami mieli "Chrystusa", Stanisława Szota).


Co pisał Iwańczyk?

Znacznie liczniejsze, choć równie życzliwe wzmianki o zgrupowaniu "Ośki" znajdujemy we wspomnieniach innego wpływowego alowca, Eugeniusza Wiślicza-Iwańczyka (Eugeniusza Iwańczyka "Wiślicza")[6]. Mowa tutaj o książce "Echa puszczy jodłowej" z 1969 roku. Jednym z jej głównych wątków są stosunki, jakie panowały między różnymi ugrupowaniami partyzanckimi działającymi w powiecie iłżeckim. Autor twierdzi, że Armia Ludowa, Armia Krajowa i Bataliony Chłopskie były formacjami bardzo zróżnicowanymi. Mimo to, starały się szukać rozwiązań kompromisowych. W jednym z pierwszych rozdziałów Iwańczyk pisze o pewnym domu: "Tutaj odbywały się spotkania pomiędzy nami a dowódcami BCh: 'Ośką' - Janem Sońtą i 'Bulą Matarim' - Władysławem Owczarkiem. Tutaj też spotkałem się z dowódcą AK Antonim Hedą - 'Szarym'". Jak autor zapamiętał Owczarka? "Przystojny i dobrze zbudowany mężczyzna w wieku około 30 lat (...). Wesoły, uśmiechnięty, o odważnym spojrzeniu, jednym słowem - typowy partyzant". Z książki "Wiślicza" dowiadujemy się, że zgrupowanie "Ośki" nie było ani prolondyńskie, ani promoskiewskie. Odmawiało scalenia z AK. Wytrwale realizowało koncepcję "walki dobra ze złem". Bechowcy i alowcy mieli "pomagać sobie w razie potrzeby", "przekazywać sobie wzajemnie doświadczenia z walki" i "utrzymywać ze sobą stały kontakt". A co z AK? Iwańczyk wspomina Hedę jako rozumnego inteligenta i apolitycznego patriotę. Docenia fakt, że "Szary" nigdy nie zapomniał o swoich chłopskich korzeniach. Podobno jego podkomendni bardzo dbali o higienę. No i chętnie dzielili się amunicją.


Krótkie życie "Bacy"

Chciałabym teraz poświęcić kilka zdań Tadeuszowi Wojtyniakowi "Bacy". Sylwetkę tego żołnierza przedstawił Tomasz Skiba w artykule "Tadeusz Wojtyniak ps. Baca" (portal "Iłża - Regionalny Serwis Informacyjny"). Tadeusz Wojtyniak urodził się w 1924 roku w Kroczowie Mniejszym. Pochodził z zamożnej rodziny chłopskiej, która wykazywała wyjątkowe zamiłowanie do wszelkich nowinek technicznych w agronomii. Rodzice Tadeusza odznaczali się głębokim patriotyzmem, popierali rozwój wsi i aspiracje jej mieszkańców. Wojtyniak fascynował się wojskowością, podziwiał uczestników dawnych zrywów niepodległościowych. Marzył o tym, żeby zostać lotnikiem. Spodziewał się rychłego wybuchu wojny, toteż prewencyjnie skonstruował prymitywny samopał. Gdy Trzecia Rzesza napadła na Polskę, 15-letni Tadek dołączył do chłopskiego ruchu oporu. Za swoje osiągnięcia w dziedzinie zbierania broni i amunicji z miejscowych pobojowisk otrzymał pseudonim "Chomik". Kolejny etap działalności Wojtyniaka to służba w zgrupowaniu partyzanckim "Ośki". Nastolatek - teraz już jako bechowiec "Baca" - dowodził tam jednym z plutonów. Był niezwykle odważnym i skutecznym dowódcą. Cechował się też otwartością. To właśnie pod jego skrzydła trafiło kilkuset Gruzinów, uciekinierów z armii niemieckiej[7]. Jak już wiemy, Tadeusz Wojtyniak zmarł od rany postrzałowej. Według Tomasza Skiby, sam zdecydował o swojej śmierci. Odmówił bowiem amputacji ręki, w którą wdarła się gangrena. "Baca" żył zaledwie 20 lat. W 1972 roku został "wskrzeszony" w książce "Nie wiedział co to lęk" Władysława Gołąbka "Boryny".


Nadleśnictwo Chwałowice


Na blogu Chwalilza.blox.pl znajduje się tekst "Rozbicie hitlerowskiego sztabu dywizyjnego w Chwałowicach" zredagowany na podstawie dwóch innych prac Władysława Gołąbka: "W oddziałach Batalionów Chłopskich na Kielecczyźnie" (1958) i "Bez rozkazu" (1966). Artykuł mówi o tym, że w lipcu 1944 roku ośkowcy zapragnęli znaleźć się posiadaniu cennych planów operacyjnych, dużych ilości broni i pokaźnych zapasów amunicji, jakie przechowywał niemiecki sztab dywizyjny stacjonujący w Chwałowicach. Okazja ku temu nadarzyła się w pewną niedzielę, kiedy to Niemcy zorganizowali sobie "garden party" w miejscowym nadleśnictwie. Kilkudziesięciu bechowców, dowodzonych przez "Bacę", przebrało się w niemieckie mundury i ze śpiewem na ustach ruszyło w stronę Chwałowic. Zakamuflowani ośkowcy zostali wpuszczeni na teren nadleśnictwa, początkowo byli nawet witani i pozdrawiani przez balujących nazistów. Gdy Niemcy zorientowali się, że coś jest nie w porządku, muzyka ucichła, a do intruzów podszedł jeden z oficerów. Wówczas partyzanci otworzyli ogień. Uporawszy się z hitlerowcami w ogrodzie, bechowcy przystąpili do szturmu na budynki nadleśnictwa. Po długim, zażartym boju odnieśli zwycięstwo. Niestety, wkrótce oddali zdobyte plany Armii Czerwonej, która "przyszła na gotowe". Jedno trzeba przyznać: żołnierze "Ośki" wykazywali się wyjątkową naiwnością w odniesieniu do Sowietów. Wielokrotnie płacili za to straszliwą cenę. A przecież byli w Polsce partyzanci, którzy tego błędu nie popełniali. Mówię tutaj o Narodowych Siłach Zbrojnych[8] i większości oddziałów Armii Krajowej.


Upamiętnienie ośkowców

W 1998 roku zawieszono w Kościele Garnizonowym w Radomiu tablicę upamiętniającą Jana Sońtę "Ośkę". Jej fotografię można zobaczyć w informatorze turystycznym "Radomskie miejsca pamięci II wojny światowej" (plik PDF jest dostępny online). Płyta pamiątkowa zawiera wizerunek "Ośki" oraz napis odwołujący się do wojennej i powojennej działalności partyzanta. W 2015 roku tablica poświęcona ośkowcom zawisła w Starachowicach. Umieszczono ją przy kościele Wszystkich Świętych (warto wiedzieć, że w tej świątyni znajdują się również relikwie Jana Pawła II i Jerzego Popiełuszki!). Na Placu Zwycięstwa w Ciepielowie stoi pomnik Jana Sońty. We wsi Kowalków uczyniono "Ośkę" patronem miejscowej podstawówki. Skromne pomniki przypominające o bohaterstwie ośkowców wzniesiono w Gadce (miejscu leśnej bitwy) i Pakosławiu (miejscu tymczasowego pochówku "Bacy". Ciało żołnierza, poległego w 1944 roku, zostało pochowane obok pomnika powstańców styczniowych. Dwa lata później nastąpiła ekshumacja zwłok i uroczysty pogrzeb w Kazanowie. Wypada wspomnieć, że w Kazanowie spoczywają także "Ośka" i "Boryna". Natomiast "Bula Matari" został pogrzebany w Ciepielowie). Przy drodze Chotcza-Ciepielów znajduje się pomnik ku czci 900 cywilów zabitych przez Niemców za sprzyjanie Żydom i zgrupowaniu "Ośki". Do tragedii tej nawiązuje też fabularyzowany dokument "Historia Kowalskich" (TVP 2009). Od 1991 roku wisi w Świesielicach tablica upamiętniająca Jana Gierasińskiego "Potęgę". Innymi formami uczczenia ośkowców są książki Przemysława Bednarczyka (2007) i Marcina Dobronia (2011).


Natalia Julia Nowak,
22.05. - 26.06. 2016 r.


PS.
Postanowiłam sprawdzić, jak brzmiały teksty przysiąg poszczególnych organizacji konspiracyjnych. Czy były w nich widoczne różnice wynikające z odmiennej mentalności? Czy dałoby się z nich wypisać sformułowania charakterystyczne dla danego obozu politycznego? W przysiędze Armii Krajowej, zbrojnego ramienia rządu emigracyjnego, mówi się o Rzeczypospolitej Polskiej, Prezydencie RP, Naczelnym Wodzu i Dowódcy AK. W przysiędze Narodowych Sił Zbrojnych występuje termin "Wielka Polska", który odnosi się do ostatecznego celu działalności ruchów endeckich i neoendeckich. W innej przysiędze znajdujemy wyrażenie "Sprawiedliwa Polska Ludowa". Uwaga, psikus: nie jest ono elementem roty Armii Ludowej, tylko Batalionów Chłopskich! W tekście przysięgi AL w ogóle nie wspomina się o państwie (co wynika z faktu, że tradycyjni marksiści żądali likwidacji państwa i podziałów narodowościowych, a tymczasową "ojczyzną proletariatu" chcieli uczynić ZSRR). Przyrzeka się jednak "wyzwolenie" i "stanie na straży praw" Narodu Polskiego. We wszystkich czterech rotach zawarto zdanie dotyczące dochowywania tajemnic wojskowych. W przysiędze NSZ brzmi ono łagodnie, neutralnie i beztrosko. W przysiędze AK jest bardziej sugestywne, ale wciąż subtelne i pozbawione konkretów. W przysiędze AL zrezygnowano z owijania w bawełnę na rzecz walenia prosto z mostu. Natomiast w przysiędze BCh... Cóż, fragment o niezdradzaniu sekretów brzmi kuriozalnie, wręcz humorystycznie, jakby autor urwał się z choinki. Zresztą, zobaczcie sami. Narodowe Siły Zbrojne: "tajemnic organizacyjnych będę wiernie strzegł". Armia Krajowa: "tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało". Armia Ludowa: "dochowam tajemnicy wojskowej i nie zdradzę jej nawet wobec najokrutniejszych tortur". Bataliony Chłopskie: "powierzonych mi tajemnic nie ujawnię przed nikim, nawet przed najbliższymi mi osobami". Leżę i kwiczę. No, jak tu nie wierzyć złośliwcom, którzy twierdzą, że "PSL" to skrótowiec utworzony od nazwy "Partia Swoich Ludzi"?! Zgodnie z tym, co powiedział historyk Janusz Gmitruk w filmie dokumentalnym "Żelazne kompanie" (TVP 2002), wiejskie podziemie było niesamowicie hermetyczne. Do BCh przyjmowano wyłącznie kandydatów znanych, sprawdzonych i zaufanych. Nikt z zewnątrz nie miał tam prawa wstępu. Krótko mówiąc: stawiano na "swoich ludzi". Głównie na członków przedwojennych ugrupowań ludowych.


PRZYPISY

[1] Wbrew pozorom, stolicą powiatu iłżeckiego nie była Iłża, tylko Starachowice, które w dniu wybuchu II wojny światowej nosiły nazwę Starachowice-Wierzbnik. Historia Starachowic to historia małej osady przemysłowej, która w pewnym sensie "podbiła" pobliskie miasteczko Wierzbnik i zajęła jego miejsce na mapie Polski. Ale o tym innym razem. Dziś już nie ma powiatu iłżeckiego, lecz jest powiat starachowicki, który od północy graniczy z powiatem radomskim, a od południa - z powiatem kieleckim. Gmina Iłża wchodzi w skład powiatu radomskiego. Jaka jest odległość ze Starachowic do Radomia? Mniej więcej taka, jak do Kielc. A do Warszawy? Mniej więcej taka, jak do Krakowa. Można zatem powiedzieć, że Starachowice znajdują się w "strefie wpływów" czterech większych miast: Radomia, Kielc, Warszawy i Krakowa. Dotyczy to zresztą całego regionu. Oto ciekawostka, którą znalazłam w artykule zatytułowanym "Stroje ludowe na Kielecczyźnie": "Kielecczyzna to obszar przejściowy pomiędzy Mazowszem i Małopolską, stąd też wynika zróżnicowanie stroju ludowego - na północy noszono ubiory typu mazowieckiego, na południu zaś typu małopolskiego. (...) Na przełomie XIX i XX wieku na Kielecczyźnie występowały liczne odmiany stroju ludowego: strój świętokrzyski, strój kielecki, strój krakowski, strój sandomierski, strój radomski oraz strój opoczyński" (źródło: portal NaLudowo.pl). Starachowicom bliżej do Mazowsza niż do Małopolski. Miejscowość leży bowiem w północnej części województwa świętokrzyskiego.

[2] Z dzisiejszego punktu widzenia koalicja typu AK-AL-BCh wydaje się czymś zdumiewającym, egzotycznym, wręcz kontrowersyjnym. Jednak wtedy, podczas II wojny światowej, takie sojusze po prostu się zdarzały. Dowód: Republika Pińczowska (Kazimiersko-Proszowicka Rzeczpospolita Partyzancka). Załączam dwa cytaty opisujące ten lokalny fenomen. "Rzeczpospolita partyzancka obejmowała terytorium na lewym brzegu Wisły - powiat pińczowski i wschodnią część powiatu miechowskiego (na granicy dzisiejszych województw małopolskiego i świętokrzyskiego). (...) Powstanie Rzeczpospolitej Kazimiersko-Proszowickiej było efektem realizacji akcji 'Burza', przewidującej - w związku z postępującą ofensywą Armii Czerwonej ze Wschodu na Zachód - podjęcie przez polskie podziemie zbrojnych działań lub wzmożonej dywersji przeciwko okupantowi niemieckiemu. (...) W trzeciej dekadzie lipca 1944 r., korzystając z faktu zbliżania się wojsk sowieckich nad Wisłę, polscy partyzanci opanowali niemieckie posterunki policji i żandarmerii w rejonie Pińczowa, a następnie zajęły samo miasto. Niemcy ewakuowali swoje urzędy, ściągnęli także posiłki, jednak nie odzyskali utraconego terytorium. (...) Południowa część partyzanckiej Rzeczpospolitej została opanowana przez AK; władzę pełnił tam komendant obwodu AK i delegat powiatowy rządu emigracyjnego. Na północnym obszarze przejętego przez partyzantów terenu, kontrolowanym przez AL i BCh, utworzono Powiatową Radę Narodową (z siedzibą w Pińczowie) z Józefem Maślanką na czele. (...) W pierwszych dniach sierpnia pod Skalbmierzem i Jaksicami doszło do zaciętych walk, które przesądziły o losie Rzeczpospolitej Kazimiersko-Proszowickiej. Wojska niemieckie ostatecznie zajęły partyzanckie terytorium 10 sierpnia 1944 r" (źródło: "Obchody 70. rocznicy powstania Kazimiersko-Proszowickiej Rzeczpospolitej Partyzanckiej", portal historyczny Dzieje.pl). "Wspólnym wysiłkiem wyzwolony został obszar o powierzchni 1000 km2. Historyk Andrzej Solarz nazywa Republikę Pińczowską - Rzeczpospolitą Partyzancką. - Na tych terenach powstały głównie delegatury rządu londyńskiego. W Pińczowie była też władza bardziej lewicowa, poczta, wydziały oświaty, czyli pełna struktura państwa, już nawet nie podziemnego, ale w pełni jawnego. Flagi wisiały na domach, na urzędach - opowiada gość Jedynki. (...) Radość trwała niespełna trzy tygodnie, ale Teresa Znojek podkreśla, że to jej najwspanialsze wspomnienie wojenne. - Najważniejsze, że nie udałoby się to wszystko, gdyby nie współpraca wszystkich oddziałów partyzanckich, bez względu na ich przekonania i wizję przyszłej Polski - mówi gość Jedynki" (źródło: "Ewenement w historii. Republika Pińczowska", serwis informacyjny PolskieRadio.pl). Efemeryda, o której rozmawiamy, jest tematem audiowizualnego reportażu "Republika" Krzysztofa Kąkolewskiego i Piotra Studzińskiego z 1969 roku. Bohaterowie materiału zaznaczają, że proklamowanie Republiki Pińczowskiej (Kazimiersko-Proszowickiej Rzeczpospolitej Partyzanckiej) było zbiorowym sukcesem Armii Krajowej, Armii Ludowej i Batalionów Chłopskich. Ciekawą próbę wypromowania akowsko-alowsko-bechowskiego "państewka" stanowi też szósty odcinek fabularyzowanego serialu dokumentalnego "Rozkaz sumienia" (TVP 2013). Epizod zatytułowany "Wyspa wolności" uwypukla analogię między losami Republiki Pińczowskiej (Kazimiersko-Proszowickiej Rzeczpospolitej Partyzanckiej) a losami Powstania Warszawskiego. W 2004 roku, czyli w 60. rocznicę świętokrzyskiego zrywu, otwarto Izbę Pamięci Republiki Pińczowskiej. Mieści się ona w Ośrodku Dziedzictwa Kulturowego i Tradycji Rolnej Ponidzia w Chrobrzu.

[3] Oto słowa, które wypowiedział historyk Marcin Sołtysiak w filmie dokumentalnym "Ośka" (cykl "Z archiwum IPN", TVP 2009): "Franciszek Kamiński, komendant główny Batalionów Chłopskich, wydaje polecenie utworzenia nowej organizacji, która miała pokazać, że ludowcy mają siłę zbrojną i mogą skutecznie działać. (...) W ten ruch konspiracyjny włącza się także Jan Sońta 'Ośka', który - będąc w Warszawie wysokim oficerem w Komendzie Głównej - ma olbrzymie możliwości. Jedną z pierwszych akcji, w którą zaangażował się Jan Sońta i jego ludzie w ramach Oddziałów Specjalnych Batalionów Chłopskich funkcjonujących po wojnie, był atak, rozbicie kasy Stołecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego w Warszawie. W dniu 7 maja 1945 roku pięciu żołnierzy BCh, służących wówczas w Komendzie Głównej Milicji Obywatelskiej, podjeżdża samochodem pod budynek, gmach, gdzie mieściła się kasa. Trzech z nich - kapitan Edward Ciesielski 'Kula', Henryk Jakubczyk i porucznik Jan Rogoziński 'Ostry' - wysiadają, wchodzą do budynku, skąd zabierają ponad milion złotych. Pieniądze te poprzez łączniczki przekazują Tadeuszowi Szelągowi 'Łedzie', który przekazuje je dalej na cele organizacyjne". Biorąc pod uwagę fakt, że Jan Sońta "Ośka" partycypował w tak poważnych operacjach, można powiedzieć, iż sam był Żołnierzem Wyklętym. Fascynujące jest to, że potrafił pogodzić tę rolę z rolą człowieka władzy (a nawet więcej niż człowieka władzy: funkcjonariusza aparatu przemocy). To trochę tak, jak z osławionym "kotem Schrodingera", który może być martwy i żywy w tym samym czasie. Czyżbyśmy znaleźli kolejny dowód na istnienie zjawiska superpozycji?

[4] Druga fala zainteresowania Janem Piwnikiem "Ponurym" i możliwościami jego upamiętnienia miała miejsce w latach 80. XX wieku. W 1984 roku postawiono żołnierzowi pomnik w Wąchocku, maleńkim miasteczku (wówczas wsi) położonym 6 kilometrów na północny zachód od Starachowic. Posąg przedstawiający słynnego cichociemnego znajduje się w centrum miasta. Przejeżdżając przez Wąchock, po prostu nie można go nie zauważyć. "Ponury" został pochowany w białoruskiej wiosce Wawiórka, jednak w roku 1987 jego szczątki sprowadzono do Polski, a następnie pochowano z honorami w klasztorze cystersów w Wąchocku. Uroczystości pogrzebowe, które trwały trzy dni, odbyły się w 1988 roku. Nie da się ukryć, że była to jedna z największych manifestacji patriotycznych w historii powiatu starachowickiego/iłżeckiego. Zainteresowanym polecam film dokumentalny "Major Ponury (Jan Piwnik) - Ostatnia droga komendanta - Wąchock 1988" (YouTube, STARforever37). Inny wartościowy materiał, z którym wypada się zapoznać: "IPN TV pogrzeb Jana Piwnika ps. Ponury" (YouTube, IPNtvPL). W samych Starachowicach również pamięta się o Armii Krajowej, i to od dziesięcioleci. Weźmy na przykład tablicę pamiątkową, którą odsłonięto w 1976 roku w kruchcie kościoła Świętej Trójcy. Jej treść brzmi podniośle: "ŚP TYM, KTÓRZY W POTRZEBIE POSZLI W ŚWIĘTY BÓJ I ODDALI ŻYCIE ZA WIARĘ I OJCZYZNĘ, POLEGŁYM W WALKACH Z OKUPANTEM HITLEROWSKIM NA ZIEMI KIELECKIEJ ŻOŁNIERZOM: z Oddziału Wydzielonego 'Hubala', ze Zgrupowań AK 'Ponurego' i 'Nurta', z Oddziału AK 'Szarego' i 'Potoka', z ochrony radiostacji AK insp. 'Jacka', z Oddziału AK 'Jędrusie', z Oddziału AK 'Barabasza', z Oddziału BCh 'Ośki', z Oddziałów 'GL' i 'AL' zamordowanym w Starachowicach. Synom ziemi kieleckiej, którym nie danym było do niej wrócić, poległym w drugiej wojnie światowej na wszystkich frontach świata. Zamordowanym w więzieniach oraz obozach koncentracyjnych. TOWARZYSZE BRONI I SPOŁECZEŃSTWO STARACHOWIC 1976 R" (źródło: publikacja "Tablice pamiątkowe" dostępna na stronie internetowej UM Starachowice). W 1983 roku zawieszono na ścianie kościoła Wszystkich Świętych tablicę upamiętniającą poległych partyzantów Antoniego Hedy "Szarego". Najstarszą tablicą "akowską" jest ta, która przypomina o zamachu na gestapowca Erika Schutza, jaki przeprowadzili żołnierze podobwodu "Wola" Armii Krajowej (wydarzenie z 1944 roku). Została ona przytwierdzona do ściany jednego z budynków przy ulicy Rynek. Kiedy się tam pojawiła? 27 stycznia 1957 roku, czyli trzy miesiące po odwilży październikowej. Sam napis jest przyzwoity, jednak wygrawerowany Orzeł Biały powinien wreszcie odzyskać koronę. [Wiadomość z ostatniej chwili! 18 czerwca 2016 roku odsłonięto w Starachowicach ławeczkę Zdzisława Rachtana "Halnego", sławnego podkomendnego Jana Piwnika "Ponurego". To właśnie "Halny" przyczynił się do budowy kapliczki na Wykusie i pomnika "Ponurego" w Wąchocku. Odpowiadał też za sprowadzenie zwłok Piwnika do Ojczyzny. Autorem rzeźby Rachtana jest Karol Badyna, profesor Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie. Więcej na ten temat przeczytacie w newsach: "Piękna ławeczka Halnego stanęła w Starachowicach" (Kazimierz Cuch, elektroniczna edycja kieleckiego "Echa Dnia") i "W Starachowicach upamiętnią Zdzisława Rachtana 'Halnego'" (portal Onet.pl)]

[5] O nieznanych, pozytywnych aspektach działalności Mieczysława Moczara "Mietka" (Mykoły Demki, Mikołaja Diomki) pisałam w artykule "Zastać Polskę ludową, a zostawić narodową". Poruszałam tę tematykę również w tekstach "Nie mów fałszywego świadectwa przeciw Narodowi Polskiemu!" i "Stanisław Skalski. Lotnik, bohater, nacjonalista". Upieram się przy stanowisku, że dla Polski byłoby lepiej, gdyby następcą Władysława Gomułki został właśnie Moczar, a nie kosmopolita Edward Gierek. Pod rządami "Mietka" rozwijałby się w Polsce nacjonalizm, antysyjonizm, antybanderyzm, antygermanizm, militaryzm i ruch przeciwko polonofobii. Możliwe byłyby także pierwsze próby upamiętnienia bohaterów NSZ (gwoli jasności: Mieczysław Moczar utrzymywał, że niektórzy eneszetowcy kolaborowali z Niemcami, ale pozostali byli OK i dlatego należy im się szacunek. Nie słyszałam, żeby jakikolwiek inny komunista wysuwał podobne postulaty. Zdaje się, że "Mietek" był pierwszy i ostatni). Pozwolę sobie przytoczyć intrygujące słowa prof. Pawła Wieczorkiewicza: "Człowiek, który strzelał się z żołnierzami Narodowych Sił Zbrojnych i występował, co się nie udało tym razem, za uznaniem eneszetowców za kombatantów" (wypowiedź z 15 stycznia 2007 roku. Link do podcastu znajduje się w artykule "Dlaczego kat AK nie został I sekretarzem?" zamieszczonym w serwisie PolskieRadio.pl). Dorzucę jeszcze zdanie z pewnej publikacji dziennikarskiej: "Gdy kilka lat później zasiadł na fotelu ministra spraw wewnętrznych, walczył o uznanie bojowników AK i NSZ za kombatantów" (Rafał Natorski, "Odpowiadał za torturowanie i mordowanie żołnierzy podziemia", Facet.wp.pl). To tyle o Moczarze. Teraz trochę o jego rywalu. Otóż Gierek był prototypem Tuska. Miłośnikiem cudzoziemszczyzny, postępackim jewropejczykiem, osobnikiem lekkomyślnym i krótkowzrocznym. Nie miał w sobie nic z narodowca. Poza tym, zrujnował polską gospodarkę, a jego długi trzeba było spłacać do roku 2012.

[6] Iwańczyk to kolejne zbowidowsko-moczarowskie dziwadło rzucające wyzwanie logice klasycznej. Człowiek ten (urodzony i zmarły w Jasieńcu Iłżeckim Górnym) rozpoczął działalność konspiracyjną w ZWZ-AK, ale potem zorganizował lewicową bojówkę "Świt", która następnie przyrzekła wierność GL/AL. Wyraźnie rozczarował się Armią Krajową, lecz zachował do niej pewien sentyment, co widać w książce "Echa puszczy jodłowej". Do tego kociołka dosypywał jeszcze trwałe, szczere, nieskrywane uznanie dla Batalionów Chłopskich. Był skomplikowaną, dwuznaczną postacią. Przypominał Mieczysława Moczara, który - jakkolwiek szokująco to zabrzmi - w czasie wojny miał pewne związki z AK i BCh. Bo Moczar, moi drodzy Czytelnicy, dowodził kiedyś koalicją AL-AK-BCh-Sowieci, która starła się z Niemcami pod Rąblowem (Lubelszczyzna, okolice Puław, 14 maja 1944 roku). Bitwa oficjalnie uchodzi za nierozstrzygniętą, jednak historycy potwierdzają, że żołnierze Armii Ludowej, Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich i ZSRR zadali wówczas Niemcom ogromne straty. Później, jak wiemy, "Mietek" stał się prześladowcą akowców. Jako szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi splamił swoje ręce krwią wielu patriotów (o tych mrocznych, ubeckich czasach opowiada audycja RWE i drugoobiegowa książka "Byłem więźniem Moczara"). Po roku 1956 Mieczysław Moczar z powrotem został przyjacielem Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich. Niestrudzenie promował te organizacje w życiu publicznym. Wiadomo, że szukał sobie poparcia, bo chciał zostać I sekretarzem KC PZPR, ale dzięki swoim staraniom popchnął peerelowską politykę historyczną na właściwe tory. Życiorysy takich osób, jak Mieczysław Moczar czy Eugeniusz Wiślicz-Iwańczyk (Eugeniusz Iwańczyk "Wiślicz") są niesłychanie trudne do ocenienia. Trzeba je rozbijać na drobne kawałeczki i dokładnie wskazywać, co jest chwalebne, a co karygodne. Ilekroć o tym myślę, przypomina mi się piosenka "Karma Chameleon" brytyjskiego zespołu Culture Club: "Kameleon karmy. Przychodzisz i odchodzisz. Przychodzisz i odchodzisz. Miłość byłaby łatwa, gdyby Twoje kolory były jak w moich snach. Czerwony, złoty i zielony. Czerwony, złoty i zielony" (czerwony - AL, złoty - AK, zielony - BCh). Skoncentrujmy się jednak na Iwańczyku. Niestety, lewicowy partyzant z Jasieńca Iłżeckiego Górnego również był "kameleonem karmy". On też potrafił być podły wobec akowców. Zdarzało się, że nie oszczędzał nawet zmarłych, którzy nie mogą się już bronić*.

* Aby się o tym przekonać, należy zajrzeć do artykułu "Czterdziesty pierwszy męczennik" (autor: Grzegorz Sado. Tekst ukazał się pierwotnie w "Naszym Dzienniku" z 28 listopada 2009 roku. Kopię materiału zamieszczono w prawicowym serwisie IAP - Interaktywna Polska). Publikacja traktuje o losach księdza Stanisława Domańskiego "Cezarego", wikariusza kościoła Świętego Zygmunta w Siennie (powiat iłżecki). Przed wojną Domański, świeżo wyświęcony duchowny, był lokalnym społecznikiem, przyjacielem młodzieży, autorytetem miejscowej ludności. Podczas okupacji niemieckiej służył jako kapelan ZWZ-AK, współpracował z oddziałem Antoniego Hedy "Szarego". W roku 1945 kapłan zdecydował się kontynuować działalność konspiracyjną, tym razem wymierzoną w reżim stalinowski. Założył antykomunistyczną organizację podziemną, która dzisiaj uchodzi za jedno z wcieleń ROAK - Ruchu Oporu Armii Krajowej. Pod tym pojęciem rozumie się lokalne ugrupowania poakowskie, które "nie miały (...) scentralizowanego kierownictwa politycznego i organizacyjnego". Oddział "Cezarego" był fenomenem w skali Kraju. Sam dowódca, jako ksiądz, nigdy nie uczestniczył w akcjach zbrojnych, ograniczając się wyłącznie do walki propagandowej. Natomiast jego podwładni, świeccy żołnierze, prowadzili coś w rodzaju "dorywczej" działalności partyzanckiej. Nie mieszkali w lasach, tylko w normalnych domach, zupełnie jak cywilni konspiratorzy. Wszystko wskazuje na to, że byli także najbardziej pacyfistyczną grupą Żołnierzy Wyklętych w Polsce Ludowej. Grzegorz Sado pisze wprost: "Ksiądz Stanisław Domański akceptował działalność o charakterze samoobrony, a nigdy nie dopuszczał do bezsensownego rozlewu krwi. W wyniku działalności jego organizacji po stronie sił represji nie zginął ani jeden człowiek". Partyzanci "Cezarego" dokonywali ataków na posterunki milicji, obezwładniali wrogów, wykradali im broń, czasem nawet strzelali w nogi, ale zawsze postępowali w taki sposób, żeby nikogo nie zabić. Śmiertelnie poważnie traktowali etykę chrześcijańską i zalecenia samego Domańskiego (proszę o wybaczenie, ale ich styl przywodzi mi na myśl dramat sensacyjny "Rambo: Pierwsza Krew" Teda Kotcheffa. Zauważmy, że w całym filmie - pełnym wybuchów, strzelanin i pościgów - nie dochodzi do żadnego zabójstwa. Jedyny zgon, jaki widzimy na ekranie, to nieszczęśliwy wypadek z udziałem policjanta, który po prostu wypada z helikoptera). Historia dzielnego duchownego kończy się w roku 1946. Właśnie wtedy ksiądz Domański został postrzelony, a następnie dotkliwie pobity przez starachowickich ubeków. Czy bezpieka chciała go zgładzić? Nie wiadomo. Pewne jest tylko to, że po skończonej "robocie" funkcjonariusze UB przetransportowali kapłana z Sienna do Starachowic. Zawieźli go do szpitala miejskiego. Niby próbowali pomóc rannemu, ale niezbyt gorliwie, gdyż brutalnie ciągnęli go za nogi po ziemi. "Cezary" zmarł w starachowickim szpitalu, dokładnie w święto Czterdziestu Męczenników. Kilka tygodni po jego śmierci przybył do Sienna wojewoda kielecki. Podczas przemówienia w remizie strażackiej "wyciągnął pistolet, pokazał go zebranym i oświadczył, że broń ta należała do ks. Domańskiego, który przy jej pomocy dokonywał napadów oraz mordował funkcjonariuszy UB i MO". Było to rażące oszczerstwo, i to wyjątkowo krzywdzące, gdyż dzielny duchowny nigdy nikogo nie drasnął. Zgadnijcie jednak, kim był ów wojewoda kielecki. Tak, macie rację. Był to Eugeniusz Wiślicz-Iwańczyk (Eugeniusz Iwańczyk "Wiślicz"). Człowiek, który sam miał za sobą akowską przeszłość. Tym, którzy pragną dokładniej poznać dzieje "Cezarego", polecam film dokumentalny "Ksiądz Stanisław Domański". Produkcja wchodzi w skład cyklu "Z archiwum IPN" (TVP 2008).

[7] Dziś już wiadomo, jaki los spotkał po wojnie przynajmniej jednego z tych cudzoziemców. Przypadek został opisany w pracy naukowej "Utracone dzieciństwo w świetle wspomnień i dokumentów świadków historii z czasów II wojny światowej" Katarzyny Dąbrowskiej, Martyny Kieruzel i Krystyny Pęksyk (Radom 2011. Publikacja, przygotowana pod kierunkiem dr Elżbiety Orzechowskiej, wzięła udział w XV edycji konkursu "Historia Bliska" 2010/2011). Otóż Szaława Gogiebaszwili "Polityk" powrócił do ZSRR. W ojczyźnie doświadczył bolesnej niesprawiedliwości: został uznany za zdrajcę narodu i zesłany do obozu pracy. Gdy wyszedł z łagru, postanowił odnaleźć swoich polskich kolegów, dawno niewidzianych partyzantów Batalionów Chłopskich. W październiku 1963 roku wysłał do Polski list adresowany do Tadeusza Wojtyniaka "Bacy". Nie zdawał sobie sprawy z faktu, że "Baca" zginął prawie 20 lat wcześniej. Usłyszał o tym dopiero w roku 1965, kiedy przyjechał do PRL i spotkał się ze starymi znajomymi w redakcji radomskiego "Słowa Ludu". Gogiebaszwili wykorzystał swój pobyt w Polsce najpełniej, jak potrafił. Odwiedził miejsca polskiej martyrologii oraz gospodarstwa Wojtyniaków i Gołąbków. Nie zabrakło go również na wieczornym ognisku, podczas którego były śpiewane partyzanckie pieśni i omawiane wydarzenia z czasów okupacji hitlerowskiej. W wielkim spotkaniu z "Politykiem" uczestniczyła m.in. Bogusława Wojczakowska. To właśnie ta kombatantka, była działaczka LZK (Ludowych Zespołów Kobiecych, Ludowego Związku Kobiet) opowiedziała całą historię autorkom opracowania "Utracone dzieciństwo...". Nie zaszkodzi wspomnieć, że ojciec Wojczakowskiej był jednym z najbliższych współpracowników "Bacy". Rodzina Bogusławy często udzielała gościny żołnierzom "Ośki". Niejednokrotnie dawała także schronienie Żydom ukrywającym się przed nazistami.

[8] Chociaż Brygada Świętokrzyska NSZ popełniła inny błąd. Chłopcy, którzy przez tyle lat dzielnie walczyli z Niemcami, ostatecznie wyszli z Polski wraz z wycofującą się armią niemiecką (potwierdza to nawet oficjalna witryna internetowa Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. Gdzie? W notce reklamującej album "Brygada Świętokrzyska NSZ w fotografiach i dokumentach" Leszka Żebrowskiego. Wersję tę podtrzymuje również Elżbieta Cherezińska, autorka powieści "Legion", w rozmowie z Tadeuszem M. Płużańskim. Wywiad opublikowano w wirtualnym wydaniu "Super Expressu"). To było bardzo nieromantyczne. Ja na ich miejscu pozostałabym w Polsce, kontynuowałabym antystalinowskie zmagania. Gdybym doszła do wniosku, że nie mam żadnych szans w konfrontacji z NKWD-UB, popełniłabym honorowe samobójstwo. Owszem, poniosłabym klęskę. Ale umarłabym przekonana, że "zachowałam się jak trzeba". W mojej hierarchii wartości Honor stoi wyżej niż Życie. Idealizm jest mi bliższy niż pragmatyzm (jestem taka nienowoczesna, niepraktyczna, nieeuropejska! Co gorsza, cenię Józefa Becka, wbrew modnym ostatnio tezom Piotra Zychowicza! I nie, nie potępiam wybuchu Powstania Warszawskiego! Oto ja, reinkarnacja Wandy, co nie chciała Niemca!). Wiem, że wielu akowców, obawiających się schwytania przez gestapo, nosiło przy sobie ampułkę z cyjankiem potasu. Józef Kuraś "Ogień" (Żołnierz Wyklęty, były bechowiec, kontrowersyjna postać) odebrał sobie życie, kiedy został otoczony przez UB i KBW. Emilia Malessa "Marcysia", wdowa po Janie Piwniku "Ponurym", popełniła samobójstwo, gdy uświadomiła sobie, że została oszukana przez Józefa Różańskiego (to było tak: naiwna Malessa, uwierzywszy w zapewnienia ubeka, "wsypała" członków I Komendy Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość". Antykomuniści zostali aresztowani, chociaż mieli uniknąć jakichkolwiek represji). Decyzja "Marcysi" przypominała - pod względem ideowym, symbolicznym - japońskie harakiri/seppuku. Chodziło w niej przecież o to, aby poświadczyć własną krwią, iż miało się czyste intencje. Wracając do Brygady Świętokrzyskiej: doceniam fakt, że eneszetowcy wyzwolili żeński obóz koncentracyjny w czeskim Holiszowie. Podobno uratowane kobiety "w dowód wdzięczności podarowały im serduszka uszyte z pasiaków" (Marta Brzezińska-Waleszczyk, "Pięć lektur na długi weekend", portal Fronda.pl). To akurat było romantyczne. Oby więcej takich happy endów!


ZASKAKUJĄCA CIEKAWOSTKA

Na Kielecczyźnie był możliwy układ AK-AL-BCh, ale bez udziału NSZ. Tymczasem na Porytowym Wzgórzu, gdzieś na Równinie Biłgorajskiej, walczyły pod jednym sztandarem: AK, AL, BCh, NOW-AK i partyzantka radziecka. NOW (Narodowa Organizacja Wojskowa) to prekursorka NSZ. W 1974 roku stanął na Porytowym Wzgórzu okazały pomnik autorstwa Bronisława Chromego. Przedstawia on m.in. pięciu żołnierzy wyglądających jak superbohaterowie. Cała ta historia jest tak osobliwa, że można ją uznać za błąd w Matriksie. Przywodzi mi ona na myśl pewną powtarzalną sekwencję z dziecięco-młodzieżowego serialu "Mighty Morphin Power Rangers". Sekwencję, w której pięć potężnych robotów bojowych (Mastodont, Pterodaktyl, Triceratops, Tygrys Szablozębny i Tyranozaur) łączy się w superpotężnego Megazorda, żeby zadać wrogowi ostateczny cios. Każda z tych maszyn ma inny kształt i kolor. Razem są jednak niepokonane. [Fotografia pomnika wzniesionego na Porytowym Wzgórzu: Garnek.pl/olalli/14523383/porytowe-wzgorze-lasy-janowskie]

Komentarze (0)
Bohaterka na miarę Pileckiego i Moczarskiego

Muzyczne motto

"A jeśli oni zechcą czegoś spróbować,
my będziemy próbować mocniej.
A jeśli oni zechcą pokonać dystans,
my zajdziemy dalej.
A jeśli oni zechcą
trzymać się tego do końca czasu,
wówczas my będziemy walczyć dłużej.
Bo co nas nie zabije, to nas wzmocni.

Tchórze zawsze chcą rządzić resztą,
uciskając nas swoimi poglądami
i mówiąc, że wiedzą lepiej.
Oni się nas boją,
bo wiedzą, że jesteśmy niezależni
i nie troszczymy się o ich zasady,
nie troszczymy się o to, co myślą"


Jenny Woo - "Stronger",
tłum. Natalia J. Nowak




Patriotka godna pomnika

Stanisława Rachwał (Stanisława Rachwałowa z domu Surówka) to postać łącząca w sobie najlepsze cechy Witolda Pileckiego i Kazimierza Moczarskiego. Bez wątpienia jest jedną z najdzielniejszych Polek wszech czasów. Jednostką, która nie tylko dorównuje wielu popularniejszym od siebie Bohaterkom, ale wręcz przewyższa je niezłomnością i skutecznością. Niestety, dotychczas nie została nawet w połowie doceniona tak, jak na to zasługuje. Wciąż pozostaje postacią mało znaną: niedostrzeżoną, zapomnianą, ukrytą w cieniu mniej zasłużonych konspiratorek lat 1939-1956. Taki stan rzeczy to wielka niesprawiedliwość. Lecz czy na pewno wyrok? Możemy przecież wziąć sprawy w swoje ręce. Możemy sami powalczyć o godne upamiętnienie Rachwałowej. Jeśli my tego nie zrobimy, to kto? Nic samo się nie zdziała: nie zbierzemy plonów, dopóki nie uświadomimy sobie, że wcześniej trzeba zasiać ziarno. A nasza Bohaterka to postać fenomenalna. Dwukrotnie zatrzymana i katowana przez gestapo. Więziona w trzech obozach koncentracyjnych (Auschwitz-Birkenau, Ravensbruck i Neustadt-Glewe). Po wojnie aresztowana przez UB, poddawana torturom i skazana na karę śmierci. Zdolna, wpływowa i ceniona działaczka Polskiego Państwa Podziemnego. Uczestniczka ruchu oporu w Generalnym Gubernatorstwie, Oświęcimiu-Brzezince i Polsce Ludowej. Członkini ZWZ-AK i WiN. Patriotka godna pomnika. Wzór do naśladowania dla kobiet i mężczyzn.


Z okolic Lwowa

Według różnych źródeł, Stanisława Surówka, czyli późniejsza Rachwałowa, przyszła na świat w roku 1903 lub 1906[1]. Dużo informacji na jej temat zgromadził IPN-owski historyk Filip Musiał, który poświęcił naszej Bohaterce co najmniej dwa popularnonaukowe artykuły: "Stanisława Rachwałowa: Bohaterka podziemia - prześladowana przez Niemców i komunistów" (opublikowany w "Dzienniku Polskim" i w serwisie Nowa Historia należącym do Grupy Interia) oraz "Pilecki w spódnicy" (zamieszczony w broszurze "Żołnierze Wyklęci", dodatku specjalnym do "Gazety Polskiej" z 3 marca 2010 roku). Musiał podaje, że Stanisława Rachwał pochodziła z Kresów Wschodnich, a dokładniej z miejscowości Rudki niedaleko Lwowa. Wychowała się w patriotycznej rodzinie, ukończyła lwowskie Gimnazjum Sióstr Urszulanek. Miłością jej życia okazał się Zygmunt, oficer Wojska Polskiego i Policji Państwowej, z którym wzięła ślub i któremu urodziła dwie córki: Krystynę i Annę (różnica wieku między dziewczętami wynosiła trzy lata). Gdy wybuchła wojna, Zygmunt Rachwał został pojmany przez sowieckich agresorów. Na wiele lat słuch po nim zaginął. O tym, co się stało z mężem, Stanisława dowiedziała się długo po zakończeniu konfliktu zbrojnego. Otóż Zygmunt nie tylko przeżył okres uwięzienia, ale również zdołał wstąpić do armii generała Andersa. Niestety, ciężka choroba uniemożliwiła mu powrót do domu. Żołnierz zmarł na gruźlicę w 1943 roku. Miało to miejsce na terenie Palestyny.


Krakowska twardzielka

Zimą 1939 roku Stanisława Rachwałowa, teraz już mieszkająca w Mieście Królów Polskich, rozpoczęła antyniemiecką działalność konspiracyjną w Związku Walki Zbrojnej, późniejszej Armii Krajowej. Wstąpiła w szeregi kontrwywiadu Okręgu Kraków ZWZ, a jej bezpośrednim przełożonym został Jan Hartwig "Cyprian". W tamtym okresie Rachwał posługiwała się pseudonimami "Herbert" (lub "Herburt"), "Herburta", "Rysiek" i "Ryś". Była bardzo skuteczną konspiratorką, o czym świadczy fakt, że szczegóły jej działalności wciąż pozostają dla historyków tajemnicą. W kwietniu 1941 roku Stanisława została po raz pierwszy aresztowana przez gestapo. Jej zatrzymanie miało związek ze sprawą Aleksandra Bugajskiego "Halnego", przywódcy krakowskiego oddziału Związku Odwetu ZWZ. Niemieccy śledczy bynajmniej nie patyczkowali się ze swoją aresztantką. Jak wynika z relacji Rachwałowej, cytowanej przez Filipa Musiała, hitlerowscy oprawcy sięgali po niedozwolone metody interrogacji: bicie, kopanie, rozbieranie do naga. W wyniku tortur kobieta straciła dziewięć zębów. Mimo udręki, nie wyjawiła gestapowcom żadnych istotnych informacji. Zdołała ich nawet przekonać, że nigdy nie należała do ruchu oporu. Pod koniec maja Związek Walki Zbrojnej wykupił naszą Bohaterkę z więzienia. Nieustraszona Rachwał powróciła do działalności podziemnej, co przypłaciła kolejnym aresztowaniem w październiku 1942 roku. Naziści pastwili się nad nią aż do grudnia.


W Oświęcimiu-Brzezince

Filip Musiał pisze, że Niemcy nie dali się oszukać po raz drugi. Pewni, że schwytali prawdziwą konspiratorkę, wysłali ją do obozu koncentracyjnego Auschwitz, a ściślej do obozu kobiecego funkcjonującego w ramach Auschwitz II - Birkenau. Było to miejsce zarządzane przez bezwzględną Marię Mandel (Marię Mandl)[2]. Stanisława otrzymała status więźniarki politycznej, kazano jej nosić znaczek przedstawiający literę "P" w czerwonym trójkącie. Na jej przedramieniu wytatuowano numer obozowy 26281. Rachwałowa przeżyła w Oświęcimiu-Brzezince bardzo dużo. Przeszła tyfus plamisty, przepracowała trochę czasu w rozmaitych komandach. Trudne warunki i bolesne doświadczenia nie zniechęciły jej jednak do działalności konspiracyjnej. Nasza Bohaterka bez wahania dołączyła do obozowego podziemia. Od kwietnia 1943 roku miała szerokie pole do działania, gdyż zaangażowano ją do sporządzania kartotek rzeczy odebranych więźniom. Rachwał potajemnie pisała wówczas raporty, które dotyczyły poszczególnych transportów przybywających do lagru. Utrzymywała kontakt z konspiratorami w obozie męskim, przekazywała im podsłuchane lub wyczytane w gazetach informacje o charakterze politycznym i wojskowym. W styczniu 1945 roku Stanisława znalazła się wśród więźniarek ewakuowanych do KL Ravensbruck. Później była przetrzymywana w KL Neustadt-Glewe, skąd ostatecznie wyswobodzili ją alianci. Odzyskawszy wolność, przez trzy tygodnie leczyła się w angielskim szpitalu.


Genialna wywiadowczyni

Wiosna 1945 roku to początek nowej okupacji. Sowieci, którzy rzekomo wyzwolili naszą Ojczyznę, wcale nie zamierzali jej opuścić. Przeciwnicy nowego porządku, a także ludzie niewygodni dla władzy komunistycznej, stawali się ofiarami brutalnych prześladowań. Wielu Polaków dostrzegało konieczność kontynuacji działalności konspiracyjnej. Do takich osób należała Stanisława Rachwałowa. Według Filipa Musiała, nasza Bohaterka przybyła do Ojczyzny pod koniec maja, a pod koniec czerwca była już zaangażowana w prace podziemia antykomunistycznego. Najpierw związała się z Delegaturą Sił Zbrojnych na Kraj. Potem wstąpiła do powstałego na bazie DSZ Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość". Rachwał przyjęła pseudonim "Zygmunt" i zajęła się gromadzeniem wszelkich informacji o nowym reżimie. Interesowały ją sprawy polityczne, gospodarcze i wojskowe, działalność bezpieki, milicji i urzędów, postępowanie konkretnych funkcjonariuszy, planowane akcje przeciwko dysydentom, nastroje panujące wśród samych aparatczyków. Zdobytą wiedzę przekazywała swoim przełożonym z Brygad Wywiadowczych WiN. Nasza Bohaterka stała na czele siatki liczącej co najmniej dwanaście osób. Pracowali dla niej ludzie zatrudnieni m.in. w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, Cenzurze Wojskowej, Sądzie Grodzkim i Urzędzie Wojewódzkim. Stanisława wiedziała, co się dzieje w Krakowie, w Warszawie, na Podhalu i na Śląsku. Budowała też sieć wywiadowczą na Pomorzu i w Polsce centralnej.


Między życiem a śmiercią

Jak podaje Musiał, w drugiej połowie 1946 roku funkcjonariusze UB założyli w mieszkaniu naszej Bohaterki "kocioł" (rodzaj zasadzki). Rachwałowa, powiadomiona o czekającej na nią pułapce, schroniła się w tajnym lokalu podziemia, a później wyjechała do Warszawy. Czy wiedziała, że Krystyna Żywulska, koleżanka z Auschwitz-Birkenau, u której zdecydowała się zamieszkać, jest żoną prominentnego ubeka Leona Andrzejewskiego? Trudno powiedzieć. W każdym razie, Stanisława przed uwięzieniem zdążyła jeszcze zrobić jedną rzecz: udać się na Pomorze w celu udzielenia instrukcji członkom nowo utworzonej przez siebie siatki wywiadowczej. Sama chciała uciec na Zachód, miała już nawet przygotowaną drogę przerzutową. Gdy wróciła do Warszawy, zrządzeniem losu spotkała na ulicy Andrzejewskiego, który ją rozpoznał i postanowił aresztować. Kobieta została zatrzymana na dzień przed planowaną emigracją. Potem było więzienie, jedenastomiesięczne tortury i sfingowany proces. Początkowo skazano ją na dożywocie, ale wyrok ten nie spodobał się warszawskim elitom, toteż zamieniono go na karę śmierci. Bolesław Bierut podjął jednak decyzję o przywróceniu poprzedniego wyroku. Rachwał spędziła w stalinowskich kazamatach dziesięć lat. "Zaliczyła" Warszawę, Kraków, Fordon, Inowrocław i szpital więzienny w Grudziądzu. Odzyskała wolność na fali odwilży gomułkowskiej. Po roku 1956 nie prowadziła żadnej działalności politycznej. Ani oficjalnej, ani opozycyjnej.


Pilecki i Moczarski

Dzieje Stanisławy Rachwał są łudząco podobne do dziejów Witolda Pileckiego. Bohaterska postawa podczas drugiej wojny światowej, udział w lagrowym ruchu oporu, tworzenie raportów, aktywność wywiadowcza w Polsce Ludowej, ubeckie tortury, niezasłużony wyrok śmierci... Wszystko się zgadza. Rachwałowa i Pilecki pochodzili z patriotycznych rodzin, żyli na Kresach Wschodnich, mieli po dwoje dzieci. Witold był przez pewien czas żołnierzem generała Andersa, zupełnie jak mąż Stanisławy. Ale losy Rachwałowej wykazują również duże podobieństwo do losów Kazimierza Moczarskiego. Mężczyzna ten był oficerem Armii Krajowej zajmującym się głównie informacją i propagandą. Po wojnie został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa, obciążony fałszywymi zarzutami, poddany okrutnym praktykom i skazany na karę śmierci, którą później zamieniono na dożywocie. Moczarski spędził ponad dziesięć lat w komunistycznym więzieniu, wyszedł na wolność w wyniku odwilży październikowej. To właśnie on jest autorem słynnej listy "49 rodzajów tortur stosowanych przez UB". Warto wiedzieć, że Moczarski był męczony nie tylko fizycznie, ale także psychicznie. Przykładowo, osadzono go w jednej celi z esesmanem Jurgenem Stroopem, niemieckim zbrodniarzem wojennym odpowiedzialnym za likwidację getta warszawskiego. Kazimierz opisał potem to doświadczenie w swojej książce "Rozmowy z katem". No dobrze, ale cóż to ma wspólnego z historią Rachwałowej?


Krwawa Mary

Aby znaleźć odpowiedź na postawione wyżej pytanie, trzeba zerknąć kilka akapitów wstecz i zatrzymać się przy nazwisku Marii Mandel (Marii Mandl). Co wiadomo o tej osobie? Zajrzyjmy choćby do artykułu "W obozie nazywali ją 'bestią'. Po wojnie trafiła do tego samego więzienia, co jej ofiary" zamieszczonego w serwisie Wirtualna Polska. Autor tekstu pisze, że Maria Mandel przyszła na świat 10 stycznia 1912 roku w austriackiej miejscowości Munzkirchen. Gdy jej kraj został wcielony do Trzeciej Rzeszy, wyjechała w głąb państwa zaborczego, do niemieckiego Monachium. Jako zwolenniczka nazizmu, wstąpiła do załogi SS i podjęła pracę w obozach koncentracyjnych. Najpierw służyła w Lichtenburgu, później w Ravensbruck, aż w końcu w Auschwitz-Birkenau, do którego przybyła jesienią 1942 roku. Mandel już w Ravensbruck dała się poznać jako wyjątkowa sadystka, uwielbiająca zadawać bliźnim ból. Często biła więźniarki: do krwi, do utraty przytomności. Według jednego ze świadków, najchętniej celowała w "dolną część brzucha". Na domiar złego, kazała osadzonym chodzić boso po żwirze. W Auschwitz-Birkenau zachowywała się równie okrutnie. Uczestniczyła także w selekcjonowaniu ludzi do komór gazowych. Miała romans z inną nadzorczynią, Irmą Grese, która nosiła przy sobie "wysadzany perłami pejcz". Po wojnie Mandel wylądowała w krakowskim więzieniu przy ulicy Montelupich. Tam spotkała i rozpoznała swoją dawną ofiarę, Stanisławę Rachwał. Ona też ją zidentyfikowała.


Pod jednym dachem

Rachwałowa, niegdysiejsza więźniarka Oświęcimia-Brzezinki, została zmuszona do zamieszkania pod jednym dachem ze swoją byłą oprawczynią. A właściwie oprawczyniami, bo oprócz Marii Mandel przebywały tam również inne niemieckie zbrodniarki, np. Therese Brandl. Po latach, już na wolności, nasza Bohaterka uwieczniła swoje przeżycia w utworze wspomnieniowym "Spotkanie z Marią Mandel". Praca powstała w roku 1965, a dwadzieścia pięć lat później doczekała się druku na łamach periodyku "Przegląd Lekarski - Oświęcim"[3]. Zweryfikowane i skomentowane fragmenty tekstu można znaleźć w artykule "Proces załogi KL Auschwitz-Birkenau cz. 6. Życie w więzieniu" Stanisława Kobieli. Autor zamieścił go na swojej stronie internetowej TajemniceHistorii.pl. Ze wspomnień Rachwałowej, cytowanych i omawianych przez Kobielę, dowiadujemy się, jak wyglądało więzienne życie skazanych nazistek i ich relacje z polskimi osadzonymi. Czy sytuacja, w której kaci i ofiary zostają ze sobą zrównani, może być łatwa dla którejkolwiek ze stron? Czy wspólna walka o przetrwanie, a nieraz nawet zamiana ról między dominującymi a zdominowanymi, przekształca coś w ludzkiej świadomości? Publikacja "Proces załogi...", zawierająca fragmenty utworu Stanisławy, udziela nam arcyciekawych odpowiedzi na te pytania. W następnych akapitach postaram się krótko zreferować rzeczony tekst. Opowiedzieć, jak to było ze spotkaniem Rachwałowej z hitlerowskimi przestępczyniami wojennymi.


Potęga resentymentu

Gdy Stanisława zobaczyła w więzieniu Marię Mandel, ogarnęło ją uczucie mściwej satysfakcji. Był to widok, o którym w Auschwitz-Birkenau mogła tylko pomarzyć. Oto Maryśka: wtedy pani życia i śmierci, obecnie odizolowana od świata kajdaniara. Jeszcze kilka lat temu dręczyła niewinnych ludzi, a dziś musi szorować na kolanach "więzienne flizy". Obok niej haruje w pocie czoła Johanna Langefeld[4]. Rachwałowa bynajmniej nie zamierzała się litować nad swoimi germańskimi współwięźniarkami. Kiedy znalazła sposób na zaszkodzenie Mandel, bez wahania przystąpiła do akcji. To ona stała za przeniesieniem nazistki do gorszej celi (wcześniej MM siedziała w "wolnej celi roboczej"). Maria, niegdyś patrząca na Stanisławę z wyższością, teraz zaczęła się jej bać. Tym bardziej, że Rachwałowa, jako świadek hitlerowskiego ludobójstwa, mogła złożyć obciążające ją zeznania i wbić jej ostatni gwóźdź do trumny. Nie dało się ukryć, że skończyły się czasy, w których Mandel była górą, a Rachwał dołem. Sytuacja uległa odwróceniu. Jakże wielka i groźna jest potęga resentymentu! To właśnie resentyment zagrzmiał niczym grom, gdy nasza Bohaterka, poproszona przez oddziałową o wyjaśnienie czegoś Niemkom, weszła do ich celi i ryknęła: "Achtung!". Nazistki, słysząc ten wyraz, zerwały się na równe nogi. Stanęły na baczność i bez słowa słuchały, jak Stanisława obrzuca je nieprzystojnymi epitetami (po niemiecku). Myślały, że za chwilę Polka zacznie je bić. Lecz ona nie zniżyła się do ich poziomu.


Przebaczenie i pojednanie

Rachwałowa nawet w ubeckiej tiurmie potrafiła wyegzekwować swoje prawa. Przykładowo, dała strażniczkom do zrozumienia, że nie życzy sobie wspólnej kąpieli z nazistkami. Personel więzienny spełnił jej żądanie. Hitlerowskie bandytki, zwłaszcza Maria Mandel, przechodziły obok niej "pojedynczo, zmieszane i naprawdę przestraszone". Stanisława była w pełni świadoma swojej moralnej przewagi nad Niemkami. Przypuszczała wręcz, że gdyby zaatakowała je fizycznie, żadna z nich nie miałaby odwagi się bronić. Mandel i Rachwał, kobiety z dwóch różnych bajek, zostały skazane przez komunistyczny sąd na najwyższy wymiar kary. Obie wiedziały, że każdy dzień zbliża je do śmierci. I z każdym dniem stawały się coraz dojrzalsze. Stanisława obserwowała, jak Maria powoli zamienia się w jednostkę smutną, pokorną i zadumaną. Sama również zgubiła gdzieś dawną złość, nienawiść i żądzę zemsty. Więźniarki, osadzone w sąsiednich celach, wyraźnie słyszały się przez ścianę. Rachwałowa dała sobie wreszcie spokój ze swoimi łaziennymi wymaganiami. Któregoś wieczoru, podczas wspólnej kąpieli, Maria Mandel i Therese Brandl podeszły do naszej Bohaterki. Obie były nagie, mokre i zapłakane. Błagały o przebaczenie. Stanisława, mimo zaskoczenia, zdobyła się na ten krok, a one padły na kolana i zaczęły ją całować po rękach. Z trzech uczestniczek tej niezwykłej sceny tylko Rachwał doczekała się ułaskawienia. Nazistki zostały powieszone w styczniu 1948 roku. Polka zmarła zaś ponad trzydzieści lat później.


Świadek oskarżenia

Zgodnie z tym, co pisze Stanisław Kobiela, nasza Bohaterka już latem 1945 roku zaczęła się starać o ukaranie hitlerowskich przestępców wojennych. Chociaż była członkinią podziemia niepodległościowego, sprzeciwiającą się uzależnieniu Polski od ZSRR i zaniepokojoną totalitarnym charakterem bierutowskiego państwa, zdecydowała się wejść na drogę oficjalną. Złożyła zeznania przed Główną Komisją Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, a później przed Okręgową Komisją w Krakowie. Lokalny sędzia, który zajmował się jej sprawą, został wkrótce jej współpracownikiem w Zrzeszeniu "Wolność i Niezawisłość". Rachwałowa zeznawała przeciwko gestapowcom, którzy podczas drugiej wojny światowej terroryzowali ludność Miasta Królów Polskich. Sporządziła też dokładne charakterystyki pracowników KL Auschwitz-Birkenau[5]. Opisy nadzorców i nadzorczyń, przygotowane przez Stanisławę, okazały się przydatne podczas procesu Rudolfa Hoessa w 1947 roku (uwaga: nie należy mylić tego osobnika z Rudolfem Hessem zmarłym w roku 1987!). Co do samego Hoessa, nasza Bohaterka miała okazję spotkać go w krakowskim więzieniu przy ulicy Montelupich. Wspominała potem, że po aresztowaniu stał się zupełnie innym człowiekiem. Nie przypominał już dumnego, groźnego władcy obozu oświęcimskiego. Był blady i zrezygnowany, przeczuwał, że nie uniknie egzekucji. Podobna zmiana zaszła zresztą w Maximilianie Grabnerze. Zwierzchnik lagrowego gestapo trząsł się jak osika.


Fordon i Inowrocław

Stanisława, jako więźniarka polityczna, była również przetrzymywana w Fordonie i Inowrocławiu. Tam, w Polsce północnej, "wymiatała" tak samo jak w południowej. Widać to w odpowiedzi naczelnika Centralnego Więzienia w Fordonie na pismo Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie (1951). Wiadomość nosi tytuł "Opinia więźnia karnego Rachwał Stanisławy" i zawiera następujące stwierdzenia: "Była już trzykrotnie karana dyscyplinarnie, co świadczy, że nie zawsze przestrzega przepisów więziennych. Odnośnie swych przełożonych stara się ona być posłuszna i zdyscyplinowana, lecz stosunek ten jest tylko powierzchowny, gdyż zasadniczo jest ona ujemnie ustosunkowana do administracji więzienia, jak również jest wrogo ustosunkowana w stosunku do Państwa Ludowego, jej rządu. (...) Nie przejawia żadnego przełomu w swych wrogich poglądach politycznych"[6]. Myliłby się ten, kto by powiedział, że Rachwałowa, odzyskawszy wolność w 1956 roku, bez problemu przebaczyła swoim "czerwonym" ciemiężycielom. Autor publikacji "Więzienie dla kobiet o zaostrzonym reżimie. Sierpień 1952 - marzec 1955" (InowroclawFakty.pl) podaje, że nasza Bohaterka zawiadomiła prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez naczelniczkę inowrocławskiej tiurmy. Oskarżyła ją o znęcanie się nad uwięzionymi kobietami. Niestety, "z powodu niechęci Ryszardy Szelągowskiej do składania zeznań jako świadek sprawa nie miała dalszego ciągu". Gnębicielka Obiałowa uniknęła więc sprawiedliwości.


Madame Butterfly

Wiele nowych informacji na temat Stanisławy Rachwał zaczerpniemy z czterdziestominutowego reportażu radiowego "WiNna nieWiNna" Patrycji Gruszyńskiej-Ruman (Polskie Radio 2008). Materiał zawiera wypowiedzi kilku Polek będących świadkami życia i działalności naszej Bohaterki. Relacje te przeplatają się z kwestiami aktora wcielającego się w rolę stalinowskiego oskarżyciela. Dopełnieniem całości są poruszające przerywniki, w których Ewa Kania czyta fragmenty wspomnień Rachwałowej. Z reportażu dowiadujemy się, że Stanisława przyszła na świat 29 kwietnia 1906 roku. Podczas wojny polsko-bolszewickiej, w roku 1920, zwróciła uwagę na jednego z polskich oficerów, którzy przybyli wyzwolić jej miasteczko spod panowania najeźdźców. Majestatyczny patriota w mundurze zrobił na niej piorunujące wrażenie. Dziewczyna szaleńczo się w nim zakochała, a potem "bardzo młodo wyszła za mąż". Czy to oznacza, że Surówka poznała swojego przyszłego męża w wieku czternastu lat, a poślubiła go niedługo później? Wbrew pozorom, to możliwe. Na ziemiach byłego zaboru austriackiego obowiązywało bowiem prawo, które zezwalało kobiecie na zawarcie małżeństwa po ukończeniu czternastego roku życia. Potrzebna była jedynie zgoda ojca (źródło: Jerzy Antoni Pielichowski, "Zawarcie małżeństwa w zarysie historycznym", AdwokatKoscielny.com.pl). Do czego można to porównać? Najbliższe skojarzenie, jakie przychodzi mi do głowy, to opera "Madame Butterfly" Giacoma Pucciniego[7].


Beka z ubeka

Nietypowy wiek, w którym Stanisława założyła rodzinę, bywał dla otoczenia dość kłopotliwy. Pewnego dnia Rachwałowa, jako mężatka, została poproszona o zaopiekowanie się obcą panną, która "szła na bal [pułkowy] bez rodziców". Jak się wkrótce okazało, wspomniana panna była dwa razy starsza od niej. Państwo Rachwałowie mieszkali razem w koszarach wojskowych. Stanisława zdążyła więc poznać uroki żołnierskiego życia. Koleżanki z więziennej celi zapamiętały ją jako osobę pogodną, życzliwie nastawioną do świata, obdarzoną wielkim darem wymowy. Rachwałowa nigdy nie wracała z przesłuchań zapłakana. Przeciwnie, kiedyś nawet wróciła ubawiona. Rozśmieszył ją młody funkcjonariusz UB, który spostrzegł na jej przedramieniu numer obozowy i zapytał zdumiony: "To pani tyle lat w Oświęcimiu, a teraz my panią jeszcze przesłuchujemy?!". Z mojej wiedzy wynika, że nie był to pierwszy raz, gdy kobieta zaszokowała bezpiekę swoją zuchwałą postawą. Do naszych czasów przetrwał cyniczny liścik, który Stanisława wysłała ubowcom okupującym jej krakowskie lokum: "Wiedząc, że ten list dostanie się w wasze łajdackie ręce, zawiadamiam, że na próżno czekacie i niewinnych ludzi zamknęliście w moim mieszkaniu. Możecie długo na mnie czekać pod drzwiami. R". Spójrzmy także na urzędowy dokument "Postanowienie o pociągnięciu do odpowiedzialności karnej" z września 1947 roku. Rachwał nie podpisała tego druku. Ale umieściła na nim własną uwagę: "Akt oskarżenia niezgodny z prawdą"[8].


Do tańca i do różańca

Jakie jeszcze ciekawostki dotyczące Rachwałowej kryją się w reportażu Gruszyńskiej-Ruman? Na przykład informacja, że nasza Bohaterka była jednostką o wysokim statusie ekonomicznym. Mając ojca-adwokata i męża-oficera, nigdy nie narzekała na brak pieniędzy. Zewnętrzną oznaką dobrobytu, w którym żyła, uczyniła modny, elegancki, wyszukany ubiór. Stanisława zawsze chciała być stylowa i olśniewająca, chętnie pokazywała się bliźnim w kapeluszu i rękawiczkach. Nawyku dbania o cerę nie straciła nawet w Auschwitz-Birkenau. Gdy otrzymywała od Niemców odrobinę margaryny, tylko połowę tego produktu wykorzystywała do celów spożywczych. Reszta służyła jej za krem do twarzy. Rachwałowa była religijna, jak wielu ludzi w czasach okołowojennych. Ceniła osoby, które potrafią pokornie się modlić lub przynajmniej uszanować modlitwę innych. W podziemiu współpracowała głównie z mężczyznami. Podczas wojny, a być może i później, dawała schronienie polskim partyzantom. Swoim córkom, które były jednocześnie jej pomocnicami w konspiracji, udzieliła arcyciekawej wskazówki na wypadek "badania". Otóż miały one wmawiać gestapowcom/ubekom, że liczni panowie, z którymi Rachwał się spotykała, byli jej kochankami. Taktyka Stanisławy, choć niewątpliwie upokarzająca, wyróżniała się skutecznością. Filip Musiał pisze, że to właśnie ta argumentacja (plus łapówka zapłacona przez ZWZ) przesądziła o jej zwolnieniu z nazistowskiego aresztu w 1941 roku.


Mistrzowski styl

Rachwałowa zaliczała się do osób niesłychanie błyskotliwych i elokwentnych. Potrafiła nie tylko snuć intrygujące opowieści, ale również posługiwać się grą słów i formułować cięte riposty. Gdy do więziennej celi w Krakowie przyprowadzono nową osadzoną, Stanisława zadała jej specyficzne pytanie, umiejętnie akcentując wybrane sylaby: "A pani jest WiNna czy nieWiNna?". Naturalnie, chodziło o przynależność do Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość". Zdarzyło się także, iż to Rachwał została o coś zapytana przez nieznajomą współwięźniarkę. Ciekawska spytała: "Jak pani sobie radzi z paznokciami?". Stanisława odpowiedziała jej w iście mistrzowskim stylu: "Te u rąk to sobie obgryzam, ale te u nóg pani mi będzie musiała obgryzać". Nasza Bohaterka bardzo się martwiła o swoje córki. Wiedziała, że one też zostały schwytane przez UB, i to z jej powodu. Aby uspokoić swoje sumienie, zdecydowała się porozmawiać z osiemnastoletnią więźniarką, która znajdowała się w sytuacji analogicznej do jej dzieci (tzn. siedziała w tiurmie ze względu na własną matkę). Próbowała dociec, czy nastolatka ma do swojej rodzicielki jakieś pretensje. I wyraźnie się rozchmurzyła, kiedy usłyszała, że wcale tak nie jest. Na wolności, gdy już było po wszystkim, Rachwałowa nigdy nie robiła z siebie męczennicy. Zachowywała się w taki sposób, jakby bolesne doświadczenia "nie zrobiły na niej większego wrażenia". A gdy ktoś ją pytał o obóz oświęcimski, "zbywała go pół-żartem". Była dumna, zacięta, nikomu się nie żaliła.


Making of

Reportaż radiowy "WiNna nieWiNna" Patrycji Gruszyńskiej-Ruman spotkał się z pozytywnym odbiorem słuchaczy zarówno w Polsce, jak i za granicą. Dziennikarski majstersztyk został uhonorowany Główną Nagrodą Wolności Słowa SDP, międzynarodową nagrodą Prix Italia ("radiowym Oscarem") i Białą Kobrą na Ogólnopolskim Festiwalu Mediów w Łodzi "Człowiek w zagrożeniu". Reportażystka skomentowała swoje dzieło w kilku wywiadach, tzn. w rozmowie z Jerzym Ignatowiczem ("Dwa totalitaryzmy w jednym życiu", portal SDP), Markiem Palczewskim ("Rozmowa dnia - 4 stycznia 2012", portal SDP) i Elżbietą Rutkowską ("Polski reportaż radiowy jest silny", miesięcznik "Press"). Wyznała swoim kolegom po fachu, że praca nad audycją o Rachwałowej kosztowała ją wiele wysiłku. Przygotowanie tak ambitnego materiału zajęło jej około dziewięciu-dziesięciu miesięcy. Twórczy trud polegał na wertowaniu archiwalnych dokumentów, poszukiwaniu ludzi pamiętających Stanisławę, konsultacjach z historykiem Filipem Musiałem oraz wnikliwej lekturze wspomnień naszej Bohaterki[9]. Dziennikarka dowiedziała się o życiu "WiNnej nieWiNnej" zupełnie przypadkowo. Odkryła tę postać podczas przeglądania listy polskich więźniów KL Auschwitz-Birkenau. Zwróciła uwagę na nazwisko "Rachwał", gdyż było to rodowe miano jej matki. Tak zaczęła się jej przygoda z badaniem losów Stanisławy. Przeznaczenie? Na pewno kamień milowy w przywracaniu pamięci o niezwykłej Bohaterce.


Bolesław Surówka (cz. 1)

Znając datę i miejsce urodzenia Rachwałowej, jej panieńskie nazwisko, imiona rodziców i zawód ojca, postanowiłam poszukać w Internecie wzmianek na temat jej rodziny. Bardzo szybko znalazłam informacje dotyczące Bolesława Surówki: wybitnego publicysty, krytyka teatralnego, prawnika, żołnierza kampanii wrześniowej. Wszystko wskazuje na to, że dziennikarz ten był bratem naszej Bohaterki. Mistrz pióra urodził się w roku 1905, czyli w tej samej dekadzie, co Stanisława Rachwał. Pochodził z Rudek koło Lwowa. Jego ojciec, Karol, pracował jako adwokat. Matka, Emilia, wywodziła się z rodu Tustanowskich (źródło: Sejm-Wielki.pl/n/Tustanowski). Czyżbym namierzyła bliskiego krewnego Rachwałowej? A może to tylko zbieg okoliczności? Prawdopodobieństwo, że mamy tu do czynienia z dziełem przypadku, nie wydaje mi się wysokie. Szansa na to, że w małych Rudkach trafi się dwóch adwokatów o nazwisku Karol Surówka, raczej nie jest duża. W serwisie MyHeritage.pl opisano kilku mężczyzn noszących dokładnie takie miano. Jedna z notek brzmi: "karol surówka i emilia surówka byli małżeństwem. Mieli 2 córek: stanisława rachwał i jedno inne dziecko. karol zmarł". Czy nie ma w tym tekście drobnego błędu? Może państwo Surówkowie nie mieli dwóch córek, tylko córkę i syna? Może tajemnicze "jedno inne dziecko" (tutaj rodzaju nijakiego) to właśnie Bolesław Surówka? Twardy charakter, słowiańskie imię i antyniemieckie poglądy również upodabniają Bolesława do Rachwałowej.


Bolesław Surówka (cz. 2)

Osoby, które zainteresowały się postacią domniemanego brata Stanisławy, powinny zajrzeć do artykułu "Zapomniany dziennikarz - zapomniane dziennikarstwo. Górny Śląsk oczami Bolesława Surówki" Krzysztofa Trackiego. Materiał jest dostępny w witrynie internetowej Sołectwa Mikołów - Śmiłowice (Smilowice.Mikolow.eu). Z tekstu wynika, że Bolesław Surówka pochodził z Kresów Wschodnich, ale związał swoje losy z Ziemiami Zachodnimi[10]. Był orędownikiem polskości Śląska, stronnikiem Wojciecha Korfantego, demaskatorem proniemieckich sentymentów utrzymujących się w tym regionie. Mówił stanowcze "NIE" ruchom ślązakowskim, mentalnym przodkom Ruchu Autonomii Śląska. Zarzucał im brak lojalności wobec Polski, pragnienie oderwania Silesii od Macierzy oraz finansowe powiązania z antypolskimi siłami w Niemczech. Deptał po piętach Śląskiej Partii Ludowej, miał też na pieńku z obozem piłsudczykowskim. Przeciwnicy obrzucali go najrozmaitszymi wyzwiskami, np. "wesołek korfantowy". Surówka cechował się wytrwałością i samozaparciem, dzięki czemu nie pozwolił się uciszyć reżimowi sanacyjnemu. Jak w jego życiu wyglądał 1 września 1939 roku? "Atak niemiecki przywitał Surówkę w zabudowaniach koszar w Oświęcimiu (tam gdzie niedługo niemieccy naziści utworzą obóz zagłady Auschwitz!)" - pisze Krzysztof Tracki. Po wojnie Bolesław pozostał dawnym Bolesławem. Kontynuował karierę dziennikarską. Promował i pielęgnował polski patriotyzm na Śląsku.


Wezwanie do działania

Stanisława Rachwał była ponadprzeciętną jednostką. Wyjątkowo odważną i zasłużoną reprezentantką Polskiego Państwa Podziemnego. Jak długo będziemy godzić się na to, żeby pozostawała jedynie "statystką" w opowieściach o niemieckich barbarzyństwach? Nazwisko Rachwałowej, jako świadka brutalnej okupacji, często przywoływane jest w tekstach dotyczących hitlerowskich zbrodniarek wojennych. Jednocześnie prawie wcale nie pisze się o niej artykułów monograficznych. Dlaczego? Przecież to ona, a nie np. Irma Grese, powinna wzbudzać podziw i fascynację! Nazistowska morderczyni doczekała się licznych wielbicieli, także w naszej Ojczyźnie[11]. Tymczasem Rachwałowa nadal czeka na odpowiednie upamiętnienie. Dobrze, że kilka osób przypomniało o niej w związku z Narodowym Dniem Pamięci "Żołnierzy Wyklętych", ale to wciąż bardzo mało. Stanisława Rachwał zasługuje na pomnik i najwyższe państwowe odznaczenia. Jej imieniem powinno się chrzcić ulice, aleje, parki i skwery. W miejscach związanych z jej życiem i działalnością powinny wisieć tablice pamiątkowe. Każdego roku aktywni patrioci powinni organizować imprezy (tzn. marsze, biegi) ku jej czci. O Rachwałowej wypadałoby też nakręcić film dokumentalny bądź fabularny. A jeśli nie film, to przynajmniej teledysk, choćby na wzór "Desenchantee" Mylene Farmer lub "Beliy Plaschik (No Mercy Remix)" t.A.T.u. Jak widać, mamy ogrom pracy do wykonania. Nie stójmy więc bezczynnie, tylko weźmy się do roboty!


Natalia Julia Nowak,
14.03. - 26.04. 2016 r.



PS. Rachwałowa bije na głowę wszystkie filmowe, komiksowe i kreskówkowe superbohaterki. Przy niej bledną takie heroiny, jak Lara Croft z "Tomb Raidera" czy Sarah Connor z "Terminatora 2. Dnia Sądu". W porównaniu z nią, Wonder Woman, Black Canary, She-Ra, Sailor Moon, Superświnka, Czarodziejki W.I.T.C.H., Odlotowe Agentki i Wojowniczki z Krainy Marzeń to cherlawe mimozy dla grzecznych dziewczynek. Jeśli chodzi o umiejętność zdobywania ściśle tajnych danych w ekstremalnie trudnych warunkach, to Trinity, Motoko Kusanagi, Lisbeth Salander i Maggie Chan mogłyby brać od niej korepetycje. Stanisława jest kolejną postacią w naszym narodowym panteonie, która udowadnia, że polscy patrioci nie mają sobie równych. Tak to już jest, że największymi herosami (na skalę globalną) okazują się ci, którzy walczyli pod flagą biało-czerwoną, w cieniu skrzydeł Orła Białego. Nasz Naród nie musi sobie wymyślać fikcyjnych superbohaterów, bo miał ich wystarczająco wielu w prawdziwym życiu. To Amerykanie, Japończycy i Zachodni/Północni Europejczycy odczuwają potrzebę kreowania - na własny użytek i dla poklasku świata - nudnych, tandetnych, nierealistycznych gierojów pełniących funkcję kompensacyjną. Bardzo mi przykro, ale taka jest prawda. Akurat w latach trzydziestych i czterdziestych (czytaj: w czasach, gdy rodziły się Supermany i Batmany) z autentycznymi aktami bohaterstwa było u nich średnio. Co innego u nas. My mieliśmy całe zastępy herosów. Rachwałowa niewątpliwie znajdowała się w ścisłej czołówce polskich megatwardzielek. Cześć jej pamięci. Chwała wszystkim Polakom walczącym z hitleryzmem i/lub stalinizmem.


PRZYPISY

[1] Rok 1903 jest datą błędną, ale został podany na dość wiarygodnej stronie "Archiwum ofiar terroru nazistowskiego i komunistycznego w Krakowie 1939-1956" prowadzonej przez Muzeum Historyczne Miasta Krakowa (Krakowianie1939-56.mhk.pl). Niestety, nie udało mi się ustalić, który rok śmierci Stanisławy Rachwał jest właściwy: 1984 czy 1985? Źródła, z których korzystałam, nie są zgodne co do daty zgonu patriotki. Nawet Instytut Pamięci Narodowej plącze się w zeznaniach. Ech, powiem krótko... Przed historykami-profesjonalistami i historykami-amatorami jeszcze dużo wytężonej pracy!

[2] "Kolejna sadystka, główna nadzorczyni obozu dla kobiet Auschwitz II - Birkenau. (...) Zabijała własnoręcznie, maltretowała, jednym słowem skazywała na śmierć lub zsyłała do domów publicznych funkcjonujących na terenie obozu. Bez litości obchodziła się nawet z noworodkami. Te ginęły od uderzeń, z głodu lub w płomieniach. (...) Postrach kobiet w Auschwitz, osławiona 'Mańcia Migdał' - jak ją nazywano w obozie - została osądzona w drugim procesie oświęcimskim. Zawisła na szubienicy" (Waldemar Kowalski, "Sadyści z Auschwitz. Oprawcy, którym zabijanie więźniów sprawiało nieskrywaną radość", portal NaTemat.pl). "Bicie w paroksyzmie wściekłości sprawiało jej przyjemność i widocznie było dla niej środkiem pielęgnowania piękności, bo po każdej takiej egzekucji robiła się jeszcze piękniejsza; mięśnie, których grę widać było przez bajecznie uszyte, a niesłychanie obcisłe ubranie, chodziły jak żywe węże, zielonkawe oczy świeciły jak gwiazdy, delikatny róż twarzy nabierał żywości, nawet złote włosy zdawały się bardziej błyszczeć" (zeznania Heleny Tyrankiewicz, książka "Fotograf z Auschwitz" Anny Dobrowolskiej, serwer Cyfroteka.pl). "U niej nie było prawa łaski. (...) Posyłała do gazu, jeśli ktoś miał obtartą piętę albo odmarznięty palec. Nic nie pomagały prośby więźniarek, które całowały jej buty" (zeznania Anny Szyller, książka "Fotograf z Auschwitz" Anny Dobrowolskiej, serwer Cyfroteka.pl). "Zna tylko język niemiecki, mówi narzeczem wiedeńskim. (...) Człowiek-okrutnik, znęcała się i katowała osobiście więźniarki. Siła jej uderzenia była okrutna, jednym uderzeniem pięści wybijała szczękę, a specjalnością jej było kopanie w podbrzusze tak kobiet, jak i mężczyzn" (pismo Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, książka "Fotograf z Auschwitz" Anny Dobrowolskiej, serwer Cyfroteka.pl).

[3] Gdyby ktoś pytał: pierwszy fragment "Rozmów z katem" Kazimierza Moczarskiego został opublikowany w 1968 roku. Tekst ukazał się w warszawskim tygodniku "Polityka". Cały utwór, podzielony na odcinki, był drukowany we wrocławskiej "Odrze" (miało to miejsce w latach 1972-1974). Książkowe wydanie "Rozmów z katem" pojawiło się na księgarskich półkach dopiero w roku 1977. Była to jednak wersja okrojona, zapewne z przyczyn politycznych. Pełna, nieocenzurowana wersja dzieła ujrzała światło dzienne w 1992 roku. Źródło tych informacji: artykuł "Kazimierz Moczarski - autor książki 'Rozmowy z katem'" (materiał jest dostępny w serwisie internetowym Polskiego Radia). Zobacz też: przypis dziewiąty niniejszego opracowania.

[4] Według Stanisława Kobieli, Rachwałowa pomyliła Johannę Langefeld (byłą komendantkę obozu kobiecego w Oświęcimiu-Brzezince, poprzedniczkę Marii Mandel) z mniej prominentną Dorotheą Binz. W oryginalnym tekście, napisanym przez Stanisławę, widnieje nazwisko "Binz", ale jest to ewidentny błąd merytoryczny. Z badań Kobieli wynika, że osoba określona przez Rachwałową jako "Binz" to w rzeczywistości Langefeld. Wskazują na to informacje, jakie autorka podaje na temat rzekomej "Binz", a także fakt, iż prawdziwej Dorothei Binz nie było wówczas w Krakowie. O paniach Langefeld, Binz, Mandel i Rachwał przeczytamy również w liście otwartym "Joanna Langefeld" Stanisława Kobieli. Pismo wyświetla się na blogu TajemniceHistorii.pl. Nadawca wystosował je w odpowiedzi na artykuł "Tajemnica kobiet" Marty Grzywacz (wydrukowany w "Wysokich Obcasach", dodatku do "Gazety Wyborczej" z 4 lipca 2015 roku). Zacytuję urywek tego listu: "Stanisława Rachwałowa (...) pisze o swoim pierwszym spotkaniu z Joanną Langefeld i Marią Mandel na korytarzu więzienia Montelupich jak boso, na kolanach myły mokrą szmatą posadzkę korytarza. Bez trudu rozpoznała z KL Auschwitz Marię Mandel, złożyła raport opisując kim Mandel była w KL Auschwitz i Mandel cofnięto do celi, pozbawiając ją przywilejów więźniarki niecelowej. Rachwałowa nie znała natomiast Joanny Langefeld i dlatego pozostała ona nadal więźniarką niecelową. W więzieniu dowiedziała się, że siedzi tam także inna komendantka KL Ravensbruck i błędnie przyjęła, że nazywa się ona Binz i pod takim nazwiskiem wspomina Langefeld". Frapująca historia, czujny badacz.

[5] Twórcy tekstów dziennikarskich poświęconych nazistowskim zbrodniarkom wojennym chętnie przytaczają charakterystykę Irmy Grese autorstwa Stanisławy Rachwał. Oto co nasza Bohaterka napisała na temat osławionej funkcjonariuszki niemieckich obozów koncentracyjnych: "Grose [powinno być "Grese" - przypis NJN] Irma, lat około 22, wzrost około 163 cm. Zbudowana proporcjonalnie, ładnie. Jasna blondynka o dużej urodzie, oczy duże, niebieskie, brwi ciemne, ładnie zarysowane w łuk; rzęsy ciemne, długie, cera bardzo ładna, jasna o ładnym rumieńcu; nos proporcjonalny, usta proporcjonalne, pełne, czerwone; zęby śliczne, drobne, białe; piękna, ładnie osadzona szyja. Głos miała miły, niski, nogi śliczne, stopy drobne. Była lesbijką. Do mężczyzn SS-manów odnosiła się wprost wrogo, mówiąc, że zna dobrze ten element. Natomiast wśród więźniarek miała sympatię, gustowała w młodych, ładnych dziewczętach, specjalnie Polkach" (cyt. za: Katarzyna Pawlak, "Piękne bestie", portal DlaStudenta.pl). Irma Grese - masowa morderczyni, sprawczyni tortur, przestępczyni seksualna - została po wojnie osądzona przez Brytyjczyków i powieszona 13 grudnia 1945 roku. Nie jest jednak prawdą, że była lesbijką. Hitlerowska kryminalistka nawiązywała kontakty intymne z przedstawicielami obu płci, a jednym z jej najsłynniejszych kochanków był szalony "naukowiec" Josef Mengele. Maria Mandel również zaliczała się do biseksualistek. W tym miejscu wypada przypomnieć, że władze Trzeciej Rzeszy oficjalnie potępiały ludzi współżyjących z osobami tej samej płci. Za podejmowanie działań o charakterze homoerotycznym można było nawet wylądować w obozie koncentracyjnym (mężczyzn oznaczano różowym trójkątem, a kobiety czarnym). Jak widać, teoria teorią, a praktyka praktyką. Dodatkowym potwierdzeniem tej tezy mogą być: noc długich noży i plotki dotyczące prywatnego życia Rudolfa Hessa.

[6] Cytowany list znajduje się dziś w zbiorach Instytutu Pamięci Narodowej. Materiał był prezentowany na wystawie "Skazani na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie w latach 1946-1955" (Kraków 2008-2009). Fotokopię dokumentu można zobaczyć w Internecie na oficjalnej stronie IPN-u. Galeria skanów związanych z Rachwałową, przyporządkowana do kategorii "Działacze opozycji politycznej", nosi tytuł "Stanisława Rachwał z d. Surówka" (Ipn.gov.pl/strony-zewnetrzne/wystawy/skaz_na_smierc_krakow/galeria.html).

[7] Akcja utworu rozgrywa się w latach 1904-1907 na Wyspach Japońskich. Główną bohaterką jest piętnastoletnia gejsza, Chocho-san*, która w atmosferze skandalu decyduje się poślubić białego, dorosłego, chrześcijańskiego, amerykańskiego oficera Benjamina Franklina Pinkertona. Niestety, cała historia kończy się tragicznie. Warto jednak zaznaczyć, że w opowieści występuje motyw wieloletniego oczekiwania na męża, który nie daje znaków życia (chociaż Pinkerton staje się nieuchwytny z zupełnie innych przyczyn niż Zygmunt Rachwał). "Madame Butterfly" była ulubioną operą Marii Mandel. Nazistka tak bardzo lubiła ten utwór, że wielokrotnie zmuszała lagrową orkiestrę do jego wykonywania na terenie obozu. [*Mirosław Bańko, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, wyjaśnia: "Wynikałoby stąd, że gdy mowa o operze, należałoby stosować formę Chocho-fujin, a gdy mowa o bohaterce, to Chocho-san. To jednak teoria, miłośnicy muzyki przyzwyczaili się już do wersji Cio-Cio-San, znanej z libretta, oraz do obocznego zapisu Cho-cho-san, bliższego systemowi Hepburna, często używanemu na Zachodzie do transkrypcji imion i nazwisk japońskich". Więcej szczegółów w poradni językowej PWN]

[8] Oba źródła historyczne - liścik do ubeków i prokuratorskie pismo - spoczywają w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej. Swego czasu pokazywano je na wystawie "Skazani na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie w latach 1946-1955" (Kraków 2008-2009). Reprodukcje dokumentów udostępniono w wirtualnym albumie na oficjalnej stronie Instytutu (Ipn.gov.pl/strony-zewnetrzne/wystawy/skaz_na_smierc_krakow/galeria14.html).

[9] Podobno w latach siedemdziesiątych Stanisława Rachwał zgłosiła swój utwór do jakiegoś konkursu zorganizowanego przez Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu (ówczesna nazwa instytucji: Państwowe Muzeum Oświęcim-Brzezinka). Tak przynajmniej twierdzi Patrycja Gruszyńska-Ruman, która przytoczyła tę ciekawostkę w rozmowie z Jerzym Ignatowiczem. W programie radiowym "Studio Reportażu i Dokumentu prezentuje" Gruszyńska-Ruman, odpowiadająca na pytania Małgorzaty Raduchy, podała informację, że w 1972 roku wspomnienia naszej Bohaterki zostały uhonorowane zasłużoną nagrodą. Prowadząca, Raducha, słusznie porównała "Spotkanie z Marią Mandel" Stanisławy Rachwałowej do "Rozmów z katem" Kazimierza Moczarskiego. Nazwała je "drugą, damską wersją" tej wstrząsającej książki. Zapis audycji "Studio Reportażu...", opublikowany 27 października 2008 roku, czeka na słuchaczy w serwisie internetowym Polskiego Radia.

[10] Krzysztof Tracki odnotowuje, że ojciec Bolesława Surówki, prawnik Karol, również przeniósł się na zachód Polski. Został nawet "adwokatem w Syndykacie Hut Żelaznych" (czyli w Katowicach). Przeprowadźmy porządne googlowanie, posprawdzajmy hasła typu "Karol Surówka", "Surówka", "Surówczyna", "Surówczanka", "Surówkowa" czy "Surówkówna". W razie trudności dodajmy do nich słowa kluczowe "Lwów", "Rudki", "Śląsk", "Katowice" itp. Jaki będzie efekt? Otóż przekonamy się, że istnieje wiele publikacji z pierwszej połowy XX wieku, które wspominają o Surówkach mieszkających na Kresach Wschodnich i na Śląsku. Czy to rodzina Bolesława Surówki i/lub Stanisławy Rachwał? Czy to dowód na pokrewieństwo wybitnego publicysty z naszą Bohaterką? Wyrazy "Surówczyna" i "Surówkowa" często występują wraz z wyrazem "Emilia". A tak właśnie brzmiało imię matki/matek Bolesława i Stanisławy. Rzeczownik "Emilia" niejednokrotnie idzie też w parze z rzeczownikiem "Karol". Jest to zgodne z imieniem ojca/ojców Surówki i Rachwałowej. W gazecie "Siedem Groszy. Dziennik Ilustrowany dla Wszystkich o Wszystkiem" z 11 czerwca 1936 roku (fotokopia na stronie DocPlayer.pl) wydrukowano komunikat o śmierci Emilii Surówczyny: działaczki społecznej, narodowej i katolickiej. Czytamy w nim, że "Emilja" zmarła w wieku pięćdziesięciu sześciu lat. Była żoną "radcy Karola Surówki", a jej panieńskie nazwisko brzmiało "Pustanowska". Czy nie powinno być "Tustanowska"? Mniejsza z tym... Autor newsa kończy swój wywód słowami: "Osierociła dwie córki i dwóch synów, z których młodszy, Bolesław jest członkiem redakcji 'Polonji'. Dotkniętemu smutkiem Koledze redakcja 'Polonji' i 'Siedmiu Groszy' wyraża swe głębokie i serdeczne współczucie". Heh, nabieram coraz większego przekonania, że Karol, Emilia, Bolesław i Stanisława to jedna rodzina. Zajrzyjmy jeszcze do dwóch popularnonaukowych artykułów Filipa Musiała: "Pilecki w spódnicy" i "Stanisława Rachwałowa: Bohaterka podziemia - prześladowana przez Niemców i komunistów". Z tego pierwszego dowiadujemy się, że Rachwał "miała swoich ludzi (...) w Katowicach". W tym drugim znajdujemy następujące zdanie: "Na Śląsku korzystała z wiadomości uzyskiwanych od swojej córki - Krystyny ps. 'Beata' (w związku ze sprawą swej matki skazanej na 4 lata więzienia) oraz Bilskiego ps. 'B'". Możliwe, że młodziutka Krystyna została oddelegowana na Ziemie Zachodnie, bo najzwyczajniej w świecie miała tam krewnych. A skoro jej wujek był zawodowym dziennikarzem, to na pewno doskonale wiedział, co się dzieje w raczkującej PRL.

[11] Patrz: reportaż "Nadzorczyni z SS" Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego zamieszczony w elektronicznej edycji "Wysokich Obcasów". Lektura uzupełniająca: artykuł "Piękne bestie" Małgorzaty Schwarzgruber (materiał z miesięcznika "Polska Zbrojna" przedrukowany przez portale Onet, Interia i Wirtualna Polska). Dodatkowe info o postaci: tekst "Piękna bestia - kim była Irma Grese?" Sylwii Laskowskiej dostępny w archiwum Wirtualnej Polski.

 

Komentarze (0)
NSZ. Jak narodowcy zostali Żołnierzami Wyklętymi?

"Hardy ich kark, tchórzliwy świat
zamknąć chce w zwojach niepamięci.
Choć tyle już minęło lat,
nadal żołnierze to wyklęci.

Nie zamknie ust cmentarny dół,
niepamięć ran też nie zabliźni,
bo dzięki nim jeszcze się tlą
resztki honoru mej Ojczyzny"


Tadeusz Sikora - "Żołnierzom NSZ"
(fragment tekstu piosenki)



Zaczynając od początku


Przedwojenny obóz narodowy był zjawiskiem szerokim i wewnętrznie zróżnicowanym. Świadczy o tym mnogość i różnorodność działających wówczas ugrupowań nacjonalistycznych. Robert Larkowski, autor artykułu "Organizacje narodowe w Polsce międzywojennej"[1], podjął próbę opisania tego zagadnienia przez pryzmat dziejów i postulatów kilku najważniejszych stowarzyszeń. Według tego autora, pierwszym ugrupowaniem nacjonalistycznym, jakie pojawiło się w II Rzeczypospolitej, był Związek Ludowo-Narodowy. Organizacja, opozycyjna względem Józefa Piłsudskiego, osiągnęła duży sukces w pierwszych wyborach parlamentarnych, uzyskując 1/3 mandatów w Sejmie. ZLN był partią umiarkowaną, uznającą zasady demokracji liberalnej, ale domagającą się ograniczenia praw mniejszości narodowych i działaczy lewicowych. W 1922 r. powstała Młodzież Wszechpolska, stowarzyszenie bardziej radykalne, krytykujące "marazm i zbytnie skostnienie struktur Związku Ludowo-Narodowego"[2]. Cztery lata później narodził się Obóz Wielkiej Polski, który w szczytowym momencie swojego rozwoju liczył od 250 do 300 tysięcy członków. Ugrupowanie miało charakter katolicki, konserwatywny, wolnorynkowy i antykomunistyczny. Jego działacze nosili berety, granatowe spodnie oraz piaskowe koszule.


Dwa ONR-y

Robert Larkowski dużo uwagi poświęca Obozowi Narodowo-Radykalnemu, a właściwie dwóm ONR-om, których drogi ostatecznie rozeszły się w roku 1935. Jakie były przyczyny rozłamu? Pierwsza: nieporozumienia dotyczące tego, w jakim kierunku powinno podążać stowarzyszenie po formalnej delegalizacji i czasowym pobycie liderów w Berezie Kartuskiej. Druga: konflikty między ONR-owcami wynikające z ogromnej różnicy zdań. Umiarkowani członkowie Obozu Narodowo-Radykalnego (tacy jak Henryk Rossman, Jan Mosdorf, Tadeusz Gluziński, Tadeusz Todtleben czy Edward Kemnitz - proszę zwrócić uwagę na niepolskie brzmienie niektórych nazwisk) utworzyli pozytywistyczny ONR-ABC. Ugrupowanie było nastawione na pracę organiczną i działalność propagandową. Oprócz nacjonalizmu głosiło konieczność modernizacji kraju, ale bez przesadnej urbanizacji. W kwestiach ekonomicznych opowiadało się za łagodnym interwencjonizmem państwowym. Skrajni członkowie Obozu Narodowo-Radykalnego (m.in. Bolesław Piasecki, Witold Staniszkis, Stanisław Cimoszyński, bracia Reuttowie) powołali do życia ONR-Falangę[3]. Usprawiedliwiali przemoc, rewolucję, totalitaryzm i unifikację kultury. Żądali wywłaszczeń, parcelacji latyfundiów i likwidacji bezrobocia. Gospodarka miała być centralnie planowana[4].


Narodowe Siły Zbrojne

W czasie II wojny światowej działało na ziemiach polskich wiele organizacji wojskowych wywodzących się z największych przedwojennych obozów politycznych. Armia Krajowa była dzieckiem sanacji. Bataliony Chłopskie zostały założone przez ludowców, a Armia Ludowa - przez komunistów. Narodowcy również mieli swoją reprezentację wojskową. Zbyszek Koryewo, twórca tekstu "Wyklęci Żołnierze"[5], pisze, że pierwszą nacjonalistyczną formacją militarną, powołaną do obrony okupowanego kraju, był Związek Jaszczurczy. Organizacja przez pewien czas szukała porozumienia z AK. Do współpracy jednak nie doszło ze względu na zbyt dużą różnicę poglądów. Członkowie ZJ byli zdroworozsądkowcami. Nie podobały im się "silne naciski aliantów, zmierzających do jak największej aktywności bojowej podziemnych armii w Polsce, bez względu na cenę krwi oraz sens polityczny takich zmagań"[6]. Kilka lat później Związek Jaszczurczy przekształcił się w Narodowe Siły Zbrojne. Żołnierze NSZ nie zgadzali się na jakąkolwiek współpracę z ZSRR, ponieważ uważali, że jest on wrogiem Polski, groźniejszym nawet od Niemiec. Narodowym Siłom Zbrojnym udało się dokonać wielu bohaterskich czynów. Przykładowo, Brygada Świętokrzyska NSZ wyzwoliła żeński obóz koncentracyjny w czeskim Holiszowie[7].


NSZ - NOW - NZW

Ważną datą w historii Narodowych Sił Zbrojnych był rok 1944, kiedy to doszło do istotnych zmian organizacyjnych w obrębie ich struktury. Omówieniem tego tematu zajął się Rafał Drabik w publikacji "Obóz narodowy po 1944 roku"[8]. Według autora, w analizowanym okresie część NSZ połączyła się z Armią Krajową. Pozostała część, wywodząca się ze Związku Jaszczurczego, zachowała jednak niezależność. To właśnie ona, znana jako NSZ-ZJ, powołała do życia wspomnianą wcześniej Brygadę Świętokrzyską (partyzantkę o charakterze antyniemieckim, antysowieckim i antykomunistycznym). Kolejne zmiany organizacyjne w Narodowych Siłach Zbrojnych nastąpiły po upadku powstania warszawskiego. W listopadzie 1944 r. większość oddziałów nacjonalistycznych została podporządkowana nowopowstałemu Narodowemu Zjednoczeniu Wojskowemu. Formacja, o której mowa, składała się nie tylko z NSZ-owców, ale również z żołnierzy Narodowej Organizacji Wojskowej i członków konspiracyjnych ugrupowań poakowskich (np. WiN-u). Nic więc dziwnego, że "w różnych częściach kraju funkcjonowały odmienne nazwy, stąd w jednym Okręgu będzie to NZW, w drugim NOW, a w trzecim NSZ"[9]. Partyzantka narodowa działała jeszcze kilkanaście lat po zakończeniu wojny. Ostatniego "leśnego" aresztowano w Sylwestra 1961 r[10].


Historia "Bartka"

Jednym z najsłynniejszych żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych był Henryk Flame "Bartek". Burzliwe życie tego patrioty opisał Tomasz Greniuch w artykule zatytułowanym nazwiskiem i pseudonimem bohatera[11]. Flame urodził się w roku 1918. Jako osiemnastolatek wstąpił do Podoficerskiej Szkoły Lotniczej w Grudziądzu. Po jej ukończeniu został przydzielony do 123 eskadry 2 Pułku Lotniczego w Rakowicach. Podczas kampanii wrześniowej walczył jako pilot w obronie Warszawy. Gdy Polska została zaatakowana przez Związek Sowiecki, 123 eskadra otrzymała rozkaz wycofania się w stronę Rumunii. Niestety, samolot Flamego był już wówczas uszkodzony, a Armia Czerwona odcięła żołnierzowi drogę w wyznaczonym kierunku. Flame przedostał się na terytorium Węgier. Tam trafił do obozu dla internowanych, jednak zdołał z niego uciec. Zadenuncjowany, wpadł ponownie w ręce Niemców i został umieszczony w obozie jenieckim na ziemiach austriackich. Odzyskawszy wolność, wrócił do Polski i związał się z ruchem oporu (AK). Na przełomie lat 1943/1944 został dowódcą partyzanckim. W październiku 1944 r. przyłączył swój oddział do NSZ. Po wojnie nie złożył broni, decydując się na walkę z komunistami. Zginął w 1947 r., skrytobójczo zamordowany przez milicjanta. Niepotrzebnie skorzystał z oszukańczej "amnestii".


Historia dwóch prawników

Do znanych przedstawicieli Narodowych Sił Zbrojnych należeli także Lech Neyman i Stanisław Kasznica. Ich życiorysy przedstawił Rafał Sierchuła w tekście "Poznańscy prawnicy"[12]. Obaj żyli w tych samych latach (1908-1948) i ukończyli studia prawnicze na tym samym uniwersytecie. Wspólnie działali w różnych organizacjach, m.in. Młodzieży Wszechpolskiej. Kiedy wybuchła wojna, zostali zmobilizowani do obrony Ojczyzny. Neyman poniósł ciężkie rany. Do końca życia zmagał się z kalectwem: niedowładem stopy i niedosłuchem ucha. Kasznica miał więcej szczęścia. Zachował dobre zdrowie i doczekał się Krzyża Srebrnego Orderu Virtuti Militari 5 Klasy. Każdy z interesujących nas prawników udzielał się w Organizacji Polskiej, Związku Jaszczurczym i Służbie Cywilnej Narodu. Stanisław Kasznica współpracował ponadto z konspiracyjnym ugrupowaniem "Nie" prowadzonym przez gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila"[13]. Neyman i Kasznica mieli poglądy zdecydowanie antyniemieckie. Ten pierwszy krzewił nawet ideę przywrócenia Polsce Ziem Zachodnich. Obaj byli też antykomunistami. I właśnie za tę działalność zostali aresztowani przez MBP, poddani torturom, skazani na śmierć oraz straceni w więzieniu mokotowskim. Dwóch prawników pochowano w jednej jamie grobowej. Ich szczątki odnaleziono w 2012 r.


Kampania nienawiści

Powojenne losy żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych toczyły się podobnie jak losy żołnierzy Armii Krajowej. NSZ-owcy, tak jak ich rodacy z AK, doświadczali okrutnych prześladowań. Byli również fałszywie oskarżani o różne niegodziwości, w tym o kolaborację z hitlerowcami i współudział w Holocauście. Sęk w tym, że o ile AK-owcy zostali ostatecznie zrehabilitowani, o tyle Narodowe Siły Zbrojne wciąż czekają na sprawiedliwość. Problemami związanymi z wizerunkiem NSZ zajął się Marek Jan Chodakiewicz w artykule "Rocznica powstania Narodowych Sił Zbrojnych" (tekst został napisany w roku 1997. Ja jednak skorzystałam z jego przedruku opublikowanego trzynaście lat później. Fakt, że do takiego przedruku doszło, świadczy o tym, iż materiał nadal jest aktualny)[14]. Zdaniem autora, od czasów PRL nagminnie ukazują się publikacje, które sugerują, że żołnierze NSZ mordowali Żydów ocalałych z zagłady. Przed 1989 r. tego typu treści pojawiały się nie tylko w periodykach wydawanych przez władze komunistyczne, ale również w książkach i czasopismach podziemnych oraz emigracyjnych. Widać jednak pewien postęp. Część autorów oczerniających NSZ odwołała już swoje tezy. Przykład? Prof. Krystyna Kersten, która w 1993 r. zaprzeczyła swoim słowom sprzed ośmiu lat. Powołała się na brak dowodów.


Sprawiedliwi "antysemici"

Chodakiewicz potwierdza, że wśród osób, do których strzelali Żołnierze Wyklęci, trafiały się jednostki żydowskiego pochodzenia[15]. Były one jednak karane za współpracę z okupantami, a nie za narodowość ("Podziemie niepodległościowe likwidowało bowiem ludzi uznanych za bandytów, szpiegów czy 'rewolucjonistów' nie oglądając się na pochodzenie etniczne skazanych"[16]). Twórca tekstu wspomina o przypadkach pomagania Żydom przez Narodowe Siły Zbrojne. Weźmy na przykład Feliksa Pisarewskiego-Parry, który "został odbity przez NSZ z transportu na Pawiak. Później służył jako oficer w jednej z komend NSZ"[17]. Innym przykładem może być Eljahu (Aleksander) Szandcer. Był to "uciekinier z getta, którego przygarnęli partyzanci NSZ"[18]. Chodakiewicz wymienia nazwiska powstańców warszawskich, którzy mieli żydowskie korzenie, a jednak walczyli w szeregach interesującej nas formacji (Żmidygier-Konopka, Natanson). Przypomina też, że prof. Wiesław Chrzanowski powiedział w jednym z wywiadów, iż znał NSZ-owca, który dał schronienie żydowskiej rodzinie. Sami Żydzi potrafili docenić heroizm członków NSZ. Julian Tuwim napisał kiedyś poruszający list do Józefa (Jacka) Różańskiego. "Poeta prosił o darowanie życia jednemu z żołnierzy NSZ, który bezinteresownie pomagał w czasie wojny jego matce"[19].


Cena odwagi

Marek Jan Chodakiewicz poświęca dużo uwagi martyrologii polskich narodowców. I to martyrologii, którą komuniści za wszelką cenę próbowali zatuszować. Cenzura PRL nie zdołała jednak wymazać prawdy z ludzkiej pamięci. Według Chodakiewicza, wielu autorom udało się opisać bohaterstwo i męczeństwo nacjonalistów, ale "bez wspominania [ich - przyp. NJN] przynależności organizacyjnej"[20]. W 1964 r. ukazał się "Pamiętnik lekarzy", w którym dr Władysław Fejkiel przywołał historię dra Jana Mosdorfa, więźnia KL Auschwitz, straconego przez SS-manów za pomaganie Żydom i udział w lagrowej konspiracji. Publikacja nie zawierała wzmianki o fakcie, że był to ten sam Jan Mosdorf, który przed wojną współdecydował o losach ONR-ABC. Innym ONR-owcem, którego historię opisano, ale bez napomknięcia o nacjonalistycznej przeszłości, był mec. Tadeusz Fabiani. Leon Wanat, twórca książki "Za murami Pawiaka", napisał o nim tylko tyle, że był działaczem młodzieżowym rozstrzelanym w Palmirach w czerwcu 1940 r. Chodakiewicz informuje, że "narodowcy ponieśli z rąk niemieckiego okupanta procentowo największe straty ze wszystkich polskich stronnictw"[21]. Należy tutaj dodać, że liczebność Narodowych Sił Zbrojnych była 15-krotnie większa niż liczebność Armii Ludowej. Ofiara krwi robi więc wrażenie.


Endecja a Żydzi

O Narodowych Siłach Zbrojnych napisano wiele krytycznych słów. Pewnie dlatego, że formacja ta wywodziła się z przedwojennego obozu narodowego. Faktem jest, że ówcześni narodowcy nie pałali do Żydów miłością. Publicyści endeccy często ukazywali tę mniejszość jako zagrożenie. Ale czy faktycznie chodziło im o Żydów jako Żydów? Czy kierowali się wrogością do konkretnego narodu, czy raczej przeświadczeniem, że w Polsce to Polacy powinni mieć monopol na władzę polityczną i ekonomiczną? Czy endecy zachowywaliby się inaczej, gdyby wpływową mniejszością w Polsce byli Arabowie, Latynosi lub Wietnamczycy? Zapewne nie. Pisaliby wówczas nieprzychylne artykuły o Arabach, Latynosach bądź Wietnamczykach. Żydami mogliby się nawet nie interesować, wszak nie byli programowymi antysemitami. Możliwe, że w przypadku niektórych endeków nacjonalistyczne poglądy szły w parze z autentyczną niechęcią do narodu żydowskiego. Ale czy to, że się kogoś nie lubi, automatycznie oznacza, iż życzy mu się śmierci? Oczywiście, że nie. Potwierdzają to historie narodowców, którzy uchodzili za antysemitów, a jednak pomagali Żydom, gdy znaleźli się oni w śmiertelnym niebezpieczeństwie (rozprawiałam o tym w poprzednich akapitach). Są takie sytuacje, kiedy naprawdę nie ma czasu na uprzedzenia[22].


Antysemityzm w II RP

Nie próbuję nikogo przekonać, że w II Rzeczypospolitej relacje polsko-żydowskie zawsze układały się wzorowo. Nie zaprzeczam, że istniały wówczas pewne formy dyskryminacji mniejszości żydowskiej (getta ławkowe, numerus clausus, numerus nullus). Nie spieram się z faktem, że w okresie międzywojennym zdarzały się różnorakie wystąpienia antyżydowskie. Jestem również skłonna uwierzyć w tezę, że prości ludzie dokuczali czasem Żydom jako odmieńcom (społeczności ludzkie, zwłaszcza tradycyjne i homogeniczne, bywają nietolerancyjne wobec osób, które w jakiś sposób się wyróżniają. Ofiarami szykan wcale nie muszą być przedstawiciele mniejszości narodowych lub religijnych). Nigdy jednak nie uwierzę w to, że przedwojenna Polska była krajem, w którym Żydów represjonowano, pozbawiano elementarnych praw, spychano na margines, traktowano w poniżający sposób i wykluczano z ludzkiej wspólnoty. Jeśli ktoś tak twierdzi, to jest perfidnym oszczercą albo ignorantem, któremu II Rzeczpospolita pomyliła się z III Rzeszą. Gdyby Polacy powszechnie nienawidzili Żydów, Skamandryci nigdy nie zrobiliby kariery. Tymczasem stali się oni szalenie popularną grupą poetycką. Wielu Żydów było lekarzami i prawnikami. A Polacy korzystali z ich usług i żadnego Holocaustu nie planowali. Powinno to być dla wszystkich jasne.


Krecia robota

Jak już wspomniałam, żołnierze NSZ i AK stali się po wojnie ofiarami haniebnej kampanii zniesławień. W filmie "Generał Nil" Ryszarda Bugajskiego[23] znajdziemy scenę, w której ubecy torturują pewnego człowieka, żeby zmusić go do opowiadania kłamstw podczas rozprawy sądowej przeciwko Augustowi Emilowi Fieldorfowi. Niestety, widmo tamtej epoki wydaje się ciągle powracać. Polscy bohaterowie narodowi nadal bywają oczerniani. Sęk w tym, że teraz oszczerstwa obiegają świat, choćby za sprawą niemieckiego serialu "Nasze matki, nasi ojcowie". Na Zachodzie często używa się krzywdzących określeń typu "polskie obozy zagłady" czy "nazistowska Polska". Aby poznać skalę tego problemu, wystarczy zajrzeć do polskojęzycznej Wikipedii[24]. Krecią robotę wykonują również niektórzy polscy artyści i intelektualiści (np. twórcy filmów "Ida", "Pokłosie" i "W ciemności". A także dr Alina Cała, która kilka lat temu stwierdziła, że "Polacy są odpowiedzialni za śmierć wszystkich 3 milionów Żydów"[25]). Wrabianie Polaków w Holocaust zaczęło się w okresie stalinizmu. Zmarły niedawno Władysław Bartoszewski uważał, że pogrom kielecki z 1946 r. był zbrodnią UB popełnioną na potrzeby zachodniej opinii publicznej[26]. Chodziło w nim o przekonanie cudzoziemców, że Polacy to dzicz niezasługująca na wolność.


Czas na egzorcyzmy!

Co tu dużo mówić. Musimy - bardziej niż kiedykolwiek wcześniej - bronić honoru tych, którzy walczyli, cierpieli i umierali za naszą Ojczyznę. Jesteśmy im to winni. Musimy też zabiegać o własne dobre imię, bo przecież większość z nas nie identyfikuje się z poglądami i barbarzyństwami Adolfa Hitlera. A właśnie taką łatkę próbują nam przypiąć niektóre osoby publiczne. Duchy ubeków wychodzą dzisiaj z grobów i uprawiają szatańskie harce. Poczytajmy, co o AK-owcach wypisują zagraniczni autorzy, a poczujemy obecność Józefa "Akowera" Czaplickiego[27]. Obejrzyjmy fragment oscarowej "Idy", a zobaczymy twarz Heleny Wolińskiej[28]. Możemy jednak te demony wypędzić. Wystarczy, że opowiemy światu, jak naprawdę wyglądała nasza przeszłość. A kysz, mary nieczyste! A kysz! Tu jest Polska, a nie Matrix - pora zniszczyć symulakry!


Natalia Julia Nowak,
12.04. - 06.05. 2015 r.



PS 1. Wracając jeszcze do Narodowych Sił Zbrojnych... O formacji wojskowej, będącej tematem niniejszego artykułu, pisze się, że traktowała Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich jako głównego wroga Polski. Niewykluczone, że tak było w istocie. Przyjrzyjmy się jednak deklaracji ideowej NSZ z lutego 1943 r. Można ją znaleźć na oficjalnej stronie Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ.com.pl). Oto dwa zdania z tego dokumentu: "NSZ - zbrojne ramię Narodu Polskiego, realizując wolę jego olbrzymiej większości, stawiają za swój pierwszy cel, zdobycie granic zachodnich na Odrze i Nissie Łużyckiej, jako naszych granic historycznych, jedynie i trwale zabezpieczających byt i rozwój Polski. Do tego celu NSZ dążyć będą bezpośrednio i natychmiast po złamaniu się Niemiec i po wypędzeniu okupantów z Kraju". Zacytowane słowa sugerują, że Narodowe Siły Zbrojne były przede wszystkim organizacją antyniemiecką. W deklaracji nie ma wzmianek o walce ze Związkiem Sowieckim. Są jednak napomknięcia o zwalczaniu komunizmu, anarchii i terroru politycznego.

PS 2. Wszystkim, którzy lubią tzw. piosenki zaangażowane, polecam dwie płyty poświęcone Narodowym Siłom Zbrojnym. Pierwsza z nich to krążek "Biało-czerwona krew. W hołdzie Narodowym Siłom Zbrojnym" grupy Leszek Bubel Band (2008). Druga to składanka "Twardzi jak stal. Muzyczny hołd dla Narodowych Sił Zbrojnych" (2009). Odnośniki do innych utworów dotyczących NSZ można znaleźć w elektronicznej publikacji "Piosenki o Narodowych Siłach Zbrojnych". Zamieścił ją Darek Matecki w serwisie Prawicowy Internet (PrawicowyInternet.pl). Jeśli chodzi o płyty "Biało-czerwona krew" i "Twardzi jak stal", słuchałam ich jeszcze w liceum (obecnie jestem na piątym roku studiów. "Piątym" - tzn. drugim drugiego stopnia). Było to bardzo hipsterskie z mojej strony. Interesowałam się Żołnierzami Wyklętymi zanim stało się to modne!

PS 3. Miłośników krótkich form audiowizualnych namawiam do obejrzenia filmiku "NSZ 1942-2012" dostępnego w serwisie YouTube na profilu "nszcompl". Jest to materiał historyczno-propagandowy nakręcony z inicjatywy Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych oraz Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. Dziełko trwa 5 minut i 44 sekundy. Warto zwrócić uwagę na jego formę. Twórcom filmiku udało się, mimo ograniczonego budżetu, zastosować chwyty realizacyjne rodem z hollywoodzkiej superprodukcji. Charakterystyczne ujęcia, jazdy kamerowe, przejmująca muzyka, atmosfera doniosłości i dramatyzmu... Nie zaszkodzi zobaczyć. Ja zobaczyłam i nie żałuję.

PS 4. Załóżmy na chwilę, że hipoteza, zgodnie z którą niektórzy NSZ-owcy mordowali Żydów, jest prawdziwa (wszędzie przecież mogły się trafić "czarne owce"). Czy poziom moralny garstki odszczepieńców przesądzałby o poziomie moralnym całej formacji wojskowej? Nie, gdyż byłoby to nielogiczne. Równie dobrze można by powiedzieć: "Jan jest rudy. Jan jest Polakiem. Zatem wszyscy Polacy są rudzi" ("Jan jest NSZ-owcem. Jan jest mordercą Żydów. Zatem wszyscy NSZ-owcy są mordercami Żydów"). Żeby obalić takie twierdzenie, wystarczyłoby znaleźć jednego Polaka, który nie jest rudy (albo jednego NSZ-owca, który nie jest mordercą Żydów). Przyjrzyjmy się zdaniu: "Jeżeli Jan jest Polakiem i jest rudy, to wszyscy Polacy są rudzi" ("Jeżeli Jan jest NSZ-owcem i jest mordercą Żydów, to wszyscy NSZ-owcy są mordercami Żydów"). Skoro z prawdy wynika fałsz, to całe zdanie jest fałszywe. Według informacji, podanej w materiale "NSZ 1942-2012", liczba żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych wynosiła 90.000. Płyną z tego dwa ważne wnioski. Pierwszy: nie jest możliwe, że wszyscy NSZ-owcy mordowali Żydów. Mógł to robić co najwyżej niewielki odsetek nacjonalistów (o ile w ogóle to robił, w co wątpię). Drugi: garstka odszczepieńców to nic w porównaniu z wielotysięczną armią sprawiedliwych patriotów. Jeden złoczyńca nie może się równać z setką bohaterów.


PRZYPISY

[1] R. Larkowski, "Organizacje narodowe w Polsce międzywojennej", "Ściśle tajne" 2004, nr 3, s. 47-65.

[2] Tamże, s. 49.

[3] Obóz Narodowo-Radykalny "Falanga" był również znany pod nazwą Ruch Narodowo-Radykalny (RNR).

[4] Ośmielam się mniemać, że program gospodarczy ONR-Falangi był dość "komunizujący". Może to właśnie dlatego Bolesław Piasecki, wódz Falangistów, umiał się później odnaleźć w powojennej rzeczywistości? To przecież on założył słynne Stowarzyszenie PAX (katolickie, ale lojalne względem stalinowców). Jednak... czy Piasecki kiedykolwiek zapomniał o swojej nacjonalistycznej i antysemickiej przeszłości? Człowiek, o którym rozmawiamy, pomógł wielu narodowcom wydostać się z ubeckich kazamatów. W 1968 r. wziął udział w antyżydowskiej akcji kierowanej przez Mieczysława Moczara. Nie zawsze był jednak wynagradzany przez system. Czasem doświadczał z jego strony okrucieństw (w 1957 r. komuniści zabili mu syna). Więcej ciekawostek o Piaseckim i innych sławnych nacjonalistach zawiera artykuł Roberta Larkowskiego [R. Larkowski, "Dziesięciu wybranych narodowców", "Ściśle tajne" 2004, nr 3, s. 66-88]. Pozwolę sobie zauważyć, że Bolesław Piasecki nie był pierwszym ani ostatnim narodowcem flirtującym z komunizmem. Podobnym życiorysem legitymował się Ho Chi Minh, wietnamski nacjonalista, który ostatecznie został przywódcą komunistycznym. Pytanie: czy Ho Chi Minh kiedykolwiek przestał być wietnamskim nacjonalistą? Nawet w filmie "Czas Apokalipsy" Francisa Forda Coppoli słyszymy opinię, zgodnie z którą poplecznicy Ho Chi Minha żądają własnej, oryginalnej, narodowej wersji komunizmu. Co więcej, domagają się oni niezależności, zarówno od Stanów Zjednoczonych, jak i od Związku Radzieckiego. Spójrzmy na Vietcong, czerwoną partyzantkę, postrach amerykańskich komandosów (kinomani pamiętają, jak Vietcong zalazł za skórę Johnowi Rambo i Jamesowi Braddockowi!). Tak się składa, że Vietcong wyewoluował z patriotycznego, niepodległościowego, antykolonialnego Vietminhu. Skąd pozyskać dodatkowe informacje na temat wietnamskich nacjonalistów-komunistów? Polecam książkę "Korea i Wietnam 1950-1974" wydaną w ramach cyklu wydawniczego "Wojny, które zmieniły świat. Wielka kolekcja" (2009). Inne źródło, które pragnę zarekomendować, to publikacja "Wietnam 1962-1975" Artura Dmochowskiego (Dom Wydawniczy "Bellona", Warszawa 2003). Jeśli chodzi o relacje nacjonalistyczno-komunistyczne, interesujący jest również casus XX-wiecznych Chin. Pewnie nie wszyscy wiedzą, że Chińska Partia Narodowa i Komunistyczna Partia Chin były kiedyś sojuszniczkami. Niestety, w ich przypadku "przyjaźń" skończyła się wojną domową. Zaintrygowanych odsyłam do mojego artykułu "Maoizm w kinie chińskim. Dwa przykłady" (można go znaleźć w Internecie).

[5] Z. Koryewo, "Wyklęci Żołnierze", "Ściśle tajne" 2004, nr 3, s. 93-98.

[6] Tamże, s. 94.

[7] Wśród ocalonych więźniarek było ponad dwieście Żydówek.

[8] R. Drabik, "Obóz narodowy po 1944 roku", w: "Dla Niepodległej. Żołnierze Wyklęci 1944-1963", pod red. D.P. Kucharskiego i R. Sierchuły, Poznań 2015, s. 25-26.

[9] Tamże, s. 25.

[10] Chodzi tutaj o Andrzeja Kiszkę "Dęba". Nie zaszkodzi jednak przypomnieć, że ostatnim ze wszystkich Żołnierzy Wyklętych był Józef Franczak "Lalek" zastrzelony w roku 1963 (zob. J. Szarek, "Ostatni z niezłomnych", w: "Dla Niepodległej. Żołnierze Wyklęci 1944-1963", pod red. D.P. Kucharskiego i R. Sierchuły, Poznań 2015, s. 109-110).

[11] T. Greniuch, "Henryk Flame 'Bartek'", w: "Dla Niepodległej. Żołnierze Wyklęci 1944-1963", pod red. D.P. Kucharskiego i R. Sierchuły, Poznań 2015, s. 60-62.

[12] R. Sierchuła, "Poznańscy prawnicy", w: "Dla Niepodległej. Żołnierze Wyklęci 1944-1963", pod red. D.P. Kucharskiego i R. Sierchuły, Poznań 2015, s. 74-76.

[13] O losach gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila" pisałam w artykule "Obejrzałeś 'Idę'? Obejrzyj 'Generała Nila'!" z lutego 2015 r. Tekst jest ogólnodostępny w Internecie.

[14] M.J. Chodakiewicz, "Rocznica powstania Narodowych Sił Zbrojnych", "Tylko Polska" 2010, nr 29, s. 14-15.

[15] Prawdopodobieństwo, że w tej grupie znajdzie się Żyd lub Żydówka, było dość wysokie. Świadczą o tym słowa dra hab. Krzysztofa Szwagrzyka cytowane przez Oskara Marię Bramskiego w wirtualnej edycji miesięcznika "Moja Rodzina" (chodzi o artykuł "Ministerstwo terroru". Tekst został pierwotnie opublikowany w papierowym wydaniu "Mojej Rodziny" z listopada 2013 r). "W okresie największego terroru i bezprawia w Polsce, w latach 1944-1954, na 450 osób pełniących najwyższe funkcje w MBP (od naczelnika wydziału wzwyż) aż 167 było pochodzenia żydowskiego. Biorąc pod uwagę, że po wojnie Żydzi i osoby pochodzenia żydowskiego stanowili niespełna 1 proc. ludności kraju, to ich 37 proc. udział w kierownictwie MBP stanowi trudną do ukrycia nadreprezentację osób jednej narodowości" - brzmią słowa Szwagrzyka. Bramski pisze, że do ubeków żydowskiego pochodzenia należeli m.in. Helena Wolińska, Roman Romkowski, Anatol Fejgin, Józef (Jacek) Różański i Julia "Krwawa Luna" Brystygierowa. Uwaga: proszę nie czynić z tych informacji podstawy jakiejkolwiek antysemickiej teorii. O czym świadczy fakt, że 37% ważnych pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego miało żydowskie korzenie? Tylko o tym, że 63% ich NIE miało. Po co się zafiksowywać na punkcie Żydów? Dla mnie większym zmartwieniem jest wysoki odsetek rdzennych Polaków. [Uwaga! Istnieje coś takiego, jak "Stenogram z Tajnego Referatu tow. Jakuba Bermana". Dokument pochodzi rzekomo z 1945 r. Pod względem merytorycznym przypomina nieco "Protokoły Mędrców Syjonu". Nie ma jednak dowodów na jego autentyczność, tak jak w przypadku samych "Protokołów...". Dlatego nie warto się nim ekscytować]

[16] M.J. Chodakiewicz, "Rocznica...", s. 14.

[17] Tamże, s. 15.

[18] Tamże.

[19] Tamże.

[20] Tamże.

[21] Tamże.

[22] Tych, którzy nie mogą tego zrozumieć, zachęcam do obejrzenia filmu "Jin ling shi san chai" ("The Flowers of War", "Kwiaty wojny") w reżyserii Yimou Zhanga. Akcja dzieła rozgrywa się w czasie masakry nankińskiej, kiedy to japońscy żołnierze masowo mordowali, okaleczali i gwałcili chińską ludność cywilną. Produkcja mówi o ludziach, którzy muszą wzajemnie sobie pomagać, nie zważając na istniejące między nimi różnice. Cóż więc robią bohaterowie, żeby ratować życie swoje i innych? Zaciekły antyklerykał przebiera się za księdza, uczennice szkoły katolickiej udzielają schronienia prostytutkom, a prostytutki wcielają się w role uczennic szkoły katolickiej i słuchają poleceń fałszywego duchownego (który chwilowo zrezygnował ze swobody i upodobnił się do szacownego duszpasterza). O filmie "Jin ling shi san chai" wypowiadałam się już w artykule "Nankin - chiński Wołyń. Filmowe wizje masakry". Tekst jest dostępny online. Chciałabym, żeby powstał dramat o "endeckich antysemitach" ratujących Żydów i nie-Żydów. Proponuję produkcję o Janie Mosdorfie. Albo o Edwardzie Kemnitzu, który otrzymał tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata (można to sprawdzić na stronie Instytutu Yad Vashem). Film o św. Maksymilianie Marii Kolbem - nacjonalistycznym zakonniku, który oddał życie za Polaka Franciszka Gajowniczka - już istnieje. Mam tu na myśli dzieło "Życie za życie" Krzysztofa Zanussiego.

[23] Zrecenzowałam tę produkcję w artykule, o którym była mowa w przypisie 13.

[24] Hasło "Polskie obozy koncentracyjne".

[25] Proszę to sprawdzić w wywiadzie "Polacy jako naród nie zdali egzaminu" dostępnym w internetowym wydaniu dziennika "Rzeczpospolita". Publikacja została zamieszczona 25 maja 2009 r. Autorem wywiadu z dr Aliną Całą jest Piotr Zychowicz.

[26] Powołuję się na wypowiedź Bartoszewskiego będącą elementem trzyczęściowego filmu dokumentalnego "Bezpieka 1944-1956" w reżyserii Iwony Bartólewskiej (rok produkcji: 1997. Instytucja sprawcza: Telewizja Polska).

[27] Oto dwie próbki "możliwości" antyakowskich autorów. Pierwsza: "Wielu z polskich nazistów, to byli polscy oficerowie i jako takim dano im dowództwo nad oddziałami Armii Krajowej, gdzie robili wszystko, aby zintensyfikować antyżydowską nienawiść" (źródło: Rauben Ainsztein, "Jewish Resistance in Nazi Occupied Eastern Europe", 1974 r. Zdanie było cytowane przez Henryka Pająka w książce "Strach być Polakiem"). Druga: "Dla Niemców zbędne było polskie SS - wystarczyła Armia Krajowa, denuncjująca lub sama mordująca Żydów. Ponadto rząd polski na uchodźstwie celowo opóźniał przekazanie na zachód informacji o okrucieństwach popełnianych na Żydach. Powstanie w getcie trwało dłużej niż powstanie warszawskie" (źródło: Andrew Kendall, gazeta "The Toronto Star", 1994 r). Oba fragmenty zaczerpnęłam z polskojęzycznej Wikipedii (hasło "Polskie obozy koncentracyjne"). Gdybym była złośliwa, powiedziałabym, że napisali to ludzie natchnieni duchem ubeckim...

[28] Pierwowzorem Wandy, jednej z głównych bohaterek filmu "Ida", była Helena Wolińska - stalinowska prokurator, która maczała palce w zgładzeniu gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Paweł Pawlikowski, reżyser produkcji, znał Wolińską osobiście i bardzo ją lubił. Więcej informacji na ten temat zawiera artykuł "Pudrowanie bestii" Tadeusza M. Płużańskiego [tygodnik "wSieci", nr 2 (111), 2015 r]. Skoro jestem już przy "Idzie", wspomnę o ciekawostce, którą zauważyli polscy Internauci. Otóż w scenie, w której oglądamy zdjęcia krewnych Idy i Wandy, wykorzystano fotografię Ireny Sendlerowej (Polki, która w czasie Holocaustu uratowała 2500 żydowskich dzieci. Kobieta została po wojnie aresztowana przez UB i poddana okrutnym torturom. Później jednak wstąpiła do PZPR). Czy to przypadek, czy jakaś manipulacja? Dlaczego zasugerowano, że Sendlerowa była spokrewniona z Wolińską? Problemem zdjęcia Sendlerowej zajmował się również Marek Pyza w tekście "Paskudne! Irena Sendlerowa też 'zagrała' w 'Idzie'. Kilka smutnych pooscarowych uwag" (portal wPolityce.pl). Ale to jeszcze nie wszystko, co trzeba wiedzieć o najnowszych dziełach filmowych dotyczących ciemnej strony PRL-u. Mam dla Czytelników dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobrą wiadomością jest to, że Ryszard Bugajski (twórca "Generała Nila", "Przesłuchania" i "Śmierci Rotmistrza Pileckiego") zdecydował się nakręcić film będący przeciwwagą dla "Idy". Można o tym poczytać w newsie "BUGAJSKI kręci film o KRWAWEJ LUNIE. GAJOS w obsadzie!" zamieszczonym w serwisie wNas.pl. Złą wiadomością jest to, że Piotr Dzięcioł, współproducent "Idy", pracuje wraz z amerykańskimi filmowcami nad kinową biografią rtm. Witolda Pileckiego. Poinformował o tym Krzysztof Kłopotowski w artykule "'Ida' idzie w świat, a Witold Pilecki?" (felieton ukazał się na stronie internetowej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich). Kto nam zagwarantuje, że film o Pileckim będzie rzetelny historycznie? Nie ufam twórcom "Idy". I boję się efektu końcowego.


ANEKS (rozszerzenie przypisu 15)
Luźne refleksje o żydowskich ubekach


Czy ubecy żydowskiego pochodzenia faktycznie byli Żydami? To pytanie, wbrew pozorom, nie jest głupie. Pamiętajmy, że rozmawiamy o osobach, które wyznawały ideologię marksistowską. Marksiści potępiali nacjonalizm, odrzucali tożsamość narodową, negowali zasadność patriotyzmu, dążyli do zniesienia podziałów narodowościowych, granic państwowych i samych państw. Posługiwali się hasłami typu "Proletariusze nie mają ojczyzny" czy "Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!". Ich hymn nosił tytuł "Międzynarodówka" (mianem Międzynarodówki, inaczej Kominternu, określano też organizację skupiającą komunistów z całego świata). Czy ubecy, niezależnie od pochodzenia etnicznego, poczuwali się do jakiejkolwiek narodowości? Czy faktycznie byli Żydami, Polakami, Rosjanami, Ukraińcami itd.? A może byli po prostu kosmopolitami, obywatelami świata, internacjonałami, wynarodowieńcami, ludźmi sowieckimi? Pochodzenie etniczne to jedno, narodowość to drugie.

Czy o kimś, kto ma rodziców Polaków, ale nie czuje więzi z polskością, powiemy, że jest Polakiem? Raczej stwierdzimy: "To nie jest Polak" albo "To jest Antypolak". Cóż więc z licznymi ubekami - marksistami, w których płynęła żydowska krew? Czy byli to Żydzi, czy raczej Antyżydzi? Ubecy nie krzywdzili ludzi w imię żydowskiego nacjonalizmu, tylko w imię tradycyjnie rozumianego marksizmu ("tradycyjnie rozumianego" - bo są też ideologie łączące komunizm/socjalizm z nacjonalizmem/patriotyzmem. Przykłady: dżucze, nazbol, dengizm, moczaryzm, gomułkowszczyzna, w pewnym sensie również koncepcje Mao Zedonga i Ho Chi Minha). Oczywiście, istnieją argumenty podważające moją hipotezę o beznarodowości ubeków mających żydowskie korzenie. Wielu z nich sympatyzowało przecież z syjonizmem, czyli ideologią postrzeganą jako żydowski nacjonalizm. Czy byli oni żydowskimi nacjonalistami? I czy nie podpadało to pod "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne"? Można by ten temat roztrząsać, ale niekoniecznie tutaj i teraz.

Historia ubeków żydowskiego pochodzenia jest historią resentymentu. Czy we wszystkich przypadkach? Nie wiem, czy we wszystkich, ale w trzech na pewno. Chodzi mi o Helenę Wolińską, Józefa Światłę i Jakuba Bermana. Casus Wolińskiej omówiłam w artykule "Obejrzałeś 'Idę'? Obejrzyj 'Generała Nila'!", więc nie będę go tutaj analizować. Przejdę zatem do pozostałych delikwentów. Najpierw Józef Światło. Ten prominentny funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego - który zasłynął z tego, że ostatecznie uciekł za granicę i został spikerem Radia Wolna Europa - bestialsko torturował ludzi. Do metod, stosowanych w kierowanym przez niego więzieniu, należało m.in. bicie metalowymi prętami, okładanie pałką wykonaną ze stalowych drutów oraz zmuszanie do wielogodzinnego klęczenia z podniesionymi rękami. Według Jerzego Roberta Nowaka (autora książki "Zbrodnie UB" z 2001 r., której fragmenty można znaleźć w Internecie), wspomniany ubek był wyjątkowo okrutny wobec narodowców, przedstawicieli przedwojennego Stronnictwa Narodowego. Czy krył się za tym resentyment?

A cóż innego mogło się kryć, skoro przesłuchujący katował przesłuchiwanych, wygłaszając stwierdzenia typu: "Teraz popamiętacie, co to jest antysemityzm"? Jeden z męczonych aresztantów odpowiedział mu ponoć: "Antysemityzm nigdy u nas nie prowadził do tortur, jak wasz antypolonizm". Jerzy Robert Nowak zacytował oba zdania, powołując się na pewną książkę wydaną w drugim obiegu (C. Leopold, K. Lechicki, "Więźniowie polityczni w Polsce w latach 1945-1956", Gdańsk 1981, s. 15). Historia Józefa Światły pokazuje, co uraza i żądza zemsty mogą zrobić z człowiekiem. Idźmy jednak dalej. Jakub Berman był jednym z trzech najważniejszych polityków w stalinowskiej Polsce, członkiem Kierownictwa Partii, zwierzchnikiem całej bezpieki. Wiele lat później udzielił ciekawego wywiadu Teresie Torańskiej (rozmowa została opublikowana w książce "Oni" z 1985 r. Omówienia wywiadu dokonał zaś John Sack, amerykańsko-żydowski dziennikarz, w publikacji "Oko za oko"). Z fragmentów dialogu, przytoczonych przez Jerzego Roberta Nowaka, wynika, że Berman również nosił w sobie swoistą gorycz i pragnienie odwetu. Miał bowiem poczucie doświadczenia "polskiego antysemityzmu".

Przypadki Wolińskiej, Światły i Bermana powinny być przywoływane w przypisach, przedmowach lub posłowiach do dzieła "Z genealogii moralności" Fryderyka Nietzschego. W jakim kontekście? Jako autentyczne przykłady resentymentu. Oczywiście, resentyment nie usprawiedliwia zbrodni, ale bardzo wiele wyjaśnia. Uraza połączona z żądzą zemsty to pierwszy stopień do piekła. Na wszelki wypadek, powinniśmy uważać, żeby jej w nikim nie rozbudzić. Polaku, nie doprowadzaj Żyda do resentymentu! Żydzie, nie doprowadzaj Polaka do resentymentu! Takie postępowanie nie wróży bowiem niczego dobrego. Grozi za to efektem błędnego koła. Uwaga: moje słowa dotyczące resentymentu odnoszą się nie tylko do relacji polsko-żydowskich/żydowsko-polskich, ale w ogóle do relacji ludzko-ludzkich. A z tymi jest coraz gorzej.

N.J. Nowak

PS. Jeśli wierzyć polskojęzycznej Wikipedii, w latach 1945-1948 Mieczysław Moczar był kierownikiem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi, mieście postrzeganym jako "bastion" mniejszości żydowskiej w Polsce. Piastował wysokie stanowisko, ale to nie zmienia faktu, że był podporządkowany swoim warszawskim zwierzchnikom, z których wielu miało żydowskie korzenie (dość wspomnieć o Bermanie, który sprawował pieczę nad całą ubecją. A także o Romkowskim i Różańskim, którzy mieli więcej do powiedzenia niż minister Radkiewicz, rdzenny Polak). Sam Moczar był mieszańcem polsko-ukraińskim. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Demko lub Diomko. Czy istnieje możliwość, że ten człowiek czuł się jakoś stłamszony przez swoich żydowskich przełożonych? Podobno już wtedy, w czasach stalinizmu, zdarzały mu się antysemickie wypowiedzi. Niewykluczone, że Moczar, będąc podwładnym Żydów, nabawił się resentymentu. To by wyjaśniało, dlaczego dwadzieścia lat później, kiedy poczuł się naprawdę silny, dokonał antyżydowskiej czystki partyjnej. Oto efekt błędnego koła, coś w rodzaju powracającej karmy.

Komentarze (0)
Inka 1946 [krótka recenzja spektaklu]

Krótka recenzja teatralna. "Inka 1946" Natalii Korynckiej-Gruz

 

Tytuł: "Inka 1946. Ja jedna zginę"
Reżyseria: Natalia Koryncka-Gruz
Drugi reżyser: Maria Skąpska
Instytucja sprawcza: Teatr Telewizji (TVP)
Rok realizacji: 2006
Rok premiery: 2007
Gatunek: tragedia (historyczna, biograficzna)



Siedemnastoletnia sanitariuszka

Drugi, obok "Śmierci Rotmistrza Pileckiego" Ryszarda Bugajskiego, spektakl Teatru Telewizji, który powinien zaciekawić ludzi interesujących się biografiami Żołnierzy Wyklętych. "Inka 1946. Ja jedna zginę" w reżyserii Natalii Korynckiej-Gruz to wyjątkowa opowieść o dziejach Danuty Siedzikówny "Inki": siedemnastoletniej sanitariuszki Armii Krajowej, oskarżonej przez władze komunistyczne o niepopełnione zbrodnie, skazanej na karę śmierci i straconej w trójmiejskim więzieniu. W rolę tytułowej bohaterki wciela się pochodząca ze Starachowic aktorka Karolina Kominek-Skuratowicz (jeśli wierzyć informacji, umieszczonej na początku spektaklu, udział w omawianym przedstawieniu to ekranowy debiut artystki). Telewizyjna produkcja, trwająca prawie półtorej godziny, jest poruszająca od pierwszej do ostatniej minuty. Już na początku dzieła przenika odbiorcę przejmująca muzyka Pawła Szymańskiego, w której słychać m.in. dźwięki harfy. Później widać wydarzenia, które - na pierwszy rzut oka - mogłyby się wydawać ponurym żartem. Niestety, ta mroczna i absurdalna historia wydarzyła się naprawdę. I wcale nie była odosobnionym przypadkiem.


Przeszłość i teraźniejszość

Akcja spektaklu rozgrywa się jednocześnie na dwóch płaszczyznach. Część wydarzeń dzieje się w dzisiejszej, postkomunistycznej Polsce. Pozostałe mają miejsce w czasach Żołnierzy Wyklętych. Przeplatanie się dwóch epok wskazuje na nierozerwalny związek teraźniejszości z przeszłością: to, co mamy teraz, stanowi bezpośrednią konsekwencję tego, co mieliśmy w minionych dekadach. W III Rzeczypospolitej nadal żyją ludzie, którzy pamiętają okres stalinizmu. Takie osoby, o których niekiedy wspomina się w spektaklu, pełnią funkcję pośredników między jedną a drugą rzeczywistością. Świadkowie pamięci zdają się potwierdzać opowieści zawarte w książkach historycznych. Twórczyni spektaklu daje widzom do zrozumienia, że jednostki ludzkie, uwikłane w wydarzenia lat czterdziestych, były takie jak my, przedstawiciele XXI wieku. Inka mogłaby być dzisiaj staruszką mijaną przez nas podczas spacerów. A może staruszki, które faktycznie mijamy, skrywają interesujące (z historycznego punktu widzenia) sekrety? Spójrzmy także na rozbrykanych licealistów, równolatków Inki. Kto wie... Może oni, na jej miejscu, również "zachowaliby się jak trzeba"?


Rozmowy o historii

Sceny, których akcja rozgrywa się w III RP, ukazują długie rozmowy dwóch osób. Pierwszą z nich jest trzydziestodwuletnia dokumentalistka, która wprawdzie nie posiada rozległej wiedzy historycznej, ale pragnie nakręcić film o Danucie Siedzikównie i poszukuje informacji na jej temat. Drugą osobą jest mężczyzna w dojrzałym wieku: historyk o opozycyjnej przeszłości, który wtajemnicza redaktorkę w sprawę Inki i pomaga jej zrozumieć realia wczesnej Polski Ludowej. Dokumentalistka, chociaż żywo zainteresowana dziejami słynnej sanitariuszki, chwilami nie może uwierzyć, że ta przygnębiająca historia wydarzyła się naprawdę. Ma również pewne wątpliwości, gdyż w trakcie swoich poszukiwań natknęła się na relacje przeczące wersji historyka. Mężczyzna, z anielską cierpliwością, pomaga jej zrozumieć, co jest prawdą, a co elementem komunistycznej propagandy, w której przedstawiano dziewczynę jako zbrodniarkę i terrorystkę. Historyk przekonuje swoją rozmówczynię, że oskarżenia, jakimi Urząd Bezpieczeństwa obciążał Inkę, były nie tylko nielogiczne, ale również nieprawdopodobne. Do tego stopnia, że nawet stalinowski sąd musiał je odrzucić.


Zwyczajna nastolatka?

Najważniejsze są jednak sceny, które przenoszą nas sześćdziesiąt lat wstecz i czynią bezpośrednimi obserwatorami Danuty Siedzikówny. Dziewczyna, urodzona w roku 1928, jest sympatyczną i pozornie zwyczajną nastolatką. Gdy ją poznajemy, nie ma jeszcze ukończonych siedemnastu lat. Danusia nie jest nikim ważnym. Nie dokonała również niczego nadzwyczajnego. Ot, taka sobie dziewuszka, która w czasie II wojny światowej pomagała rannym, a potem podjęła pracę jako kancelistka w pewnym nadleśnictwie. Niby nic wielkiego, ale dla ubeków, wprowadzających własne porządki w powojennej Polsce, jest to wystarczający powód, żeby ją aresztować. Dziewczyna, przewożona wraz z innymi zatrzymanymi do więzienia, zostaje odbita przez grupę żołnierzy majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki". Po tym wydarzeniu nawiązuje bliską współpracę ze swoimi wybawcami (którzy, mimo oficjalnego końca wojny, nadal próbują wyzwolić Polskę spod sowieckiej okupacji. Z punktu widzenia nowych władz, jest to działalność wywrotowa). Decyzja Inki o dołączeniu do żołnierzy Łupaszki stanie się wkrótce przyczyną jej niezasłużonego cierpienia i przedwczesnej śmierci.


Młodość i beztroska

Danusia wie, że odkąd zbliżyła się do podziemia niepodległościowego, grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo. Jeszcze większe niż przed pierwszym aresztowaniem. Mimo świadomości, że sytuacja polityczna nie sprzyja polskim patriotom, nastolatka zachowuje optymistyczną i nieco beztroską postawę. Stara się żyć tak jak większość dziewcząt w jej wieku. Chodzi na randki, korzysta z młodzieńczych rozrywek... Pewnego razu Inka i jej dwie koleżanki (które, podobnie jak współczesne nastolatki, uwielbiają muzykę) siedzą do późnych godzin nocnych, grając na pianinie i śpiewając chwytliwe piosenki. Utwory, które wykonują, mają charakter miłosno-patriotyczny. Hałaśliwe zachowanie dziewcząt przyczynia się do zdemaskowania kryjówki Inki. Nastolatka zostaje aresztowana przez UB. Początkowo przedstawiciele bezpieki odnoszą się do niej przyjaźnie. Oficer, przesłuchujący Danusię, traktuje ją jak małe dziecko, które wprawdzie coś przeskrobało, ale może łatwo naprawić swój błąd i powrócić do normalnego życia. Warunek jest jeden: Inka musi złożyć zeznania obciążające Łupaszkę i jego żołnierzy. A na to dziewczyna nie ma najmniejszej ochoty.


Pranie mózgu

Ubecy od samego początku próbują manipulować umysłem nastolatki. Stosują wobec niej taktykę "dobrego i złego policjanta" (jeden przesłuchujący stara się być ciepły i ludzki, a drugi - chodny i bezlitosny. Chodzi o to, żeby przesłuchiwana ostatecznie wybrała współpracę z tym pierwszym funkcjonariuszem). Rzeczonej taktyce towarzyszą odwołania do religijnych i patriotycznych uczuć Siedzikówny (próby wywołania w dziewczynie poczucia winy i obowiązku). Gdy staje się jasne, że Inka nie zdradzi swoich przyjaciół, zaczynają się tortury i upokorzenia. Bicie, stójka, wyzwiska, polewanie zimną wodą... Wiek i płeć ofiary nie powstrzymują oprawców przed korzystaniem z takich metod. To, co robią pracownicy Urzędu Bezpieczeństwa, pod wieloma względami przypomina pranie mózgu. Sprzeczne komunikaty, niejasne nastawienie i naprzemienne wypytywanie "po złości" i "po dobroci" są iście ogłupiające. Porucznik, prowadzący śledztwo, potrafi bez emocji obserwować katowanie Inki, a potem troskliwie ją pytać, czy nie miałaby ochoty na "jajeczniczkę". Cała metodyka ubeków przypomina to, o czym pisał George Orwell w powieści "Rok 1984".


"Krwawa Inka"

Nastolatka, mimo bólu i strachu, nie odpowiada na pytania ubowców. Pamięta bowiem, że zobowiązała się do lojalności wobec dowódców i Ojczyzny. Niestety, przesłuchania w sprawie majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki" to dopiero początek problemów Danusi. Prawdziwy dramat zacznie się wówczas, gdy ubecy zainteresują się samą Siedzikówną i jej działalnością narodowowyzwoleńczą. Pracownicy UB wyciągną na światło dzienne sytuację z niezbyt odległej przeszłości. Tamtego dnia doszło do potyczki między żołnierzami podziemia niepodległościowego a funkcjonariuszami Milicji Obywatelskiej. Inka uczestniczyła w tej akcji, ale nie jako osoba walcząca, tylko jako zwykła sanitariuszka. Chociaż była związana z żołnierzami Łupaszki, udzieliła pomocy rannemu w starciu milicjantowi. W wersji ubeków sytuacja ta zostanie drastycznie zniekształcona. Komuniści stwierdzą, że Danusia strzelała do milicjantów i rozkazywała żołnierzom, aby czynili to samo. Znajdą nawet kilku "świadków" potwierdzających tę rewelację. Surrealistyczna historyjka, wyjęta z kapelusza, stanie się pretekstem do zrobienia z niewinnej dziewczyny krwiożerczej bestii ("Krwawej Inki").


Nie jest nudno!

Jak już wspomniałam, spektakl Natalii Korynckiej-Gruz jest niezwykle poruszający. Wszyscy aktorzy, występujący w przedstawieniu, grają umiejętnie i realistycznie. Produkcja, wypełniona silnymi emocjami, trzyma odbiorcę w napięciu i nie pozwala mu przedwcześnie odejść od ekranu. Jeśli chodzi o mnie, spektakl poruszył mnie do tego stopnia, że po jego zakończeniu jeszcze przez jakiś czas nie mogłam dojść do siebie. Dzieło Korynckiej-Gruz, mimo poważnej problematyki, nie jest nudne ani monotonne. W przedstawieniu trafiają się bowiem sceny pełne dynamiki. "Inka 1946" była kręcona w wielu miejscach (dotyczy to zarówno fragmentów "historycznych", jak i "współczesnych"). Las, plaża, ulica, dom, więzienie, sąd, muzeum... To wszystko zobaczymy w spektaklu o dzielnej sanitariuszce. Nie ulega wątpliwości, że dzieło Korynckiej-Gruz znacznie się różni od dzieła Ryszarda Bugajskiego. "Śmierć Rotmistrza Pileckiego" (o której wspomniałam w pierwszym akapicie) jest produkcją jednowątkową, ponurą, spokojną, opartą na dialogach, ukazującą niewielką liczbę miejsc i postaci. Tymczasem forma "Inki 1946" chwilami zbliża się do niskobudżetowego filmu fabularnego.

Mogę śmiało zarekomendować Czytelnikom ten spektakl. Nie tylko dlatego, że jego temat jest ważny i ciekawy, ale także dlatego, iż Natalia Koryncka-Gruz stworzyła prawdziwe arcydzieło. Chwała Bohaterom i Bohaterkom! Szacunek dla Artystów i Artystek!


Natalia Julia Nowak,
13-16 maja 2014 roku



PS. Jestem dumna z tego, że aktorka z mojego miasta tak pięknie zagrała Danutę Siedzikównę "Inkę". Ciekawostka: Krystyna Janda, odtwórczyni głównej roli w filmie "Przesłuchanie" Ryszarda Bugajskiego, również pochodzi ze Starachowic. Jak widać, starachowiczanie mogą się poszczycić dobrymi aktorkami grającymi w dobrych produkcjach.

Komentarze (0)
O mnie
Natalia Julia Nowak

Studiowałam na Uniwersytecie Warszawskim (Socjologia Stosowana i Antropologia Społeczna, studia magisterskie) i Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach (Dziennikarstwo i Komunikacja Społeczna, studia licencjackie).

Mój profil w iWoman.pl